Druga szansa (© by Boru)
"Ale gdybyś powiedziała jej prawdę, to by to wszystko się nie... Wszystko byłoby dobrze. Boże, wszystko byłoby tak wspaniale...".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
DRUGA SZANSA
Często słyszał dolatujące z piwnicy wrzaski. Towarzyszył im dźwięk szarpanych krat, odgłos rzucanej miski z metalu. Hałas potrafił trwać kilka godzin bez przerwy – wnikał w głowę, powodując jej ból i namawiając do picia. Alkohol zagłuszał rejwach tylko trochę. Upojenie przynosiło urywany sen, w trakcie którego zjawy ujadały żałośnie, a potem groźnie. Senne widziadła bodły go boleśnie, a to przecież tylko cząstka – myślał sobie – bólu odczuwanego przez chłopaka. Miał do siebie pretensje, że zawsze był słabym sukinsynem. Nawet kobiety brał siłą, nic wartościowego nie mogąc im zaoferować. Rówieśnicy, gdy był młody, wyzywali go od półgłówka. Jakoś nie udowodnił sobie nigdy, że jest inaczej. Słaby, głupi sukinsyn z przerastającym go problemem na karku. Tyle razy zarzekał się, że przerwie te płaczliwe, głośne tyrady więźnia i podetnie mu gardło. Ileż to razy przez te lata miał już w ręce największy nóż, jaki tylko znalazł, i stał na schodach, twarzą w twarz z chłopakiem? Tamten wyglądał jak rozwścieczony lew zamknięty w zbyt małej klatce. Wręcz czekał, gotów na wszystko, aż jego oprawca otworzy kratę i wtedy rzuci się na niego. Nóż w drżącej dłoni nie miał znaczenia – chłopak przeistoczył się w upodloną istotę, która zaatakuje w jedynej nadarzającej się sytuacji. Choćby sam miał się zranić lub nawet zginąć, przepuści atak na śmierć i życie. Uwidoczniało się to w jego zaropiałych oczach, ta wola zabicia mężczyzny, który go więził. Nie zdobył się na konfrontację. Chłopak rzucał w niego obelgami, raz groził, raz błagalnie pytał, dlaczego mu to robi. No właśnie, dlaczego? Odpowiedź nie była prosta i chyba faktycznie był za głupi, żeby stanąć z nią twarzą w twarz. Dał się zastraszyć, otumanić i nie potrafił znaleźć wyjścia z sytuacji. Czy groźby były realne, czy hak, którego na niego miała, nadawał się do powieszenia go na nim? Mijały lata, a on wierzył, że tak. Kilkakrotnie spróbował zagłodzenia. Więzień nie pił i nie jadł przez wiele dni i być może już by umarł, gdyby nie natrętne wyrzuty sumienia. Jestem słabym sukinsynem, który zrobił wiele rzeczy nie tak, powtarzał sobie, ale nikogo jeszcze nie zabiłem. I nie zrobię tego! Cucił nieprzytomnego, ledwie żywego chłopaka strumieniami wody z ogrodowego węża, a potem wrzucał przez kraty zimne i paskudne w smaku kawałki jedzenia. Leżący, nagi wrak człowieka jakby z początku odmawiał wzięcia ich do ust, ale z czasem instynkt pokonywał go i wyjadał jałmużnę co do okruszka. Nie uodpornił się na wrzaski, na bojowe okrzyki protestu, niesprawiedliwości, na bluzgi najgorsze z możliwych. Siadał po prostu przy stole nad ohydnie ciepłą flaszką i wsłuchiwał się w nie mimo woli. Raz płakał, to znowu wściekał się, gdy któraś z inwektyw pod jego adresem ubodła go wyjątkowo. Ale nie reagował. Przestał czuć cokolwiek, nie zamierzał reagować. Czas mijał i wiedział, że sam umrze pierwszy. Nie podoła mieszkaniu pod jednym dachem z zawodzącym co noc i co dzień więźniem – bardziej zwierzęciem niż istotą ludzką. Nie pamiętał już nawet, kiedy po raz ostatni dał mu jeść lub choćby pić. Prosił, by sam umarł tu i teraz, pierwszy przed swą ofiarą. Wtedy usłyszał pukanie do drzwi…
Nie przyszłoby mu do głowy, że w tym wieku potrafi tak szybko poderwać się z łóżka. Pięćdziesiątka, która stuknęła Januszowi dwa miesiące wcześniej, wystukała przy tym na klawiaturze jego życia myśl przewodnią: „życie obeszło się z tobą okrutnie, a ty masz przesrane”. Miał kilkoro znajomych w podobnym wieku, ale nie tkwili oni przez siedem długich lat w piwnicy wiejskiego domu, nie spali na zimnej i wilgotnej posadzce, przez co teraz Janusz przeklina pieprzony reumatyzm i nieleczone hemoroidy. Wyskoczył z łóżka jak poparzony i rzucił się do sekretarzyka stojącego na przeciwległej ścianie. Wyszarpnął szufladę; ta runęła z hukiem na podłogę, dookoła rozsypały się dziesiątki kartek i karteczek. Wziął pierwszą lepszą i namazał na niej znalezionym ołówkiem: „Masz transport do domu, tylko nie mów nikomu!!!”. Dłoń zawisła mu nad kartką, jakby chciał dodać coś jeszcze. Aż zawarczał z nerwów, gdy nic nie przyszło mu do głowy. Wspomnienie snu odpływało coraz dalej, rozpływało się niczym statek ginący w gęstej mgle. „Nie mów nikomu, bo tylko ciebie odwiezie!!!” – dopisał, choć nie był pewien, czy sam już tego nie wymyślił. Wykrzykniki na końcu zdania niemal wyskrobał w kartce papieru. Ciężko dyszał, przerażony wyrwanym z czarnej przeszłości odłamkiem wspomnienia. Zastanowił się, czy warto do tego wracać. Czy jestem gotowy na poznanie sprawców? Sprawa zamknięta, przetrzymujący mnie drań nie żyje, a ja dostałem drugą szansę. Podobne myśli kłębiły się w głowie Janusza, gdy tak siedział pośród porozrzucanych papierów. Wiele hałasu zrobiły media po jego odnalezieniu. Jakieś dzieciaki weszły do domku – parszywego więzienia – i myszkowały po nim kilka godzin. Podobno drzwi nie były zamknięte. W końcu małe łobuzy odnalazły drzwi do piwnicy i zeszły na dół aż do samej kraty. Jedna, jedyna żarówka umieszczona przy drzwiach płonęła żółtym światłem, które w karykaturalny sposób ukazywało zniszczone ciało więzionego człowieka. Przerażone oczy odpowiedziały zdumieniem na krzyk przestraszonych gówniarzy. Widocznie któryś z nich powiedział rodzicom o odkryciu, bo jakiś wielki facet w przepoconym podkoszulku przyszedł z pałką bejsbolową kilka minut później. Jego twarz mówiła, że jeszcze nigdy w życiu nie był tak przerażony. Nie mógł nawet wcelować w przyciski na telefonie, gdy wybierał numer policji. Ręce drżały mu w obłąkańczym tempie. Policja zjawiła się po dwudziestu minutach, w trakcie których Janusz i ten facet patrzyli sobie nieprzerwanie w oczy. Ich spojrzenia przedzielały pręty krat. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Janusz był na skraju śmierci głodowej, a wody pił tylko tyle, ile skraplało się na ciągle zimnych ścianach. Trawiony od niemożliwie długiego czasu chorobą, zapewne nie przeżyłby dnia dłużej. Janusza uwięziono, gdy miał dwadzieścia lat. Wyszedł z imprezy u Maćka i tyle go widziano. Zabawa była przednia, choć nic tego nie zapowiadało. Z Julitą spotykał się od trzech lat, lecz ostatnie miesiące były dalekie od sielanki. Boże! Jak cudownie czuli się na początku. Oboje mieli po siedemnaście lat i wpadli w wir namiętności na biwaku nad rzeką. Byli dla siebie pierwszymi partnerami, ale wyczuwali się bezbłędnie. Lecz po trzech latach ogień wygasł i pozostała po nim jedynie tląca się i dymiąca pożoga. Julita przez te lata nabrała pewności siebie i wiary w swoje możliwości. Tak to jest, pomyślał Janusz, pokaż kobiecie, jak wspaniała jest, a ona przeistoczy się w wampa, dla którego zwykły koleś to zbyt mało. Dobrze wiedział, że nie utrzyma jej zbyt długo przy sobie. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by miał się z nią żenić; zapewniał się, że nie ufa już jej zupełnie. Oczywiście, że pokłócili się przed imprezą. Podjechał po nią taksówką, ale nie zdążyła się jeszcze wyszykować, więc odesłał taryfę. Na dzień dobry cmoknęli się bez zaangażowania. Posadziła go w fotelu u siebie w pokoju, jej rodzice nie pofatygowali się nawet, by otworzyć drzwi od salonu i powitać chłopaka córki. Widocznie Julita uprzedziła ich, że związek nie potrwa zbyt długo. Dostał szklankę z wodą i czekał. W końcu przyszła z łazienki: jak zwykle naturalnie piękna, lecz jej atuty podkreślała jeszcze idealnie skrojona, karmazynowa kiecka oraz subtelny makijaż. Włosy spięła w kok najpewniej na złość Januszowi. Świrował na widok takiego uczesania, o czym dobrze wiedziała. - Mocno się spijesz? – spytała, biorąc torebkę wielkości piłki tenisowej. Oczywiście miała w nim arsenał szminek, perfum, portfel i telefon – kapelusz magika z pewnością nie pomieściłby więcej. - Widzę, że muszę. Wkurwiasz mnie od samego początku. Skąd ci przyszło do głowy, że się spiję? - Zawsze chlasz na umór. Taki już jesteś. Janusz wstał i bez słowa wyszedł z mieszkania. - Czekam na dole – rzucił przez ramię. Zadzwonił po taksówkę. Gdyby wiedział, że zależy od tego siedem kolejnych lat jego życia, pojechałby z powrotem do domu. A tak poczekał, aż Julita zejdzie na dół i kazali zawieść się do Maćka. Janusz nie omieszkał kontynuować rozmowy w drodze na imprezę. - Maciek będzie uderzał do ciebie. Wie, że jebie się między nami. - To frajer – odparła, nie odwracając nawet spojrzenia od mijanych budynków. – O tym też powinien wiedzieć. - Ma kasę, dla ciebie to się liczy. Jego mama bardzo cię lubi. Pewnie widzi cię jako przyszłą synową. Ja tam myślę, że jednak go polubisz. - Nie próbujesz o mnie walczyć, więc może go polubię. Nie zamierzam się zamartwiać ani źle bawić. Januszowi zrobiło się przykro na te słowa. Walczył o nią odkąd zrozumiał, że Julita jest zjawą, która z każdym dniem rozpływa się coraz bardziej – jak statek odpływający we mgłę. Ale w żadnym momencie nie odpowiedziała tym samym – przez ostatnie pół roku ani razu nie padło z jej ust: „kocham cię”. Kiedy kochali się po raz ostatni? Oboje byli pijani, gdy się pokłócili, by potem godzić się w śmierdzących moczem krzakach. Następnego dnia patrzyli na siebie z niesmakiem, dziwny wstyd nie opuszczał ich ani na chwilę. Od tamtego czasu posucha. - Ja też nie będę się źle bawić – odparł. Julita pokiwała głową. Widział odbicie jej twarzy w szybie, dojrzał również łzy rozmazujące makijaż. Nie był przygotowany na coś takiego. Twarda suka, jak myślał o niej ostatnimi czasy, okazała emocje. Zbyt bardzo kochał ją na początku, by teraz miało go to nie poruszyć. Objął ją najdelikatniej jak potrafił. Taksówkarz usilnie starał się ich nie podglądać, ale wyraźnie zwolnił, chcąc, by scena skończyła się przed osiągnięciem docelowego adresu. Julita drgnęła na dotyk Janusza. Rzekła cicho pięć słów na krzyż, a chłopak nie wiedział, jak powinien na nie zareagować. W końcu przytaknął głową i powiedział, że się zgadza. Taksówka dojechała pod dom Maćka: głośna muzyka, przekrzykujące się głosy i chichotliwe śmiechy kontrastowały z samopoczuciem przybyłej pary. Tak czy inaczej zdecydowali się wejść do środka i od razu zginęli wśród rozbawionych znajomych…
Dzień upływał Januszowi strasznie ślamazarnie. Sprawdził pocztę i bodaj po raz setny spróbował w zabawny i zarazem mądry sposób zakończyć artykuł o budowie obwodnicy. Był to artykuł–epopeja, przesycona żartami krytyka polskiej infrastruktury. Budowę obwodnicy rozpoczęto jeszcze przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej, które na nieszczęście polskiej gospodarki odbyły się przeszło trzydzieści lat temu właśnie na biało-czerwonej ziemi. Z projektem tym, jak i z wieloma innymi, nie zdążono przed tą międzynarodową imprezą, a po niej nastąpił okres niesprzyjający kontynuowaniu inwestycji. Mistrzostwa nie zarobiły na siebie, blamaż polskiej reprezentacji spowodował wielodniowe zamieszki na ulicach miast-gospodarzy, a światowy kryzys z końca pierwszej dekady przybrał monstrualne rozmiary w drugim dziesięcioleciu obecnego stulecia, demolując większość światowych gospodarek, nie oszczędzając i polskiej. Nastroje kibiców, fale bankructw, coraz większe bezrobocie plus milion prawdziwych i wymyślonych na poczekaniu problemów były jak kula śniegowa – toczyły się po zboczu ludzkich nastrojów, aż wywołały lawinę. Poddał się rząd, ustąpił prezydent, przez pół roku Europa i świat dopytywały się, kto rządzi krajem. Sytuacja stabilizowała się prawie piętnaście lat. Z czego siedem spędziłem w zamknięciu – pomyślał Janusz, za nic nie mogąc doszukać się w tym pocieszenia. Skupił się na błyskotliwym zakończeniu artykułu o najdłużej budowanej drodze pewnie i na świecie, gdy w pasku komunikatora ujrzał migającą dostępność Maćka. Maciek ustawił się nieźle: zaraz po studiach założył firmę cateringową, a dzisiaj zaopatrywał w wyżerkę nawet Pałac Prezydenta. Janusz przełknął gorzko na wspomnienie, jak w liceum wspólnie pisali biznesplan. Nie miał pretensji do Maćka, który zachował się naprawdę przyjacielsko. Gdy Janusz po niemal rocznej rehabilitacji doszedł do jako takiej formy, Maciek sam zaproponował mu dołączenie do firmy. Ale Janusz bał się wychodzić z domu, czuł strach przed ludźmi i rozmowami, bez przerwy panicznie rozglądał się na boki jak przestraszone zwierzę. Z taką kondycją psychiczną nie mógł pracować przy organizacji imprez. Dzięki przeżytej tragedii stał się w pewnym sensie sławny. Szybko znaleźli się chętni, by zarobić na jego przeżyciach. Gdy odzyskał zdolność samodzielnego podejmowania decyzji, zdecydował się na kontrakt i pisał książkę o wieloletnim pobycie w piwnicy. Pierwsze tygodnie były straszne: nie pamiętał słów, nie mówiąc o ortografii i stylistyce. Napisanie jednego akapitu zajmowało mu godziny, w dodatku przydzielony redaktor zmieniał każde zdanie niemal w stu procentach. W końcu dał sobie spokój z myśleniem nad sensowną składnią i skupił się na przelewaniu ciurkiem opowieści na papier. Ta zdawała się mu strasznie nudna i tendencyjna. Przez siedem lat regularnie widywał twarz swego oprawcy. Zapijaczona, nabrzmiała i czerwona morda, w której ugrzęzły dwa przestraszone, załzawione ślipka. Jak dziurki wyszczane na śniegu – tak chciał je opisać, ale redaktor wykreślił to porównanie już w pierwszej korekcie. Twarz tą, w o wiele gorszym stanie, po raz ostatni zobaczył w dwa miesiące po uwolnieniu, gdy śledczy podsunęli mu pod oczy zdjęcie denata znalezionego nad brzegiem stawu. Oczywiście znaleźli go dużo wcześniej, ale dopiero po dwóch miesiącach chłopak mógł sklecić składne zdanie, że rozpoznaje oprawcę. Nie było żadnej próby ucieczki: stalowe kraty zamknięte potężną kłódką oddzielały go od schodów prowadzących do drzwi na parter. Mimo to wydawca cieszył się na każdy kolejny fragment i zachęcał do dalszej pracy. Janusz nie wierzył, że zdoła napisać dwieście pięćdziesiąt tysięcy znaków. Dla niego siedem lat przebiegało według okrutnie monotonnego schematu: ciemność – światło żarówki przez kilka godzin – czasem woda – jeszcze rzadziej jedzenie – wypróżnianie – walka ze sobą – samobójcze myśli – wielogodzinne wrzaski wzywające pomoc – zero nadziei na uwolnienie. Gdzie tu fabuła, gdzie akcja? I on jako jedyny bohater. Przecież trudno pisać coś o obcej mu twarzy pojawiającej się nie częściej niż raz dziennie w drzwiach u końca schodów. Mimo to pisał: o tym, jak się czuł, w co wierzył, a w co przestał wierzyć. O oprawcy napisał tylko tyle, że któregoś dnia jego głowa nie pojawiła się u końca schodów i najpewniej umarłby z głodu, gdyby nie te dzieciaki. Nie zamierzał rozpisywać się, dlaczego facet, który utopił się w pobliskim jeziorze, więził go przez tyle lat. Lech Kamiński. Lat pięćdziesiąt pięć w chwili śmierci. Nie znał go zupełnie, nigdy go nie spotkał, a mimo to był jego ofiarą. Dlaczego? Napisanie książki dało Januszowi sprawność posługiwania się słowem pisanym i podłapał etat dziennikarza w lokalnej gazecie. Dziennikarza stacjonarnego, czyli nie musiał za wiele pokazywać się poza domem. Pracował na materiałach podsyłanych przez „terenowych”, resztę zbierał z netu. Tak upływały mu lata i przyznał, że na sytuację finansową nie może narzekać. Tantiemy z książki i pensja za etat pokrywały jego wydatki. Nawet coś odkładał, bo przecież nie miał żony, dzieci i nie podróżował. I na to w duchu narzekał. Zawsze w chwilach zwątpienia powtarzał sobie: „Żyjesz, a miałeś nie żyć. Uratowała cię grupka dzieciaków wkradająca się do cudzego domu. Jak często się to zdarza?”. Po takim przypomnieniu nie narzekał już więcej – przynajmniej tego samego dnia, kolejnego zazwyczaj zmartwienia powracały. Kliknął na połączenie z Maćkiem. Kumpel z czasów liceum włączył się od razu. - Hej Janek! Co tam, byku? Janusz nie do końca wiedział, o co właściwie chce zapytać przyjaciela. Zbyt dużo przeżył i zbyt długo się znali, by miał owijać w bawełnę. - Słuchaj... ja, wiesz, napisałem tą książkę o tym popieprzonym uwięzieniu. I mój wydawca proponuje, żeby spróbował napisać coś o przyczynach... wiesz, może nawet trochę zmyślić. Ale ja chcę napisać prawdę i tak sobie myślę... Maciek, kto z naszych znajomych mógł mi to zrobić? Maciek milczał dłuższą chwilę – normalna reakcja na tak postawione pytanie. - Chryste, mam wrażenie, że przerabialiśmy to wiele razy – rzekł w końcu. - Właśnie, że nie! Cały czas drążyliśmy temat Kamińskiego, czy go znałem, kim on był, jakie mógł mieć motywy. Ale przecież... ktoś mógł mu pomóc. Ktoś zobaczył, jak wychodzę z imprezy i zadzwonił po Kamińskiego. - Janusz – Maciek wyraźnie spoważniał. – Powiedz w końcu, kogo podejrzewasz. - Nikogo. O to chodzi, że nikogo. Szczerze. - Minęło tyle lat, a nie odezwałeś się do Julity. Może to ona nie daje ci spokoju... Porozmawiaj z nią, dla świętego spokoju. - Niby po co? - Mam wrażenie, że przyczyn swojego porwania szukasz właśnie w niej. Dobrze wiesz, że to niepoważne. - Wiem, dlatego wcale tak nie pomyślałem. Nie chcę się z nią spotkać, bo siedem lat wąchania własnego gówna wyzuło mnie z uczuć. Nie dam rady, rozlecę się przy niej na kawałki, rozumiesz? - Rozumiem, cieszę się, że nie straciłeś rozsądku. Każdy inny by stracił. Ja bym się powiesił. - Chciałem, ale nie miałem choćby majtek na dupie, żeby zawiązać z nich pętlę. Słuchawki na uszach szumiały ciszą. Maciek nie wiedział, o czym mogą jeszcze pogadać, więc spytał: - Chcesz jeszcze coś wiedzieć? - Tak, ale to dotyczy ciebie. - Nie miałem z twoim porwaniem nic wspólnego! Jakbym wiedział, że tak się stanie, nie urządziłbym tej parszywej imprezy. Boże, zawsze byłem twoim kumplem i kiedy cię wcięło, przeżywałem to bardziej niż inni. Chyba nie myślisz... - Maciek, spokojnie, pewnie, że nie. Daj mi coś powiedzieć. Ty i Julita... Nie próbowaliście? No wiesz, leciałeś na nią... Januszowi zdawało się, że kolega jest na skraju płaczu. Wyraźnie słyszał przełykanie śliny i przyspieszony oddech. - Powinniśmy się spotkać, żeby o tym pogadać... Chociaż nie ma o czym! Powiem ci, Janek, skoro musisz wiedzieć. Tak, durniałem na myśl o Julicie, a w dodatku ty nic z tym nie robiłeś. Opowiadałeś tylko, jak chrzani się między wami, a ja śmiałem się, że w takim razie przechwycę laskę od ciebie. Nie protestowałeś... Kilka razy spotkaliśmy się po zajęciach, u mnie w domu razem się uczyliśmy. Nie pomyśl sobie, nawet palcem jej nie tknąłem, póki byliście razem. A poza tym ciągle moja mama była w pokoju obok, nie było jak... Strasznie się zresztą z Julitą polubiły, potrafiły gadać godzinami, a ja siedziałem z boku i udawałem zainteresowanie. Na tej imprezie, gdy przyszliście wyraźnie nie w sosie, od razu było to widać, próbowałem się do niej dostawiać. Ty zapiłeś, ledwie na nogach stałeś. Ale Julita nie czuła się dobrze, jakaś taka niedostępna była. Ba, nawet słowa nie zamieniliśmy! Ja też się w końcu upiłem. No a po kilku dniach, gdy już oficjalnie powiedziano, że zaginąłeś, kontakt urwał się nam zupełnie. Wyobraź sobie: twój przyjaciel przepada bez wieści, a ty zarywasz jego laskę. I tu nie chodzi, co ludzie by mówili, po prostu nie mogłem, byłem zdruzgotany, ona chyba zresztą też... Tylko moja matka wściekała się jak głupia, że taka okazja przechodzi mi przed nosem. Znajdzie się, powtarzała o tobie, myśląc pewnie, że po prostu nawiałeś z miasta. Ale ja naprawdę nie potrafiłbym. Janusz trawił słowa przyjaciela. Prawdziwego przyjaciela? Po raz kolejny Maciek udowodnił, że jest szczerym i równym gościem. Janusz cieszył się, że nie urwał tego kontaktu. Po wyjściu z piwnicy nie miał sił ani ochoty znać kogokolwiek. Co tu dużo mówić: stał się odludkiem i nikt mu prawa do tego nie odmawiał. Ale po pewnym czasie zebrał się w sobie i odbierał telefony i przyjmował gości. Gość, którego nie chciał ujrzeć, nie pokazał się. Być może zadziała tu telepatia, a może Julita miała go po prostu w dupie. Może się nie zmartwiła ani nie ucieszyła na powrót Janusza do żywych. Janusz nie dowie się tego nigdy. Z Maciejem siedzieli w jednej ławce od początku średniaka. Jak przystało na przyjaciół „na dobre i na złe” więcej ich dzieliło niż łączyło. Non stop się kłócili, często doprowadzali do niegroźnych bójek, w dodatku ich rodziny stanowiły zupełne przeciwieństwa. Janusz miał kochających rodziców, którzy wiecznie rozglądali się za lepszą pracą. Ojciec bez kwalifikacji i mama ze słabym zdrowiem wiązali jak mogli koniec z końcem. Maćka wychowywała tylko matka (najmłodsza ze wszystkich mam dzieciaków w klasie Maćka i Janusza), co wiązało się dla chłopaka z masą zalet i kilkoma wadami. Jakkolwiek znaczącymi. Maciek miał wszystko, czego tylko zapragnął: od snobistycznie drogiego, zupełnie niepotrzebnego i niepasującego do wieku chłopaka zegarka po nowiutką beemkę na osiemnaste urodziny. Miał kasę na wyjścia na miasto, na wycieczki szkolne i wszelkie zainteresowania: tenis i windsurfing latem, narty, deska i skutery zimą. Poza tym nie miał ojca i nawet nie wiedział, kto nim jest. W matce natomiast nie odnalazł matczynego wsparcia, lecz planistkę jego życia: od najprostszych spraw dotyczących choćby ubioru po wybór szkoły, a potem studiów. Nie powiodły się jej plany, by syn został prezesem banku (co, według niej, było naturalną koleją losu po ukończeniu studiów z zakresu finansów i bankowości), ale jakoś przełknęła gorzką pigułkę, za jaką uznała pomysł firmy cateringowej. Wzrastające wpływy na konto udobruchały ją i przestała znęcać się psychicznie nad świeżym absolwentem, że jest do niczego, skoro musi chałturzyć organizacją balów, żeby mieć na chleb. Maciek nie mógł też, ot tak, przyprowadzać sobie dziewczyn do domu. Każda przechodziła szczegółową weryfikację i tak naprawdę to do matki Maćka miało należeć ostatnie słowo w kwestii wyboru życiowej partnerki. Może właśnie dlatego próbował odbić Julitę: koleżeństwo odeszło na drugi plan, ustępując miejsca chęci przypodobania się matce. Bo ta, o dziwo, wyjątkowo ciepło i z sympatią przyjęła Julitę. Porwanie Janusza pokrzyżowało jednak i jej plany. Ze związku Maćka z Julitą nic nie wyszło. Wszyscy znajomi chłopaka popadli w marazm i ich drogi się rozeszły. Maciek nigdy nie związał się z żadną kobietą. Pięćdziesięcioletni singiel. I jego sześćdziesięciosześcioletnia matka – wciąż nieprzebłagana, nie potrafiąca wybaczyć wyborów syna... Janusz nie zdobył się na wzięcie do ręki książki w dniu rozmowy z Maćkiem. Czuł się totalnie rozbity, nie potrafił zebrać myśli. Puenta w artykule o obwodnicy musiała poczekać, tak jak i wszystko to, co miało znamiona celowości. Po prostu siedział na łóżku oparty o ścianę i okręcał na wszystkie strony kartkę ze słowami nagryzmolonymi z samego rana. Nic tego dnia nie zjadł, przed snem wypił jedynie szklankę wody. Usnął niespokojnym snem...
Najbardziej bolał go wszechogarniający chłód – nie czuł go aż tak bardzo w pierwszych tygodniach pobytu w ciemnej celi, ale z czasem, gdy jego organizm słabł, odczuwalna temperatura spadała. Chłód przenikał do kości, nie pozwalał zasnąć lub chociażby uleżeć przez dłuższy czas. Przez zamknięcie w pomieszczeniu bez okien stracił rachubę czasu, pór dnia i nocy. Organizmem targały fale zmiennego nastroju wywołane zachwianiem biologicznego zegara. Nie znajdował zajęć, które odparłyby napór bolesnej monotonii. Sekunda za sekundą, dzień za dniem, rok za rokiem mijały tak samo. Zdawał sobie sprawę, że przestaje być sobą. Dziczał i to bolało go najbardziej – myślał o przyjaciołach, o rodzicach, o czasie, jaki przepływa mu przez palce, o studiach, jakie ledwie rozpoczął. I ta niepewność, że i być może, któregoś dnia lub którejś nocy, życie przepłynie mu przez palce, wyssane przez porywacza. Niewiedza dotycząca powodów uwięzienia, sprawcy i jego zamiarów rozpalała go i utrzymywała przy zmysłach na tyle, by zdobywał się na regularne wyzywanie tajemniczego oprawcy i granie na jego emocjach. Kilkakrotnie przyniosło to efekty: zbir schodził na dół, z nożem w ręku i już miał otwierać kratę, gdy w ostatniej chwili się rozmyślał. Nadzieja umierała w chłopaku wraz ze zdrowiem fizycznym i psychicznym. Wiele razy całymi dniami nie dostawał nic do picia ani do zjedzenia – mimo woli zlizywał wilgoć ze śmierdzących ścian i tym samym ratował się do czasu, aż budził go przeraźliwie zimny, bezpardonowo biczujący obolałe ciało strumień lodowatej wody. Zwijał się w kącie, chcąc uciec przed życiodajną torturą, ale ta trwała nadal – tak długo aż oprawca zakręcił kurek, zwinął wąż i poczłapał z powrotem na górę. Wyziębienie trwało o wiele dłużej, prawie zawsze powodując chorobę osłabiającą go jeszcze bardziej. Nagość, zimno, ciemność, monotonia, tragizm uwięzienia – wszystkie one nie opuszczały go przez te lata choćby na moment, stając się integralną częścią jego bytu, doznań i odczuć. Tak jak i myśli o niej: o tym, że i może jej się coś stało, że może wszyscy bawiący się u Maćka zostali porwani i powsadzani do podobnych, odczłowieczających cel powolnej śmierci. Bo przecież – myślał o tym tysiące razy – dlaczego tylko jego spotkała taka tortura? Może jakiś psychopata wpadł na imprezę i…? A co jeśli oni nie żyją, jeśli nie żyje…? Modlił się, by ból serca okazał się śmiertelny i w końcu go powalił. Przecież mógł nie zlizywać wilgoci ze ścian, mógł nie zbierać zepsutego żarcia z podłogi. Umarłby z głodu i pragnienia. Lecz zawsze wtedy ujawniała się ta część jego umysłu, w której przechowywał jej uśmiech, zapach, zdecydowany głos wypowiadający przesadnie miłe słowa. To nie instynkt przetrwania nakazał mu nie poddawać się – to Julita i tęsknota za nią kazały mu pić, jeść i walczyć z chorobami. Z czasem zupełnie wypchnął z pamięci, iż się rozstali. Wierzył, że tylko jemu przytrafiło się nieszczęście, że Julita jest bezpieczna i myśli o nim. On myślał o niej stale… Rok, dwa, ale w kolejnych latach jej wspomnienie przestało być wyraźne, nie miał siły go kolorować lub uszczegóławiać. Zapominał rysów jej twarzy, a winą za wszechogarniający ból uwięzienia obarczał to, że zerwali. Pod sam koniec nie żywił ani pozytywnych ani negatywnych uczuć do nikogo. Wyzuty z człowieczeństwa, nie mający pragnień ani oczekiwań, trwał w jakby nierealnym świecie permanentnego dyskomfortu… Z maligny zbudził go huk. Na górze ktoś gwałtownie otworzył drzwi, a te z impetem uderzyły w ścianę. Drżenie chorego ciała wpisało się w jego naturę, nie potrafił sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek nie drżał. Drżeniu towarzyszył ból; nie taki, który można zadać, a potem odjąć, ale przejmujący każdą cząstkę ciała i umysłu. Opanował się na tyle, by okręcić głowę w kierunku, skąd dobył się dźwięk. Z ledwością rozchylił zaropiałe powieki i poraziło go światło wpadające z parteru. Otoczone światłością, przyglądały się mu dwie czarne, ludzkie sylwetki. - Pomocy... – Nie miał pewności, czy w ogóle go słychać. Nie rozpoznał swojego głosu, tak dawno go nie słyszał. Sylwetki zdawały się zbliżać i oddalać od siebie. Zlewały się w jedno, by za chwilę rozdwoić się ponownie. Krzyczeli na siebie nawzajem. Przysiągłby, że walczą, że splatają ramiona w walce. - Pomocy! – wiedział, że tym razem go usłyszano. Ruch czarnych postaci ustał, głosy zamilkły, docierały do niego tylko urywane oddechy. Krzyk o pomoc kosztował go zbyt wiele. Zwinął się w paroksyzmie bólu, gardło zapłonęło żarem, a żołądek o mało co nie oddał żółci. Drżenie przeszło w niepohamowane konwulsje, dla których nie odnalazł ujścia. Turlał się nagi po nagiej, lodowatej posadzce, aż stracił przytomność. Jeszcze tylko zobaczył, że jedyny towarzyszący mu promyk nadziei rozbłysnął parszywie żółtym światłem. Żarówka zawieszona przy drzwiach u wejścia do piwnicy zdawała się być anielskim światłem, które ma go zaprowadzić ku uldze i wybawieniu. Myśląc o nim, oddał się łasce nieświadomości. Poczuł ogarniające go ciepło. Kokon śmierci zacieśniał się coraz bardziej...
Kolejny, drugi już z rzędu ranek był dla Janusza gwałtowniejszy niż zwykle. Tym razem od razu, jak tylko zszedł z łóżka, podszedł do półki z książkami i wziął oprawiony w biało-czarną okładkę tom. Książka ważyła dużo więcej niż wynikało to z jej objętości. O jej ciężarze stanowiła treść, którą stworzył i do której obiecał już nigdy nie wracać. Jednak nie mógł sobie przypomnieć, by w którymś momencie napisał o kłócących się oprawcach. Przecież był jeden porywacz! Lecz Kamiński, którego ciało wyłowiono z jeziora. Pijak, degenerat, właściciel domu, gdzie przetrzymywał Janusza. Dlaczego pisząc książkę, nie wspomniał nic o tej sytuacji? Choć z drugiej strony czemu miałby zawierzyć w sen? Kilka ostatnich dni w piwnicy miał szaloną gorączkę i niczego nie mógł być pewnym. Może kłócące się osoby w drzwiach do piwnicy to jedynie jego senne pragnienie, że ktoś przybywa mu na ratunek. Jest bójka, próba uwolnienia... No właśnie, wtedy wolność nie nadeszła, czekać musiał na nią Bóg jeden wie jak długo jeszcze. Nie dokonał zemsty. Porywacz pijany jak bela utopił się w jeziorze. Nie dał Januszowi satysfakcji spojrzenia mu w oczy. Porywacz nie żyje, Janusz żyje... Janusz omal nie zakrztusił się wciągniętym gwałtownie powietrzem. Czy nie powinno być na odwrót? Przecież to ja znalazłem się na skraju śmierci, przez przypadek uratowano mnie w ostatniej chwili. Dlaczego nikt nie dostrzegł tych sprzeczności? Nikt nie pytał, czemu pijany Kamiński poszedł w ogóle nad jezioro. A jeśli dwie sylwetki w drzwiach to realne wspomnienie, a nie jedynie idiotyczny, bolesny sen, to jest jeszcze druga osoba, która wiedziała o porwaniu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Boru
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…