Drzwi zamknięte na oścież
Opowiadanie przygodowe umieszczone w świecie gier MaxPayne oraz Alan Wake.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Drzwi zamknięte na oścież
Autor- Bubble, mail- [e-mail]
Poniedziałek 22.50
Damon Hurt. Szef wydziału Nowojorskiej policji. Siedząc za swoim masywnym biurkiem wyglądał jak król na tronie. Od swoich podwładnych wymagał perfekcjonizmu oraz całkowitej lojalności. O jego dokonaniach dla miasta przypominały liczne wycinki z gazet, umieszczone w antyramach wiszących na ścianie. To do nich uciekał mój wzrok, kiedy nie mogłem patrzeć mu w oczy. Teraz wręcz pochłaniałem rozmazane litery, starając się nie dopuścić do siebie tego, co wykrzykiwał Damon. Zbyt wiele wydarzyło się w przeciągu ostatnich kilku nocy. Mirra uciekł. Przeze mnie. Zlekceważyłem tego szaleńca. Uznałem, że stalowe kraty szpitala oraz silne psychotropy wystarczą, żeby zamknąć jego sprawę raz na zawsze. Jak bardzo się myliłem...Hurt przestał krzyczeć. Zdał sobie sprawę, że jego słowa nie docierają do mnie. Westchnął ciężko, zdjął okulary i obrócił się do mnie plecami, kończąc rozmowę. Wstałem i skierowałem się do drzwi jego gabinetu. Wyszedłem uważając, żeby nie trzasnąć drzwiami. Powolnym krokiem udałem się do mojego biurka. Inni funkcjonariusze patrzyli się na mnie, widać krzyk Damona z łatwością przedarł się przez cienkie ściany jego gabinetu. Jedni spoglądali z rozbawieniem, inni z litością. Tylko jedna twarz wyrażała zrozumienie. Twarz Maxa Payne’a. Wiele razem przeszliśmy, on też nieraz skończył przed biurkiem szefa. Usiadłem przy ekranie swojego komputera. Niezliczone zdjęcia miejsc zbrodni. Analizy DNA. Odciski palców. Wycinki gazet. Zeznania świadków. Wszystko związane z jedną sprawą- John’a Mirry. Zrozumiałem, że to zaczyna mnie przerastać. Spojrzałem na tablicę korkową, która wielu poświęca na przypięcie wycinków o swoich dokonaniach. Na mojej od dawno nie przybyło nic nowego. Spojrzałem na najnowszy, mający tylko pół roku. „Jim Bravura oraz Max Payne odsłaniają tajemnice Vladimira Lema, słynnego rosyjskiego biznesmena”. Stare dzieje. Obok, w plastikowym worku powiesiłem trzy kule, które oberwałem pracując nad tą sprawą. Rany już dawno się zagoiły, jednak wspomnienie porażki nie może odejść. Dopadli mnie tak łatwo. Popełniam za dużo błędów. Może czas przejść na emeryturę? Nie, Mirra jest nadal na wolności. Muszę działać. Zagłębiłem się w stos dokumentów związanych z jego ucieczką. Po kwadransie z zamyślenia przebudził mnie Max. - Słuchaj, Jim, przyszedł ten doktor z zakładu, mam z nim pogadać? Dobrze znał odpowiedź. Nie miałem siły rozmawiać z nikim. Bezszelestnie oddalił się, pozostawiając mnie sam na sam ze sprawą. Przez następne dwie godziny patrzyłem się bezmyślnie w zebrany materiał, jednak mózg zaczął odmawiać mi posłuszeństwa. Wstałem, żeby napić się wody z dystrybutora. Niestety, okazał się pusty. Zastygłem w bezruchu. Nic już nie wymyślę, czas wracać do domu. Zgasiłem światło, pożegnałem się z Maxem i wyszedłem na parking. Mój wysłużony Chevrolet Impala odpalił z ogłuszającym rykiem. Wycieraczki z trudem zgarniały deszcz, strumieniami lejący się na szybę mojego auta. Włączyłem radio. Wsłuchałem się w smętną muzykę, którą puszczono w przerwie serwisu informacyjnego. Pianista leniwie naciskał klawisze. Zmęczenie uderzyło mnie jak fala. Momentalnie poczułem senność. Obraz zaczął się rozmazywać. I wtedy doznałem najgorszego przebudzenia jakie można sobie wyobrazić. Strzał. Krzyk. Gdzieś przede mną. Pisk hamulca. Skowyt rannej osoby. Wszystko docierało do mnie jak w zwolnionym tempie. Przez moment nie wiedziałem co robić. Spojrzałem przed siebie. Jakiś narkoman chyba nie zdawał sobie sprawy, że zabił kolegę. Sięgnąłem po rewolwer. Otworzyłem drzwi. Ledwo stanąłem na mokrym asfalcie, kiedy nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Podparłem się o samochód. Wycelowałem broń w ćpuna i z trudem wykrzyczałem- - NYPD! Rzuć broń, ręce na głowę! Jednak nie zrobiło to na nim wrażenia. Uciekł w ciemną uliczkę. Powinienem coś zrobić, strzelić, ruszyć w pogoń. Zamiast tego osunąłem się na ulicę. Po sekundzie zjawił się radiowóz. Młodzi funkcjonariusze wybiegli z wozu, jednak ich latarki nie mogły odnaleźć mordercy. Jeden z nich wzywał pogotowie. Wiedziałem, że nadaremnie. Gość dostał z Berrety w okolice serca. DOA- trup na miejscu. Wsiadłem do wozu. Zwróciłem się do chłopaków. - Zajmijcie się wszystkim, spotkamy się jutro, teraz mam coś ważniejszego do roboty. Nieprawda. Musiałem zapomnieć. Na moment oderwać się od paranoi tego miasta. Byłem tak zmęczony, że nie dopadłbym Mirry nawet, gdyby stanął przed maską mojego wozu. Wreszcie dotarłem do domu. Tak jak zwykle, w środku przywitał mnie tylko zapach tytoniu i smród wczorajszego obiadu. Mówi się, że dobry glina nie może spać, bo myśli nad sprawą, natomiast zły glina nie może zasnąć, bo męczy go sumienie. Ja zasnąłem momentalnie.
Wtorek 9.00
Z samego rana udałem się do Damona. Wiedziałem, co mnie tam czeka. Nigdy nie widziałem go tak wkurzonego. Wszedłem do jaskini lwa. - Jak mogłeś do tego dopuścić? Miałeś go na celowniku! Co z ciebie za glina? Miał racje. Nie nadaje się. Swoje dobre dni mam już za sobą. - Wiesz co, masz racje. Przekaż moją sprawę Maxowi. Odchodzę. Tego się nie spodziewał. Zdjąłem odznakę i rzuciłem ją na stół. - Jim, proszę cię, bądź poważny. Nie rezygnuje się z gry w połowie rozgrywki. Rozumiem, jesteś przemęczony, w porządku. Dam ci coś łatwiejszego. Zbierzesz myśli, zanim nie wrócisz do sprawy Mirry. Co ty na to?
10.00
Projektor z trudem rzucał kolejne obrazy na zniszczoną ścianę. Inspektor Purdham zapoznawał mnie ze sprawą. - Ten człowiek to Alan Wake. Znany pisarz horrorów oraz redaktor New York Times. Dwa tygodnie temu wyjechał do małej miejscowości Bright Falls, aby napisać reportaż. Redakcja straciła z nim kontakt. - Czemu nie zajmie się tym miejscowa policja? -zapytałem - Bo tam nie ma żadnej, miasteczko jest opuszczone od lat. Nie wiadomo, na jaki temat miał pisać swój reportaż, powiedział jedynie, że jedzie po „drogę do nagrody Pulitzera”. Redakcja nalega, żeby sprawą zajął się ktoś z „wielkiego jabłka”, sam rozumiesz. Rozumiałem aż za dobrze. Szansa dla Damona, żeby powiesić kolejny wycinek na ścianie.
10.40
Poszedłem pożegnać się z Maxem. Już wiedział, że wziąłem sprawę Wake’a. Pożegnał mnie, życzył szczęścia i kazał wrócić o własnych nogach. Drań. Już miałem wyjść, kiedy wręczył mi swój pistolet. Glock. Plastikowy szajs. Odmówiłem. - To rozkaz, ten twój rewolwer potrzebuje już emerytury. - Tak jak ja- odparłem. Wziąłem tą zabawkę i włożyłem głęboko do kieszeni. Ciężkim krokiem wyszedłem przed komisariat. Oby mój wysłużony Chevy mnie nie zawiódł. Wsiadłem do mego pojazdu, wrzuciłem bieg i ruszyłem w nieznane.
15.00
Droga była niezwykle męcząca. Wąskie i kręte leśne dróżki stanu Nowy York mogłyby całkiem radykalnie zmienić wszechobecny pogląd na wygląd tego stanu. Po wyjechaniu z gąszczu betonu i metalu wita nas stary asfalt i nieprzyjazne leśne ostępy. Jadąc zatrzymywałem się raz po raz, zbierając siły na przejechanie kolejnego odcinka trasy. W końcu na horyzoncie spostrzegłem zarys pierwszych domostw miasteczka Bright Falls.
15.30
Dotarłem do „centrum”. Stare, pokryte łuszczącą się farbą budynki, oraz porzucone samochody nadawały miejscu niepokojący wygląd. Zaparkowałem przed dawnym biurem szeryfa, licząc, że spotkam kogokolwiek w tej samotni. Podszedłem do spróchniałych drzwi. Były zamknięte, jednak znajdował się w nich nowy zamek, a zawiasy nadal pokryte był świeżym smarem. Rozejrzałem się wokół. - Jest tu kto?- krzyknąłem. Odpowiedziało mi tylko echo. Pomyślałem, że pewnie jacyś bezdomni przyjęli sobie najtrwalszy z budynków za swoje nowe mieszkanie. Powolnym krokiem wróciłem do samochodu. Pojechałem nim na szczyt pobliskiej góry, do starego kościoła. Wóz z trudem pokonał spore wzniesienie. Zapukałem do solidnych dębowych wrót. Pustka. Obszedłem obiekt dookoła, szukając tylnego wejścia. Mimowolnie rzuciłem okiem w majaczące na dnie wąwozu miasteczko. Na dachu jednego z budynków siedział jakiś człowiek. Wskoczyłem do samochodu, chcąc do niego dotrzeć, jednak zanim zjechałem na dół, zniknął mi z oczu, zapewne wystraszony dźwiękiem silnika. Zatrzymałem się na poboczu. To na nic, biegam w kółko.
17.00
Pojechałem do pobliskiego miasta, pragnąc porozmawiać z tamtejszym burmistrzem. Miasto Itylla znacznie różniło się od Bright Falls. Kolorowe domy, zapach kwiatów oraz wyszorowane chodniki gościnnie witały przybyszy. Zaparkowałem przed małym, świeżo wyremontowanym budynkiem ratusza. Pokonałem strome schody prowadzące do biura burmistrza. Przemiła pani w sekretariacie powiadomiła go o moim przybyciu. Po chwili usłyszałem skrzypienie schodów. Burmistrz uśmiechnął się promiennie i uściskał mi dłoń. Przedstawiłem się. - Nazywam się Jim Brawura, pracuje dla nowojorskiej policji. Czy moglibyśmy zamienić słowo? - Ależ naturalnie, panie Bravura Lekko uśmiechnął się, wymawiając moje nazwisko. Przyzwyczaiłem się do tego. Gestem zaproszono mnie do gabinetu. Usiadłem na wysłużonym, ale wygodnym skórzanym fotelu. Burmistrz zasiadł za solidnym biurkiem - A zatem, co Pana sprowadza w te strony? - Poszukuje zaginionego mężczyzny, nazywa się Alan Wake. Rzuciłem jego zdjęcie na wypolerowany blat. Burmistrz wpatrywał się chwilę w postać obecną na zdjęciu. Po chwili podniósł wzrok. - Przykro mi, ale nie widziałem nikogo takiego. Proszę jednak popytać w mieście, może zatrzymał się u nas przejazdem. Chciał mnie zbyć. Nie tak łatwo mnie zniechęcić. - Czy może mi pan coś opowiedzieć o Bright Falls? - A co tu opowiadać? Opuszczone miasteczko górnicze jak każde inne. Nie dałem za wygraną. - Na terenie miasta znajduje się wiele porzuconych samochodów, z całą pewnością miasto opuszczane było w pośpiechu... - Już zmarnował Pan dość mojego czasu, panie Bravura. Rozmowę można uznać za skończoną. Gadaj zdrów. Wziąłem zdjęcie i wyszedłem.
22.00
Wykupiłem nocleg w pobliskim hotelu. Musiałem zebrać siły po długim obchodzie po mieście. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Czy to jakiś spisek, albo to ja jestem zbyt podejrzliwy? Może Wake po prostu zasnął za kółkiem i spadł w przepaść, albo po prostu postanowił wieść życie pustelnika? Może zostawił w redakcji jakąś wskazówkę? Zadzwoniłem z hotelowego telefonu do redaktora naczelnego NYT. - Witam, Jim Bravura z tej strony, przepraszam że dzwonie o takiej porze, jednak mam do Pana ogromną prośbę. Czy mógłby Pan przeszukać biurko Alana, może znajdują się tam jakieś informacje, które naprowadzą mnie na jego trop. Takiej prośbie nie można odmówić.
Środa 07.30
Z samego rana ruszyłem do Bright Falls, licząc, że spotkam tajemniczą personę widzianą wcześniej. Niestety, ponownie przywitała mnie pustka. Udałem się do biura szeryfa. Ponownie nic. Postanowiłem porozglądać się trochę po okolicy. Większość domów była pozostawiona z otwartymi drzwiami. W środku walały się szczątki porzuconych przez mieszkańców gazet i książek. Minąłem ostatni dom i wszedłem na wąską ścieżką prowadzącą przez sam środek małego lasu. Wtedy pomyślałem o tym, co zostawiłem w Nowym Yorku. Mirra. Ciekawe, jak Max sobie radzi? Może już go znalazł. Chociaż wolałbym, żeby nie trafił na jego ślad, prawdopodobnie straciłbym jedynego przyjaciela. Że też nie zastrzeliłem tego psychopaty, kiedy spotkałem go pierwszy raz. Głupiec ze mnie. Kulka w łeb, żadnych pytań, później martwiłbym się o konsekwencje. „Stój, policja”. Żałosne.
08.30
Droga prowadząca przez las początkowo wyłożona była kamieniami, jednak z czasem zastąpił je drobny żwir. Spostrzegłem, że droga jest uczęszczana. Coś, czego nie spodziewasz się po drodze prowadzącej nieopodal opuszczonego miasteczka. Zacząłem się rozglądać. - Wyglądasz na kogoś, kto coś zgubił i nie wie, jak to odnaleźć. Odwróciłem się szybko. Na pniu powalonego drzewa siedział niezwykły osobnik. Miał długie, związane przepaską włosy, przetarte dżinsy i wymiętą koszulę, noszącą na sobie niezliczoną ilość łat. Na szyi miał pacyfkę, symbol gołębia z rozłożonymi skrzydłami. To najprawdopodobniej jego widziałem pierwszego dnia. Nie wydawał się mieć wrogich zamiarów. Zagadałem do niego. - Nazywam się Jim Bravura, pracuje dla nowojorskiej policji. Poszukuje zaginionego mężczyzny, czy widziałeś go może?- Pokazałem mu zdjęcie Alana. - Och, wielu ludzi błądzi po Bright Falls, nie wiedząc, po co tu przyszli... Zdziwiło mnie to. - Jak to, myślałem, że miasteczko jest od dawna opuszczone? Sam w to nie wierzyłem. - Oficjalnie tak, ale dzieją się tu dość niesłychane rzeczy. Chodź ze mną, oprowadzę cię. Poszedłem za nim. Zauważyłem, że chodzi boso. Szedł dość szybko, mimo, że był bardzo chudy. Zagadałem do niego. - Czy często udajesz się do Itylli? Gdzie kupujesz jedzenie? - Przyroda daje nam wszystko, czego nam potrzeba. - Polujesz zatem?- Zapytałem - Miałbym skracać życie? Za kogo się uważamy, dając sobie boską moc odbierania życia? Ludzie kwiaty, byłem pewien, że już dawno wygasła ich kultura. Trochę zmęczył mnie spacer przez las. Ponownie odezwałem się do mojego towarzysza. - Jak się nazywasz? - Michael. Miło, że spytałeś. O, spójrz, już dotarliśmy do celu. Spojrzałem przez zarośla. Daleko, pod zboczem góry rozstawionych było wiele wojskowych namiotów. Dwie ciężarówki zaparkowano pod rozłożystym drzewem. Nad całym obozowiskiem rozpięta była ogromna siatka maskująca. - Co tu się dzieje? Byłem oszołomiony. Michael przykucnął za wielkim głazem. Odezwał się szeptem. - Ci ludzie od dawna nielegalnie wydobywają drogocenne minerały z kopalni. Ciężarówkami wywożą ją później poza teren obozowiska. Co kilka dni przywożą jeepem jakiegoś ważniaka, prowadzi kontrole po czym tego samego dnia wraca. To była moja samotnia, a teraz... ech, szkoda gadać. - Czemu nie zgłosiłeś tego policji? - A kto by mi uwierzył? Miał racje. Obozowisko było niezwykle dobrze ukryte. Pytania piętrzyły się w mojej głowie. Michael wyjął starą wojskową lornetkę z torby, którą nosił na ramieniu. Przez chwile rozglądał się, po czym podał mi ją. - To chyba twoja zguba- powiedział. Prędko chwyciłem lornetkę i spojrzałem w kierunku, który mi wskazał. Przed największym namiotem stał nie kto inny, niż Alan Wake. Dyskutował z kimś ubranym w rodzaj zakonnej szaty. Co chwilę kiwał głową, zapewne osoba w habicie tłumaczyła mu coś ważnego. Nie mogłem uwierzyć moim oczom. Z zamyślenia wyrwał mnie mój…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Bubble
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…