Dziadunio
Żyjący na granicy ubóstwa starszy człowiek dostaje drugą szansę. Czy wyjdzie mu to na dobre?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dziadunio Padał deszcz. Po dziurawej ze starości miejskiej ulicy płynęły wesoło potoki zabrudzonej wody. Chodniki zmieniły się w mieszaninę kawałków betonu z dużą ilością podejrzanie brązowego błota. Kratek od kanalizacji dawno nie było, kilka kilogramów metalu mogło zamienić się na bezcenną walutę. A paru miejscowy „handlarzy” zawsze miało coś na sprzedaż. A to papierosy z Ukrainy, domowy bimber na landrynkach, odfiltrowaną podpałkę do grilla. Można tam było kupić wszystko, od lewych talonów na żywność, po „automaty”. Za odpowiednia gotówkę. Po tej części miasta nie podróżowało zbyt wielu ludzi. Na tej ulicy znajdowały się tylko stare kamienice i bliskie bankructwa sklepy. Brakowało nawet brudnych dzieci, młodzieży w kapturach i panów, których kolor skóry niczym nie różnił się od czerwonego barszczu. Nie, tam panowała wieczna pustka. Mimo wszystko ktoś tam siedział. Nie potrzebował wielkiego komfortu, wystarczały mu takie wygody jak niewielki, rozłożony na ziemi ręcznik, oparcie starej kamienicy, dziurawy koc. Człowiek ten nie przejmował się tym wszystkim, przeciwnie, na jego twarzy gościł uśmiech ponurej satysfakcji. Zza rogu wyszedł nieznajomy. Swoim wyglądem zdecydowane kontrastował z otoczeniem. Piękny garnitur, modne buty z czarnej skóry, warty grube pieniądze parasol na zamówienie. Do tego dochodziła jeszcze całkowicie gładka twarz, krótkie czarne włosy i okulary w pozłacanych oprawkach. Z dala można było poznać, że człowiek ten ma coś wspólnego z pieniędzmi. W ręku trzymał małą czarną aktówkę. Podszedł do siedzącego, uśmiechnął się i zapytał: -Pan Euzebiusz Lima? Wzrok stałego bywalca powędrował w stronę przybysza. Odsłonił swoją zniszczoną twarz. Od razu można było zobaczyć, że jest stary, schorowany i zniszczony. -Dziadunio...- wyszeptał. -Słucham?- Spytał Biznesmen lekko się nachylając. -Wszyscy mówią tu na mnie dziadunio... Przybysz uśmiechnął się odsłaniając wszystkie lśniące zęby. -Pozwoli pan, że się przedstawię. Nazywam się Dariusz Balański i jestem przedstawicielem firmy „New World Company”. Konkretnie oddział do walki z ubóstwem. -Ja tam się nie znam- westchnął dziadunio wzruszając ramionami. -Opierając się na najnowszych badaniach opracowaliśmy zupełnie nową metodę walki z niedostatkiem materialnym. Opiera się ona przede wszystkim na inwestycjach. -Zainwestowałem kiedyś w ten koc. Tanio kupiłem, a korzyści są. -Widzi pan! Od razu wiedziałem, że od razu pan wszystko zrozumie. Nasze założenia są bardzo proste. Pan oddaje nam cos, co posiada jakąkolwiek wartość monetarną, my inwestujemy ją na rynku polskim i światowym. Po pewnym czasie sprawdzamy dochody. Część uzyskanych pieniędzy ponownie inwestujemy. Resztą dzielimy się pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Dziadunio tylko kiwnął głową. -Do czasu nie osiągnięcia przez pana ustabilizowanej pozycji społecznej, nie może się pan wycofać z projektu. Informacje będą przychodziły na bieżąco. Jakieś pytania? Starszy człowiek nie odpowiedział. Siedział tylko cicho i rozmyślał. Dariusz nie przejął się tym zbytnio. Po raz kolejny pokazał komplet zębów w zachęcającym, utopijnym uśmiechu. -Sam nie wiem- wyszeptał dziadunio. -Nic pan nie może na tym stracić. Proszę poinformować mnie o pana kapitale inwestycyjnym. Dziadunio sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej starego, złotego, lekko zaśniedziałego zęba. Przez chwilę podejmował życiową decyzję. Doszedł do pozytywnych wniosków. Podał zęba biznesmenowi. Tamten przyjął go i schował do małego futeraliku. -Dobra decyzja. Teraz pozostaje tylko oczekiwać na wyniki. Życzę powodzenia i zachęcam do dalszej współpracy. Wrócę niedługo. Firma „New World Company” żegna. Biznesmen szybkim krokiem odszedł. Dziadunio siedział dalej wśród strug deszczu. Po chwili zamknął oczy. Nie zważając na złe warunki atmosferyczne, zapadł w głęboki sen. *** Minął tydzień. Pogoda zdecydowanie się zmieniła. Deszcz przestał padać, ciemne chmury zniknęły, a na niebie znowu zaświeciło słońce. Dziadunio jednak, jakby nigdy nic siedział dalej pod kamienicą pogrążony w myślach. W swoich starych zniszczonych dłoniach trzymał kubek taniej zupy w proszku, która…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Malwin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…