Wróć do katalogu

Dzieci Bujnych Marzeń i Przyjezdny Cyrk

Historia ta wydarzyła się w czasach, kiedy największym przywilejem była możliwość zabawy po zmroku. Wtedy to wymknąłem się nocą z domu...

Traper, opublikowano , 27 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Historia, którą wam tu opowiem wydarzyła się w najlepszych latach mojego życia. Wydarzyła się w czasach, kiedy mogłem skakać po tylnej kanapie dużego fiata mojego taty. W czasach, kiedy w telewizji rządziły dwa czarno- białe kanały, a dziennik telewizyjny o dwudziestej wyznaczał kres mojego dnia, tak jak sufit dużego fiata granicę moich skoków po siedzeniu. Pamiętam dobrze dzień w którym ta historia się zaczyna, a to za sprawą moich nowiutkich butów. Najlepszych na świecie. Nie wiem skąd mama je wzięła, ale były prawie nie używane i w najlepszych kolorach jakie istniały: żółtym i czerwonym. Były tylko trochę za duże, więc liczyłem, że nie wyrosnę z nich w ciągu jednego lata. Do tego wszystkiego ni w ząb nie pasowały do moich sztruksowych spodni i bordowego sweterka, ale za to sprawiły, że tamten piątek miał być najlepszym dniem mojego życia. Bo dzień musi być piękny, jeśli idziesz do szkoły w nowiutkich butach. Poranek budził się powoli do życia, a my zbieraliśmy się jak zawsze pod garażem pana Wolińskiego. My, to znaczy ja, mój najlepszy przyjaciel Michał, mój drugi najlepszy przyjaciel Wojtek i moja najlepsza koleżanka Kaśka. Bo zawsze można było mieć kilku najlepszych przyjaciół. - Masz nowe buty!- Wojtek właśnie awansował na pierwszego najlepszego przyjaciela. - Na zawsze? - Moja mama mówi, że jak będę jadł zupy pomidorowe, to na zawsze- odpowiedziałem pozwalając moim przyjaciołom obejrzeć nabytek- dzień dobry, panie Woliński. Tata Michała, który woził nas do szkoły swoim dużym fiatem był najfajniejszym dorosłym jakiego znałem. Był jeszcze oczywiście Grzesiek, ale on miał dziewiętnaście lat, więc dorosłym miał stać się zgodnie z odwieczną zasadą dopiero za rok. Kiedy wsiedliśmy do auta, rozmowy potoczyły się zwykłymi dziecięco- dorosłymi torami. - Lejesz wodę! - Naprawdę proszę pana! Mama powiedziała, że będę w nich chodził, jak polubię zupy pomidorowe. - I są tego warte?- pan Woliński był najlepszym dorosłym, bo potrafił rozmawiać z dziećmi i w tym samym czasie robić coś takiego, jak prowadzenie samochodu. - Są proszę pana. - Bardzo? - Jak cholera.- Czasem pozwalałem sobie na małe przegięcie przy panu Wolińskim. Mrużył wtedy tylko śmiesznie oczy, ale wiedzieliśmy, że zostanie to między nami. - A są wodoodporne?- Michał z kolei był zawsze praktyczny. - Nie wiem na razie, bo nie mogę ich dobrudzić, bo mama powiedziała, że pójdę w nich do kościoła. - Lejesz wodę...- to było ulubione powiedzenie pana Wolińskiego. - Trzeba było wziąć je do szkoły dopiero w poniedziałek. - W poniedziałek wszyscy będą rozmawiać o nowym odcinku Dorotki. Wojtek miał świętą rację. Poniedziałkowe rozmowy zdominowane były przez przygody Dorotki w Krainie Oz. Najlepszą we wszechświecie bajkę dla dzieci. Emitowana w niedziele wieczorem, czasem nie pozwalała mi zasnąć z wrażenia. Konrad mówił, że widział ją raz w kolorowym telewizorze, ale i tak nikt mu w to nie wierzył. Kiedy już zjawiliśmy się w szkole i powiesili worki od pantofli na odpowiednich haczykach ze znaczkami pojazdów, zwierząt i zabawek, na moment wszyscy moi znajomi patrzyli się na żółte buty. Radosna chwila wymarzonej uwagi. Wtedy też Konrad powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę: - Wiecie, że dziś przyjechał do nas cyrk?! Tak. To były najlepsze lata mojego życia. Wartość spraw w naszym świecie była dokładnie odwrotnie proporcjonalna do ich znaczenia dla dorosłych. Hula hop i małe kolejki elektryczne były szczytowymi wynalazkami tamtego świata. Zmierzch stanowił granicę wolności, a w cyrkach naprawdę gościła magia. Tamten dzień zleciał nam wszystkim niezwykle szybko i chociaż moje buty nie zrobiły furory, to musiałem przyznać, że Konrad zaskoczył nas swoją nowiną. Nie mogliśmy się jednak doczekać, by zobaczyć to własnymi oczami, bo zdarzało się, że ten dzieciak opowiadał bajki. Raz na przykład powiedział, że ma w ogrodzie ogromny but, który przyleciał z Afryki i może zabrać na przejażdżkę trzy osoby. Kiedy poszliśmy zobaczyć to cudo, okazało się, że wszystko było kłamstwem. Ale niedawno też Konrad miał prawdziwy wypadek na rowerze i przez dwa dni nie chodził do szkoły, a teraz miał najlepsze na świecie blizny na kolanach i łokciu. Podobno nawet wcale nie płakał. Ale ja w to nie wierzę. Tak czy siak po szkole wracaliśmy zawsze na nogach. Ja, Michał, Wojtek i Kaśka. Po drodze zawsze kopaliśmy kamyki, śledziliśmy się nawzajem i ogólnie urozmaicaliśmy sobie czas. Jednak nie tamtym razem. Wielkim łukiem nadrobiliśmy kawał drogi, żeby zobaczyć na własne oczy ten jedyny na świecie spektakl wozów i zwierząt, tą plejadę tajemniczych ludzi krzątających się po zapełnionym namiotami polu. Prawdziwy cyrk. Przyjeżdżał on do nas raz na dwa lata, więc poprzedniej wizyty za bardzo nie pamiętaliśmy. W przeciwieństwie do Grześka i innych prawie dorosłych dzieci. Kiedyś Konrad mówił, że pamięta, bo był od nas starszy o trylion lat. To znaczy o osiem miesięcy, ale w tamtym wieku to robiło ogromną różnicę. Co mieliśmy zrobić na widok cyrku? Byliśmy tylko dzieciakami z małego osiedla na przedmieściach małego miasteczkach. Mieliśmy za to wielką fantazję karmioną regularnie dawką wielkich marzeń. Zostawiliśmy więc w krzakach plecaki i worki i ukradkiem weszliśmy pomiędzy wozy i klatki. - Będziemy mieli problem... będziemy mieli problem- Wojtek trzymał się kurczowo mojego swetra- Dostanę takie lanie... - Dostaniesz lanie, jak się nie uciszysz- warknęła Kaśka. - Psst... tędy...- Michał wczołgał się pod nieduży barak na kółkach. Wszystko wyglądało jak mobilne osiedle małych domków, lub raczej baraków na kołach. Kiedy jednak rozłożyliśmy się wszyscy obok siebie pod wozem, naszym oczom ukazał się krąg ustawiony z pojazdów pełnych dzikich i niebezpiecznych zwierząt. To był pierwszy raz, gdy widzieliśmy coś tak niesamowitego. Nie mogły się do tego równać ani blizny Karola, ani żucie gumy Donald, ani może nawet niedzielna Dorotka w Krainie Oz. Choć to było sporne. Ja nigdy nie zdradziłem Dorotki i zawsze byłem zdania, że jest to najlepszy spektakl na świecie. - To jest niesamowite! - Cii...- uciszyliśmy Wojtka. - Widzicie tygrysa?- Wyszeptała Kaśka. - Patrzcie... to chyba goryle- nie mogłem oderwać oczu od wielkiej klatki na kołach w której po sianie skakało kilka małp. - To nie goryle, tylko szympansy- Michał był naszą skarbnicą wiedzy. Małą ostoją racjonalności w dziecięcym świecie. Nagle do wozu pod którym leżeliśmy podbiegł potężny człowiek. Miał śmieszny beret i był mocno zbudowany. Flanelowa koszula opinała się na jego mięśniach. Ściągnął nakrycie głowy i zapukał w wóz, a my wycofaliśmy się przestraszeni głębiej. Tamtego lata miałem stać się świadkiem wydarzeń, których nie oglądają zwyczajni gapie płacący za bilet wstępu. - Panie Liczenko!- Odezwał się gigant- panie Liczenko, można prosić z panem kierownikiem na słówko? Usłyszeliśmy skrzypienie desek nad naszymi głowami. Ktoś zbliżał się do drzwi. Po chwili otworzyły się one ze zgrzytem, a gigant cofnął się kilka kroków w tył miażdżąc beret w rękach. Pan Liczenko zszedł dwa kroki po małych schodkach opartych o jego wóz. - Taak...- odezwał się ochrypłym głosem, a my nie odrywaliśmy oczu od jego skarpet w biało- zielone pasy wystających z czarnych lakierków. - Panie Liczenko... Paskudny Gonzo zniknął. - Co masz na myśli, Wiktor? Zniknął?- powoli cedził słowa- Nauczył się nowej sztuczki i wyjdzie spod wozu? Spojrzeliśmy na siebie przerażeni. - Nie, panie Liczenko. Uciekł raczej. - Jak to możliwe, Wiktor? Przecież to nie jest szympans, ani głupia zebra. - Pewnie wymknął się kiedy byliśmy w miasteczku... - A... w miasteczku... czyli mówisz mi, że taki paskudny typ wymknął się niepostrzeżenie i pląta się gdzieś tam po sklepach, bo... - Nie panie Liczenko... - Nie przerywaj mi!- Aż podskoczyliśmy ze strachu pod wozem- Bierz żuka i jedź natychmiast do miasteczka znaleźć Gonzo, zanim coś się wydarzy... To było dla nas za wiele. Uciekliśmy z obozu, porwali swoje rzeczy z krzaków i biegliśmy z powrotem do domów. Obiecaliśmy sobie, że zrobimy co w naszych małych mocach, by przekonać naszych rodziców do wyjazdu do miasteczka, zachowując przy okazji incydent w tajemnicy. - Mamo ja chcę nowe buty do kościoła...- nienawidziłem kościelnych butów- wybierzemy materiał dla ciebie...- nienawidziłem doradzania przy wyborze tkanin na nowe rzeczy- odwiedzimy ciocię Hanię...- i nienawidziłem odwiedzać cioci Hani. Byłem gotów poświęcić wszystko, żeby tylko udać się do miasta zobaczyć potwora z cyrku biegającego i niszczącego rynek, rozbijającego nyski milicjantów usiłujących go powstrzymać, rozbijającego czerwonego stara strażaków i rzucającego burmistrzem w sklep pasmanteryjny. Nie chciałem tylko żeby zniszczył świątynię dziecięcego świata- Pewex w centrum. - Dlaczego chcesz tak bardzo jechać do miasta?- Mama zajęta była ustawianiem audycji w radiu. - Proszę mamuś, proszę. - Robimy jutro ognisko. Będziecie mogli pobawić się po zmroku w chowanego. - Ale wolałbym... naprawdę?- To była cios poniżej pasa. Możliwością zabawy w chowanego po zmroku, nasi rodzice mogli nas przekupić i udobruchać w niemal każdej sytuacji. - Naprawdę- uśmiechnęła się najpiękniej na świecie. - Ale w mieście... - Twoja audycja się zaczyna. Złapała mnie pod pachy i posadziła na kredensie. W piątki mogłem iść spać nieco później, jeśli szybko umyłem ręce, zęby i buzię, a potem cicho siedziałem w piżamie i rozkoszowałem się najlepszym słuchowiskiem na świecie. Nasze radio marki unitra miało nawet specjalną naklejkę z lepca, żeby można było co piątek z łatwością znaleźć odpowiednie fale radiowe. Kiedy słuchowisko dobiegło końca i znalazłem się już w łóżku, a mama zamknęła drzwi od mojego pokoju, złapałem za krótkofalówkę i wyszeptałem: - Michał śpisz? Tata mówił, że to było takie samo radio, jakiego używali astronauci w kosmosie. Ja tylko zastanawiałem się ile oni potrzebowali kabla, żeby móc rozmawiać ze swoimi rodzicami w Rosji. My mieliśmy piętnaście metrów kabla. Potrzebne były też dwie płaskie baterie w dwóch plastykowych pudełkach na końcach przewodu i mogłem rozmawiać z mieszkającym dwa piętra wyżej Michałem. - Nie śpię. A ty?- usłyszałem go przez trzaski. - Nie. - Słuchałeś programu? - Aha.- odpowiedziałem nakrywając się kołdrą, by rodzice nie słyszeli, że nie śpię- Rozmawiałeś o mieście z rodzicami? - No. Nie pozwolą nam. - Moi też nie. - Za to mówili, że jutro możemy bawić się do późna na zewnątrz. - Aha- ucieszyłem się- moi też mi pozwolą. - Wiesz co, Jędrek?- zapytał po chwili ciszy. - Co? - A jak potwór z cyrku tu przyjdzie? - Nie przyjdzie. Mówili, że uciekł w mieście. Na pewno będzie się kręcił niedaleko Pewexu. - Może powinniśmy zrobić łuki... tak na wszelki wypadek- Michał był skarbnicą dobrych pomysłów. - Masz rację. Jutro zapytamy Grześka, czy nam pomoże. - Dobry pomysł. - To do jutra. - Do jutra. W soboty mogliśmy wyspać się dowoli, ale kto leżałby w łóżku przy takiej pogodzie i tej ilości planów. Mama z trudem przytrzymała mnie przy śniadaniu. Aby móc bawić się w nowych butach musiałem na dodatek wypić szklankę świeżo przegotowanego mleka, które pani Józia codziennie przynosiła nam w bańce pokrytej zieloną emulsją. Wypiłem więc duszkiem spienione mleko zanim zrobił się na nim kożuch i pobiegłem do pokoju pokrzepić się gumą. Balonówa Donalda czekała na spodeczku od poprzedniego wieczoru. Przez noc zawsze nabierała ponownie nieco smaku. Tamtej soboty postanowiliśmy udać się na rowerach do wiatraka starego Kotarby. To było najfajniejsze miejsce w całej okolicy i miało najlepsze patyki na łuki. Mieliśmy tylko nadzieję, że nie spotkamy właściciela, męża pani Józi, który w przeciwieństwie do niej nie był przyjaznym dla dzieci dorosłym. Właściwie to uważaliśmy, że on sam nigdy dzieckiem nie był. Prowadziły tam dwie drogi: odległa przez most i ta krótsza, polna prowadząca przez rzeczkę. Zawsze wybieraliśmy tą krótszą. To dzięki temu, że zawsze była kupa zabawy przy przekraczaniu rzeczki. Gdyby więc ta droga była dłuższa, jeździlibyśmy nią tak czy siak. Musieliśmy zostawić rowery i podwinąć wysoko spodnie, a buty trzymać w rękach, żeby nie przemokły. Nasi rodzice ukaraliby nas tak bardzo za wchodzenie do rzeki, że już nigdy chyba nie wyszlibyśmy się bawić na zewnątrz. My jednak regularnie jeździliśmy do wiatraka Kotarby. W ogóle zawsze robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę i tylko czasem dostawaliśmy lanie za przemoczenie się, usmarowanie w bagnie, smole, albo farbie, za zgubienie części garderoby, albo zniszczenie czegoś. Jedyna złota zasada, której nie śmialiśmy złamać, to absolutny zakaz zabaw po zmierzchu. - Tomek jest dorosły. - Nie prawda, bo Grzesiek nie jest dorosły- odwieczne roztrząsanie dylematów osiągnęło zenit, gdy przeprawialiśmy się przez rzeczkę. - No to co?- Kaśka zawsze miała swoje stanowisko i za to ją szanowaliśmy- Widziałam, jak Tomek jeździł z nim samochodem. - To jeszcze nie znaczy, że jest dorosły- Wojtek nie chciał odstąpić- Jak są kolegami to jeden nie może być dorosły, a drugi nie. - Dlaczego nie- wtrąciłem się, gdy kroczyliśmy już boso polną drogą. Piasek przyklejał się do naszych stóp- Dorosły może się kolegować z dzieckiem, jak ono już jest prawie dorosłe. - Grzesiek już jest prawie dorosły- poparła mnie Kaśka. Dyskutując na temat naszych światopoglądów i racji dotarliśmy do wiatraka. Żadne z nas nie pamiętało czasów, kiedy to miejsce tętniło życiem. Teraz wysoki jak pół naszego trzypoziomowego bloku, czarny budynek z desek stał samotnie pośród pól. Łopaty pożerało próchno, a stalowe serce

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych