Wróć do katalogu

Dzieci dwóch ras

Historia Katheriny - córki Lucyfera i Marco - syna Gabriela... pozornie dwie zupełnie odmienne postacie...

Sita, opublikowano , 1 godz. 9 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Ale tato... - Żadnego ale! Nie zgadzam się, świat ludzi jest zbyt niebezpieczny dla ciebie, masz dopiero 217 lat, jesteś jeszcze dzieckiem, dopiero co skrzydła ci się opierzyły a już chcesz frunąć w daleki świat? Nie ma mowy! - Phater jest cztery lata młodszy i już go wysłałeś na Ziemię... - Phater jest żołnierzem, a ty jesteś księżniczką, widzisz różnicę? - Ale wyprawy po innych wymiarach są takie ciekawe, tyle się można dowiedzieć, to nie to co suche fakty z moich podręczników, tato proszę! - Katherina, już mówiłem, nie ma mowy, wiesz ile tam jest maniaków religijnych gotowych nawlec cię na pal, o nie moja mała nigdzie nie pójdziesz, zostaniesz tutaj w Czarnych Salach, to moja ostateczna decyzja. Możesz odejść. Dziewczyna wyglądająca na najwyżej dziewiętnaście lat, odwróciła się obrażona, jej hebanowe włosy zafalowały układając się idealnie równo na plecach między dwoma czarnymi jak węgiel pierzastymi skrzydłami sięgającymi do podłogi, w intensywnie zielonych oczach pojawiła się złość, bez słowa wyszła z komnaty trzaskając drzwiami i niczym burza z piorunami skierowała się do swojej sypialni mrucząc pod nosem przekleństwa. Wparowała do swojego pokoju, iskierka buntu w jej oczach rozgorzała do rozmiaru płomienia, wyciągnęła z szafy przepastną torbę i zaczęła ładować do niej ubrania. - Ja za mała? Ja, Katherina, Córka Pana Czarnych Sal, Upadłego Anioła, samego Lucyfera! O nie, nie zostanę tu i nawet ojciec mnie nie powstrzyma! Sama umiem o siebie zadbać! Księżniczka, phi to tylko tytuł, wolałabym być żołnierzem, w ich życiu przynajmniej coś się dzieje!... Oprócz ubrań upchnęła tam jeszcze kilka drobiazgów, zioła, eliksiry, resztę załatwiała wrodzona magia. Zrzuciła z siebie czarno – srebrną suknie księżniczki, podpinała złote kolczyki, ściągnęła bransolety, naszyjnik i pantofelki, zamiast tego założyła czarne glany, lniane spodnie, luźną szarą tunikę bez rękawów, przy skórzanym pasie przytroczyła dwa sztylety, na prawą rękę założyła skórzaną rękawice idealnie dopasowaną do kształtu jej dłoni na lewym nadgarstku zacisnęła złotą bransoletkę z rubinem i czterema diamentami , włosy zaplotła w warkocz, przez prawe ramie przewiesiła pochwę z mieczem, natomiast przez lewe torbę, na ten już kompletny strój zarzuciła czarną pelerynę, powiewającą między dwoma skrzydłami. - No gotowe! – orzekła przeglądając się w lustrze – W drogę! Rozłożyła skrzydła i wyleciała przez okno, szybując po czarnym, bezgwiezdnym niebie tego wymiaru spoglądała z góry na niewielkie królestwo jej ojca. Było to miasteczko położone na szybującej w przestrzeni płaszczyźnie, centralny punkt stanowił pałac z którego właśnie wyleciała, otaczały go okazałe budynki i rezydencje by im dalej od niego przerodzić się w niewielkie mieszkanka najbiedniejszych, wszystko to zamieszkiwały Czarne Anioły jedna z trzech ras wyższych, nieśmiertelnych, pozostałe dwie to były Białe Anioły i Demony. Miasto rozrastało się, płaszczyzna się zwiększała w miarę jak przybywało mieszkańców, jednak nie wszyscy byli czysto krwiści, ponad 50% ludności stanowili mieszańcy anielsko - ludzcy, to było do przewidzenia, gdyż wyrzuceni z nieba Aniołowie to byli przede wszystkim mężczyźni, sama Katherina, córka Lucyfera miała matkę człowieka. Szybując na rozłożonych skrzydłach zaczęła śpiewną inkantacje której towarzyszyła żywa gestykulacja. Nawet jej ojciec nie wiedział, że opanowała swoją moc do tego stopnia by otwierać portale między wymiarami, ludzka krew nie osłabiła magii odziedziczonej po ojcu, być może nawet ją wzmocniła. Przed Katheriną pojawiła się świetlista, szarawa brama zaginając czasoprzestrzeń, wokół niej wirowały błyskawice, czarna anielica bez lęku wkroczyła w portal do innego świata, na jej ustach zaigrał lekki uśmieszek. *** - Ależ ojcze! - Nie dyskutuj ze mną synu, będzie tak jak postanowiłem. - Ale po co mam lecieć na Ziemię, tu mi dobrze! - No właśnie, jest ci tu za dobrze, powinieneś poznać świat ludzi których masz osłaniać, jesteś księciem i jako książę powinieneś dawać innym dobry przykład posłuszeństwa, nie powinieneś czuć się ważniejszy tylko dlatego, że jesteś moim synem. - Ależ ojcze, tu będę znacznie bardziej potrzebny, w świecie Ludzi jest już dość naszych wysłanników, tu też są potrzebni młodzi wojownicy do obrony. - To jest jeden z najbezpieczniejszych wymiarów, i wierz mi nie jesteś tu do niczego potrzebny, natomiast na Ziemi jest tylu heretyków do nawrócenia, tylu bluźnierców do ukarania, tylu potrzebujących, tylu oczekujących naszej pomocy, nigdy nie będzie tam dość niebiańskich wysłanników. A więc mój synu spakuj się i leć tam gdzie wzywa cię obowiązek! - Tak ojcze! Młodzieniec skłonił się jak go nauczono i ze spuszczoną głową odszedł w stronę swoich komnat. Złociste włosy zazwyczaj w kompletnym nieładzie teraz zwisały smętnie oklapnięte, w błękitnych zawsze roześmianych oczach krył się smutek, śnieżnobiałe skrzydła wlekły się za nim smętnie, ogólnie wyglądał jak siedem nieszczęść. Gdy dotarł do swojej komnaty położył się na łóżku podkładając ręce pod głowę i wpatrzył się w biały sufit. Wcale nie miał ochoty opuszczać Niebieskiego Królestwa, tutaj panowała harmonia i ład, było spokojnie, światem ludzi targały wojny, zarazy, klęski żywiołowe i on syn Archanioła Gabriela, on Marco, książę w Niebieskim Królestwie miałby przebywać razem z tymi niedoskonałymi, śmiertelnymi istotami jakimi są ludzie? Przecież on miał zaledwie 217 lat, co to jest w życiu nieśmiertelnych, ledwo mgnienie, ach tak on był półśmiertelny jako syn anioła i ludzkiej kobiety nie był ta doskonały jak czysto krwiści niebiescy wysłańcy, ale ich nie było wielu, aniołowie najczęściej byli mężczyznami i mieli słabość do ziemskich kobiet. Półśmiertelność nie była ryzykowna w Niebieskim Królestwie, tu nikt nikogo nie zabijał, natomiast na Ziemi wszystkie prawa były lekceważone w każdej chwili ktoś mógł bez powodu wbić ci sztylet w plecy, przebywanie tam mogło się źle skończyć dla półśmiertelnych. Ale to był rozkaz, od samego Archanioła Gabriela, a jego rozkazów nikt nie mógł lekceważyć. Marco nostalgicznie zwlekł się z łóżka i zaczął upychać rzeczy do torby. Potem zmienił wierzchnie odzienie, po ziemi raczej nie mógł paradować w anielskiej sięgającej ziemi śnieżnobiałej szacie, zamiast tego ubrał typowy strój podróżniczy, wygodne, skórzane buty, spodnie i krótką tunikę bez rękawów która odsłaniała jego idealnie uformowane mięśnie ramion, może i w Królestwie Niebieskim było bezpiecznie, jednak mężczyźni od dziecka byli ćwiczeni w władaniu przeróżną bronią, ich kondycja fizyczna zawsze była idealna. Do pasa przytroczył bogato zdobiony miecz i poręczny sztylet, obie dłonie osłonił krótkimi rękawicami bez palców, torbę przewiesił przez ramie i na koniec zarzucił białą pelerynę, nie była to owa niebiańska białość do jakiej przywykł, jednak zawsze coś o zbliżonym kolorze. Ostatni raz rzucił okiem i rozkładając swe ogromnie białe skrzydła poszybował nad miasto. Jako syn Archanioła bez problemu opanował sztukę otwierania portali, tym razem też nie zajęło mu to wiele czasu, przed nim już formowała się błękitnawa brama otoczona błyskawicami, a on jeszcze raz obejrzał się na złoty zamek i rodzinne miasto, tak nie chciał tego opuszczać. Machnął skrzydłami a potężna siła portalu wciągnęła go do siebie ciągnąc do nieznanego świata ludzi śmiertelnych. *** Wylądowała w jakimś lesie, od razu zamknęła oczy koncentrując się, jej skrzydła rozpłynęły się w powietrzu, pozostał po nich tylko niewidoczny spod ubrania czarny tatuaż na plecach przedstawiający dwa czarne skrzydła i królewską koronę między nimi, korona symbolizowała jej pozycje wśród Czarnych Aniołów, wywodziła się w końcu z królewskiego rodu. Rozejrzała się ciekawie dookoła chłonąc świeżość poranka i pierwsze promienie świtu przedzierające się przez drzewa od strony pobliskiego traktu. Nie była przyzwyczajona do blasku dnia, w wymiarze Czarnych Sal cały czas panował półmrok, z tego powodu pierwszą dobę musiała spędzić w lesie gdyż promienie słoneczne raziły ją niemiłosiernie, znacznie bardziej wolała nocną wędrówkę przy blasku gwiazd, po kilku dobach przyzwyczaiła się i gdy nasunęła kaptur głęboko na czoło mogła iść nawet za dnia. Włóczyła się bez celu od wioski do wioski chłonąc nowe doświadczenia, trochę się zawiodła, oczekiwała, że wpadnie od razu w wojnę, bitwę, albo chociaż wzmożoną aktywność tępicieli Czarnych Aniołów, tymczasem jej miecz spoczywał w pochwie na plecach, nawet podczas rozrób w karczmach używała tylko sztyletów. Potrzebowała adrenaliny, walki, po to tu przybyła. Właśnie z tego powodu wpadła w dość niemiłe towarzystwo, mianowicie przyłączyła się do leśnych rozbójników napadających podróżnych na traktach. *** Wylądował w jakimś lesie, chwila koncentracji wystarczyła by jego skrzydła rozpłynęły się w powietrzu, został mu tylko biały tatuaż na plecach. Rozejrzał się smętnie dookoła, było szaro i ponuro, słońce dopiero wstawało, już mu zaczęło brakować wiecznie błękitnego i słonecznego nieba w Niebieskim Królestwie. Poczekał aż więcej światła wpadnie przez dziury w gęstwinie drzew i smętnie skierował się w stronę traktu. Musiał kwitnąć w tym wymiarze dopóki ojciec nie każe mu wrócić, a to mogło potrwać nawet kilka stuleci, przydałoby się więc znaleźć jakąś pracę. Już w pierwszym napotkanym miasteczku, kiedy siedział w barze podeszło do niego dwóch ludzi: - Witaj rycerzu, wyglądasz na człowieka szukającego zarobku – zaczął jeden. Marco tylko kiwnął głową. - Mamy dla ciebie świetną propozycje, wyglądasz na uczciwego człowieka, może podjąłbyś się ochraniania naszych wozów, jesteśmy skromnymi kupcami podróżującymi z miejsca na miejsce, wiadomo jak w dzisiejszych czasach jest niebezpiecznie bez dobrej ochrony. - Z chęcią podejmę się tej pracy. Tu nastąpiło uzgodnienie zapłaty, Ares i Knies okazali się wyjątkowo skąpi, płacili niewiele wymagali dużo. Marco niewiele spał, niedojadał, był jak cień anioła, nie mógł pomóc sobie magią wśród ludzi był tylko człowiekiem, podpisał kontrakt na pół roku, ale już po kilku dniach rozważał jego zerwanie. Zachowanie kupców mu nie odpowiadało, wyzyskiwali ludzi, wciskali im zupełnie bezwartościowe sprzęty i wcale nie byli tacy biedni jak udawali, niestety zobowiązał się na pół roku i musiał tego dotrzymać, w końcu był aniołem. *** Nie miała żadnych problemów z sumieniem gdy napadała na ludzi i ich grabiła czy mordowała. Była doskonale wyszkolona przez najlepszych mistrzów walk w Czarnych Salach, nikt nie miał z nią szans, a co dopiero te marne, śmiertelne istoty, których było tak wiele, a żyli tak krótko. Jednak brakowało jej jakiegoś porządnego przeciwnika, który stawiałby opór dłużej niż kilka sekund potrzebnych do strącenia jego głowy. Szybko zyskała sobie złą sławę w okolicy, jednak nikt nigdy nie widział ani jej ani jej bandy, a ci którzy mieli ten zaszczyt ginęli. Powodziło jej się świetnie, mieszkała w wygodnie urządzonej jaskini, pod sobą miała jakiś pięćdziesięciu wyjętych spod prawa wprawnych zabijaków których rozsyłała po łupy na okoliczne trakty, zaczęto robić na jej bandę częste obławy, ale nic one nie dały, za pomocą magii mogła ukryć siebie i swoich ludzi. Gdy znużyło jej się zarządzanie z góry wyruszała z dziesiątką najlepszych ludzi na oddalony o dzień drogi trakt główny. Ostatnimi czasy znudziły jej się grabieże, żyłka włóczykija się w niej obudziła i już planowała opuścić swoich ludzi i poszukać jakiegoś nowego zajęcia, być może nająć się do wojska pod przebraniem mężczyzny. Tego dnia postanowiła dokonać ostatniego napadu i oddać władze w ręce najbardziej zaufanego człowieka Angusa. O świcie nakazała szykować konie do drogi, swojego rumaka Wichra sama oporządziła. Był to lśniąco czarny, zadbany młody koń, wytrzymały, doskonały zarówno do górskich wspinaczek jak i długotrwałych pościgów po równinie. Zdobyła go podczas napadu na jakiś bogatych kupców którzy nie szczędzili pieniędzy by zapewnić sobie wyborową ochronę, którą banda Kath rozsiekła w kilka minut zdobywając przy tym bardzo cenny łup. Następnego dnia już czatowali zaszyci w krzakach koło głównego traktu. Rozległ się gwizd jakiegoś leśnego ptaka, był to sygnał o zbliżających się wędrowcach, zbóje z lekkim szmerem przygotowali się do ataku, z za zakrętu wyłonił się jeździec na białym koniu, a za nim pierwszy wóz kupiecki. *** Już za miesiąc mijało pół roku odkąd zaczął służyć u Aresa i Kniesa, jeszcze cztery tygodnie i był wolny od zobowiązania ochrony ich dobytku. Przez te kilka miesięcy wielokrotnie odpierał napady leśnych złodziejaszków, nie sprawiała mu kłopotu walka nawet z kilkoma przeciwnikami, zbóje którzy prawdopodobnie sami uczyli się władania bronią nie mieli szans pokonać półśmiertelnika szkolonego w najlepszych szkołach wojskowych Niebieskiego Królestwa. Tym razem jednak kupcy uznali, że jeden ochroniarz nie wystarczy, w okolicy napadała tajemnicza banda doskonale zorganizowana, po całych karawanach kupieckich z liczną i doskonale wyszkoloną ochroną nie zostawał nawet ślad. Różne pogłoski roznosiły się na temat leśnej bandy, jedni mówili, że to nie ludzie, lecz demony kryją się w lasach, inni twierdzili, że sam diabeł dowodzi tamtejszą bandą, jeszcze inni uznali to za zemstę potomka sławnego tutaj zbója Gringora który został zamęczony na śmierć na publicznym placu. Liczne wojskowe obławy niczego nie dawały, żołnierze wracali wymęczeni gonitwą po góra w poszukiwaniu choć cienia człowieka, bardzo często dobre oddziały wracały tylko z połową ludzi, opowiadali niestworzone historie jak to otaczała ich mgła gęsta jak mleko w której krążyły czarne sylwetki diabłów podrzynając gardła nieostrożnym, nawet ludzie z okolicznych wiosek bali się zapuszczać w odległe tereny. Tak więc bandę okrzyknięto Diabelskimi Widziadłami, a legenda wokół niej rosła nieprzerwanie powtarzana w ciemne wieczory w okolicznych karczmach z coraz to nowymi wątkami. Marca bardzo zaciekawiły te opowieści, ale wiedział, że nie należy we wszystko wierzyć, ludzie wiele zmyślają i kochają dodawać wątki magiczne. Jednak coś w tej historii było, wszyscy ginęli, nikt nie zdołał przeżyć z żadnej karawany nawet najlepiej chronionej, nikt naprawdę nie wiedział co działo się na drodze, w tej chwili zapomniał, że jest półśmiertelny, życie wśród ludzi nauczyło go że nie należy bać się śmierci, ona jest nieunikniona, mimo wszystko ludzki umysł chce przetrwać za wszelką cenę, to było dziwne i niezrozumiałe dla anioła który mógł żyć wiecznie o ile nie zostanie zamordowany. Już nie chciał wracać do Niebieskiego Królestwa, może kiedyś, ale na razie życie pełne przygód bardzo mu się podobało. Teraz miał wielką ochotę zmierzyć się z Diabelskimi Widziadłami, uciszył głos mówiący mu, że to może być niebezpieczne i skrzywił się gdy kupcy przyłączyli się do innej grupy strzeżonej przez dziesięciu uzbrojonych po zęby osiłków. Ruszyli. Marco jechał w środku karawany, ochroniarze mieli go głęboko gdzieś, on ich też, nie ma to jak dobre zgranie zespołu. Pierwszy dzień minął bez żadnych wydarzeń, czujność osiłków osłabła, wychodzili z założenia, że nikt nie napadnie na tak strzeżone wozy, anioł przeciwnie jechał kilka metrów przed pierwszym wozem, dumnie wyprostowany na białym koniu, zmysły miał wyostrzone, nasłuchiwał wszystkiego co odbiegało od normy, miał przeczucie, a jego przeczucia zawsze się sprawdzały. Rozległ się gwizd jakiegoś leśnego ptaka, Marco zesztywniał, dał znak ręką, że zbliża się niebezpieczeństwo, tamci tylko go wyśmiali, minęli zakręt. *** Katherina poczekała, aż cała karawana złożona w sumie z pięciu wozów wyłoni się, szybko oceniła możliwości ochroniarzy, wyglądali nieszkodliwie jak przerośnięte goryle, tylko ten pierwszy wyglądał na poważniejszego przeciwnika, uśmiechnęła się pod nosem. - Tego pierwszego biorę na siebie wy zajmijcie się resztą – szepnęła do zbójów po czym bezszelestnie przedarła się za kolejne krzaki gdzie miała konia. Sposób napadu mieli dopracowany do perfekcji, ona nadjeżdżała z przeciwka wstrzymując kupców i zaczynając niewinną rozmowę, tymczasem jej ludzie atakowali z tyłu i zanim ktoś się zorientował bezszelestnie zabijali co najmniej pięciu ludzi, tym razem też tak było. *** Z za kolejnego zakrętu wyłonił się jeździec na czarnym rumaku, na pochylonej głowie miał kaptur długiej czarnej peleryny, tak, że nie było widać jego twarzy. Marco wstrzymał konia, wozy za nim również zatrzymały się wszyscy spojrzeli na drobną postać czarnego jeźdźca, nie wyglądał na zbója i był sam, ale nigdy nic nie wiadomo. Postać w kapturze wykonała gest oznaczający pozdrowienie, anioł odwzajemnił go po czym powiedział: - Witaj jeźdźcze, kim jesteś i co cię sprowadza do samotnej wędrówki po tej niebezpiecznej okolicy? - Jestem samotnym rycerzem podróżującym po świecie w poszukiwaniu przygód i niebezpieczeństw, a tego na tutejszych drogach podobno nie brakuje – rozległ się widocznie młodzieńczy głos. - Tak poluje tutaj banda Diabelskich Widziadeł i bardzo dziwne jest to że ich jeszcze nie spotkałeś! - Widocznie nie atakują samotnych jeźdźców. - A może należysz do nich? - To bardzo prawdopodobne... Dalszą rozmowę przerwał jęk jednego z ochroniarzy który z poderżniętym gardłem osunął się na ziemię, wszyscy złapali za broń. Z za wozów wyskoczyła dziesiątka zbójów. Zaczęła się rzeź. Marco zaatakował czarnego jeźdźca, dwa miecze starły się w powietrzu, konie zarżały i odskoczyły od siebie. Widocznie zbój czuł się lepiej na ziemi gdyż momentalnie zeskoczył z konia i odegnał go w stronę pobliskich drzew, anioł poszedł w jego ślady, zaczęła się poważna walka, już po kilku sekundach przeciwnicy wiedzieli, że są równi siłą. Wirowali w śmiertelnym tańcu, miecze co chwile uderzały o siebie, każdy cios był blokowany, każda blokada była płynnie przekształcana w cios, nikt nie zyskiwał przewagi, nie popłynęła nawet kropla krwi. Marco dostrzegł spod kaptura przeciwnika uśmiech zadowolenia, na jego twarzy też zawitał dawno niewidziany wyraz szczęścia, to była wspaniała walka i nie liczyło się nic poza nią. Wirowali w szaleńczym tempie tak, że nie było szansy dostrzec ruchów, walka wokół nich się skończyła, ochrona została wycięta w pień, jednak kupcy zostali oszczędzeni, straty po stronie zbójów były zerowe teraz wszyscy ze zdumieniem obserwowali zmagających się mistrzów miecza, nikt nie wiedział co robić. Marco nie miał pojęcia jak długo toczy się ten pojedynek, na jego czole pojawiły się kropelki potu, jednak to była jedyna oznaka zmęczenia, jego przeciwnik był niesamowicie wytrzymały jak na człowieka. W końcu odskoczyli od siebie i przez chwile mierzyli się wzrokiem, następnie Czarny Jeździec wybuchł niepohamowanym szczerym śmiechem w którym brzmiała tylko dziecięca radość, Marco zawtórował mu, widownia złożona z pięciu kupców i dziesięciu zbójów patrzyła na to z niedowierzaniem nic nie rozumiejąc. Nie pojmowali jak można cieszyć się z nierozstrzygniętej walki. W końcu dźwięczny śmiech obu przeciwników ucichł, jednak delikatny uśmiech wciąż gościł na ich twarzach, oczy Marca od opuszczenia Niebieskiego Królestwa nie były tak pełnie wesołych ogników, teraz wyglądał jak ten śnieżnobiały anioł bawiący się w gronie przyjaciół. - To była wspaniała walka – stwierdził. Jego przeciwnik w odpowiedzi tylko skinął głową. - Wygląda na to, że wreszcie spotkałem kogoś kto dorównuje mi siłą, chciałbym jednak ujrzeć twoją twarz, o ile to możliwe. - Proszę bardzo! Lewą ręką, gdyż w prawej wciąż dzierżył miecz zbój zrzucił kaptur ukazując dziewczęcą twarz o idealnych rysach, niesamowicie zielonych oczach o hipnotyzującej głębi, na prawie ramie opadł koniec długiego, grubego, czarnego warkocza, na usta wypłyną figlarny uśmiech jak u dziecka. Śliczna dziewczyna wyglądała tak niewinnie mimo miecza w prawej dłoni, jak ktoś tak delikatny mógł dorównać w walce wyszkolonemu Marcowi. Wszyscy oprócz zbójów oniemieli na ten widok. - Jestem Kath – powiedziała po prostu dziewczyna. - A ja Marco – wykrztusił chłopak. - Więc co teraz zrobisz? Ani ty mnie nie pokonasz, ani ja ciebie, z tym, że ja mam przewagę liczebną, wystarczy jeden znak i moi ludzie się na ciebie rzucą, z dziesiątką na raz sobie nie poradzisz, a nawet jeśli to będziesz wystarczająco osłabiony bym cię pokonała! - A co mogę zrobić, jak sama stwierdziłaś masz przewagę, więc raczej ty tu rządzisz – Marco oprzytomniał i odzyskał spokój jednak wciąż nie mógł się pogodzić, ze jedyną osobą która dorównuje mu siłą jest kobieta, a właściwie dziewczyna bo ona nie ma więcej niż dziewiętnaście lat – Wiesz co z takim talentem do miecza powinnaś raczej osłaniać karawany niż je grabić. - Hm ciekawa propozycja, może z niej skorzystam – dała znak swoim ludziom, a ci momentalnie zniknęli w lesie – masz szczęście, oszczędzę wasze towary i was. - Powinienem ci być wdzięczny? – zapytał ironicznie anioł. Dziewczyna spojrzała na niego tymi swoimi zniewalająco zielonymi oczami i odparła: - Nie wiem, możliwe – wsiadła na konia i spojrzała z góry na chłopaka – nie radzę donosić komukolwiek jak wyglądam, bo to nic nie da, moi ludzie się zemszczą. Mam nadzieje, że jeszcze kiedyś się spotkamy Marco, być może po tej samej stronie – uśmiechnęła się diabelnie po czym pognała konia w stronę z której przyjechała, peleryna powiewała za nią gdy zniknęła za zakrętem. *** Nareszcie znalazła kogoś kto dorównywał jej siłą, nie był ani słabszy, ani silniejszy, ale czy to możliwe, żeby był człowiekiem? Tak doskonale wyszkolone są Czarne Anioły, ale ona znała tam wszystkich przynajmniej z widzenia, zresztą magiczną moc przeciętnego półśmiertelnika bez problemu można wyczuć, nieważne czy jest Aniołem czy Demonem, nie ważne jaki ma kolor skrzydeł, zawsze otacza go magiczna aura. Katherina jako córka Lucyfera mogła ją ukryć, ale reszta raczej nie, czyli to jednak był człowiek, niesamowicie przystojny i silny, a te jego niebieskie oczy, no i świetnie jej doradził, skończyła już z rozbojem i zabrała się za przyzwoitą prace, ochronę kupieckich ładunków. Miała większe szczęście niż Marco, trafiła do całkiem miłej kupieckiej rodzinki z pięcioma wozami i prawie kompletem ochroniarzy, problemem tylko była jej płeć, kobieta do ochrony wozu, ale po pierwszym spotkaniu zbójów zdanie o niej się zmieniło gdy bez pomocy reszty (która wymiotowała po krzakach zatruta jakimiś grzybami w jajecznicy) wycięła dziesięciu przeciwników i nawet się nie zdyszała. Tak więc wiodło jej się dobrze, zarobki może był niższe niż w zbójeckim fachu ale zabawa równie przednia, zmierzali obecnie na coroczny zjazd kupców w nadmorskim mieście Tritace. *** Nie sądził, ze znajdzie człowieka dorównującego mu siłą, a jednak i to w dodatku kobieta o cudownym imieniu Kath. Musiała się szkolić u naprawdę dobrego mistrza. Miał wątpliwości czy ona jest człowiekiem, ale wszystko na to wskazywało, nie miała żadnej aury magicznej, nawet jej cienia, on też nie miał, ale jako syn Archanioła umiał się doskonale maskować. Kupcy byli wściekli po tej awanturze, zginęła cała ochrona, część ładunku została rozkradziona podczas walki a w dodatku uciekła im przywódczyni zbójów, to na pewno nie była ta osławiona banda Diabelskich Widziadeł, tylko jakaś pospolita, a on pozwolił im uciec. Marco zbywał te oskarżenia milczeniem, już nie długo kończył się kontrakt podpisany z Aresem i Kniesem, akurat na dorocznym zjeździe w kupieckim miasteczku Tritace, tam bez problemu znajdzie nową prace, ale uprzednio pozna oferto dawców. Podczas dalszej podróży wciąż myślał o zielonookiej dziewczynie, oczy to było to co wypaliło mu wieczny ślad, je pamiętał najwyraźniej, głębokie, niezbadane, pochłaniające, na ich dnie czarny odmęt czegoś mrocznego, rozważał też każdy ruch ich walki, pamiętał całość doskonale i wiedział że nie miał najmniejszych szans jej pokonać, ruchy miała tak samo idealne jak on, musiała długo ćwiczyć, a jej mistrz musiał być świetny w swoim fachu i kształcić ją od dziecka. Zastanawiał się czy jeszcze kiedyś ją zobaczy, czy będzie miał okazje skrzyżować z nią miecz, nie chciał zwyciężyć, chciał walczyć z kimś kto mu dorównywał siłą. *** Zjazd kupców trwał od kilku dni i miał potrwać do końca tego miesiąca, kupcy wymieniali się doświadczeniami, opowiadali swoje przygody, oceniali straty i zyski, wymieniali zasłyszanymi legendami których największą z nich była ta o Diabelskich Widziadłach w coraz to nowszych wersjach. Katherina z chęcią słuchała tych opowieści uśmiechając się pod nosem, cieszyła się, że banda radzi sobie nawet bez niej, a coraz to ciekawsze i bardziej zmyślone historie doprowadzały ją do łez z powstrzymywanego śmiechu. To prawda, że nie raz w ucieczce przed żołnierzami lub by ich zmylić używała odrobiny magii, ale dużo częściej wykorzystywała znajomość terenu, nie ona wywoływała mgły, one same przychodziły zazwyczaj o tych samych porach w tych samych miejscach, wystarczyło umiejętnie to wykorzystać, a jej ludzie to potrafili. Wpędzić wojsko w gęstą mgłę a gdy wpadnie w panikę i zacznie chaotycznie się cofać eliminować kolejno tych co zostają na końcu, diabelskie wrzaski jak to określano w legendzie były po prostu krzykami jej ludzi świetnie naśladującym zwierzęta a także wymyślającym właśnie takie nuty lekko straszne i niesamowite zwłaszcza w odpowiednich warunkach. No ale teraz już nie była dowódcą zbójów teraz była skromną ochroniarką kupieckiej karawany, karawany która zupełnie nie musiała obawiać się napaści ze strony Diabelskich Widziadeł, wręcz przeciwnie była pod ich ochroną. Ludzie Kath wciąż ją rozpoznawali, a ona szóstym zmysłem wyczuwała gdzie są, gdy tylko usłyszała charakterystyczny gwizd nakazujący zbójcą gotowość do napaści wyprzedzała karawanę i wjeżdżała w las witając swoich starym hasłem. Obecnie obrona taboru kupieckiego znowu osłabła, kilku ludzi odeszło i Micho, ojciec rodziny szukał nowych, tymczasem Katherina włóczyła się po okolicznych karczmach często zaczepiana przez podpitych mężczyzn z którymi świetnie dawała sobie radę, to że uszczuplała przy tym ilość samców w ludzkim gatunku zupełnie ją nie obchodziło. Weszła do gospody mrużąc oczy i próbując zobaczyć coś w półmroku i gęstwinie tytoniowego dymu, o ile to pierwsze jej nie przeszkadzało bo została wychowana w ciemności i znacznie bardziej ją wolała to, to drugie owszem drażniło jej oczy doprowadzając niemal do łez. Ktoś zawołał jej imię, rozpoznała głos Micha i skierowała się w tamtą stronę. Jej chlebodawca siedział w koncie rozmawiając przy piwie z jakimś mężczyzną, pewnie nowym ochroniarzem. Podeszła spokojnie przyglądając się obcemu spod swojego kaptura który nieodłącznie nosiła nasunięty głęboko na czoło, skądś znała te rozczochrane blond włosy, biały płaszcz i śmiech, mężczyzna a właściwie jeszcze chłopak odwrócił się w jej stronę, napotkała czujne spojrzenie nieziemsko błękitnych oczu, już go poznała, na jaj twarz wypełzł ironiczny uśmiech, on też ją poznał, wstał i skłonił się zawadiacko: - Witam miłą damę, od naszego ostatniego spotkania minął dobry miesiąc! - Faktycznie, to było już cały miesiąc temu, no naprawdę jak ten czas leci – orzekła ironicznie dziewczyna siadając koło kupca. - To wy się znacie? Jak to dobrze! Pewnie już kiedyś razem pracowaliście? - Myślę, że nie można tak tego nazwać – stwierdziła dziewczyna. - Dokładnie spotkaliśmy się tylko raz, a i to nie trwało długo, Kath zajmowała się wtedy czymś zupełnie innym niż ochrona karawan – dodał Marco. - Hm, jak to możliwe – Micho zmarszczył brwi – Kath siedzi w kupieckim interesie od roku, a na początku powiedziałeś że spotkaliście się miesiąc temu. - No tak, tamta praca również miała wiele wspólnego z ochroną Karawan, jakkolwiek nie była dokładnie tym – odparł Marco. - W takim razie, co to było? - Czy to ważne szefie? Cieszę się, że wybrał pan Marca na nowego ochroniarza, jest w tym dobry, a jeśli idzie o władanie mieczem jest jak dotychczas jedyną osobą która była w stanie się ze mną zmierzyć i przeżyć – orzekła dziewczyna. - Dokładnie rzecz biorąc, ani ja jej nie pokonałem ani ona mnie i myślę, że kolejne starcie też by się tak skończyło, nasze siły są równe! - Cóż skoro mam już dwójkę takich wyborowych zabijaków jak wy to nie potrzebuję się martwić o ochronę moich wozów, bardzo mnie to cieszy, a teraz pozwólcie że wrócę do moich interesów, za pół godziny mam się spotkać z moim przyjacielem, do końca zlotu macie czas wolny, myślę ze tu wystarczy ochrona złożona z królewskich żołnierzy – wyciągnął sakiewkę z za pasa – macie tu tymczasowe wynagrodzenie i bawcie się dobrze, spotykamy się w dzień wyjazdu, myślę, że mogę wam ufać, no przynajmniej Kath, a ona już ciebie dopilnuje chłopcze, a teraz do zobaczenia – po czym wstał i wyszedł z gospody. - Jak widzę twoje doświadczenie w ochronie wozów kupieckich zdobyło ci zaufanie szefa – zaczął ironicznie Marco – I co teraz zamierzasz zrobić, zaprowadzisz ich na tereny gdzie grasują twoje Diabelskie Widziadła i dasz im znak by rozgrabiły zapewne znaczną karawanę? Kath w odpowiedzi wybuchnęła niepohamowanym śmiechem, jak wtedy gdy pierwszy raz się spotkali, jednak tym razem Marco zupełnie nie znał powodu, zrozumiałby gdyby zaczęła się wypierać, zabiła go za podejrzenia albo się chociaż zmieszała a ona śmiała się jak dziecko. - Hej, o co chodzi? – zapytał się szorstko. - O nic, po prostu nie widziałeś jeszcze karawany Micho, gdy ją zobaczysz przekonasz się, że to żaden łup dla Diabelskich Widziadeł, a już na pewno nie wart fatygi z zdobywaniem zaufania przez wysiekanie kolejnych band przydrożnych. Wole napady starym dobrym sposobem, raz że jest szybciej, dwa jest większy zysk – odparła dziewczyna wciąż z uśmiechem, w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki gdy złapała Marca za ramie i pociągnęła do wyjścia, a następnie poprzez labirynt uliczek aż na nadbrzeżny plac kupiecki gdzie stało większość wozów. Pokazała chłopakowi ładunek Micha, a ten od razu zrozumiał co miała na myśli. Zbóje polowali najczęściej na bogate wozy pełne złota, drogich towarów i broni, na karawan Micho mogły się połakomić co najwyżej naprawdę biedne i beznadziejne bandy najczęściej chłopów bez ziemi. Na wozach znajdowało się głównie zborze, ziemniaki i inne potrzebne rolnikom produkty, poza tym przedmioty codziennego użytku bez większej wartości, garnki, patelnie, krzesła, w miastach raczej nie miał na to popytu ale po niewielkich wsiach z pewnością. - W takim razie co ty tu robisz? – zapytał. Kath nie odpowiedziała, złapała chłopaka ponownie za rękę i pociągnęła na wzgórze wznoszące się nad placem kupieckim, tam siadła pod drzewem i gestem nakazała jemu też klapnąć. - Pytałeś się co tu robię – zaczęła – a co mogę robić, ochraniam ładunek Micho, wbrew pozorom sporo jest osób łakomych na ten towar, nawet Diabelskie Widziadła. - Diabelskie Widziadła to jest twoja banda, prawda? - To była moja banda. Uwierzysz jeśli ci powiem, ze zerwałam ze zbójeckim procederem i przeszłam na drugą stronę? Tylko nie myśl, że stałam się przez to lepsza, Diabelskie Widziadła założyłam tylko dlatego, że poszukiwałam przygody, a napadanie na podróżnych wydawało mi się ciekawe, ale to z czasem mi się znudziło, zbyt dużo monotonii, musiałam ruszyć się z miejsca bo bym zwariowała. Ten napad na strzeżona przez ciebie karawanę miał być ostatni, jeszcze przed nim przekazałam władze mojemu wiernemu kompanowi, konia miałam zapakowanego do drogi. Właściwie nie wiedziałam co będę robić potem, chyba chciałam się włóczyć bez celu, ale ty poddałeś mi pomysł kiedy powiedziałeś, ze z takim talentem do miecza mogłabym zając się ochroną kupców, no to się zatrudniłam u Micha, trochę go oszukałam twierdząc, ze mam kilkumiesięczne doświadczenie w zawodzie kupca, ale to szczegół. - No tak, w pewnym sensie masz doświadczeni, trochę inne niż reszta, ale zawsze – Marco uśmiechnął się do niej, nie był pewien czy może wierzyć w tą historie, bardzo chciał, te jej zielone oczy hipnotyzowały, mógłby patrzeć w nie cały czas. Do końca miesiąca nie tylko ją zaakceptował, ale także polubił, byli jak ogień i woda, różnili się prawie wszystkim, od wyglądu zewnętrznego do charakteru i zachowań, on wolał wygrzewać się w słoneczne dni, ona kochała przesiadywać na trawie w bezksiężycowe noce, on kochał cisze i spokój, ona wolała przygody, tak bardzo się różnili, ale jednak byli podobni, kochali się śmiać z byle błahostki, uwielbiali się dobrze bawić no i uwielbiali swoje towarzystwo, nie rozstawali się w ogóle. Powoli przyjaźń przerodziła się w coś więcej, nie wiedzieli o sobie wiele, bo nie lubili o tym rozmawiać. *** Myślał o niej cały czas, w dzień pozostawała zawsze na skraju świadomości, jak ziarnko piasku w oku, tyle, ze dużo przyjemniej, cokolwiek robił o czymkolwiek myślał widział tylko te jej zielone oczy i uśmiech, hebanowy warkocz, ciemną cerę, idealny kontrast dla niego. Gdy była w pobliżu obserwował każdy jej ruch, każdy gest, chłoną wszystko co jej dotyczyło by wyryć to sobie w pamięci na zawsze. W nocy śnił o niej, a nie były to niewinne sny. Chciał być zawsze przy niej, chciał by należała do niego, chciał ją chronić przed całym złem tego świata, chciał by zawsze była taka niewinna i słodka jak teraz. *** Cały czas przyłapywała się na myśleniu o nim, nie mogła się skupić na żadnej czynności, gdy tylko on się pojawiał wszystko leciało jej z rąk, a on kwitował to swym śmiechem i pomagał jej wszystko pozbierać, jego błękitne oczy nieodmiennie przyciągały jej wzrok, gdy go nie było w pobliżu czuła się taka beznadziejnie samotna, gdy był czuła się beznadziejnie... zakochana(?!). Czuła się przy nim bezpiecznie, chciała by zawsze tak było, by byli razem. *** Micho sprzedał właśnie prawie cały zapas ziemniaków, za jednym zamachem, zarobił tyle, że ogłosił tydzień przerwy na świętowanie, dał premie swoim ochroniarzom i nakazał iść im i się upić w gospodzie. Kath i Marco posłuchali, choć może nie do końca chcieli się upić. Siedzieli przy stole popijając jakiś tutejszy mocny alkohol, już szumiało im lekko w głowie, świat przyjemnie zaczął wirować, rozmawiali bez najmniejszych oporów. Byli pijani, a wyznawanie w takim stanie miłości nie jest najlepszym pomysłem, szybko stracili całkowicie kontakt z rzeczywistością, Marco był jeszcze na tyle przytomny by wynająć pokój na górze, chyba nie do końca wiedział po co. *** Obudziła się przytulona do czegoś ciepłego, głowa bolała ją okropnie, przez kilka sekund starała się pozbierać myśli ale zrezygnowała, otwarcie oczu też się nie powiodło, postanowiła poczekać jeszcze trochę tymczasem mocniej objęła owe ciepłe coś. Powoli dochodziło do niej gdzie jest i co się wczoraj działo, urywki wspomnień tego co robiła po pijanemu, Marco mówiący że ją kocha,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych