Wróć do katalogu

Dzienniki z Peru

Zapiski z magicznej podróży do kraju Inków w 2022 roku

Artur Dubisopublikowano 21 listopada 20238 godz. 14 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ładna wersja w formacie PDF wraz ze zdjęciami w linku poniżej (również na telefony): https://drive.google.com/file/d/1JXpnFS5D9hlOOSP0v89NqVHyptITJthS/view?usp=sharing

2022 rok na zawsze będzie dla mnie rokiem magicznym – to w tym roku dane mi było wyruszyć w tak wyczekiwaną i odkładaną podróż do magicznego kraju Inków, Peru. Jak to u mnie często bywa, w czasie jej trwania, a także i przed jej rozpoczęciem, prowadziłem zapiski, co by kiedyś wrócić do tego czasu, który z każdym rokiem będzie stawał się coraz to bardziej odległą przeszłością. Relację tę, a raczej dzienniki, zacząłem prowadzić już w 2020, od momentu zakupu biletów samolotowych. Nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce nastaną posępne czasy zarazy, co pociągnie za sobą takie, a nie inne, konsekwencje. Mawia się, że nadzieja jest matką głupich – czasem warto jednak być głupcem, bo marzenia lubią się spełniać. Zwłaszcza jeśli marzy się mocno. Zapraszam do zapoznania się z tymi notatkami, a nuż zachęcą Cię, Drogi Czytelniku, do odbycia podobnej podróży?

DZIENNIKI Z PERU by Artur Dubis

07.03.2020*

Niespokojne czasy dla łowców wrażeń, przygód i nowych doświadczeń! Za kilka lat pewnie nikt nie będzie pamiętał o czymś takim jak koronawirus SARS-Cov-2 wywołującym chorobę COVID-19. Ot, od kilku miesięcy rozprzestrzenia się taki bezczelny skurczysyn po planecie - pierwsze przypadki wykryto w Chinach, teraz zarażone osoby są już chyba wszędzie. W Polsce, na dzień dzisiejszy, sześcioro, ale daleko nam do Włoch, gdzie zanotowano już 5800 przypadków. Śmiertelność spowodowana powikłaniami to jakieś 3%. Wiele lotów jest odwoływanych lub przesuwanych. Dlatego też obawiam się trochę o moje lipcowo-sierpniowe loty, które zarezerwowałem sobie dzisiaj w okolicach południa. Ale mam nadzieję, że do tego czasu to grypopodobne ustrojstwo już dokona żywota, jako że to coś będzie miało (podobno) trudno znajdować żywicieli, gdy zrobi się nieco cieplej. Przynajmniej, jeśli chodzi o Europę. W Ameryce Łacińskiej ludzie przeziębiają się już przy 20 stopniach, więc kto wie, może w lecie to tam to cholerstwo się też rozprzestrzeni?

Martwię się też trochę o dwie inne rzeczy: a) dzień wcześniej wracam do Polski po krótkim wypadzie do Londynu - niech no Easy Jest zastrajkuje albo nastąpi coś niespodziewanego i będę miał, za przeproszeniem, przesrane b) w sierpniu, w drodze powrotnej do Polski, czas na jedną z przesiadek to tylko... 1 godzina i 50 minut. Shit, shit, shit. Ale innej opcji nie było!

Mam nadzieję, że wsio będzie okay!

* Tak! 2020! To nie pomyłka!

15 03 2020

Rząd zamyka szkoły.

20 04 2020

Mały, bagatelizowany (również przeze mnie) wirus panoszący się gdzieś po odległej Azji stał się dużym wirusem, który pustoszy Europę! Jak informują media, we Włoszech i Hiszpanii umiera ok. 1000 osób dziennie! W USA i Wielkiej Brytanii to samo. Od dawna zamknięte są granice, odwołane loty... Cholera, no to się wkopałem z tym biletem...

24 kwietnia 2020

Zadzwoniłem strwożony do Lufthansy i zapytałem, jakie są szanse odzyskania pieniędzy, gdy loty zostaną odwołane. Pan z Obsługi Klienta powiedział, że pieniądze wówczas zostaną zwrócone. Nawet gdyby jeden z lotów miał się nie odbyć. - A co, jeśli już dolecę na miejsce i któryś z lotów powrotnych zostanie odwołany? - zapytałem. - Wtedy za odbyte loty nie zwrócimy Panu pieniędzy, ale za ten odwołany lub całą trasę powrotną. - A co, jeśli loty nie zostaną odwołane, ale np. będę musiał po drodze przechodzić kwarantannę? Np. w Niemczech? - zadałem kolejne pytanie. - Oj, na to panu nie odpowiem...

No i takie. Jedna wielka niepewność.

28 kwietnia 2020

Stało się! Anulowano 2 z 6 lotów! Mail przyszedł dzisiaj o 17:51, odebrałem o 18:10. Telefon do Lufthansy od 8 do 18, więc się nie dodzwonię. Zadzwonię jutro!

29 kwietnia 2020, 10:31

Zadzwoniłem do Biura Obsługi Klienta. O dziwo, dodzwoniłem się bez problemów. Pani potwierdziła anulację, usłyszała, że chcę pieniążki z powrotem, powiedziała, że termin zwrotu na kartę, z której zakupiono bilet, może wynieść powyżej dwóch tygodni. Uspokoiło mnie to...

29 kwietnia 2020, 12:00

Do czasu! 40 minut temu Business Insider opublikował artykuł mówiący, że Lufthansa rozważa ogłoszenie upadłości by odciągnąć żądania wierzycieli w czasie (3 miesiące). Prywatna spółka nie chce przyjąć pomocy rządowej by nie stracić 100% miejsc w radzie nadzorczej na rzecz kogoś z zewnątrz (z rządu)! No to wtedy mogą paść na pysk całkowicie! I wtedy pieniędzy nie zobaczę... Obym nie był Kasandrą! :/

8 maja 2020

Opublikowano klip do piosenki „Twój ból jest lepszy niż mój” :) Kasy za bilety nie ma.

15 czerwca 2020

Pieniędzy nadal nie ma!

16 czerwca 2020

Byłem kilka dni temu w banku aby aktywować usługę charge back. Polega ona na tym, że gdy płaciło się za coś kartą i usługa nie została wykonana, możemy ją zareklamować. Procedurę wówczas przejmuje bank. Jest ona podobno skuteczniejsza niż próba doproszenia się pieniędzy samemu. Jednak banki nie lubią się w to bawić, czego dzisiaj doświadczyłem. Odrzucono moją reklamację, bo... nie dostarczyłem jakiegoś papierka! Wydrukuję im jeszcze raz KAŻDY list będący częścią korespondencji między mną, a Lufthansą. Zarzucę ich papierami! Niech się utopią w celulozie, skurczysyny! Ten bank robiący mi problemy to Alior Bank. Na pohybel im!

17 czerwca 2020

Byłem w banku, odwołałem się od odrzuconej reklamacji i doniosłem im potrzebne papierki (również te niepotrzebne, co by ich w nich utopić).

17 czerwca 2020, później

Zwrócono mi pieniądze! Kilka godzin po powrocie z banku! Oczywiście moje odwołanie się od reklamacji i cała reklamacja (chargé back) nie miało tu na nic wpływu, po prostu był to zbieg okoliczności. Powiem tak - za lot, dobrze płacić kartą. Samemu, prosto na konto przewoźnika. I dobrze jest wybrać jakiegoś uznanego, narodowego przewoźnika lub porządną firmę o dobrej renomie. Wątpię by tanie linie lotnicze zwróciły mi pieniądze, a jakieś biuro podróży też pewnie oferowałoby jakieś bony, vouchery i inne zamienniki. Jutro pójdę do banku anulować procedurę charge back, co by mnie o wyłudzenie nikt nie posądził (wszak w tym kraju wszystko jest możliwe). Ech, moje Peru… :( Nici z podróży!

Dopisek po trzech latach: Na złe nie wyszło, w roku 2020 za grosze mogłem polecieć do Grecji, Albanii i Holandii. Bilety kupowane 2-3 dni przed odlotem kosztowały ok. 200 zł w jedną stronę, samoloty były na wpół puste, ale mimo to latały. Nawet mogłem poczuć się jak burżuj latając z Krakowa do Warszawy i z powrotem w cenie biletu kolejowego. 25 minut lotu! Jeszcze rok później, w 2021 sytuacja była niepewna, ale po Europie jakoś można było się przemieszczać. Pewnie w normalnych czasach nigdy bym miesiąc nie przesiedział w Rumunii, czego dokonałem (lot przez Frankfurt, oczywiście z uczciwą Lufthansą!, mimo, że loty LOTem kosztowały ciut mniej), i czego absolutnie nie żałuję, ba!, wręcz polecam każdemu :)

06 05 2022

W warszawskiej Stodole usłyszałem „Twój ból jest lepszy niż mój” na żywo. Kazik jak zwykle rządzi! Ula, pozdrawiam!

06 06 2022

Po dwóch latach może wreszcie się uda! Dzisiaj znowu zakupiłem bilety do Peru! Na 13 lipca! Wydałem kwotę, o której wolę nie wspominać, co by nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem i by kiedyś, czytając te zapiski, nie denerwować się jeszcze na starość. Nadmienię tylko, że dałem niemal dwa razy więcej niż dwa lata temu! Inflacja, wysokie ceny ropy (wojna Rosji z Ukrainą rozpoczęta kilka miesięcy temu przez Putina sk..syna), szał na podróże po jako-takim opanowaniu pandemii wirusa i ceny są w chwili obecnej są, jakie są... Mimo, że jak na mój budżet wydałem ogromne pieniądze, stwierdzam, że skoro została mi może jeszcze tylko jakaś 1/3 życia, nie ma więc sensu się ograniczać. Marzenia trzeba przecież gonić! I łapać! Nawet, jeśli wymaga to wyrzeczeń, ciężkiej pracy i głębokiej rozpaczy przy wpisywaniu numeru karty w czasie procesu płacenia... Ech...

23 06 2022

W Peru szykują się jakieś strajki! Fuck!

26 czerwca 2022

Groźba strajku kontrolerów lotu w Polsce oraz anulacji lotu z powodu niewystarczającego personelu na lotnisku w Amsterdamie. Już widziałem artykuły mówiące, że w lipcu TYSIĄCE lotów z lotniska Schiphol zostaną odwołanych! Do tego nigdy też nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja z tlącym się jeszcze tu i tam Covidem (każde państwo ma własne regulacje), a słyszy się również o jakiejś małpiej ospie, których kilka przypadków zanotowano już w Europie. No i zawsze zastrajkować mają piloci - strajki zapowiadają pracownicy RyanAir, Easy Jet oraz SAS. Czyli tanich linii... Mam nadzieję, że te większe, jak KLM, którą w tym roku wybrałem, dbają o swoją kadrę... Mam też nadzieję, że media, jeśli chodzi o problemy na lotniskach i niedobory obsługi naziemnej, trochę panikują- patrzyłem dzisiaj w internecie na harmonogram odlotów z Amsterdamu i owszem, niektóre loty są odwołane, ale tak może co 7-my, co 8-my. Więc nie ma jakichś wielkich powodów do paniki. W Krakowie też sytuacja spokojna, nawet lepsza niż w Niderlandach. W zasadzie to media nie tyle panikują, co histeryzują, ale oczywiście bardzo cynicznie i całkiem świadomie - ludzie nie chcą czytać nudnych wiadomości, że odwołano co któryś tam lot, ale klikną i zainteresują się tematem, gdy z tych kilku dziennie magicznie zrobi się tysiące. Będzie dobrze! Tak mi dopomóż Týr!

30 06 2022

Z wyjazdem do Peru wiązała się opcja podróżowania ze znajomym Trentem z USA. Poznaliśmy się 4 lata temu, w 2018, w Salwadorze (ale ten czas leci!!!), w małej, leżącej nad oceanem wiosce, El Tunco. Trochę tam fajnych przygód mieliśmy i polubiliśmy się wzajemnie. Trzymamy luźny kontakt w internecie. Od dwóch lat pisał mi, jak to bardzo chce się wybrać ze mną w trasę, jak to będziemy pić, palić i podrywać panienki (heh! cały Trent!), a tu odkąd napisałem mu, że kupiłem bilety najpierw nieco milczał, potem mówił, że odpisze, a wczoraj napisał, że pewnie nic z tego, że mógłby dołączyć co najwyżej na koniec mojej podróży... Ogólnie - ściemnia! Nie przyleci do Peru... Oczywiście, jako człowiek raczej sceptyczny o rysie psychologicznym św. Tomasza, który nie uwierzył, póki nie dotknął i nie wsadził palucha w nieswoją ranę, nie nastawiałem się na to, że poszalejemy z Trentem, niemniej jednak szkoda. Zeszłoroczna, miesięczna podróż po Rumunii była trochę samotna i raczej nie obfitowała w grube imprezy, i dla odmiany chętnie bym czasem dał czadu w dobrym towarzystwie w Peru. No ale... Niby człowiek wiedział, ale jednak...

1 lipca 2022

Zazwyczaj podróżowałem lekko i byle jak, ale do Peru postanowiłem się przygotować nieco lepiej. Do obowiązkowych trampek (które przeżyły Rumunię, a jedynie musiałem dokupić im wkładki za 9 zł) zakupiłem sobie pierwsze moje buty trekkingowe! kto wie? W sumie chętnie bym gdzieś połaził. A nie wiem, szczerze mówiąc, czego się spodziewać. Choć zakupiłem przewodnik, nie chcę go czytać od deski do deski i bawić się w planowanie całej podróży niczym jakiś wojskowy strateg opracowujący trasę wyprawy wojennej. Nie wiem więc, czy trasy są trudne, kamieniste, czy trafię gdzieś do dżungli, czy będzie deszczowo, czy nie. Kurtkę najwyżej sobie dokupię. Albo jakieś fajowe ponczo! Z wiekiem człowiek staje się trochę rozrzutniejszy, dodatkowe 100 czy 200 złotych przecież nie zrobi ze mnie bankruta. Tym bardziej, że za buty Jack Wolfskina* i impregnat dałem 300 zł, za cztery pary skarpet do biegania/trekkingu i... polowania (2 takie i 2 takie) 120 zł, za 16 litrowy mały plecaczek** na pierdoły albo wypady na zakupy... 240 zł!, a za lekką i małą lampkę na głowę zapłaciłem 90 zł***. Do tego spodnie do trekkingu 150 zł****, krótkie spodenki 75 zł*****... A jeszcze ubezpieczenie przecież trzeba dokupić! Ale z tym chyba poczekam, kupię może, jak już będę w Peru, bo nie ma sensu wyrzucać 500 czy 600 zł na podróż, która może się nie odbyć... Teraz online nie ma problemu aby zakupić jakieś dobre ubezpieczenie.

Wrzucę niżej nazwy sprzętów, ale nie po to by się chwalić, bo ciężko właściwie chwalić się zakupem rzeczy typowo praktycznych, ale tak na przyszłość gdybym kiedyś szukał czegoś podobnego. Ewentualnie by sprzęt pochwalić lub skrytykować po powrocie ;) Jak widać z podanych cen i marek, raczej nie oszczędzałem, ale myślę, że na takich rzeczach nie warto oszczędzać. Lepiej już spać byle gdzie i jeść byle co, niż chodzić w dziurawych, przemoczonych butach czy roztarganych spodniach. W życiu ogólnie wyznaję zasadę, że skąpy dwa razy płaci. W tym pierwszy raz, niepotrzebnie... (bo za drugim i tak ma zapłacić tyle, ile powinien był na początku), poza tym często chcąc zaoszczędzić po prostu później traci się czas…

* - Jack Wolfskin Refugio Texapore Low M 4049851 Phantom/Burly Yellow Xt ** - Black Diamond TRAIL BLITZ 16 black *** - Black Diamond Flare Headlight Graphit **** - Magnum Atero 3.0 ***** - jakieś z... Lidla :)

05 lipca 2022

"Najgłośniej jest o problemach lotniska Schiphol w Amsterdamie, jednego z największych portów lotniczych na świecie. Czas oczekiwania w kilometrowych kolejkach na kontrolę bezpieczeństwa może przekraczać czas samego lotu na większości europejskich tras. Holenderskie lotnisko już podjęło decyzję o ograniczeniu liczby obsługiwanych rejsów w szczycie sezonu letniego. Podobne problemy ma też m.in. londyńskie Heathrow czy port lotniczy w Brukseli." (money.pl)

Mało tego!

"Odwołaliśmy po jednym rejsie dziennie do Amsterdamu w dniach: 3-4.07, 12-13.07, 28.07, 29.07, 31.07, 1.08, 4.08, 15-16.08, 22.08, 25.08, 27-29.08. oraz po jednym rejsie do Londynu w dniach 9.07-11.09. Do Amsterdamu i Londynu PLL LOT latają 3 razy dziennie, a w wyżej wymienionych terminach będą to 2 rejsy dziennie. Przyczyną odwołań są ograniczenia operacyjne portów lotniczych Amsterdam-Schiphol oraz Londyn-Heathrow" - poinformowało biuro prasowe Polskich Linii Lotniczych LOT w odpowiedzi na pytania money.pl."

Ale KLM chyba nie odwołuje... Chyba...

06 lipca 2022

Jak podaje interia.pl: Linie lotnicze zapowiadają kolejne protesty w lipcu. Strajkować mają pracownicy m.in. Ryanair, EasyJet, Wizz Air, SAS, Lufthansy oraz British Airways.

Sprawdziłem stan moich lotów. Wszystko w porządku, póki co.

11 lipca 2022

U mnie wszystko zgodnie z planem. Właśnie się odprawiłem, mam już karty pokładowe, uzupełniłem dokumenty peruwiańskiego ministerstwa zdrowia, przewoźnikowi wysłałem dokumenty potwierdzające przyjęcie trzech dawek szczepienia przeciw Covid-19, powiadomiono mnie, że loty odbędą się punktualnie. A wczoraj wycinałem dwa pazurki w dużych palcach, w czasie kilkudniowego wypadu do Wrocławia (wczoraj wróciłem) strasznie mi dokuczały - straciłem wieeeeele krwi, aż się przeraziłem, ale stwierdziłem, że albo z tym coś zrobię, albo naprawdę popsuje mi to wyjazd. No i zrobiłem. Dzisiaj palce się goją, jutro będą prawie jak nowe :) Apteczkę już spakowałem kilka dni temu (zrobiłem ją z fajnej metalowej skrzynce po Jack Danielsie), teraz jeszcze ciuchy, elektronika, może kupię kilka gazet do porannych śniadań czy kawy.

12 lipca 2022

Odetkało mi ucho! Od kilku dni na nie nie słyszałem! Urok kąpieli - czasem tak mam. Najważniejsze, że już nic mnie nie boli i nic nie dokucza! Bogowie mi sprzyjają! I hope so! Dzisiaj odprawiłem się online. Na lot do Amsterdamu, z miejscem przy oknie, na lot do Limy w przedostatnim, środkowym rzędzie przy przejściu obok kibelków. Przedostatni rząd ma 3 siedzonka obok siebie, zamiast 4, po lewej stronie nie ma fotelika (można nogi rozprostować!). No i istnieje ryzyko, że tylko jeden pasażer poprosi mnie o wstanie, kiedy będzie chciał wyjść za potrzebą. A może i poprosi tego drugiego? :) 12,5 godziny w powietrzu... Mam nadzieję, że nie w maseczce! Zakupiłem też ubezpieczenie - 234,67 zł w Nationale Nederlanden. Użyłem porównywarki, bo wchodząc na każdą jedną stronę ubezpieczycieli zawsze wychodziło drożej! Obecność konkurencji w jednym miejscu to dobry pomysł - ceny wtedy muszą lecieć w dół. Ubezpieczenie to podstawa! Są tacy, którzy tego nie robią, a potem rodzina robi internetowe zrzutki na sprowadzenie zwłok do Polski... Jakby nie dość im było samej rozpaczy… Pewnych ludzi nigdy nie zrozumiem... Znalazłem też dzisiaj mieszkanie na Airbnb - jakieś 110 zł doba. Dotrę do niego późno, bo około 20.00. Może jeszcze jakoś z grubsza obczaję okolicę, kto wie? Spędzę trzy noce w Limie i spróbuję gdzieś ruszać dalej. Ubezpieczenie i mieszkanie zostawiłem sobie niemal na koniec, ale udało się jedno i drugie w miarę tanio załatwić. Wspominałem o odwołanych (z różnych powodów) lotach. Myślę, że moje są w miarę bezpieczne!

Pozostało kilka godzin do odjazdu. Poprosiłem ojca o podwózkę do Balic. Wyjedziemy o... 2 w nocy! Masakra! No ale...

13 lipca, 17:05 czasu polskiego

Siedzę sobie w fotelu 62e, tak jak sobie sprytnie zaznaczyłem w czasie odprawy. Patrzę na ekran na zagłówku przede mną i widzę, że jesteśmy nad Atlantykiem. Prawie pod nami majaczy malutka wysepka Vila do Corvo. Do celu mamy jeszcze 7591 kilometrów. Sporo! Tak sobie rozmyślam, czy przejechanie jeża może przynieść nieszczęście. Powodem, dla którego moje myśli wędrują w tę właśnie stronę jest fakt, że jadąc z ojcem na lotnisko otóż to nam się przydarzyło. Tak, dokonaliśmy tego haniebnego czynu. Tzn. to ojciec dokonał, bo to on kierował, no ale to mnie przecież zachciało się wybyć do Peru i to w zasadzie ja byłem główną przyczyną nagłego (mam nadzieję!) zgonu tego zacnego stworzonka. Żal mi się go zrobiło – przypomniało mi się jak ja i moja pierwsza miłość zawsze, gdy na osiedlu zobaczyliśmy jakiegoś zagubionego jeża, braliśmy go w torbę zrobioną przy pomocy podwiniętego w górę podkoszulka i zanosiliśmy takiego nieboraka nad pobliską rzeczkę. Było tam dość dziko, było pełno krzaków, chaszczy i w ogóle flory, więc chyba słusznie ja z moją ex dochodziliśmy do wniosku, że takie środowisko bardziej jeżom odpowiada niż ogromniaste betonowe bloki made in the 80’s. O kwestii bezpieczeństwa nie trzeba chyba wspominać – nad rzeką nie było ani ulic ani groźnych samochodów. No a teraz… To wydarzenie pokazuje, że czasem są rzeczy, których się nie uniknie, choćby człowiek nie wiem jak bardzo się starał. Jak z Edypem, kurna. Bo ojciec zauważył tego jeża w ostatniej chwili i zdążył jeszcze lekko skręcić z zamiarem ominięcia go, ale skręcił właśnie tak niefortunnie, że jego posiadana od nowości Skoda Felicia (rocznik 1997) tylko podskoczyła lekko na ciemnej, gminnej drodze… Jeśli to wydarzenie sprowadzi jakieś nieszczęście, to na kogo? Na mnie? Jego? Na nas obu? Ech, piszę, jak potłuczony. Nikomu pewnie nic się nie stanie i nie będzie żadnego nieszczęścia. Ot, stało się i już… Ojciec to już pan starszej daty, nie używa GPS, moich rad opartych na nawigacji Google Maps słuchać nie chce, no więc zamiast jechać szybciej nowym drogami jechaliśmy sobie tymi, które pamiętał jeszcze sprzed 20 lat, co zajęło nam trochę więcej czasu, niż rzeczywiście mogło zająć. Na szczęście do krakowskiego lotniska nie mamy do pokonania gwiazd świetlnych, więc podróż czesko-niemiecką myślą techniczną jakoś specjalnie nam się nie (wy)dłużyła. W każdym razie raz na kilka minut widząc jakieś auto nadjeżdżające z naprzeciwka mogłem wysłuchać historycznych monologów na temat upowszechnienia motoryzacji w Polsce na przestrzeni lat (by nie rzec, że wieków): „za komuny nie było tylu aut, tirów, a teraz jeżdżą nawet po nocach”. Jakbyśmy my akurat też nie jechali… Hmm, w pewnym wieku, jeśli chodzi o rodziców, należy chyba tylko przymknąć oko (i ucho) i po prostu cieszyć się, że są.

Na lotnisku w Krakowie czas jakoś zleciał, dokupiłem sobie jeszcze jedną gazetę do śniadań (Przegląd, z opozycjonistką w czasach PRLu Barbarą Labudą na okładce mówiącą, że Kościół wymanewrował i owinął sobie wokół palca państwo, co w sumie dla każdego, kto stara się obserwować świat obiektywnym okiem, jest dość oczywiste), popatrzyłem sobie na śpiących nawet na posadzce ludzi i doszedłem do wniosku, że to trochę wstyd by na międzynarodowym, bardzo popularnym lotnisku było tak mało miejsc do odpoczęcia. Snułem się taki bez emocji, jak zombie jakieś. Trochę mnie to przestraszyło, fakt takiej wewnętrznej obojętności, by nie rzec, że… znudzenia. Bo który to już lot w życiu? Przypomina to już trochę dojeżdżanie do pracy autobusem. Powspominałem sobie moją pierwszą podniebną podróż na Maltę tanią linią lotniczą, RyanAirem. We wspomnieniach ujrzałem ojca i brata chodzącego ze mną po tym samym lotnisku, byli ze mną do ostatniej chwili i machali, gdy szedłem w kierunku bramek bezpieczeństwa. Potem mówili, że zdążyli dojechać do domu przed moim odlotem i tam przy aplikacji Flight Radar namierzyli mój samolot i mogli go nawet zobaczyć na niebie. Razem z mamą, która do nich dołączyła, wszyscy do mnie, będącego tam wysoko na niebie, machali. No, było to dla każdego z nas, nawet tych nie lecących, nie lada wydarzenie. Albo mój pierwszy lot poza Europę, daleko, bo na Kubę. Duży samolot, taki jak teraz!, przesiadki na lotniskach, dłuuuugi lot, prawdziwa Odyseja! Na szczęście obyło się bez cyklopów czy jakiejś Kirke, heh. Ale wówczas wszystko było takie duże, samoloty, lotniska, i wszystko było takie nowe, na przykład ekrany w zagłówkach czy gonienie z terminala do terminala by zdążyć na następny samolot… Z wiekiem i doświadczeniem człowiek się przyzwyczaja, może i obojętnieje, przestaje się cieszyć… Szkoda…

W samolocie do Amsterdamu obok mnie usiadł facet troszkę młodszy ode mnie i od razu zagadał. Tim z Minneapolis. Czarny steward dał nam po dwa piwa (bo co to takie jedno małe?) i po dwie kanapki (heh, po prostu nas polubił, bo innym pasażerom dawał po jednej) i przy tych piwach przegadałem z Timem cały lot. Czas zleciał tak szybko, że nawet nie zauważyłem! Tim opowiedział mi trochę o USA (właściwie to odpowiedział na tysiące moich pytań), na przykład, że w 20% jego miasta, wspomnianego Minneapolis, jest dość niebezpiecznie i sam nigdy się tam nie zapuszcza. Przyznał smutno, że niedaleko jego miasta, w Chicago i Detroit, jest bardzo niebezpiecznie (w Chicago, z tego co kojarzę, w zeszłym roku było ponad 3500 strzelanin!). Tym samym potwierdził, że dokumenty na YouTubie o tych miastach, które oglądałem, nie kłamały. Opowiedział mi o żonie Ukraince (Olya), więc oczywiście zahaczyliśmy o temat wojny z Rosją, jaka toczy się na Ukrainie od kilku miesięcy. Tim pracuje w finansach, ma takie tygodniowe urlopy, ale w ciągu roku ich suma wynosi ponad miesiąc, więc tak sobie lata czasami po świecie. Teraz tydzień spędził w Krakowie, odwiedził Auschwitz, kopalnię soli w Wieliczce, kilka krakowskich muzeów i kościołów… Był autentycznie i szczerze bardzo zadowolony z podróży! W jego oczach dojrzeć można było uśmiech i ekscytację, widać było, że nie kłamał zachwalając pobyt w Polsce. Pochwalił mnie za mój angielski, a na pytanie, co sądzi o moim akcencie, powiedział, że słychać melodię wschodnioeuropejską, ale to w niczym nie przeszkadza, bo wszystko jest świetnie zrozumiałe. Potwierdził więc to, o czym wielu ludziom mówię – nie ma co udawać Brytyjczyków, których nikt nie rozumie (trochę biedni są za granicą), a lepiej mówić sobie z polskim akcentem, ale wyraźnie. Jeszcze w sumie nigdy nie miałem sytuacji by ktoś mnie nie zrozumiał (w odróżnieniu od wspomnianych, biednych Brytyjczyków). Tim rzekł, że od pierwszej minuty w Stanach świetnie bym sobie poradził i bez problemu znalazł każdą pracę, do której miałbym kwalifikacje. Heh, miło czasem usłyszeć jakiś komplement w życiu :P Jeszcze na koniec wrzucę taką anegdotkę – Tim powiedział, że sto lat temu jego przodkowie, jeden ze Szwecji, drugi z Norwegii, przybyli do Stanów, tam się poznali, po czym założyli rodzinę. Uciekali w lepszy świat. No tak, sto lat temu te kraje były, za przeproszeniem, jednymi z największych dziur w Europie, bez jakiegokolwiek znaczenia na mapie geopolitycznej, a teraz to chyba każdy by chciał mieszkać właśnie tam, bo tam i bogato, i bardzo szczęśliwie. Chociaż w Szwedach budzi się ten od zawsze w nich drzemiący niezdrowy nacjonalizm (o którym pisała chociażby Wiktoria Michałkiewicz w książce „Kraj nie dla wszystkich”), a takiej Norwegii kiedyś gaz i ropa się skończą. Co wtedy? No nieważne, tak nam zleciało na takich dyskusjach i postbukolicznych dywagacjach.

Lotnisko Schiphol w Amsterdamie było okrutnie zatłoczone. Byłem na nim kilka razy wcześniej, ale takich tłumów nigdy tam nie widziałem! O palpitację serca przyprawiał widok tablicy odlotów informującej, że pierwsze sześć najbliższych lotów zostało odwołanych! Do kontroli paszportowej wezbrane rzeki ludzi. Zacząłem naprawdę się niepokoić. Szybko zacząłem analizować sobie w głowie sytuację i tablicę odlotów – odwoływane są głównie loty europejskie. Myślę, że liczą się z koniecznością zwrotów pieniędzy – lepiej oddać mniejsze kwoty pasażerom latającym po Europie niż wielokrotnie więcej tym, którzy lecą na inne kontynenty. Niemniej jednak co jakiś czas podchodziłem sobie pod tablicę informacyjną i zerkałem na informację dotyczącą lotu do Limy. Na lotnisku takie tłumy i takie rzeczy wynikają z braku personelu do obsługi naziemnej, tj. bagażowych i kontrolerów bezpieczeństwa. Wspominałem o tym gdzieś wcześniej, ale w czasie szczytu pandemii, Covid-19, gdy lotów było mniej, zwolniono część załogi, która w międzyczasie znalazła sobie już pracę gdzieś indziej. Przyjęcie nowych ludzi wiąże się ze długimi szkoleniami, między innymi z zakresu procedur bezpieczeństwa, a poza tym płace na lotniskach nie są podobno jakieś super zachęcające. Niemcy nie czekają i szybko ściągają do pracy Turków, u których szaleje inflacja i w ogóle zaczyna dziać się nieciekawie, ale nim będą mogli zacząć pracę trochę czasu upłynie. Nie słyszałem by Holendrzy na gwałt ściągali pracowników z innych krajów… Do tego dochodzą strajki w niektórych liniach lotniczych i bałagan gotowy. Udało mi się podsypiając od czasu do czasu przespać jakieś 30 minut (z 4 godzin oczekiwania)! Zawsze coś!

Aż wreszcie nadeszła upragniona chwila – boarding, czy wchodzenie na pokład. Kamień z serca! Jednak cała procedura, to znaczy właściwie jej rozpoczęcie, opóźniało się i opóźniało. Czyżby mieli odwołać lot w ostatniej chwili? Strajk jakiś? Ech, napięcie do samego ostatka! Zerknąłem sobie przez szybę budynku na nasz samolot (Boeing 777-300ER – od 1994 z jego udziałem odnotowano ‘tylko’ 5 katastrof, w których zginęło prawie 550 osób, w sumie więc niewiele, co napełniało otuchą) – catering (jedzenie, picie) dopiero podjeżdżał. Czyli polecimy, ale pewnie dużo później. To w sumie dobra wiadomość, ale z drugiej strony samo opóźnienie dobrą wiadomością już nie jest, bo właścicielka mieszkania w Limie, które sobie zarezerwowałem na parę nocy, na moją wiadomość, w której poinformowałem, że zapewne dotrę później niż się umawialiśmy, odpisała mi, że ona po 18-ej mi kluczy nie da. Ale zostawi starszej pani, jej mamie, która będzie na mnie czekać. Dobra, jakoś to ogarniemy. Ważne, że samolot zapewne odleci!

Odleciał, 1,5 godziny po planowanym starcie! Ale z tego co widzę na ekranie, nadrobi trochę i spóźni się tylko ze 20 minut.

A tak z samolotowych ciekawostek. Przede mną siedzi jakaś parka. On przed startem oburzył się na innego faceta, który bez żadnego wyczucia pchał swój bagaż do szafeczki nad naszymi głowami. „Co ty robisz człowieku? Zniszczysz mi aparat!” krzyknął. Trochę się spięli, no ale jak można być taką kutwą, by dużą, twardą walizką do ściany na chama dopychać małą, materiałową torebkę? Jak można nie mieć na tyle wyobraźni, że przecież coś można komuś w ten sposób zniszczyć. Pal licho ciastka czy jakąś zabaweczkę dla dziecka (chociaż też by było szkoda!), ale profesjonalny aparat za kilka tysiaków to już przecież poważna sprawa. No cóż, idioci są wszędzie.

Zimno, jak to w lotach długodystansowych. Niska temperatura reguluje ciśnienie i nie dopuszcza do omdleń u pasażerów. Ale jest fajnie, jak już przemarznę to nakryję się kocykiem, który linia KLM daje każdemu pasażerowi. Piwo jest nielimitowane. Ale dają takie dla Liliputów, nawet nie 0,33 tylko ćwierćlitrówki…

Dobra, odkładam już tablet, przestaję pisać i lecę dalej!

13 lipca - Lima

Na mieszkaniu! (Wiem, że pisze się ‘w mieszkaniu’!) Nim jednak doń dotarłem, musiałem przeżyć drugą podróż samolotem. W samolocie na trasie Amsterdam – Lima nie dało się zgłodnieć! Najpierw serwowany zestaw prawie-obiadowy, to znaczy ryż z curry, do tego sałatka i ciepły kurczak. Jakiś czas potem dostaliśmy kanapkę z serem, jeszcze potem babeczkę, później panini z mozzarellą, do którego dorzucono loda z ciastem i jakąś sałatkę. Napoje były właściwie nielimitowane. Ludzie chodzili do strefy stewardess i co chwila coś sobie brali – a to soczki, a to wodę, niektórzy prosili o kawę, a inni zadowalali się piwem lub wiem. Pełen wypas. Lubię KLM! Covid niby jest w odwrocie, może dlatego, że ludzie się już w miarę na świecie poszczepili, ale maseczki nadal mają prawo bytu, przynajmniej teoretycznie. Na początku, w samolocie, trzeba było mieć maskę, ale tylko do pierwszego posiłku. Jak każdy wie lub się przynajmniej domyśla, nieco trudno jeść z maseczką na ustach, więc ludzie oczywiście je pozdejmowali. Po posiłku jednak, gdy nie założyli maseczek z powrotem, nikt się ich nie czepiał. Obsługa nie zwracała na to ludziom żadnej uwagi. Właściwie rzec można, że przez całą drogę wszyscy pasażerowie lecieli bez maseczek. Ot, czułem się jakbym był w jakimś polskim samolocie z Polakami, którzy na wszelkie ograniczenia (przynajmniej po pewnym czasie) reagują alergicznie! A przecież KLM należy do Holendrów, a żadnego innego Polaka na pokładzie, oprócz oczywiście mojej skromnej, owłosionej osoby, nie zauważyłem. Na lotnisku w Limie był spory tłok do kontroli paszportowej. Trochę sobie poczekałem stojąc w kolejce, a drugie tyle zajęło czekanie przy karuzeli z bagażami. Po tym jak mi zagubiono bagaż w 2019 i w Salwadorze zostałem właściwie tylko z plecakiem, mam małą traumę i podczas czekania na moje manatki od tamtej pory zawsze nieco się denerwuję. Ale tym razem się pojawił, kochany! Na terenie budynku lotniska namierzyłem jeszcze bankomat i wypłaciłem 400 soli (solów?), ściągnięto mi za to prowizję w wysokości 40 soli. Lepiej chyba rozmienić dolary, które fizycznie mam ze sobą, a kartą dolarową tylko płacić. Za płacenie bank nie nalicza prowizji. Minąłem kioski świadczące usługi taksówkarskie (60 soli) i wyszedłem przed lotnisko. A tam… zostałem niemal zgnieciony i zadeptany przez chmarę taksówkarzy. Tłoczyli się fertycznie wokół mnie i przepychali, byle tyko zgarnąć mnie do swojego pojazdu. Słysząc jednak moją stanowczo wypowiadaną stawkę, jaką jestem w stanie zapłacić (30 soli!), jeden po drugim rezygnowali i odskakiwali jak ćmy oparzone przez gorącą żarówkę. Widząc, że zaraz zostanę sam bez podwózki, zaproponowałem, że ‘dobra, okay, dam 40’. Zadziałało!

Na mapie stolica Peru, Lima, nie wygląda na jakąś szczególnie wielką, chatkę mam w dzielnicy Lince, więc niby blisko, ale jak obliczyć trasę, to wychodzi 14 kilometrów! Przemieszczanie się z buta po tak długiej podróży, w dodatku po zmroku, po mieście którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem, raczej odpadało. 40 soli, czyli jakieś 40 złotych, nie wychodzi w sumie tak dużo! No i powinno się pamiętać, że to stolica, a i dodać do tego trzeba moją białą facjatę, która każdemu taksówkarzowi w krajach latynoamerykańskich kojarzy się z niewyczerpanym źródłem Franklinów ze studolarówek. Taksówkarz był typowym, stereotypowym taksówkarzem z hiszpańskojęzycznego kraju jeżdżącym sobie po drugiej stronie Atlantyku. Zero angielskiego, ale za to od razu zaczął gadać po swojemu, nic sobie nie robiąc z mojego (po)łamanego hiszpańskiego. Tzn. mówił trochę wolniej i prościej niż pewnie rozmawia z Peruwiańczykami, ale jadaczka mu się nie zamykała, heh. Ale to dobrze, bo już niemal od pierwszych minut pobytu w Peru byłem zmuszony zacząć używać hiszpańskiego. I o dziwo, mimo dwóch lat bez tego języka jakoś mi szło odszukiwanie w miarę odpowiednich słówek i zwrotów! Wychwalał moją znajomość języka, to znaczy wychwalał w sumie tylko fakt, że trochę w tym języku mówię i z grubsza można mnie jako tako zrozumieć. Dobre i coś, haha. Jechaliśmy dużą Kią, mój taksista (czyli taksówkarz) zaczął od narzekania na wysokie ceny parkingów pod lotniskiem, na podobno kosmiczne ceny paliwa, i dużą cenę samego auta, z którego zresztą jest bardzo zadowolony. Gdy tak sobie już ponarzekał, zaczął mi oferować to, co taksówkarze latynoamerykańscy zwykle prędzej czy później oferują samotnemu podróżnikowi – kobiety. 30 minut, 150 soli. Podziękowałem (czytaj – nie skorzystałem). To może trawka? Wyjął woreczek, kazał powąchać. Heh… Nieźle, nie spędziłem jeszcze w Peru pół godziny (lotniska nie liczę), a już takie propozycje! Poprosiłem, by ze swojego telefonu zadzwonił do właścicielki mojej kwatery i powiedział, że już jestem w drodze i poinformował ją, że niedługo dotrę. Nie mam tu jeszcze karty SIM więc dzwonienie czy internet kosztowałby mnie tu majątek. Na szczęście mój kierowca chętnie mi pomógł, a jeszcze ze śmiechem na koniec rozmowy z właścicielką kwatery dodał, że ostry ze mnie zawodnik, bo wytargowałem 40 soli pod lotniskiem. No, chyba rzeczywiście był to wyczyn, skoro koniecznie musiał jej o tym napomknąć, heh. Zapytał, skąd znam hiszpański (choć tak naprawdę nie znam, coś tam dukam tylko!), powiedziałem mu, że byłem tu i tam. Był ciekawy świata, kazał sobie opowiadać o Kubie, Nikaragui, Salwadorze. Również o Polsce! Czasu było sporo, bo z lotniska do dzielnicy, w której znajdowało się moje wynajęte mieszkanko, samochodem było ponad 40 minut! Oprócz prostytutek i zioła polecił mi coś bardziej standardowego, mianowicie peruwiańskie dania. Mówił, co warto spróbować, ale ja z kulinariami ogólnie jestem niezbyt obeznany, więc właściwie żadna nazwa potrawy nie utknęła mi w pamięci. Ale nie szkodzi, będę tu przecież ponad miesiąc, najem się jeszcze pewnie wielu fajnych rzeczy! Polecał również alkohole – tutaj co nieco zapamiętałem (np. pisco, wino wyrabiane w Peru). Był bardzo pozytywny. Straszył mnie, bym nie brał czasem Ubera (takie taxi na aplikację), bo kierowcy ‘usypiają sprayem ludzi i ich okradają’. Dobra, dobra, a świstak siedzi i zawija czekolady w sreberka (tak się kiedyś mawiało gdy słyszało się bzdury/bajki). Czuć, że tu jedni za drugimi chyba nie przepadają. W Polsce też to przerabialiśmy, ale od zamawiania przez taksówkarzy samochodów Ubera i polewania przybyłych pojazdów nieusuwalną smołą, przeszliśmy do tego, że taksówkarze na boku dorabiają teraz pracując właśnie dla znienawidzonego nie tak dawno Ubera. Fajny gość, ale przy rozliczaniu się wyszedł z niego zwykły taksówkarz-kombinator. Dałem mu 50 soli, a on mówi mi, nie przestając się szeroko uśmiechać, że nie ma wydać. Noż kurna, stary trik! W zasięgu wzroku żadnego sklepu, co by rozmienić. Mówię mu, żeby poszukał monedas (monet), w kieszeniach czy gdzieś. Wygrzebał skądś pieniążek i mówi mi, że to 5 soli. Zbliżyłem monetę do oczu, co by lepiej ją w półmroku zobaczyć (tutaj słońce zachodzi wcześniej!), istotnie, widać liczbę 5. Zapłaciłem więc 45 soli, nie majątek. Dał mi jeszcze wizytówkę, prosił bym dzwonił, gdybym chciał zamówić sobie zioło. Pojechał. A teraz tak patrzę, w mieszkaniu, że to 5 soli to 5 panamskich balboa! A niech go! Ma ‘pewne’, że do niego zadzwonię, akurat! Zamiast 40 soli utargowanych na lotnisku wyszło 50. No i w razie czego, w przyszłości, oczywiście że zamierzam korzystać z Ubera! Hmm, tak sobie porównuję te 5 balboa do peruwiańskich monet i rzeczywiście to wygląda jak tutejsze 5 soli. Ciekawe czy te panamskie pieniążki ma dla turystów/podróżników czy po prostu skądś wygrzebał? No ale skąd by miał w swojej taksówce 5 balboa, które dziwnym trafem tak bardzo przypominają tutejsze 5 soli… Sprawdzam sobie dalej i myślę sobie, że nie jest tak źle, bo 5 balboa to 20 soli! Ciekawe czy gdzieś to uda się wymienić! Wtedy taksówka by mnie wyszła 30 soli, haha. No nic, nie będę tu rozpaczał z powodu kilku złotych (soli, balboa), bardziej chodzi o to, że nie do końca udało mi się wytargować kwotę, jaką chciałem, więc nie wykazałem się takim sprytem i zaradnością, jakiej od siebie oczekiwałem. Wysiadłem przed okratowanym ogródkiem, a właściwie to trawniczkiem, za którym znajdował się dwupiętrowy budynek mieszkalny. Domofon był za kratą, ale na szczęście mogłem do niego sięgnąć ręką. Wcisnąłem przycisk 204. Po dwóch minutach wyszła starsza, uśmiechnięta kobieta. Otwarła bramę i od razu pokazała mi klucze. „Zielony do tej bramy. Zapamiętasz, bo zielony jak trawa, ta tutaj (wskazując na trawnik)”. Istotnie, zapamiętam! Podeszliśmy do głównych drzwi budynku. Czerwony. Weszliśmy. Korytarzem do schodów, po nich – hop! Hop! - w górę, a potem innym korytarzem prosto. I tak aż do drzwi 204. - Tutaj ten klucz – pokazała na klucz bez żadnej kolorowej nakładki. Oprowadziła mnie po niedużym mieszkanku. Dla jednej osoby było/jest ono jednak jak najbardziej wystarczające! Kuchnia, łazienka, niewielka sypialnia. - Jak chcesz ciepłą wodę, to z 20 minut wcześniej wciśnij ten przycisk – rzekła, pokazując przycisk pod bojlerem. Jak się okazało, mieszka w mieszkaniu obok i zza zaryglowanych drzwi wewnętrznych słyszę, jak ogląda telewizję, heh. Kiedyś musiało to być jedno mieszkanie. Hmm, skoro ja słyszę, co robi ona, to pewnie ona też słyszy wszystko, co robię ja – jak otwieram lodówkę, jak biorę prysznic, jak chodzę po mieszkanku. Na szczęście nie gadam do siebie! Chyba… Nawet jeśli, to chyba po polsku, więc raczej nic nie zrozumie. Może to i dobrze, że tak się słyszymy, bo będzie takim strażnikiem mego mienia pod moją nieobecność. Starsze, wścibskie panie są czasem przydatne! Jestem już po wypadzie na mały rekonesans po okolicy. Z głodu, jakby coś, nie umrę. Jest tu kilka tanich knajpek i bodegas, czyli małych, tanich sklepików. A oprócz tego, w kilku kwartałach, które obszedłem, nic ciekawego nie ma. Nie zauważyłem jakichś podejrzanych typów czy zagrożeń, okolica wydaje się w miarę spokojna. W sklepach ludzie nie mówią po angielsku, na pytanie o ten język bezradnie, z uśmiechem, rozkładają ręce. Ale to dobrze, wymusza to na mnie używanie hiszpańskiego. Zdarzyło mi się wpaść do ciekawego sklepu. Na półkach, jak w jakimś supermarkecie, porozstawiane były tylko… chipsy i alkohole. Na jednej półce piwa, na innej wina, na jeszcze innej rumy. A półek było sporo! Nie do końca był to monopolowy supermarket, bo na końcu sklepiku znajdowały się trzy stoliki chlejąca przy nich młodzież. Sklep z alko miał więc również swoją miniaturową część barową. Analizując ceny w tym sklepiku zrozumiałem, że Peru nie różni się w kwestii alkoholi od reszty krajów Ameryki Łacińskiej – rum jest tu dużo tańszy niż piwo! Za 0,7 litra lokalnego, peruwiańskiego rumu (Cartavio czarny), 1,5 litra Coca-Coli i ciężki worek lodu (te trzy rzeczy wchodziły w zestaw promocyjny) zapłaciłem… 30 złotych! Nalałem sobie szklaneczkę, bez coli – dobry! Smakuje karmelem! Ale nie mam ochoty na jakieś duże picie, jestem zmęczony i śpiący. Włączę sobie znaleziony film na YouTubie (telewizor ma YouTube!) o problemie rasizmu w Peru. Hmm, ciekawe. Podgryzę trochę chipsów z bananów kupione w sklepie wielkości szafy i pójdę spać. Dobranoc!

14 lipca 2022 - Lima

Sen miałem długi i mocny, ale nie tyle przez zmianę strefy czasowej, co przez potworne zmęczenie podróżą. Mimo to jednak, udało mi się wstać relatywnie wcześnie. Boiler niezupełnie zadziałał, po 25 minutach podgrzał wodę tylko trochę. Wychodząc spod prysznica trzepałem się z zimna. Kurna, czemu tu tak zimno?! Kibelek to też dziwna sprawa, bo zamontowany jest on pomiędzy drzwiami do łazienki, a prysznicem, a że łazienka jest wąska, to trzeba go przekraczać by dostać się pod prysznic. No i gdybym był z 5 centymetrów wyższy, to nie dałbym rady na nim zasiąść, chyba że z kolanami powyżej głowy – przód muszli niemal dotyka ściany! Ale jestem chyba tu pierwszym podróżnym spoza Ameryki Łacińskiej – mieszkanie dostosowane jest chyba do niższych ludzi. Peruwiańczycy są raczej niewysocy! W opisie mieszkania była mowa o śniadaniach, ale w rozumieniu właścicielki śniadanie to chleb tostowy, masło i dwa dżemy w lodówce. No ale zawsze coś! Lepszy rydz, tfu, dżem, niż nic! Pogoda po wyjściu z mieszkania okazała się być straszna! Było chłodno i pochmurnie. Chmur to chyba mogłem się jeszcze spodziewać. Pisano o tym w przewodniku. Garua! Już wyjaśniam (i cytuję): „Stolica Peru cieszy się łagodnym klimatem, z temperaturami od 12 do 20 stopni Celsjusza zimą (czyli w okresie lata w Polsce). Cechą charakterystyczną miasta jest bardzo niskie nasłonecznienie, co może szokować na takiej szerokości geograficznej”. No tak, właśnie wychodząc z mieszkania, byłem zszokowany! Niby człowiek o tym czytał, ale chyba dawno jakoś, albo niezupełnie zwrócił na to uwagę. No ale cytuję mój przewodnik dalej: „Przyczynę stanowi tzw. garua (inaczej camanchaca), czyli mgła tworząca się z niskich chmur w niektórych miejscach zachodniego wybrzeża.” Aaa, więc o to chodzi. To to cholerstwo tak sobie wisi i wisi nad miastem niemal cały dzień! „Utrzymuje się ona mniej więcej od maja do listopada i powoduje dużą wilgotność powietrza (zbawienną w tym pustynnym regionie) oraz wyraźne obniżenie temperatury”. Noo, zimnawo w ciągu dnia, a lodowato w nocy! ‘Garua wpływa negatywnie na atrakcyjność miasta – zwiedzanie we mgle lub w czasie silnego zachmurzenia jest zawsze mniej przyjemne niż w blasku słońca.” No co ty, przewodniczku, nie powiesz? „Zjawiska tego nie lubią również mieszkańcy miasta: jego melancholijny nastrój wielokrotnie opisywali pisarze, m.in. Mario Vargas Llosa.” Hmm, ostatnia książka Llosy, jaką przeczytałem (właściwie tuż przed wyjazdem), „Rozmowa w Katedrze”, opisywała raczej nastroje rewolucyjno-depresyjne, związane z twardymi rządami dyktatury wojskowej w latach -50tych XX wieku. Myślę, że świetnie opisał smutne czasy w stolicy, choć książka nie była w czytaniu ani łatwa, ani jakaś przyjemna. Zupełnie jak okres, o którym traktowała. W każdym razie dokończę za przewodnikiem: „Warto wiedzieć, że szczytowy okres występowania mgieł pokrywa się z głównym sezonem turystycznym w Andach (gdzie w czerwcu, czy sierpniu dominuje piękna pogoda), dlatego osoby przybywające eksplorować peruwiańskie góry najczęściej widzą stolicę kraju w najmniej korzystnym świetle’. (Przewodnik wydawnictwa Pascal) No, w takiej właśnie jestem sytuacji. I taka Lima przywitała mnie pierwszego w niej poranka. Zaledwie wyszedłem, tak od razu wróciłem się po parasol. Zerknąłem w mapkę Google, dziarsko obrałem kurs na muzeum Larco (o nim później), jakieś 5,5 km dalej. Stwierdziłem, że warto iść pieszo, nie jest to przecież jakoś bardzo daleko, a przy okazji wchłonę trochę atmosfery miasta. Jednak priorytetem było znalezienie miejsca, gdzie mógłbym zakupić kartę SIM do telefonu. Nie było to łatwe! Małe sklepiki, spożywczaki, mogły tylko doładować kartę, ale jej nie sprzedawały. Jak się potem okazało, dużo z tym było komplikacji.

Po drodze do Larco, rozglądając się za punktami oferującymi sprzedaż karty SIM, zdarzyło mi się mijać Narodowe Muzeum Archeologii, Antropologii i Historii Peru. Nazwa superszumna! Co mi tam? - Wchodzę! W muzeum już takich fajerwerków nie było, poświęcone było ono głównie rozwojowi państwa jako takiego, pełno w nim nudnych obrazów rewolucjonistów, księży i przedstawicieli klasy wyższej. Są też jakieś bliżej dla mnie nieokreślone dokumenty i eksponaty ceramiki pierwotnych ludów żyjących na obszarach Peru sprzed podboju. Ceramiki nie było zbyt wiele, a zaprezentowana była nieco chaotycznie, jako że naczynia pochodziły z różnych części Peru. Jeden garnuszek z Nazci, inny z północy, i tak właściwie leżały obok siebie bez jakiegoś planu wystawowego. Do tego, wszystko, jak wspomniane wcześniej dokumenta, podpisane było tylko po hiszpańsku. Ale przynajmniej wstęp był darmowy! Z samym wstępem też wiąże się ciekawa sytuacja, jako że przy wejściu pani poprosiła mnie o okazanie jakiegoś dowodu, że zostałem trzykrotnie zaszczepiony przeciw COVID-19. Kurczę! Nie zabrałem z mieszkania tzw. paszportu covidowego, tj. wydrukowanego potwierdzenia ze specjalnym kodem QR (którego w Peru i tak raczej nie odczytają, bo ten system obowiązuje w Unii Europejskiej). No to nie wejdę – pomyślałem sobie. Ale w życiu każdego człowieka, nawet najgłupszego, są takie momenty, że oto nagle nad głową zapala się jakaś lampka i wewnętrzny głos radośnie krzyczy – Eureka! Tak też się stało w moim przypadku. Pogrzebałem w plecaczku, wyciągnąłem paszport, otwarłem na stemplu z lotniska. „Przyjechałem wczoraj! Pani popatrz. Bez szczepienia ja nie móc przylecieć”. Uśmiechnęła się i powiedziała, że dobrze, mogę wejść. No, ale jak pisałem, w tym muzeum raczej nic ciekawego nie było. Po wizycie w nim nadszedł czas na to, by iść dalej.

Chwilę później moje oczy coś wypatrzyły! Hmm, czyżby…? Wszedłem do jakiegoś sklepiku z kablami, telefonami, bateriami – tymi technicznymi sprawami zajmował się właściciel. W sklepie były także tanie ubrania, niskiej jakości dezodoranty oraz kosmetyki dla kobiet – tymi artykułami zarządzała żeńska połowa małżeństwa, które zarządzało tym przybytkiem. Sprzedawali taki misz-masz, ot, był to sklep ze wszystkim, ale zarazem jakby i z niczym. Jednak jeden z wyblakłych i nieco pomarszczonych już plakatów, którymi obciapane były drzwi oznajmiał, że sprzedają tu „Sim chip”, czyli właśnie karty SIM. Wdepłem! No i zaczęło się: poprosili mnie o paszport (on poprosił), po chwili już kompletowano formularz online, potem trzeba było zrobić zdjęcia jednej strony z paszportu… Co ciekawe, w trybie selfie, bo normalny aparat w jego telefonie nie działał. Robienie selfie, gdy nie widzi się ekranu, nie jest takie proste – a to ostrość jest beznadziejna, a to coś jest obcięte, a to fotka jest krzywo… Próbę powtarzaliśmy kilka razy! - Przepraszam, musisz poczekać, bo mi się rozładowuje bateria… - powiedział właściciel sklepu z…. ładowarkami, telefonami, bateriami… Szewc bez butów chodzi! Ciekawe czy mają takie powiedzonko także tu, w Peru? - 10 minut, 10 minut – powtarzał przepraszającym głosem. No dobra, 10 minut mnie przecież nie zbawi. Starałem się nie myśleć, że co minutę z głodu na świecie umiera 11 osób, więc w ciągu tych dziesięciu… Dziesięć razy jedenaście… No tak! Mogłem się spodziewać, że z 10 minut zrobi się 30! Ile by to już osób zmarło z głodu? Jedenaście razy trzydzieści… Podobno najwięcej ludzi umiera między 3.00, a 4.00 nad ranem. Gdzie teraz może być 3.00? Bogowie! Co za idiotyczne myśli! Ale no długo jeszcze? Patrzyłem sobie na ulicę oraz na przechodniów, którzy – o dziwo! – czasem zaglądali do tego biedasklepiku. Ciekawe czy moja obecność przy jego drzwiach ich do tego zachęcała? Nieee, wątpię. Ale ukradkiem mi się przypatrywali! No, już mogę wchodzić! Powtórzenie procedury, jeszcze odcisk palca na specjalnym urządzeniu. Jeszcze raz, bo nie zadziałało. Dalej nie działa! No jeszcze raz! O, już! Czekanie kilka minut na akceptację kogoś siedzącego w jakimś urzędzie. O, coś wyskoczyło! Zaakceptowano. Ale karta nie działa! „Nieobsługiwana karta SIM”, głosił komunikat na ekranie. Właściciel sklepiku gdzieś dzwonił, coś z kimś konsultował, w końcu wpadł na pomysł by zrestartować telefon. „Funciona!”, działa! Wreszcie, nareszcie! Przypomnę, że gość zajmuje się sprzedawaniem kart SIM. W jego sklepiku zakup wraz z aktywowaniem karty zajął mi… ponad godzinę! Będąc już najszczęśliwszym na tej części globu posiadaczem ‘chipa’ SIM, mogłem wznowić moją wędrówkę.

Dziwny klimat w tej Limie. Niby pochmurnie, niby zimnawo, a jednak idąc człowiekowi robi się trochę gorąco. Na szczęście po niedługim czasie byłem już na miejscu. Muzeum Larco! Przy kutej, żelaznej bramie stał poważny strażnik. Otwierał drzwi każdemu wchodzącemu, dokładnie mu się przy tym przyglądając. Mnie również podejrzliwie zlustrował od stóp do głów, choć przecież widział od razu, żem przybył z innego obszaru geograficznego i raczej nie wyglądam na jakiegoś przestępcę (chyba!). Poszedłem chodniczkiem w górę, między wyjątkowymi, specjalnie chyba uprawianymi kwiatami. Dotarłem do lobby z biurkiem, za którym stały młode dziewczyny mówiące po angielsku. Bilet? Dla jednej osoby? Proszę do szatni, odłożyć plecaczek. W plecaczku paszport, 200 dolarów do wymianki, no ale raz kozie śmierć!, może nikt nic nie ukradnie. Szatnia to małe, zamykane na klucz pomieszczenie z szafą pełną niezamykanych na żadne drzwiczki półeczek, do których wsuwało się swoje rzeczy. Bloczek numer 36 (lubię ten numer!), ‘Miłego zwiedzania!’. Gracias!

Muzeum Larco jest prześwietne! Zdecydowanie warte odwiedzenia. Prezentuje ono ogromną kolekcję sztuki Inków – naczynia ceremonialne, biżuterię, figurki. Większość sal jest utrzymana w półmroku, co na snujących się powoli odwiedzających wymusza jakąś dziwną, pełną szacunku i uświęcenia ciszę. Niektóre eksponaty wydawały się może nieco prymitywne, ale było też sporo takich, jak zdobione misy ze złota i srebra, które były tak misternie inkrustowane, że człowieka ogarniało największe zdumienie i ogromny podziw! Ciekawym pomysłem było też utworzenie pomieszczenia bibliotecznego, właściwie to czytelniczego, pełnego półek z książkami dotyczącymi Inków (sporo z nich było również po angielsku), np. Seks w Ceramice :) Na skórzanych kanapach można było sobie usiąść i poczytać wybrane egzemplarze. W innej sali wyświetlano krótki film o historii Inków. To jeszcze nie wszystko! Wychodząc z tej części muzeum i kierując się pięknie ukwieconym lokalną roślinnością przejściem można było dotrzeć do Sala Erotica, gdzie znajdowały się wykonane z różnych materiałów perwersyjne figurki przedstawiające różne aspekty seksualnego życia Inków, z seksem analnym z rodzącą kobietą (tak! w czasie porodu!), masturbacją czy ręcznym stymulowaniem kobiecych wagin włącznie. Sporo tego było – widać, że seks dla Inków był ważnym elementem życia. Wierzono również, że śmierć żyjąca pod ziemią zapładnia glebę. Reprezentowały to figurki… onanizującej się śmierci. W Muzeum Larco było jeszcze jedno ciekawe pomieszczenie. Trzymano w nim eksponaty nie pokazywane w głównych, reprezentacyjnych salach. Dziesiątki, jeśli nie setki tysiące mis, figurek, rzeźb, spoczywało na oszklonych półkach ciągnących się przez długie, wąskie korytarze! Z początku wszystko się zlewało w oczach, ale idąc tak przejściami, niczym alejkami w supermarkecie pełnym antycznych produktów, przypatrując się każdej z rzeczy osobna można było zauważyć w nich elementy wyróżniające je od reszty. Każda rzecz była wyjątkowa i niepowtarzalna. Były postacie budzące grozę, postacie wyrażające szczęście, były jaguary, żaby, bliżej nieokreślone stwory z zaświatów. Pomyśleć, że ktoś te rzeczy starannie niegdyś wykonywał, trzymał w rękach, używał… A teraz leżały w ciszy i w półmroku, będąc milczącymi świadkami życia, które już od dawna nie istnieje i nigdy już nie powróci… Rzeczy przetrwały, a ludzie, którzy je wykonali już dawno pomarli. Te wszystkie eksponaty stłoczone w jednym miejscu patrzyły na nas, ludzi XXI wieku, jakby z wyrzutem, za to co im zrobiono. Za to, że trzymamy je w zamknięciu, niczym jakichś więźniów obecnych czasów i zakładników naszej okrutnej cywilizacji… W pewnym momencie czułem się nieco przytłoczony wysokimi na trzy metry rzędami półek. Gdyby znajdujące się na nich rzeczy mogły się ruszać, z pewnością zaczęły napierać na szkło chcąc przewrócić te szafy, na których się znajdowały. Próbowałyby mnie zabić własnym ciężarem. Miałem nieodparte wrażenie, że chciały się zemścić za to, że pogrzebaliśmy ich świat, że wyrwaliśmy je z jego zgliszczy, zamiast pozwolić im leżeć tam, gdzie ich miejsce – w dalekiej, spokojnej dżungli, przy kościach ludzi, którzy powołali je niegdyś do istnienia…

Ech, dość może tych antropomorfizmów…

Odwiedziłem jeszcze muzealny sklepik – ceny były dość kosmiczne! Na przykład elegancki sweterek z wikunii (wikunia to taki mniejszy kuzyn lamy i alpaki) kosztował, uwaga!, 700 złotych! Czyli jakieś 155 dolarów! No nic, takie rzeczy to może w przyszłym życiu :) A! W oko wpadły mi jeszcze kibelki! Zamiast tradycyjnych oznaczeń typu kółeczko, trójkącik, czy podpisów Damas, Gentes, do ścian przy drzwiach przyczepione były repliki inkaskich figurek z Sala Erotica – a więc naga figurka mężczyzny podkreślała swoją płeć gigantycznym fallusem, a figurka kobiety zaznaczała swa kobiecość dużymi piersiami. Nie można się było nie uśmiechnąć. W myślach już widziałem oburzone facjaty co bardziej znanych polskich konserwatystów robiących raban wokół seksualizacji przestrzeni publicznej, w której są też dzieci – chociaż dzieciom to pewnie ‘lotto’, w odróżnieniu od wyczulonych na jakąkolwiek goliznę delikatnych panów z nacjonalizujących polskich organizacji.

Lustrujący wszystko i wszystkich strażnik łaskawie mnie wypuścił i wyszedłem sobie przed muzeum. Wbrew ostrzeżeniom taksówkarza-oszusta (grr!), który wiózł mnie z lotniska, zamówiłem sobie Ubera. Jak niby kierowca z 5 gwiazdkami, czyli najwyższymi ocenami od klientów, może być złodziejem, mordercą i w ogóle człowiekiem, który para się złem, a nie przewożeniem klientów?! No i to jest Peru, a nie jakiś kraj bezprawia czy Dziki Zachód! Chciałem dostać się do serca Limy – na piechotę było już dla mnie trochę daleko. Odczuwałem lekkie zmęczenie. Gdy tak sobie czekałem na taksi-ubera, zobaczyłem, że pod fontanną luzacko siedzi jakiś młody człowiek w dość fikuśnych, już na oko bardzo drogich ciuchach. W uszach miał srebrne kolczyki (co jak na facetów tu raczej niespotykane), był w miarę zadbany. Gadał coś i gadał, jakby do samego siebie. Ale nie, to nie żaden wariat – po chwili zobaczyłem stojącą na trójnogu kamerę, a za nią stojących troje ludzi. Obok rozwalone były trzy walizki z jakimś innym sprzętem. Gdyby kamera była większa, pomyślałbym sobie, że to telewizja, ale pewnie to był jakiś tzw. influencer, których w internetach jest teraz całe zatrzęsienie (zawsze zastanawiam się, kto ich w ogóle ogląda i co taki dwudziestolatek może mieć mądrego i ciekawego do powiedzenia o życiu…). No dobra, bawią się, zarabiają, ale moją uwagę przykuł stojący kilka metrów dalej człowiek, wyglądający jak… jakiś komandos! Klata jak (u) Goliata, kamizelka kuloodporna, duża giwera w rękach. Ochroniarz! 20-letni człowiek ma już ochroniarza?! Chyba, że chodzi bardziej o te torby! Ochrona przy wejściu do muzeum, teraz jakiś Rambo strzegący influencera… Hmm, przypomniało mi to, że jestem jednak w kraju Ameryki Łacińskiej i trzeba troszkę zwiększyć czujność. Nigdy nic nie wiadomo! O, jest i Uber! Gdy tak sobie ze starszym kierowcą zacząłem ćwiczyć mój hiszpański, chciałem sobie jeszcze sprawdzić, czy w plecaku wszystko było na miejscu – jakby nie patrzeć, przecież jeszcze chwilę temu, w muzeum, mój plecak przez jakiś czas był niepilnowany. Przegrzebuję więc go sobie pobieżnie i coś mi nie gra. O co może chodzić? Ewidentnie coś jest nie tak. O kurna!

„Stop!” – spanikowany krzyknąłem. „Zatrzymajmy się!”

„Nie mam paszportu!” – dokrzyczałem jeszcze. Kierowca spełnił moją prośbę (właściwie to żądanie), zapłaciłem część sumy, nie było problemu. Dobrze, że nie ujechaliśmy jeszcze zbyt daleko. O dziwo, wcale nie panikowałem, wręcz przeciwnie. Serce moje przestało bić, a z ust wiało chłodem. Poczułem się jak maszyna, jak Terminator w sławnej barowej scenie, tzn. w scenie gdy T-800 wchodził do baru w poszukiwaniu odzienia. ‘Assessing probability’, ‘scan mode’, ‘analysis’. Zdawałem sobie sprawę, że najgorszą rzeczą, jaką mógłbym zrobić, to spanikować. Że to by absolutnie nic nie dało. Byłem zaskoczony chłodnymi kalkulacjami, jakie od razu zaczęły pojawiać się w mojej głowie. W muzeum raczej by mi nie zwinęli paszportu, zwłaszcza, że obok niego miałem 200 dolarów na wymianę, a tych nikt nie tknął. Jeśli nie muzeum, to gdzie? Jak? Paszport wyjmowałem w… sklepie z kartą SIM! Tak, to musi mieć związek z tym sklepem! Ta konkluzja wywołała kolejny tok myślowy, przejawiający się pytaniem – gdzie ten sklep był? Cholera wie, gdzie wysiadłem! To jest jeszcze do sprawdzenia, ale gdzie był ten sklep? Pytanie – natychmiastowa odpowiedź! Znajdowała się ona w aplikacji Google Maps. Śledzi ona przecież każdy mój krok, zapisuje je co chwila. Wreszcie się do czegoś przyda! O! To nawet nie tak daleko! Zacząłem (bardzo) szybki spacer w tamto miejsce. W międzyczasie w moim czerepie pojawiło się kolejne pytanie – jeśli mają mój paszport, to czy właściwie… nadal go mają? Tzn. mogą go już nie mieć, bo mogli go przecież oddać wezwanym policjantom. Jeśli tak było, to ile potrwa znalezienie go na komisariatach? Przecież na komisariatach może panować chaos i mogą odsyłać mnie z posterunku na posterunek. Albo właściciele, tudzież policja, powiadomili ambasadę, a ta… unieważniła paszport (chociaż właściwie to niby czemu mieliby unieważniać paszport i czy w ogóle tak prędko to można zrobić?). Szybko, jak Robert Korzeniowski w Atlancie, Sydney i Atenach, przemierzałem ulice Limy. Po ciągnących się nieskończenie, jak jakaś guma do żucia, 20 minutach wpadłem do tego sklepiku, wyjąłem wysłużonego AK-47, oddałem dwa strzały powietrze i ryknąłem „Gdzie jest, do stu diabłów, mój paszport!?’…. Nie, nie, to chyba niezupełnie tak się odbyło. O, już pamiętam! Otóż wpadłem do tego sklepiku, właściciela nie było (‘Przehandlowuje z bandziorami mój paszport?!’ – gdzieś taka niefajna ewentualność przemknęła po nerwosplotach, ponaglana przed kolejną, sugerującą, że opowiada na jakimś posterunku policji o wizycie jakiegoś Polaka, który wyszedł zostawiając paszport.). Była tylko jego żona z inną panią, której wcześniej tu nie było. Gadu, gadu, jak to dwie kobiety w jednym małym miejscu. Przerwałem zapewne interesującą konwersację, od progu wykrzykując: „Panie, macie mój paszport?!” I jakaż ulga ogarnęła całe me jestestwo, gdy usłyszałem magiczne ‘Si!’. Bogowie! Podały mi go, a ja dziękowałem głośno i długo. Na koniec wskazując na siebie palcem rzekłem ‘Estupido!’ (Głupi!), na co kobietki zaśmiały się serdecznie. Wyszedłem. Stwierdziłem, że do starego miasta przejdę się na nogach, bo i tak niepotrzebnie wydałem już te kilka złotych (soli) na Ubera. A przy okazji uspokoję sobie tętno, może po drodze coś sobie zjem albo napiję kawy, a i jak bogowie pozwolą, natrafię na jakiś kantor….

Idąc, miałem czas zastanowić się, co ja też zrobiłem! Jak mogłem zostawić gdzieś tak ważną rzecz, jaką jest paszport!? Pierwszy raz w życiu coś takiego mi się przytrafiło! Jakieś roztargnienie, ale czym właściwie spowodowane? Przecież czułem się dobrze, nie miałem kaca, nie byłem pod wpływem jakichś substancji, a i byłem wyspany… No tak, cała ta procedura z kartą zajęła sporo, sporo dłużej niż powinna, toteż chciałem już iść do muzeum jak najszybciej. No ale gość nie mógł mnie zawołać? Może zauważył u siebie mój paszport troszkę później, może jeszcze wziął go w dłoń, pobiegł do wyjścia, ale już mnie nie zauważył? Ech, spokojnie, to przecież dość ludzkie, prawda? Ludzie zapominają portfeli w supermarketach, gotówki sterczącej z bankomatów, tysiące uczniów każdego dnia zapomina zadań domowych, niezliczona ilość ludzi parasoli w autobusach (eghem!), czasem się, cholera, każdemu zdarzy czegoś zapomnieć. Ale paszport?! W Peru?! Jakieś 11 tysięcy kilometrów od domu?! Dobrze przynajmniej, że tu ambasada polska jest (nie we wszystkich krajach są). No nic, żyje się dalej, nie ma już co rozkminiać, zlituj się nad sobą Arturze. Są przecież dużo gorsze rzeczy; ludzie przy 40-to stopniowym upale zapominają o dzieciach z tyłu samochodu… No, już, już… Wszystko dobrze się skończyło, w tym przypadku nastąpił na szczęście happy end. Powoli mi przechodziło. Trochę jeszcze podumałem nad moją dziwnie zimnymi reakcjami i brakiem oznak choćby najmniejszej paniki, dziwiąc się właściwościom mojego mózgu i mojej psychiki. Zacząłem się nawet podejrzewać o jakąś psychopatię, ale zbiłem te straszne domysły kolejną dawką racjonalnych argumentów przeczących takiej tezie (chociaż czy na pewno? hmm…).

Po drodze istotnie, natknąłem się na kantor. Sprawdziłem sobie w internecie, ile mniej więcej mogę otrzymać za 200 dolarów i poprosiłem pana za kasą by powiedział mi, ile dostanę u niego. Różnica prawie niezauważalna, nie próbował mnie oszukać. Za 200 dolarów dostałem 778 soli. Solów. Whatever! Pokazałem mu również tę nieszczęsną balboę otrzymaną od taksówkarza i zapytałem, czy by mi jej nie wymienił. Zerknął pobieżnie, zapytał co to, po czym przeszedł do dokładniejszej inspekcji pieniążka. Patrzył na niego tak uważnie, jak zegarmistrz patrzy w miniaturowe trzewia zegarków. Zaczął się śmiać, że nikt tu nie wymienia panamskich pieniędzy. Opowiedziałem mu historię tego pieniążka, zaczął się jeszcze bardziej śmiać (ale tak serdecznie, nie prześmiewczo). No nic, gracias, a dios, do widzenia!

Jakiś czas potem dotarłem do malutkiej knajpki, gdzie zakupiłem kawę za niecałego dolara. Troszkę odpocząłem, skorzystałem z WC i poszedłem dalej. Przed wejściem do jednego z centrum handlowych zaskoczył mnie pewien widok – na ulicy, właściwie to na chodniku, na szybko, bo na stojąco, dokonywano… szczepień! Nie, nie w zaciszu czystych i sterylnych gabinetów lekarskich, nie w warunkach zapewniających jakąś prywatność, ale na… ulicy! Jedna pani wbijała się w rękę, obok niej jakiś pan wypełniał papiery z danymi osobowymi szczepionego. Z głośnika leciały słowa zachęcające ludzi do szczepień, padała nazwa szczepionki. Moderna. Była jakiś czas dostępna w Polsce, obecnie u nas jest tylko Pfizer (ja jestem po dwóch dawkach Astra Zeneci i jednym Pfizerze). Szedłem i szedłem i powoli zaczynałem cieszyć się miastem, tym bardziej, że wyszło wreszcie trochę słońca. Zaczynałem oswajać się z tym latynoskim chaosem, w którym jest jednak jakaś logika. Korki na ulicach, ogłuszający momentami dźwięk niezliczonych klaksonów. Im bliżej centrum, tym więcej ludzi i samochodów. Minąłem monumentalny budynek Pałacu Sprawiedliwości, siedzibę sądu Najwyższego z 1938 roku. Zbudowany jest z szarego, ciężkiego kamienia. Do tego jest ogromny, a od frontu przypomina trochę brukselski Pałac Sprawiedliwości. Zaraz potem minąłem Edificio Rimac, dawniej nazywany Domem Rosevelta, którego architektem był… Polak! Był to Ryszard (Ricardo) Jaxa Malachowski. Cytując Wikipedię: ‘Absolwent paryskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Tuż po studiach w 1911 przyjechał do Limy, by objąć kierownictwo nowo tworzonego wydziału architektury na Wyższej Szkole Inżynieryjno-Górniczej (Escuela Especial de Ingenieros de Construcciones Civiles y de Minas del Perú, obecnie Universidad Nacional de Ingeniería). Wydziałem tym kierował przez trzydzieści trzy lata. Trzy lata po przybyciu poślubił Peruwiankę, Maríę’. Małachowski był w sumie głównym z architektów Limy. Budynek, który mijałem, jest zrobiony na styl francuski, dosyć popularny za czasów Napoleona III, zresztą sporo jego elementów sprowadzano specjalnie z Francji. Od przodu wygląda jak pałac! Jest bardzo bogato zdobiony. Jego boczne ściany rozchodzą się po trapezoidalnych, równoległych bokach, ciągnących się wzdłuż dwóch ulic, co w pewnym stopniu odróżnia go jakoś od prostokątnych pałaców.

Nieco dalej odbywał się protest. Właściwie, to dopiero się on zaczynał. Ludzie coraz liczniej zbierali się na niewielkim placu (Plac św. Marcina). Z trzymanych przez nich transparentów wywnioskować mogłem, że brakuje im tanich miejsc do życia. No, po prostu są deficyty tanich mieszkań. Zresztą ten problem powoli staje się problemem ogólnoświatowym, jednak dzisiaj to w Peru ludzie zdecydowali się wyjść na ulice. „Miejsce do życia, to prawo, nie przywilej”, głosił jeden z transparentów. Protest spowodował jedną niedogodność, mianowicie policja zamknęła wszystkie ulice dookoła placu głównego. Nie wpuszczano nikogo! Ludzi, którzy w czasie zamykania ulic już się na nich znajdowali nie wyrzucano, po prostu nadal siedzieli sobie spokojnie przy kawiarnianych stolikach i spacerowali niespiesznie za barierkami. Hmm, czyżbym się tyle udreptał aby już musieć wracać? Pokręciłem się trochę, jak jakiś dickensowski nicpoń chcący ukraść jabłko na targu, a może raczej jak Agent 47 z niezapomnianej pierwszej części gry Hitman, uczącej analizy otoczenia, wyczekiwania na odpowiedni moment i przedostawania się w niedostępne miejsca. Znowu ten zimny tryb i analityczne podejście do sytuacji! Zupełnie jakbym niezupełnie był sobą! W każdym razie udało mi się wypatrzyć restaurację z wejściem od niezamkniętej strony ulicy i ogródkiem ze stolikami od strony zamkniętej. Z tego ogródka można było wejść na zamkniętą ulicę. Żal było nie skorzystać! Dzień dobry więc mówię, wchodzę, dzień dobry słyszę w odpowiedzi - nawet się zbytnio nie kryłem, nie udawałem, że biorę menu by coś z niego wybrać, szybko przeszedłem przez lokal, wyszedłem w ogródku piwno-restauracyjnym i stamtąd już na ulicę. No dobra, quest pierwszy zaliczony. Teraz w stronę placu. Ale co jasnej ciasnej?! Plac też odgrodzony? Przy katedrze, na placu, zostały jeszcze jakieś niedobitki turystów, nie wypraszano ich stamtąd tylko cierpliwie czekano, aż sobie wyjdą. Hmm, skoro pozwalają tam sobie jeszcze łazić ludziom i skoro plac jest dość szczelnie ogrodzony barierkami i siłami policyjnymi, to może uda się wejść, ale jakoś inaczej niż szukając słabych punktów w pilnowanych miejscach? Statystki moich Persuasion Skills chyba nie są znowu jakieś niskie, zwłaszcza że nigdy zbyt wielu punktów nie inwestowałem w Strenght. A policjanci to przecież też ludzie, jakby nie patrzeć. Kuzyn nawet z jedną policjantką się ożenił - czasem ją widzę w dużych stacjach telewizyjnych, bo została rzeczniczką jednej z powiatowych komend, a nawet byłem na ich ślubie i życzyłem im owocnego współżycia. Pożycia. Życia. I w ogóle owoców płynących z życia razem wszelakich. Czasem mi teraz trąbi na ulicy, jak przejeżdżając swoim czarnym Nissanem Qashqaiem. Podszedłem do jakiegoś starszego policjanta, aczkolwiek ze sztywnej, twardej postawy i pewnego siebie sposobu chodzenia widać było, że jest to jakiś wysoki rangą funkcjonariusz, a nie przysłowiowy krawężnik szykujący się powoli na leniwą emeryturę. Zbliżyłem się do niego i mówię, żem przybył prosto z Europy, z bardzo daleka, że jestem turystą i zapytałem, czy mogę przejść, por favor. No na litość go po prostu próbowałem wziąć. Popatrzył na mnie uważnie, jak to tylko policjanci potrafią patrzeć na osoby podejrzane, czyli niepolicjantów, po czym nie tracąc poważnego i napiętego wyrazu twarzy (na służbie samcem alfa trzeba być w każdej sekundzie!) rzekł: „Dobra, tylko na środek placu nie wchodź”, po czym przesunął się w bok, odsunął barierkę i mnie przepuścił. Udało się! Nunca te rindas! Nigdy się nie poddawaj!

Od razu znalazłem się pod katedrą. Jej pełna nazwa brzmi: Katedra metropolitarna św. Jana Ewangelisty w Limie. Jan Paweł II był w niej dwa razy, w 1985 i 1988 roku, mnie pewnie wystarczy ten jeden raz. Nie chcę tu opisywać przewodnikowych szczegółów, napiszę krótko i prosto: z zewnątrz budynek jest bardzo duży, fasada pełna jest rzeźb i zdobień, które wymagają trochę renowacji. Ot, chociażby górująca nad dużych rozmiarów wejściowymi wrotami figura Jezusa wygląda strasznie. Nie dość, że jest cały pociemniały, to jeszcze część głowy i twarzy zaszła mu jaśniejszym kolorem, jakby polano go jakimś kwasem. Wygląda trochę nieciekawie, jak jakiś zombie. Wstęp do środka 10 soli, do tego przy wejściu stała sobie sympatyczna, niepozorna pani w dużych okularach, i dobrym angielskim zaproponowała mi swoje usługi. Tzn. nie! Nie była to prostytutka! To była przewodniczka! Zwiedzanie katedry z przewodnikiem, czy przewodniczką, kosztowałoby dodatkowe 35 soli. Zrezygnowałem z tej możliwości. Wszedłem sobie sam, dostałem broszurkę z najważniejszymi informacjami. Wnętrze katedry było bardzo przestronne, długie, miała żebrowe sklepienie, a po bokach znajdowało się czternaście różnych, bogatych ołtarzy (fachowo zwanych kaplicami bocznymi). Za neoklasycystycznym ołtarzem głównym znalazłem zejście do grobowca, w którym pochowano najważniejszych katolickich kapłanów Peru. Oczywiście wszedłem do środka. Nie było tam rzeźbionych podobizn zmarłych leżących na wiekach trumien (jak na Wawelu), po prostu pochowano ich w zimnych ścianach, przytkano zwykłymi, szarymi płytami, na których zainstalowano skromne tablice z najważniejszymi informacjami, to jest z imieniem i nazwiskiem; i tak sobie tam leżą, niektórzy już jakieś 200 lat. Tyle zostaje z największego, najpotężniejszego nawet człowieka, tyle pozostaje z całej władzy, ze splendoru, za którym człowiek nieraz tak bezsensownie się ugania… Ciekawe wrażenie robiło też kilkadziesiąt czaszek leżących na kupce kości we wnęce zakrytej tylko szybą. Patrzyły dziwnie jakoś swoimi pustymi oczodołami w stronę zwiedzających, a właściwie to tylko na mnie, bo turyści właściwie się wykruszyli, a nowi, z racji zamkniętego placu i wychodzących z niego ulic, nie przybywali. Przez szparę między ścianą, a szybą, można było wrzucać monety. Jedna z nich osiadła jednej z czaszek w oczodole, co sprawiało, że wyglądała ona nieco komicznie. Ciekawe, jak zareagował wrzucający widząc, że jego moneta wpada czaszce do oka. A raczej w miejsce, gdzie kiedyś znajdowało się oko. A gdyby tak spróbować wrzucić w drugi oczodół tę balboę, tego niewymienialnego tu pieniążka od taksówkarza? Nie no… Bez przesady Arturze! W grobowcu było jeszcze inne, prowadzące jeszcze niżej pomieszczenie, w którym eksponowano stare groby zwykłych ludzi, z tym, że ludzi, a właściwie ich szkielety, pozostawiono tylko dwoje, męża i żonę, resztę nieboszczyków przez mroki czasów przeniesiono w inne miejsca. Podobno pod katedrą znaleziono ciała setek ludzi – wiadomo, każdy chciał być pochowany jak najbliżej serca Kościoła, kraju, narodu… Pochodziłem też po części muzealnej katedry, aczkolwiek patrzenie na bogate szaty biskupów i arcybiskupów to raczej nie jest moja największa pasja (co innego koszulki piłkarzy!). Ciekawe były złote, misternie zdobione tabernakula czy krzyże, aczkolwiek ilekroć patrzę na takie rzeczy, myślę sobie, ileż to energii ludzkiej marnowanej jest na tworzenie takich zbytków, którym przecież sam Jezus był przeciwny (nie mówiąc o usuniętym przez Kościół katolicki przykazaniu: „Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył’). No i przecież całe to złoto we wszystkich tych katedrach i kościołach mogłoby posłużyć do uczynienia naprawdę wielkich rzeczy! Kiedyś na bazach kosmicznych i koloniach na innych planetach pewnie będą uczyć o fenomenie religii wszelakich i ich wypaczeniach… No, chyba, że i tam ktoś założy jakieś religie i będzie z tego czerpał różne (np. złote) frukta.

Wyszedłem, pogoda była fatalna. Tzn. temperatura była taka sobie, ale szare, nijakie niebo wyglądało nieco depresyjnie. Ptaki latały nisko, jak to zawsze latają w Polsce przed deszczem. Nawet i one miały wrażenie, że za chwilę będzie lać, aczkolwiek chmury w Limie tak wiszą i wiszą i w sumie nic z tego nie wynika. W katedrze spędziłem chyba ponad godzinę. Pooglądałem sobie znajdujący się na tym samym placu Pałac Prezydencki, po czym chcąc sobie zrobić selfie z katedrą w tle jakoś… wszedłem, zaszedłem nieświadomie na środek placu. Przez chwilę przez moją głowę przeleciało „Oh fuck’, bo spodziewałem się interwencji licznych sił policyjnych zgromadzonych wszędzie wokół, ale o dziwo nikt na mnie ani nie krzyczał, ani nie chciał mnie aresztować. Cały plac, serce kraju tylko dla mnie! Po Janie Pawle II byłem więc drugim Polakiem, który mógł się poczuć jak prawdziwy VIP w Peru! W międzyczasie, gdy tak stałem sobie SAM na tym najważniejszym placu w kraju (Plaza Mayor de Lima), ze starego autobusu, który szybko podjechał pod ratusz i zatrzymał się bardzo gwałtownie, wyskoczyło w wielkim pośpiechu ze dwudziestu naprawdę uzbrojonych po zęby policjantów, którzy zaczęli ciężko (mieli na sobie hełmy, kamizelki, w rękach duże strzelby i masywne tarcze) biec w stronę jednej z ulic. Na mnie nikt nie zwracał uwagi. Zrobiłem sobie kilka fajnych zdjęć, zaś fotkę z napisem LIMA z katedrą w tle zrobił jakiś starszy pan z obsługi ruchu turystycznego (ale za to poprosił o jakiś wpis w księdze gości, którą ze sobą nosił). No cóż mi pozostało jeszcze do roboty na tym placu? Zerknąłem na mapkę Google – hmm, gdzieś tu jest dworzec kolejowy. Chciałem się przejechać gdzieś pociągiem, ale wcześniej chciałem sobie zakupić bilet. Wiadomo, pragnąłem zobaczyć jakieś fajne widoczki. Udałem się w stronę barierek, lecz niespodziewanie jakaś bardzo ładna kobieta stojąca obok nich powiedziała mi, że tędy nie wyjdę. Mówię jej, że stacji szukam, bo chcę pociąg i piękne widoczki (Quiero un tren y vistas bonitas!). Idąc ze mną w kierunku innych barierek wytłumaczyła mi powoli, że od dwóch lat pociągi już stąd nie jeżdżą, jedynie towarowe. W Cusco do Machu Picchu coś jest, ale w Limie to do transportu ludzi służą jedynie autobusy. Wydawała się świetnie zorientowana, ubrana była na biurowo (żakiecik!), więc albo pracowała w jednym z tutejszych kancelarii (prezydenckich, miejskich) albo miała jakiś związek z turystyką. Zaufałem jej, chciałem nawet zaprosić na kawę (strasznie mi się podobała!), ale szczerze mówiąc, byłem już padnięty i myślałem tylko o odpoczynku. Co do pociągów – poczułem się lekko zawiedziony. No nic, jutro pomyślę, gdzie i jak jechać pojutrze. Podziękowałem miłej pani, wymieniliśmy uśmiechy (ależ miała ładny!) i poszliśmy sobie w różne strony.

Była może 17.00 gdy uświadomiłem sobie, że cały dzień nic nie jadłem. Trzeba było znaleźć jakieś pożywienie! Kawa i powietrze, to jednak trochę mało jest. Postanowiłem powoli zmierzać sobie w stronę mieszkanka i znaleźć jakieś jadło po drodze. Czy to w postaci jakiejś knajpki, czy też sklepu oferującego jakieś artykuły spożywcze. Idę więc sobie i idę, gdy ktoś nagle mówi mi ‘hola’. Patrzę, a to jakiś bardzo niski facet o typowo peruwiańskiej urodzie. Metr pięćdziesiąt może! ‘Skąd jesteś?’, pyta. Zazwyczaj nie odpowiadam na takie zaczepki, bo często, jak np. na Kubie, są wstępem do wciśnięcia człowiekowi jakiegoś badziewia po zawyżonych cenach. Ale ten gość zagadał tak jakoś… normalnie. Tak spontanicznie jakoś. No to mówię mu, że jestem z Polski. A on się pyta, czy Komorowski nadal jest prezydentem! A zaraz dodaje, że nie!, nie! że Duda jest! Szczęka mi opadła! Mówi mi, że zna Lech Poznań, i piwa, Warka, Okocim! Eee? Co jest, kurna? Jakaś abstrakcja! Dorzuca nazwy miast, Varsovia, Cracovia, mówi po polsku ‘do widzenia’, ‘dziękuję’. Nie mogłem się nie śmiać, totalna abstrakcja! Pytam, skąd tak dużo kojarzy. ‘Marek, Polak, ma tu knajpę w Limie, ma polskie piwa’. Za chwile przystaje, wyprzedzam go troszkę, a gdy się odwracam, widzę jak facet trzyma… polską flagę! Cooo? Skąd to masz? – pytam totalnie zaskoczony! ‘Marek mi dał!’. Haha, nieźle! Pytam się go więc, gdzie te polskie piwa są, pójdziemy, wypijemy, ja stawiam, a przy okazji pogadam sobie z tajemniczym Markiem, który mi coś może opowie o Peru, podpowie, gdzie jechać, i tak dalej… Po chwili już dziarsko szliśmy, a mój towarzysz pokazał mi, że to tutaj. Pokazał na spuszczoną blachę, zamknięte miejsce. Szkoda! Ale na piwo iść możemy, o tu, 10 metrów dalej! Rekomendowane miejsce było takim peruwiańskim barem mlecznym z lokalnym jedzeniem, dosyć czysty i tani – obiad kosztował jakieś 13 złotych (w Polsce obecnie około 20-25). Pedro, bo tak nazywał się mój kompan, zamówił nam po dwa duże piwa Cusceńo. Tutaj duże piwo oznacza piwo półlitrowe, czyli standardowe piwo w Polsce. Sobie zamówił do tego jeszcze Coca-Colę. „Wtedy jest słodsze”, wytłumaczył mi, gdy zapytałem go, po co mu ona. No kurczę, ale cały urok w przypadku ciemnych piw to właśnie ich smak! To tak jak pić whisky czy rum z colą – robi się wtedy zupełnie coś innego. No ale wiadomo, rzecz gustu, skoro takie lubi, niech mu na zdrowie wyjdzie. Wydaje mi się, że on wziął to piwo ze względu na fakt, że to – jak na tutejsze warunki – najmocniejsze piwo (5,6%). I chyba chodziło mu o zawartość alkoholu, a nie o jego smak. Pogadaliśmy dosyć długo. Pedro jest muzykiem, gra na gitarze, puścił mi na youtubie ze swojej komórki jakiś polski utwór, gdzie babeczka śpiewała o swoim ukochanym. Mówił, że mu się to podoba. Włączyłem mu Bałkanicę Big-Cyca, mówiąc, że Polacy to raczej tego słuchają. Nie chciałem katować go Sławomirem (i jego miłością w Zakopanem) czy symbolem polskiej piosenki, Marylą (choć Maryli to raz na ileś lat lubię posłuchać, haha, no ale bez znajomości polskiego i tekstów Cygana, Pedro by nie zrozumiał czemu tak wielu Polaków ją lubi). Disco-polo to chyba byłoby zbyt wiele jak na jego muzykalne uszy. Jak się okazało, słyszał o teoriach spiskowych i o tym, że są w Polsce członkowie pewnej specyficznej grupy wierzącej w to, że Rosjanie wysadzili samolot rządowy w Smoleńsku 12 lat temu. Czasem wydawało mi się, że wie więcej o sytuacji w Polsce niż polscy nastolatkowie! Po ponad godzinie i dwóch wypitych ze mną piwach (wypiliśmy po dwa) pokazał na zegarek i rzekł, że musi już wracać do domu. Poprosił bym dyskretnie dał mu pieniądze na zapłacenie rachunku. Nie chciał by obsługa widziała, że to ja postawiłem mu piwo. Dziwna gra z jego strony, heh. Widać, że chciał utrzymać pozory, ba, chciał by nawet wyszło na to, że to on stawiał mnie. Jaki miał w tym cel? Nie wiem… Podszedł do lady, zapłacił, i w wielkiej tajemnicy, upewniając się, że nikt nie patrzy, wydał mi resztę. Hmm, wydaje mi się, że to biedny człowiek był, ale dumny, przynajmniej pośród swoich. Zresztą nie tylko, bo dał mi dwie rzadkie monety! „Pamiątka”, rzekł. Zamykano już restauracje. A było kilkanaście minut po szóstej! Nadal nic nie zjadłem! Brzuch domagał się pożywienia! ‘Chodź’, powiedział i zaprowadził mnie do innej knajpki. Dopytał, co chce, pogadał z właścicielką i załatwił ryż z wołowiną. I się zwinął! Heh, ciekawy człowiek. Jedzenie było pyszne i duże. 15 złotych. Ceny są tu bardzo fajne. Pamiętać też trzeba, że to stolica! W łazience jednak nie było wody, a ja po siku namydliłem już łapki. Z opresji wybawiła mnie właścicielka, która z wiaderka lała mi wodę na namydlone ręce trzymane nad umywalką. Czy to oby na pewno stolica?

Z powrotem szedłem pieszo, niestety odezwa się paznokieć w lewej stopie. Kurczę! Używałem więc do chodzenia głównie pięty. Szedłem jednym z głównych bulwarów Limy, a latarnie – mimo ciemności – nie świeciły. Jedynie światła samochodów rozświetlały ulice. Nie było nawet ósmej, a tu ciemno jakby człowiek wpadł do wiaderka smoły! Restauracje, zamiast kwitnąć o tej porze, to się zamykały. Niektóre z nich, będące jakby barami mlecznymi, zmieniały swój gastronomiczny charakter i zmieniały się w malutkie, ciasne dyskoteki z migającymi oślepiającymi kolorowymi światłami stroboskopami, błyszczącymi kulami pod sufitem i technopodobną muzyką. Bym zapomniał! Jedno wydarzenie z tej mojej drogi powrotnej jest warte odnotowania!

Idąc sobie powoli z włączonym telefonem i OD CZASU DO CZASU zerkając sobie w jego ekran, na którym Google Maps podawało mi drogę do mojej kwatery, wszedłem sobie legalnie, na zielonym, na przejście dla pieszych. Gdy wchodziłem na przejście, nic w jego okolicach nie stało, nie jechało, ale gdy już się na nim znalazłem, zza rogu wjechał szybko motor i nic sobie ze mnie i zielonego dla mnie światła nie robiąc, ewidentnie jechał w miejsce, w którym zaraz miałem się znaleźć. Przystanąłem więc szybko celem uniknięcia potrącenia, a motocyklista przejeżdżając przede mną wyciągnął rękę w moją stronę i…. delikatnie PUKNĄŁ nim w mój wyciągnięty telefon. PUKNĄŁ! Pacnął lekko opuszkiem lewego, wskazującego palca. Celowo, ostrożnie, tak by nie wytracić mi mojego Samsunga z ręki – niesamowite wyczucie! Centymetr, dwa i telefon leżałby popękany, może i rozbity na asfalcie! Mimo, że nie patrzyłem w ekran, gość zrobił to tak szybko, że nie zdążyłem odsunąć telefonu! Stanąłem jak wryty i tak stałem jeszcze na pustym przejściu, na pustym skrzyżowaniu ze 2-3 sekundy ogłupiały. Zrozumiałem lekcję! Zrozumiałem, że to dobry człowiek jakiś był i tym gestem pokazał mi, jak łatwo tu stracić telefon i jak nierozważny jestem. Przecież gdyby to była jakaś nikczemna persona, to mój telefon zostałby mi po prostu szybko wyrwany i mógłbym mu tylko pomachać w geście smutnego pożegnania na wieki wieków (ament!).

Ech… czasem wierzę, że gdzieś tam, to znaczy tu, ktoś mnie strzeże. Jak anioł tego pijaka w niesamowitym filmie Marka Koterskiego „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Nawet mógłbym sobie teraz pomyśleć, że to nie był żaden motocyklista, to znaczy żaden motocyklista-człowiek, ale jakiś anioł stróż zapierdzielający na motorze. Jakaś projekcja kogoś, kto nade mną czuwa. Może to był jeden z jakichś bogów? Niemniej jednak trzeba uważać, to nie Europa, gdzie nikogo czyjś telefon już nie interesuje.

Dotarłem bezpiecznie na mieszkanie. Chciałbym napisać, że cały i zdrowy, ale zdrowy to chyba trochę nie za bardzo jednak. Duży palec w lewej stopie cały we krwi! Nie spodziewałem się takiej rany! To już chyba nie kwestia wrastającego paznokcia, bo ten malutki fragment przecież wyciąłem, ale to chyba problem rany po tym rzeźniczym zabiegu. Obmyłem dokładnie, znalazłem tu, w mieszkaniu, alkohol medyczny 90% (no czy ktoś nade mną nie czuwa?!), przemyłem, ech… Idę spać!

15 lipca 2022 - Lima

Palec mniej boli, po naciśnięciu wypłynęło trochę krwi i ropy. Masakra! Ech… Ale oczyściłem alkoholem. Dzisiaj zdecydowałem troszkę spokojniej spędzić dzień. Głównie ze względu na ten cholerny palec. Nie chodzić tyle! Chcę przecież troszkę potrekkingować sobie jeszcze w późniejszych dniach (tygodniach?), zaliczyć jakiś dłuższy spacer po dżungli, czy coś! A tu minął raptem jeden pełny dzień, a już sobie załatwiłem palec. Mierda! Zaraz po wstaniu skontaktowałem się z właścicielką mieszkania i zapytałem, jak można się dostać do Nazca (miasto takie). Przez aplikację Whatsapp napisała, że do Nazca to nie bardzo się można bezpośrednio dostać, że trzeba najpierw jechać do Ica i tam sobie kupić następny bilet. Poprosiłem o jakieś namiary, gdzie można zakupić bilet do Ica, bo szczerze mówiąc, szukałem, ale nic konkretnego nie znalazłem. Zrobiła mały research i po kilku minutach podała mi adres ‘dworca autobusowego’. W Limie nie ma czegoś takiego jak, przykładowo w Krakowie, jeden Dworczec Centralny. Jest za to dużo małych dworców, a z każdego autobusy odjeżdżają do innych miejscowości. Podziękowałem za namiary i ostrożnie stąpając wyszedłem z mieszkania. Znowu chmury! Wiszą i wiszą, jakby miał spaść z nich ulewny deszcz, ale nie pada ani kropla! Depresyjnie to wygląda! Dworzec, który mnie interesował, jak na kondycję mojego palca znajdował się dość daleko – 3,5 km. Nie chciałem tak łazić z tym palcem (może się trochę wygoi?), zaryzykowałem więc uśpienie (heh) i bycie okradzionym (heh) i zamówiłem sobie Ubera. Troszkę poużywałem mojego hiszpańskiego, pogadaliśmy z kierowcą o piłkarzach peruwiańskich, np. o emerytowanym już Pizzaro, którego pamiętam z czasów gdy grał w Niemczech, jak i o obecnym, Guerrero, którego szczerze mówiąc nie znam, bo już nie interesuję się piłką jak kiedyś, a nie jest to jakiś wielce wybitny piłkarz bym o nim gdzieś słyszał czy widział jego nazwisko w nagłówkach sportowych. Miejsce, gdzie mogłem kupić bilety znajdował się w pobliżu stadionu, gdzie drużyna peruwiańska rozgrywa swoje mecze. Niestety, nie można go sobie zwiedzić. Dotarliśmy do dość nieciekawej, brudnej, zaśmieconej dzielnicy. Wszędzie szwędali się jacyś podejrzani ludzie. W połączeniu z szarością dnia i zaniedbanymi budynkami nie wyglądało to zbyt ciekawie. Tak się szczęśliwie złożyło, że szukając polecanego ‘dworca’ X, minąłem ‘dworzec’ Y. A co mi tam? – pomyślałem. Wdepnę! Zapytam o bilet do Ica, a jeśli też będą mieli, to załatwię sprawę szybciej. Ta literka Y to firma, linia autobusowa, Tucna. Okazało się, że wbrew temu, co mówiła mi właścicielka mieszkania, istnieje, właśnie u nich, bezpośrednie połączenie z Nazcą. Nie trzeba zatrzymywać się w Ica. Super! Pogadałem z sympatyczną panią za ladą. Nie, nie mówi po angielsku. No ale dobrze, tyle to się przecież (chyba) dogadam, heh. No więc mówię prosto, dukam niemal: Nazca, jutro, godzina 10,00, tańsza opcja (fotel, nie łóżko-fotel), być 30 minut wcześniej, 50 soli, okay. No i poszło, udało się! A jeszcze pani się uśmiała z mojego zmagania się z ich językiem. Była bardzo pomocna, mówiła do mnie powoli i pomagała mi kończyć niektóre słówka.

Z tego ‘dworca’ blisko było do tej knajpy Polaka, niejakiego Marka, o której wczoraj mówił mi Pedro. Dotarłem tam (pieszo!) w 5 minut. Miejscówka tym razem była otwarta, ale wyglądała po prostu jak mała, lokalna knajpka. Zapytałem, gdzie tu w okolicy jest lokal, którego szefem jest Polak (‘Un restaurante de polaco aqui? En esta via? Esta calle? Polaco, un jefe’). Zaskoczone kelnerki nic nie wiedziały o jakimś Polaku. Hmm, poszedłem do tego baru mlecznego, w którym wczoraj piłem z Pedro piwo. Było otwarte. Zamówiłem sobie kawę i danie Combo 3, czyli ryż z wołowiną, i jak się okazało kawałkami jajecznicy ze szczypiorkiem. Zapytałem właściciela, który obsługiwał nas wczoraj, o knajpę w okolicy prowadzoną przez Polaka. Mówił, że o takiej nie słyszał, ale sprawdzi. Patrzył uważnie z 5 minut w swój telefon, nawet gdzieś zadzwonił, po czy przyszedł i oznajmił mi, że nie ma tu żadnej knajpy prowadzonej przez Polaka. Hmm, zastanawiam się, czy Pedro czasem nie kłamał chcąc naciągnąć mnie na piwo? No ale kto nosi polską flagę w plecaku (przecież nie miał chyba nie wiadomo ilu flag w torbie, co by wyciągnąć odpowiednią przy każdej okazji, gdy zagadywał do obcokrajowca?), mówi o Smoleńsku i wie tak dużo o Polsce? Nie wiem co o tym sądzić! Siedzę teraz w mieszkaniu, po obiadku od razu wróciłem. Znowu wziąłem sobie Ubera, i dalej żyję! W jedną stronę z centrum wychodzi jakieś 10 złotych, więc nie majątek. Znowu porozmawiałem z kierowcą, tym razem o celu mojej wyprawy, czyli Nazca. Są tam przeciekawe linie wyryte na pustyni, geoglify, ale o nich może napiszę więcej, jak już tam dotrę i zobaczę na własne oka. Taksówkarz polecił mi jakąś wyspę nieopodal - hmm, zerknę w internecie, lubię wyspy! Fajnie ci kierowcy Ubera, można sobie z nimi miło porozmawiać, pożartować, są sympatyczni i uśmiechnięci. No i nie mówią po angielsku, co ma swoje plusy (można się uczyć!). Oczywiście kierowca taksówki, który wiózł mnie z lotniska, straszył mnie tą firmą, bo Uber to pewnie tu konkurencja dla zwykłych taksówkarzy, o czym doskonale wiedziałem i zdaję sobie sprawę. Niemniej jednak korzystałem wcześniej z usług tej firmy w wielu krajach i jeszcze nigdy nic przykrego mnie nie spotkało (w odróżnieniu od nielicznych kobiet, którym zdarzały się molestowania, również w Polsce, zazwyczaj przez kierowców-imigrantów, którzy nie muszą przechodzić żadnych kursów i weryfikacji i często są zatrudniani właściwie od razu). Po przybyciu ogarnęła mnie senność. Czułem się jakoś wyziębiony (w Peru?!), zmęczony (po czym? – wczoraj przecież wypiłem tylko dwa piwa z Pedrem, a dzisiaj nigdzie właściwie prawie nie chodziłem), słaby… Czułem, jak boli mnie ciało. Nie, to nie grypa czy Covid, jakieś przemęczenie. Może teraz odczuwam jakiś jeden z rzadszych objawów jet lagu, może po prostu wczoraj przeszarżowałem (cały dzień chodzenia)? Trochę może i marnuję czas siedząc teraz w mieszkaniu, no ale to też w końcu mój urlop, więc odpocząć też trochę trzeba. Do Limy jeszcze przecież wrócę pod koniec podróży! (mam stąd lot powrotny do Europy) Dobra, otworzę sobie ten rum, co go kupiłem przedwczoraj, a którego zaledwie skosztowałem, biorąc dotychczas łyk czy dwa… Zdrowie!

16 lipca 2022

Jadę autobusem, do którego właśnie przed momentem się wpakowałem, a który wyjechał 30 minut po czasie (czy w tej podróży wszystkie środki transportu muszą się spóźniać?), siedzę obok około 20-latka, który założył słuchawki, podłączył je sobie do telefonu i… śpiewa. Co tam, że ktoś, na przykład taki ja, sobie obok niego siedzi. Co prawda autobus jest prawie pusty, jest nas tu może z 10 osób, mogę się więc przesiąść, ale poczekam jeszcze trochę, zobaczę czy zaraz się tu nie zwali tłumek pasażerów z jakiegoś innego ‘dworca’. Póki co, siedzę na miejscu wskazanym na bilecie. Muszę napisać, że fotele w tym pojeździe są przewygodne! Skórzane, szerokie (po lewej są dwa, po prawej jeden, wszystkie mają zasłonki od strony przejścia, gwarantujące trochę prywatności). Wszystkie mają podnóżki! Słowem, jest niezły wypas! W autobusie nad siedzeniami jest 5 ekranów, wyświetlają jakiś film z hiszpańskim dubbingiem. Z ekranowych głośników leci więc sobie dźwięk z filmu, pasażer siedzący obok mi śpiewa, jest więc dosyć żywo i głośnawo! Podróż ma potrwać siedem godzin, nie ma źle. Mam książkę, jak coś!

16 lipca, 13:30

W drodze! Krajobraz od ponad godziny jest mocno przygnębiający. Piasek i skały, niekończące się przestrzenie koloru wyblakłej żółci. Do tego zachmurzone niebo, ma się wrażenie jakby to piasek wisiał, niczym jakaś złowieszcza mgła, w powietrzu i zakrywał słońce. Czuję się, jakbym był na Marsie. Często przez całe kilometry nie pojawia się ani odrobina śladu życia! Jak już pojawią się jakieś wioseczki, a raczej przysiółki, to są to malutkie, biedne domki z cegły, kryte tanią blachą, o wielkości może kilkunastu metrów kwadratowych. Wygląda to bardzo depresyjnie, ale z drugiej strony również, dla oczu Europejczyka, bardzo ciekawie. Zmieniłem miejsce, siedzę za tym chłopaczkiem, który na szczęście już nie śpiewa, mam więc miejsce przy oknie, toteż czasem zrobię jakąś fotkę tego posępnego krajobrazu. Przede mną jeszcze jakieś 4 godziny podróży!

16 lipca, 20:20 - Nazca

Już w hosteliku! Piszę hostelik, ale panują tu warunki godne dobrego, trzygwiazdkowego hotelu. Ba, mam nawet balkon z widokiem na ulicę. Właściwie jest to niewyłożona asfaltem niewielka uliczka, ale przynajmniej z balkonu widzę prawdziwe oblicze tego miasteczka. Już je troszkę poznałem, bo sobie je trochę – chcąc nie chcąc – obszedłem. Autobus zajechał w zupełnie inne miejsce niż znajduje się moja, znaleziona na booking.com, kwatera. Tzn. hotel. Tfu, hostel! Więc jak już zostałem wysadzony gdzieś w zupełnie innej części miasta niż spodziewałem się zostać wysadzonym (domniemywałem, że będzie to dworzec, więc w jego okolicach wynająłem pokój… - autobus jednak nie wjeżdżał na dworzec), musiałem iść najpierw, przez dość długi czas, główną drogą, po zmroku. Dodam, choć chyba nie muszę, że główna droga była tragicznie oświetlona, właściwie to nie była w ogóle oświetlona. Nie stała przy niej ani jedna, nawet najnędzniejsza latarnia. A pędziły nią praktycznie same, masywne i głośne ciężarówki! Ciekawe, co one tak wożą i wożą? Przecież wokół tylko piach i pustynia. I jakieś góry. Myślę, że wożą jakieś minerały! Przed dotarciem do hotelu chciałem udać się do obczajonej przeze mnie na mapie agencji turystycznej. Chciałem załatwić sobie lot nad słynnymi liniami na pustyni Nazca. Było w sumie po osiemnastej, no ale kto wie, może akurat było otwarte. Tak sobie, idąc w tych ciemnościach, myślałem. Okazało się jednak, że żadnej agencji tam nie ma, a ja na darmo chodziłem sobie pustymi ulicami słabo oświetlonego miasta, po których leniwie szwendały się patrzące na mnie jak na dziwaka psy. Na szczęście nie były agresywne, ale człowiek jednak nigdy nie wie, jak takie zwierzęta zareagują na obcą osobę w okolicy, w dodatku po zmroku. Ulice nie miały asfaltu, ot, po prostu udeptana, sucha ziemia. Zresztą wszystko jest tu jakieś suche. Pustynię czuć nawet na ulicach porośniętych niewysokimi domkami. Gdy autobus zbliżał się do Nazci, jakąś godzinę zanim do niej dotarliśmy, zaczęło się ściemniać. Najpierw mogłem podziwiać piękne, zachodzące słońce nad rudoskalistymi górami, a potem patrzeć jak ciemniejący horyzont wydawał się niknąć za piaskiem. Mgła piaskowa – tak bym to nazwał. Wszystko dookoła nabierało miedzianego, ochrowego koloru. To już nie był Mars, ale Arrakis, czyli Diuna! Ciekawe, jakby to było żyć na takiej pustyni. O zmierzchu i w początkach nocy zaczęła nabierać prawdziwie mistycznej atmosfery. Z łatwością można wyobrazić sobie duchy szwędające się po takich bezkresnych przestrzeniach. W bezchmurne noce widać pewnie wszystkie gwiazdy. Człowiek czuje się wtedy tak mały wobec tak rozległej przestrzeni. Zarówno ta niekończąca się przestrzeń wokół, jak i tej nad nim, na niebie – przecież gwiazdy są tak daleko! Ciekawą rzeczą była bramka poboru opłat, jak u nas na autostradach, tyle, że ta była na zwykłej drodze, na środku pustyni! Coś zupełnie abstrakcyjnego! Krajobraz co jakiś czas się zmieniał, pod koniec podróży jechaliśmy po wydrążonych w skałach drogach. Nie, nie były to tunele, bo nad nami było niebo, po prostu były to otwarte korytarze o wysokich ścianach w kolorze ciemnej pomarańczy. Czasem ściana takiego tunelu otwierała się na kilka chwil, niczym magiczne okno, i można było zobaczyć rozpościerające się niżej zielone doliny! Jakby człowiek nagle wśród tak nieprzyjaznego krajobrazu dojrzał w oddali jakiś zaginiony Eden. Lub mityczną krainę Punt. Zieleń, wreszcie zieleń, po całym dniu patrzenia na nieruchome, martwe piaski i księżycowe skały! Oczy cieszyły się na te widoki, a serce zaczynało bić mocniej. Wracając jednak do mojej pieszej wędrówki przez Nazcę – po tym jak nie odnalazłem biura turystycznego, ale jeszcze przed tym, nim dotarłem do mojego hoteliku natrafiłem na uliczkę pełną lokali gastronomicznych. Takie biedne knajpki, z plastikowymi krzesełkami porozstawianymi na zewnątrz, bo wnętrza tych restauracyjek przypominały wielkością średnie pokoje hotelowe. Ot, były to miejsca, gdzie nie można zmieścić więcej niż zaledwie trzy lub cztery stoliki. Było już ciemno, ulicę rozświetlały jedynie światła z tych knajpek oraz kilka żarówek zwisających luźno z kabla rozwieszonego nad stolikami na zewnątrz. Ciężko było znaleźć jakieś wolne miejsce (co też o czymś świadczy – jedzenie w takich biedaknajpkach jest popularne wśród Peruwiańczyków!), ale akurat coś się zwolniło i jedna z pań obsługujących jeden z lokali zaprosiła mnie do stolika, do wewnątrz. Stolik był zasyfiony jak jasna cholera (przepraszam za wyrażenie). Jak można tak jeść by połowę jedzenia zostawić na stole?! Byłem jednak tak głodny, że usiadłem. Chyba tylko ze zmęczenia nie wstałem od razu i nie wyszedłem. Pani na szczęście wszystko starła i mogłem już zamawiać. Chaufa con tortilla. Ryż z mięsem, kawałkami warzyw i… No właśnie. Liczyłem na to, że ryż będzie zawinięty w fajną tortillę, ale zamiast niej otrzymałem… omlet, którym przykryto, niczym jakąś kopułą, cały posiłek. Z tortillą tu trzeba uważać, bo w Peru nie oznacza tego samego co w Polsce czy w Ameryce Centralnej! Niemniej jednak nie oburzyło mnie to, ot, po prostu fajna ciekawostka. Omlet też przecież można zjeść. Gdy odkroiłem jego kawałek, aby dostać się pod niego, tj. do ryżu, prawie wybuchłem śmiechem, bo ten ryż pod omletem wyglądał, jak jakieś ciemne robaczki, które wylazły właśnie spod zgniłej tkanki rozkładającego się nieboszczyka. Aż przypomniały mi się książki Billa Bassa, założyciela słynnej Trupiej Farmy w Tennessee (miejsca, gdzie martwe ciała pozostawia się w różnych warunkach, by w ten sposób naukowcy mogli uczyć się o ich rozkładzie, co przydaje się później w śledztwach w sprawie morderstw). Heh! Ale było pyszne, i kosztowało 14 soli. Do tego Inka Cola! Hmm, to coś niby lemoniada, ale posiada tak specyficzny smak, że trudno wytłumaczyć, jak to smakuje – trochę słodkie, ale gdy jest schłodzone, to orzeźwia świetnie (może za sprawą trawy cytrynowej, która jest jednym ze składników). W każdym razie chłodzi świetnie.

Do mojego hostelu był już kawałeczek. Drzwi wejściowe znajdowały się za bramą, toteż przywarłem do niej i zacząłem krzyczeć „Hola!”. Zaraz pojawiła się grubiutka i niziutka pani po pięćdziesiątce, mająca bardzo indiańskie rysy. Jej szczery i szeroki uśmiech sprawił, że od razu ją polubiłem. Przywitała mnie serdecznie i szybko, po hiszpańsku (bo ona nic a nic po angielsku) załatwiliśmy procedury meldunkowe. Nagle, tak ni stąd, ni zowąd zapytała, czy nie miałbym ochoty by jutro przelecieć się nad Liniami Nazca. Nie spodziewałem się, że zada mi takie pytanie, liczyłem się z tym, że lot będę załatwiał sobie sam właśnie jutro, a odbędzie się on pewnie pojutrze (więc będę musiał przedłużyć pobyt), a tu taka niespodzianka? Ile taki lot? Ze wszystkim w sumie 100 dolarów, czyli tyle samo, ile podają przewodniki i internet. Nie naciągała mnie więc. Oczywiście wziąłem! Podzwoniła gdzież, popisała z kimś na Whatsappie (taka aplikacja) i wszystko było gotowe. Jutro 9.10 wyjazd spod hoteliku. Ale mało tego! Gdy już dograliśmy lot nad Liniami, zaproponowała mi jeszcze jedną rzecz – wyjazd na jakiś stary cmentarz i do jakichś piramid. I inkaskie akwedukty. Ile? 150 soli. No co mi tam, biorę. A da się to zrobić zaraz po lataniu nad Liniami (‘Possible despues Lineas?’), w ten sam dzień? O 13-ej? Super! Będzie fajny, aktywny dzień! Sprzedała mi jeszcze ćwiartkę rumu na sen i zaprowadziła do pokoju na pięterku. Fajny, obszerny, z dużym łóżkiem i balkonem wychodzącym na ulicę. Ulica nie stanowi jakiegoś super widoku, zwłaszcza gdy jest już ciemno, ale miło sobie usiąść wieczorem na balkonie, odpalić cygaro i delektować się lokalnym rumem. Siedzę sobie właśnie teraz i co prawda nie mam jeszcze cygara (nabędę!), ale jakieś grube cygaretki zakupione jeszcze w Polsce, no ale też jest fajnie.

Najważniejsze, że wszystko się dobrze ułożyło, bo obawiałem się, że jutro się będę nieco nudził. Chociaż ponudzić się też czasem dobrze. Pewnie ktoś mógłby rzec, że nudziłem się dzisiaj w autobusie, no ale niezupełnie by to było stwierdzenie prawdziwe. Z ciekawością, niemal przez cała podróż, wchłaniałem niesamowite, obce dla nas w Polsce, widoki zza okna autobusu. Były to nowe doznania dla mojego wzroku i dla mojego mózgu. W autobusie ani na minutę nie zmrużyłem oka! Naprawdę!

No nic, robi się zimno. Spadam do środka i w końcu do spania!

17 lipca, Nazca, 17:27

Siedzę sobie... O skubany! Pijany gdzieś pojechał! Ale o tym zaraz, zaraz, po kolei! No więc siedzę sobie na wspominanym przeze mnie wczoraj balkoniku i obserwuję, jak na tej ulicy toczy się codzienne, peruwiańskie życie. Po jednej stronie ulicy, na progu jednego z domków (jest to w zasadzie zabudowa szeregowa, ale tak naprawdę każdy dom jest inny, każdy ma inny kolor, kraty osłaniają drzwi i okna, domy są różnej wielkości, niektóre jeszcze w budowie, lub tylko takie udają, co by nie płacić podatku od ukończonej już nieruchomości, więc wystają z nich druty zbrojeniowe i sztywno pną się ku niebu – ogólnie panuje tu budowlana samowolka i miszmasz) siedzą sobie faceci i się po prostu alkoholizują. Na środku ulicy, która nie ma asfaltu, bawią się dzieci i biegają bezpańskie psy. Po drugiej stronie ulicy, gdzie znajduje się mój hotelik (i balkonik!) siedzą sobie kobiety i rozmawiają. Gdzieś w okolicy pieją koguty (faktem jest, że ogólnie to koguty pieją nie tylko rano! – gdzieś kiedyś czytałem, że pieją do 140 decybeli, a tylko dlatego nie głuchną od swojego piania, bo gdy pieją, zamyka im się kanał słuchowy, co stanowi rodzaj takiej sprytnej samoobrony przed samym sobą, heh; założę się, że niektóre ‘gwiazdy’ polskiej piosenki mają tak samo!). Jest więc gwar rozmów, szczekanie psów, pianie koguta i jakaś muzyka dobiegająca z innej, położonej gdzieś dalej, ulicy. Widać, że mieszkańcy dobrze się tu wzajemnie znają i życie towarzyskie tutaj kwitnie. Jeden z mężczyzn pijących naprzeciwko mojego balkonu, widać, że taki samiec alfa, w dodatku najbardziej pijany, wsiadł właśnie do auta i gdzieś pojechał. Nikt nie zwrócił na to, ani jemu, uwagi. Hmm, jazda pod wpływem nie jest tu więc czymś niespotykanym, szokującym czy społecznie potępianym.

A dzisiaj był cudowny dzień! Czemu? Już opisuję!

Wstałem sobie rano, przed siódmą, wypoczęty, świeży, gotowy do skopania tyłka bezgranicznemu wszechświatowi! Wziąłem prysznic, zszedłem na recepcję i poprosiłem właścicielkę, Elvię, o dwie kawy (2 sole sztuka!). Przyniosła mi na górę dwie szklanki wrzątku i słoik kawy rozpuszczalnej. Heh, mogę sypać ile chcę. Wcisnęła mi też cukier… dla cukrzyków (nie chciałem cukru, ale nie dlatego, bo mam cukrzycę, po prostu wiem, że cukier ogólnie szkodliwy jest, no ale nie było sensu jej tłumaczyć, że cukier źle wpływa na mózg, pamięć i w ogóle jest be). No dobra, wsypię sobie go troszkę, a co? Po jednej saszetce dziura w mózgu mi się nie zrobi. Chyba. Wsypałem i usiadłem na balkoniku, a po chwili mogłem być świadkiem ciekawej sceny. Środkiem ulicy jechał sobie mały Daewoo Tico (są tu nadal bardzo popularne!), z głośnika roznosiły się po okolicy jakieś niezrozumiałe dla mnie słowa. Po chwili w jednym z domów naprzeciwko otworzyły się drzwi, wyszła z nich kobieta, coś krzyknęła, a autko natychmiast się zatrzymało i cofnęło. Z tyłu już ktoś siedział i przez otwarty bagażnik podawał jej jakiś woreczek. Ciekawe, co to było! Jakiś handelek obwoźny, pewnie ktoś z okolic miasta rozwozi świeże krowie mleko czy inne artykuły rolne. Wypiłem dwie kawy i prawie była już dziewiąta. Widziałem, jak pod hotelik podjeżdża jakieś auto i się zatrzymuje. Czyżby to po mnie? Tak! Przeczucie mnie nie myliło. Do mych drzwi pukała już po chwili uśmiechnięta od ucha do ucha Elvia. Artur! Auto! Lotnisko! Nie musiała na mnie czekać, bo ja już byłem od dawna gotowy, wystarczyło tylko otworzyć drzwi i wyjść.

Ależ tu powietrze jest suche, masakra! 30 minut i mam suche krótkie spodenki! Do spodenek wrócę jeszcze później. O ile nie zapomnę!

No więc wsiadłem sobie do tego samochodu, który czekał już na mnie pod hotelikiem, a w nim już, z tyłu, siedziała sobie jakaś parka. Szybko się przywitaliśmy – Szwajcarzy spod Lozanny. Przylecieli dzień wcześniej niż ja, też zostają w Peru przez jakiś miesiąc. Ludzie około 30-tki, bardzo spokojni z natury. Przy nich czułem się jakbym miał ADHD, ciągle tak fotografując drogę, pytając kierowcę o różne rzeczy. Na przykład o wszystkie te mijane przez nas psy. Tak, są bezpańskie. Jedzą resztki ze śmieci, ale nie stanowią zagrożenia. Zapytałem, co jest w tych wszystkich ciężarówkach gęsto sunących przez miasto. Są ich tu setki, tysiące! Minerały, odparł. Miedź, cyna, siarka. Peru surowcami stoi. Powiedział mi, że miasto nie żyje z turystów, ale z górnictwa i wydobycia. Węgiel? Nie, węgla tu akurat nie ma. Korzystając z faktu, że w samochodzie siedziałem ze Szwajcarami, zapytałem ich o ich rodaka, Ericha von Dänikena. Nie znali! Będąc w Nazce! Jadąc na lot nad liniami! Wytłumaczyłem więc im, że von Däniken zapoczątkował fenomen tak zwanych ‘Starożytnych Kosmitów’ (Ancient Aliens). Nadal im to nic nie mówiło. Wyjaśniłem więc, że zgodnie z założeniami fanów tej teorii, kiedyś odwiedzali nas kosmici, mogli nawet stworzyć nas, istoty ludzkie, majstrując przy DNA mniej rozwiniętych naczelnych. Linie na pustyni Nazca, które zamierzaliśmy zobaczyć, mogły być prośbą ludu zamieszkującego ten rejon, aby przybysze z kosmosu (ponownie) ich odwiedzili. Po co mieliby rysować ciągnące się kilometrami linie widoczne tylko z powietrza w czasach, gdy nikt nawet nie wyobrażał sobie czegoś takiego jak samolot, sterowiec, czy choćby balon? Szwajcarzy patrzyli na mnie jak na… kosmitę! Troszkę zeszło z nich ciśnienie, gdy dodałem, że to tylko teoria i niekoniecznie w to wierzę, jako iż nie ma na to póki co twardych dowodów. No ale być Szwajcarem, być w Nazca i nie słyszeć nigdy o van Dänikenie… Obiecali nadrobić zaległości (chociaż bez jakiegoś entuzjazmu, haha).

Przed wejściem na lotnisko trzeba było okazać potwierdzenie szczepienia. Mężczyzna, który te rzeczy sprawdzał, nawet nie otworzył mojej żółtej książeczki (książeczka szczepień – pilnowałem w Polsce, by ją też mi uzupełniano). Przy kasie firmy Aeronasca podałem wydrukowany unijny certyfikat – to samo, pracownik na chwilę wziął ode mnie karteczkę, udał, że na to patrzy, i oddał. Takie pozory! Na malutkim lotnisku, oprócz głównej opłaty za lot, czekało nas kilka drobniejszych opłat (ale wszystko nie przekraczało 100 dolarów). Szwajcarzy za wszystko płacili kartą, ale przy jednym ze stanowisk poinformowano ich, że kart nie akceptują. Tylko gotówka! Brakło im 9 soli. No dobra, macie. Tego jeszcze nie było, by biedny Polak finansowo ratował Szwajcarów, haha. Takie dwie ciapy, no…

Przed wejściem na bramkę kontroli bezpieczeństwa nas rozdzielono. Zerknąłem na listę pasażerów, do których mnie przydzielono. Dwie Norweżki, Chorwat i jeszcze jedna osoba z jakiegoś kraju, który wyleciał mi z pamięci. Czekaliśmy w małej sali, aż w końcu zaproszono nas na płytę lotniska. Czekała już na nas biała Cessna, mieszcząca 8 osób (z dwoma pilotami włącznie). Nas było siedmioro. Wręczono nam ładne certyfikaty poświadczające, że odbyliśmy lot nad tajemniczymi liniami Nazca. Wejście na pokład niewielkiej awionetki w moim przypadku było nieco bardzo trudnawe – przy moim wysokim wzroście i długich kulasach musiałem się nieźle nagimnastykować, by jakoś upchać się w środku. Miejsce nie miało większego znaczenia, z przodu i z tyłu były takie same szybki, a piloci robili kółka nad wzorami wyrytymi w pustynnej glebie raz z lewej, raz z prawej strony. Mieliśmy założone słuchawki, pilot informował nas gdzie lecimy, gdzie dokładnie patrzeć, czego się spodziewać. Sama pustynia z góry robiła niesamowite wrażenie. Była biało-szarego koloru i pięknie komponowała się z jasnobłękitnym niebem (pogoda nam się udała!). W tle majaczyły majestatyczne Andy! Oprócz kilkunastu ogromnych, geometrycznych wzorów przedstawiających na przykład pająka czy małpę oraz ciągnących się kilometrami linii przypominających czasem lądowiska (po co? dla kogo?) w ramach bonusu zobaczyiśmy kilka mniejszych, jak na przykład kot, których w oficjalnym planie nie było. Nie ukrywam, że było to moim marzeniem, przelecieć nad tymi liniami i figurami. Jak pytałem Szwajcarów w czasie jazdy na lotnisko – po co robić coś, czego z ziemi nie można zobaczyć? Do tego dochodzi jeszcze pytanie, w jaki sposób zrobiono tak ogromne wzory? Nie chodzi o samo rycie w ziemi, ale o to, by na takiej powierzchni wszystko tak idealnie ze sobą współgrało. Te geoglify, nad którymi dane mi było polatać, współcześni odkryli dopiero jakieś 80 lat temu, a powstały przecież między V wiekiem przed naszą erą, a V wiekiem naszej ery. Czyli minimum 1500 lat temu! Jak, po co? Nikt nie zna odpowiedzi na te pytania, dlatego na certyfikacie, jaki kiedyś sobie oprawię i powieszę na ścianie, linie określono mianem ‘mysterious’, czyli słowem znaczącym ‘tajemnicze’. Trzydzieści kilka minut lotu było wspaniałym przeżyciem. Warto podjechać do Nazci aby doświadczyć czegoś takiego!

Po lądowaniu powiedziano mi bym czekał, że kierowca pewnie pojechał po innych amatorów lotów nad pustynnymi liniami, więc porozglądałem się trochę po lokalnych stoiskach. Kupiłem sobie liście koki do żucia. To nie kokaina, nie odurza, tutaj te liście są legalne. Podobno są dobre na choroby wysokościowe, a że zamierzam się dostać do wysoko położonego Cusco, to te liście mogą okazać się przydatne. Poza tym, nigdy nie żułem liści koki! W sklepiku z pamiątkami kupiłem sobie jeszcze ładną koszulkę z rysunkiem astronauty, którego mogłem zobaczyć z góry, z lotu ptaka. Rozbawiła mnie jedna pani, która znała kilka polskich słówek, np. ‘koszulka’ albo ‘fajna, fajna’. Haha. Brzmiało to dość zabawnie z ust Indianki gdzieś na peruwiańskiej pustyni. Używała w dodatku ‘fajnego’, heh, akcentu. Zastanawiam się czy ja aby tak samo zabawnie nie brzmię po hiszpańsku! Kierowcy czekający na ludzi kończących loty proponowali mi jakieś wycieczki, ale przecież na godzinę 13.00 miałem już jedną zamówioną, więc grzecznie odmawiałem. Jeden z młodszych kierowców zobaczył moją czarną koszulę z krótkim rękawkiem, a właściwie jej tył obszyty naszywkami metalowych zespołów (Behemoth, Bathory, Death i parę innych), po czym zaczął mi śpiewać kawałek Metallici, ‘Master of Puppets’.

„Master of puppets, I'm pulling your strings”

Znał słowa skubaniec! Dołączyłem się do niego!

“Twisting your mind and smashing your dreams Blinded by me, you can't see a thing Just call my name, 'cause I'll hear you scream Master, master”

Świetnie się pobawiliśmy machając głowami, ku uciesze kilku obserwujących nas osób, heh. Gość po pracy gra na gitarze, kiedyś – jak mi powiedział - miał kapelę metalową! Metalowa brać wszędzie solidarna – ta muzyka naprawdę łączy ludzi!

W międzyczasie znaleźli się Szwajcarzy, porozmawialiśmy trochę o swoich krajach, po czym zawołano nas do malutkiego vana przystosowanego do przewozu turystów. Siedziało w nim już czworo starszych ludzi, przez których zostałem zagadany. Argentyńczycy! Polecali mi gorąco wizytę w ich kraju, opowiadając o ciekawych miejscach i miastach. Widać, że byli bardzo dumni ze swojego kraju i darzyli go wielką miłością. Dla mnie tak żarliwy patriotyzm jest czymś niezbyt zrozumiałym, bo właściwie państwo to twór sztuczny, w dodatku to przecież przypadek, że człowiek się w jakimś określonym urodził. Gdyby ci Argentyńczycy urodzili się w Wenezueli zapewne kochaliby Wenezuelę. Gdyby na świecie pojawili się na Haiti, pewnie kochaliby Haiti. Ale w zasadzie czemu? Często ludzie kochają biedne państwa, które nic im nie dały, a w których żyje im się bardzo ciężko. Widziałem w życiu żarliwie kochających swój kraj Kubańczyków (zarabiających 30 dolarów miesięcznie), również Nikaraguańczyków (żyjących bardzo skromnie). Skąd ta miłość do kraju, który ma ich w d…? Kwestia propagandy? Możliwe… Ludzie kochają przecież bogów, których na oczy nie widzieli. Nawet piłkarzy, ba, kluby (będące firmami do robienia pieniędzy), które nie mają pojęcia o ich istnieniu. Skąd ta potrzeba przywiązania do czegoś, utożsamiania się z czymś, przynależenia do jakiejś grupy? Czy to atawistyczna potrzeba gromadzenia się wokół jakiegoś totemu, który przybiera nowoczesną formę, np. flagi, symbolu religijnego, godła klubu? Myślę, że Claude Lévi-Strauss, gdyby tylko żył, miałby tu coś mądrego do powiedzenia. Nie pytałem Argentyńczyków o oczywiste oczywistości, czyli o Messiego czy Maradonę, zapytałem o postać kontrowersyjną. Skoro Rumunów pytałem o Ceausescu i zawsze był wdzięcznym tematem do rozpoczynania dyskusji, to ich postanowiłem zapytać o Juana Perona (kontrowersyjny przywódca państwa w latach 1946-1955 i 1973-1974). Zgodnie pokazali kciuki w dół i zrobili zdegustowaną minę. Trochę sobie pogawędziliśmy, polecili mi kilka miast, po czym wysadzono mnie w okolicach mojego hoteliku. Znalazłem dworzec autobusowy, kupiłem sobie bilet do Cusco. Na jutro! Zjadłem też coś szybkiego na mieście i wróciłem do miejsca mojego zakwaterowania. Była 12:30.

„Artur, gdzieś ty był?! Jest prawie godzina pierwsza, martwiłam się, że gdzieś się zgubiłeś i nie przyjedziesz!” – roześmiana Elvia zaczęła na mnie sympatycznie krzyczeć. Kobieta-wulkan, normalnie! W tak małym ciele tak duży duch. I tyle energii! Nie, nie zgubiłem się, poproszę kawę, zaraz zejdę i sobie wypiję. Umyłem szybko ząbki i zszedłem. Zacząłem sobie pić kawę i trochę pogawędziłem z Elvią. Hotel prowadzi osiem lat, sama twierdzi, że to w zasadzie niedużo. Z Polski ma raczej niewielu gości, zazwyczaj zjawiają się u niej Niemcy lub Francuzi. Pod hotel w czasie naszej rozmowy podjechał nieduży samochód i wysiadł z niego niewielki mężczyzna w wieku około 50 lat. Jakieś 165 centymetrów wzrostu, co jak na faceta, stanowi tu w sumie normę. Poprosiłem, by chwilkę poczekał, bo chciałbym sobie dopić kawę, co by mieć więcej sił na podróż. Nie robił problemów, w międzyczasie wdał się w pogawędkę z Elvią – widać, że bardzo się lubili i nawet… mieli się ku sobie, że tak rzeknę. Kawa dopita, estoy listo! – jestem gotowy!

Z Carlosem, bo tak miał na imię mój kierowca, od razu złapałem bardzo dobry kontakt. Nie przejmował się faktem, że mój hiszpański jest straszny, rozmawialiśmy praktycznie przez cały wspólnie spędzony czas. Gdy zapytałem go, czy jego i Elvię coś łączy, zmieszał się jak nastolatek przyłapany z rękami pod kołderką, po czym gorączkowo zaczął zapewniać mnie, że oni to tylko współpracują, że ona ma przecież męża, poza tym on woli wyższe kobiety z dużym ‘culo’, czyli tyłkiem, heh. Jest rozwodnikiem, ma dwójkę dzieciaków (jedno 8, drugie 20 lat). Dość szybko wyjechaliśmy z miasta (Nasca jest zresztą niewielka – ma niecałe 40 tys. mieszkańców) i jechaliśmy kamienistą drogą. Carlos pokazywał mi uprawy, jakie pojawiały się po obu stronach drogi. Fasola, ziemniaki, bawełna, a nawet… kaktusy! Zaraz, zaraz, tutaj uprawia się kaktusy? Tak – potwierdził Carlos. Na sok? – pytam. Nieee – odrzekł – Widzisz jakie są białe. To owady. Nie rozumiałem, ale drążyłem dalej. - Kaktusy chore? – pytam. - Nie, specjalnie tak – odparł. - Nie rozumiem – mówię w końcu. - Tu nie chodzi o kaktusy, ale o owady. Kaktusy nieważne! Z owadów robi się różne rzeczy, np. kosmetyki. - Aaaa! – załapałem. Hodują kaktusy po to, by żerowały sobie na nich owady, które potem się zbiera. - A patrz tu! – krzyczy Carlos znienacka – Drzewo huarango! Niektóre bardzo stare, mogą mieć nawet tysiąc lat! Mijaliśmy szpalery suchych, średniej wielkości drzew z szeroką, pełnej gałęzi koroną. Czytałem niedawno, że to z ich powodu lud Nazca wyginął. Badacze z Cambridge twierdzą, że ludzie tu żyjący wycięli – na swoje nieszczęście - niemal wszystkie te drzewa. Były one bardzo, bardzo ważne, ponieważ ich korzenie były niezbędne do podtrzymywania w glebie wilgoci i pomagały tworzyć żyzną glebę. Bez nich nie dało się nic uprawiać. To oczywiście tylko teoria, ale trzeba przyznać, że ma sens. W którymś momencie naszej podróży zobaczyłem krzyżyki przy drodze. Co to? – zapytałem. Carlos poinformował mnie, że jakieś dwa lata temu spadła tu awionetka. Z turystami? – dopytywałem, wszak sam jeszcze niemal chwilę wcześniej (dosłownie!) leciałem, ciesząc się jak głupek, awionetką. Tak – potwierdził Carlos. Czterech Francuzów, dwóch Chilijczyków i pilot Peruwiańczyk. Przykra sprawa. Cieszyłem się, że mój samolot nie spadł. Postanowiłem zmienić temat na trochę bardziej optymistyczny, a przynajmniej na jakiś bardziej neutralny. - Carlos, dużo roślin się tu uprawia. Pero minerales importantes tambien, si? (Ale minerały też ważne, tak?) – zapytałem, bo poprzedni kierowca, wiozący mnie na lotnisko Nazca, mówił o cynku i miedzi. Carlos potwierdził i zaraz zaczął opowiadać, jak to kiedyś pracował w kopalni. Peruwiańska kopalnia w górach funkcjonuje inaczej niż polskie kopalnie na Śląsku, gdzie podjeżdża się 15 minut samochodem, wpada na kopalnię, zjeżdża na parę godzin w dół i w ten sam dzień wraca do czekającej z obiadem żony i gromadki uśmiechniętych dzieci. W Peru górnicy jadą w nieprzyjazne góry na cały tydzień, mają tam prowizoryczne szałasy i pracują tak długo, jak to tylko możliwe. Mają płacone za godziny, tak mówił mi Carlos, chociaż pewnie logiczne jest też, że im więcej pracują, tym większy z tej pracy jest urobek. Peruwiańscy górnicy właściwie żyją i pracują w miejscu pracy. Carlos pokazywał mi na telefonie zdjęcia między innymi kuchni - nazwijmy ją polową - gdzie stał przy dużym kotle ze swoim kolegą i razem coś tam pichcili. Kocioł znajdował się pod prowizorycznym zadaszeniem z zardzewiałej blachy, podtrzymywanej przez cztery długie gałęzie wbite w suchą ziemię. Tak pokazując mi zdjęcia z pracy, Carlos jeszcze wyjął kamyk pokryty złotem w kilku miejscach. „Drogi kamyk”, powiedział, śmiejąc się nieco szalmowsko. Dał mi go nawet potrzymać, heh – ciekawe ile był wart? Wreszcie dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wesołej wyprawy. Acueducto de Ocongalla. Nazwa jest dość, rzekłbym, szumna, aczkolwiek nie są to akwedukty w rzymskim stylu. Nie są to przytłaczające, wysokie konstrukcje ciągnące się kilometrami i służące do dostarczania wody do bardzo oddalonych od jej źródła miast. W wydaniu peruwiańskim są to po prostu kamienie poukładane jeden na drugim, które tworzą coś na kształt wysokich i szerokich schodów. Woda, spływająca z oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów gór (w tym przypadku z góry Sierra Blanca, Białej Góry), jest doskonale filtrowana przez te kamienie. W przypadku jednego z Acueducto de Ocongalla (bo jest ich w okolicy więcej), woda spomiędzy kamieni wypływała sobie dość powoli. Carlos wyjaśnił mi naturę tego stanu rzeczy: - Tu mało wody teraz, ale w lutym mamy prawdziwe powodzie. W lutym bardzo dużo wody. Podobało mi się, że mówił do mnie prosto, czasem używając bezokoliczników lub w ogóle nie używając czasowników, haha. No ale dzięki temu mogłem więcej i łatwiej pewne rzeczy zrozumieć. Tak jeszcze gwoli wyjaśnienia, zima w tym regionie jest bardzo sucha, niby jest prawie 30 stopni, ale ludzie i tak tu chodzą w kurtkach i czapkach, lol. Noce są zimne, ale znowu nie na tyle, by uszczelniać okna czy montować kaloryfery, po prostu dwa lub trzy koce wystarczą, aby spokojnie sobie spać, jednak lato jest podobno dość ekstremalne; temperatura ponad 40 stopni Celsjusza to norma, no i gdzieś tam w wyższych rejonach gwałtownie topią się śniegi sprawiając, że wody gwałtownie rwą w dół, ku miastom, często powodując bardzo niebezpieczne powodzie. W dole konstrukcji, u stóp tych tworzący półokrąg schodów, znajdowało się małe jeziorko, w którym kąpały się dwie dziewczynki. Rodzice siedzieli sobie troszkę wyżej, w cieniu rosnących drzew. Bardzo miłe, spokojne miejsce. Post scriptum: Wszystkie mądre informacje tu przeze mnie podawane, są informacjami przekazywanymi mi przez Carlosa. Zrobił mi on kilka fotek, po czym, gdy wracaliśmy już do jego rozklekotanego samochodu, zawołał mnie i sam pobiegł w jedno miejsce. Udałem się za nim. Okazało się, że celem jego biegu był kaktus. Rosnął sobie on po prostu, jak to kaktus, ale pokrywał go biały nalot. Po bliższym i dłuższym przyjrzeniu się zobaczyłem, że ten biały nalot to maluteńkie białe owady, jakby przyklejone do kaktusa. Carlos podszedł do rośliny, zrobił teatralną pauzę, po czym rzekł: Mira! (Patrz!). Oderwał jedno żyjątko. Było bardzo malutkie, miało coś na kształt chitynowego pancerzyka. Carlos umieścił je na środku otwartej dłoni, po czym palcem drugiej przycisnął owada i… trysnęła z niego krew. Masa krwi! Całe wnętrze dłoni pokryło się ciemnoszkarłatną substancją. Wydałem z siebie, zaskoczony, okrzyk obrzydzenia. Yuuuuck! Takie malutkie coś, mniejsze niż najmniejsza karta SIM, a ma w sobie aż tyle krwi! To krew tego owada? – zapytałem, chcąc się upewnić. Tak, tak, to nie komar, to nie ludzka krew. Po dokładniejszej analizie stwierdziłem, że wygląda jak dżem truskawkowy. Wziąłem trochę na palec, a w miarę jak schła, stawała się mocno bordowa. „Ciężko zmyć”, śmiał się Carlos. „Ale popatrz na to!”, rzekł. Podniósł z ziemi jakąś starą limonkę, z łatwością ją rozerwał (była bardzo miękka), i na wnętrze umazanej wcześniej owadzią krwią dłoni kapnął kilka kropel. Wymieszał te dwie substancje pocierając je palcem. Mira! Patrz! Zmienia kolor! Toxico? Pytam. Nie, nie toxico. Acido? Kwaskowata? No acido! Nic z tych rzeczy! Zdrowa, naturalna, używana do kosmetyków, szminek. Patrz, jaka piękna czerwień! - Wiesz, do czego jeszcze używa się takiej mieszanki? – zapytał z lekko łobuzerskim uśmiechem. Oczywiście nie wiedziałem. Peliculas! Sanguine! Filmy, krew. Aaa! No rzeczywiście, sztuczna krew. Jak realna, ludzka! Ciekawa sprawa! Jedziemy dalej! Rośliny zaczynają powoli się przerzedzać, drzewa huarango również. Po chwili jakiekolwiek ślady flory nikną całkowicie. Jest tylko pustynia. Nie jest to pustynia typu saharyjskiego. Nie było wielkich diun, piasek nie złocił się w słońcu. Piasku właściwie to było niewiele, dookoła tylko białe, wysuszone przez gorące słońce kamyki i biała ziemia. Wszędzie wokół dominował albo płaski teren, albo co najwyżej jakieś pagórki, a nad tym wszystkim rozpościerało się niesamowicie błękitne niebo z bardzo rzadkimi, mlecznobiałymi chmurami. W oddali, po naszej prawej stronie górowały świetnie widoczne, wysokie Andy. ‘Andes de costa’, cytując Carlosa. Andy wybrzeżne. Jedziemy sobie powoli, sami jak palec na tej pustynie, aż nagle moje oczy zauważają coś ciekawego. Para! Zatrzymajmy się, zatrzymajmy się! No jak tu się nie zatrzymać obok… cmentarzyka na pustyni!

Widok, jak ze starych westernów! Na małym, nagim pagórku, i tuż u jego stóp, wbite w ziemie proste, drewniane krzyże. Carlos się zatrzymał, wyszliśmy z samochodu. Pytam mojego przewodnika, co to takiego jest. Cmentarz ludzi żyjących w okolicznych wioskach. Wioskach? Tu nie ma żadnych wiosek! Są, parę kilometrów stąd są. Ale czemu ludzie postanowili zrobić cmentarz tutaj, w tak odludnym miejscu? (Mam nieładny nawyk dopytywania innych o wszystko) - Słuchaj Artur – mówi mi Carlos – Ludzie mieszkając w tych wioskach są naprawdę bardzo biedni. Nazca jest blisko, jasne, jest tam normalny, ładny cmentarz, ale on kosztuje. Firma pogrzebowa, ksiądz, miejsce. A tu… Tu sobie możesz pochować człowieka całkiem za darmo. Użył prostego hiszpańskiego słowa ‘gratis’. - Y mira– mówił dalej – tu są kwiatki. To znaczy, że bliscy tej osoby żyją. Podchodzę do niskiego, szarego krzyżyka z dwóch desek. Białą farbą napisana data – 2016. Pani urodzona w latach 1940-tych. Po osiemdziesiątce! Idziemy powoli dalej, drewniane krzyże stają się coraz bardziej wypłowiałe, skąpe, zdają się być coraz bardziej wyniszczone przez czas i pogodę. Z niektórych ostały się tu już tylko słupki, ramiona odpadły. Im dalej szliśmy, tym bardziej krzyże zaczęły przypominać jedynie patyki wbite w nieprzyjazną ziemię. - Widzisz, Artur? Tu już są groby, o które nikt już nie dba. Rodziny tych zmarłych też już nie żyją. Zrobiło mi się dziwnie przykro. Pustynia, piasek, proch, patyki wbite w ziemię. I ta przejmująca, całkowita cisza, jakiej próżno szukać gdziekolwiek w pobliżu osad ludzkich… Ta cisza, która tak pięknie oddaje spokój, jaki przynosi ze sobą śmierć. Jakie to wszystko jest kruche. Jakie ulotne! Ludzkie życie, tak pełne uczuć, namiętności – życie, po którym zostaje tylko nieruchoma cisza…

Czas się zbierać, jedźmy. Carlos zaczął ochoczo śpiewać do muzyki z radia – internetu tu nie ma, ale radio odbiera! Mówi mi, że śpiewa jakaś peruwiańska diwa, w jego typie, bardzo piękna, ma duże culo, no i ta piosenka… Piosenka o utraconej miłości! Mocny, namiętny głos! Słychać, że pani nie należała do tych filigranowych, musiała mieć ogromne płuca! Pogłośnił, zaczął stukać sobie palcami w kierownicę, aż tu nagle… ostre hamowanie! Mira, Artur! Patrz! Kondory! Wychodzimy z samochodu i powoli kierujemy się w stronę tych trzech pochylonych nad czymś ogromnych ptaków. ‘Widzisz? Pies!’, krzyknął Carlos, mając na myśli truchło zwierzęcia pożeranego przez grupkę padlinożerców. Rzeczywiście! Ale nie zbliżyliśmy się nawet na 30 metrów, a dwójka z trzech ptaków już poderwała się do lotu. Dość płochliwe istoty! Wróciliśmy do samochodu. Zapytałem Carlosa, co psy robią na pustyni. - No wiesz, ludzie tu czasem podjeżdżają wyrzucić zwierzęta – odrzekł. Trochę jak w Polsce, kiedy niepotrzebnego pieska wywozi się do lasu. Ludzie to okazują się czasem być chujami niezależnie od szerokości geograficznej… Kiedyś czytałem, że kondory jak homo sapiensy, żyją jakieś 60-70 lat. W odróżnieniu od ludzi są jednak monogamiczne (heh). Dzięki skrzydłom o rozpiętości prawie trzech metrów potrafią się wznieść na 7 kilometrów! Wróciliśmy do samochodu i przez kilka minut jechaliśmy przy dźwiękach peruwiańskich piosenek o miłości. Wyobrażałem sobie latynoską wersję Violetty Villas, dużą kobietę z dużym culo, dumnie stojącą na scenie, i siedzących przed nią, palących papierosy, śliniących się na widok jej rubensowskich kształtów chudych Latynosów w białych kapeluszach i ciemnych garniturach z lat trzydziestych. Erotyczny półmrok, dym, słodki zapach rumu, potu oraz feromonów, a w centrum tego wszystkiego ona, bogini lokalu, latynoskie wcielenie Wenus Boticellego. Prawdziwa seks bomba, swoim głosem uwodząca, ruchami kusząca, spojrzeniem przyprawiająca o szaleństwo zmysłów i erekcję członków wszystkich tych lekko zarośniętych, napalonych, lekko podpitych już samców. Oczywiście nie mają u niej żadnych szans – wiedzą o tym, ale nic nie poradzą na natrętne, brzydkie myśli co chwila pojawiające się w ich głowach. Z tego pustynnego mirażu może nieco zbyt bogatej wyobraźni wyrwał mnie Carlos, który zatrzymał auto. Chodź, mówi mi, patrz. Moim oczom ukazała się leżąca na piasku duża, biała jak wapno… kość! - Ludzka! – rzekł mój towarzysz. - No me diga! – odparłem oszołomiony. Nie gadaj! - Potrzymaj sobie – powiedział z uśmiechem Carlos. Biorę więc ją w rękę. Jaka ona duża, a jaka lekka! Ewidentnie udowa. - A teraz, Artur, popatrz sobie dookoła. Tylko uważnie – rzekł mój przewodnik. O kurna! Doktor Hunter z książek Simona Becketta miałby tu co robić! Podobnie jak dr Brenna z serialu ‘Kości’. A czworonogi na pewno nazwałyby to miejsce swoim pieskim rajem! Jaka piękna kość miednicy! A tu kawałki obojczyka! Setki, tysiące kości i kosteczek! Nie może być! - Chodź dalej! – zaproponował Carlos, po czym nie czekając na mnie ruszył przed siebie. Minęliśmy pagórek, a za nim znajdował się…. stos czaszek! Również większe kości! Klatka piersiowa, żebra, noga z zaschniętą skóra i dobrze widocznymi ścięgnami! Podniosłem jedną z czaszek, oczywiście z szacunkiem. Jaka leciutka! Kiedyś zawierała w sobie mikrokosmos, duszę, zmysły, czyjeś ‘ja’! To takie abstrakcyjne! Odłożyłem ją z pietyzmem, bardzo delikatnie. Wokół kości leżały całkiem nieźle zachowane szaty pogrzebowe, zwłaszcza opaski na głowę. Carlos powiedział mi, że te kości mają po kilkaset lat. Cemetario Profanado. Sprofanowany cmentarz. Ciała, jak w Egipcie, wykopali złodzieje grobów, hieny cmentarne, w poszukaniu co cenniejszych artefaktów. Jakiejś biżuterii na przykład. Hmm, możliwe, że mówił prawdę. Nie wydawał się wciskaczem ciemnoty białym podróżnikom. Ciekawa sprawa, zobaczyć tyle prawdziwych, ludzkich kości. No i dotknąć, zaspokajając tym samym swoją nieco dziecięcą ciekawość. Zapytałem Carlosa, dlaczego nikt nie zrobi im jakiegoś niewielkiego cmentarza, nie zbierze tych kostek i nie pochowa z szacunkiem w jakimś jednym miejscu. „Rząd nie ma na to pieniędzy”. No, w sumie odpowiedzi to mogłem się domyśleć. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to najpewniej chodzi o pieniądze. Ruszyliśmy dalej. Jak ten Carlos tu nawiguje? Podłoże jest dosyć twarde, nie ma tu zbyt wiele piasku. Dla mnie ten teren wygląda identycznie, ale Carlos czasem zmieni kierunek jazdy – widać, że wie, gdzie jedzie. Naszym celem są piramidy w Cahuachi.

Docieramy bez problemu i ku mojemu zaskoczeniu jesteśmy tu… sami! Moim oczom ukazały się olbrzymie place i murki z suszonej cegły pokrywające niewielkie pagórki. - Tam jest główna piramida – powiedział Carlos wskazując na najwyższą konstrukcję. Była to piramida schodkowa wysoka na około 20 m. Na jej szczycie w czasie zebrań i rytuałów stała najważniejsza wtedy osoba i przemawiała do ludu. Za nią znajdowała się troszkę mniejsza piramida. - Nie trzeba żadnego mikrofonu – powiedział mój kompan – Posłuchaj tylko. ECHO! Krzyknął. ECHO! Krzyknąłem ja. No rzeczywiście nieźle, głos pięknie niósł się w dal. Carlos zaczął mi opowiadać co nieco o tym miejscu. No więc w tym kompleksie mieszkały najważniejsze osoby w okolicy, ówczesne władze. Ogólnie było to miejsce zgromadzeń okolicznych ludów. Ściągali tu w czasie świąt, aby odprawiać religijne ceremonie. Zwykli ludzie mieszkali tam, daleko daleko, gdzie widać zieleń oraz w wielu innych pomniejszych wioskach. Teren tego centrum ceremonialnego był dość rozległy, zajmowało ono w przybliżeniu 25 kilometrów kwadratowych. Szliśmy sobie powoli ścieżką wytyczoną położonymi po bokach kamyczkami, doszliśmy do niewielkich murków. - Tutaj trzymano chorych – Carlos wskazał miejsce między ścianami – Dotknij ziemi, czujesz wibracje? One leczyły chorych. Dotknąłem dłonią twardego, suchego jak pieprz podłoża. Chciałem coś poczuć, bo możliwe, że jakieś pole magnetyczne może być silne w niektórych miejscach, ale… nic nie poczułem. Może to przez moją naturę sceptyka, a może po prostu nie mam takich ‘mocy’ – nigdy nie potrafiłem przy pomocy gałązki wyczuć cieków wodnych, a teraz miałbym wyczuć jakieś wibrowanie ziemi? Indianie i ich potomkowie są bardzo uduchowieni, może rzeczywiście potrafią wyczuć coś, czego nie poczuje biały Słowianin? Chodziliśmy sobie spokojnie między murkami jakieś 10 minut. Dowiedziałem się, że kompleks ten porzucono około 1,5 tysiąca lat temu! Tak dawno?! Takie to wszystko stare?! No nieźle, nieźle! Ziemia, murki, piramidy – wszystko to miało szary kolor. Niby była to pustynia, ale jak wspominałem, Nazca to nie jest pustynia na wzór afrykański. Nie ma dużo, mieniącego się złotem piasku. To w dużej mierze po prostu wysuszona na wiór, wypalona na szaro, przynajmniej o tej porze roku, ziemia. Nad nami górowało to samo niebo, które towarzyszyło mi w czasie lotu nad liniami Nazca – przepięknie błękitne, bez jakiejkolwiek, najmniejszej choćby, chmurki. I duże słońce, które jednak nie parzyło. Wokół nas panowała cudowna cisza. Tylko czasem pod butami, jak sobie tak chodziliśmy, chrzęściły cicho malutkie kamyczki. - Czemu tu w ogóle nie ma turystów? – zapytałem – To takie piękne miejsce! Zbudowanie go musiało wymagać bardzo dużo wysiłku. - Turystów o tej porze nie ma, bo jest dla nich jeszcze za gorąco – odpowiedział, śmiejąc się, mój towarzysz – Jacyś na pewno zjawią się troszkę później. 30 stopni Celsjusza może, hmm, jak dla mnie było całkiem znośnie. Ale zaraz, zaraz, cóż to? O wilkach mowa! - Popatrz, jadą! – krzyknął Carlos. Istotnie, nadjeżdżał jakiś buggy, taki topornie wyglądający pojazd z poskręcanych (pospawanych?) razem rurek, bez jakiejkolwiek karoserii. Za samochodem niósł się biało-szary pył. Scena jak z jakiegoś Mad Maxa! Wewnątrz tej konstrukcji siedziało ośmiu głośnych turystów. Słyszeliśmy ich krzyki coraz wyraźniej. Ucieszyłem się wtedy bardzo, że nie byłem w ich grupie tylko przez cały czas mojego pobytu na płaskowyżu Nasca, na tej pustyni, mogłem na spokojnie, w ciszy, cieszyć się poznawaniem tego obszaru. Że mogłem go przeżywać, próbować poczuć, wchłonąć każdym zmysłem. Był ze mną Carlos, bardzo spokojny człowiek, cierpliwy, miły, który mi absolutnie nie przeszkadzał; miał jakieś wyczucie, kiedy coś powiedzieć, czy kiedy zakomenderować dalszą jazdę. Spokojnie odpowiadał na wszystkie moje pytania, w dodatku tak zmyślnie dostosował do mnie swój hiszpański, że mogłem prawie wszystko zrozumieć. Nie było krzyków czy głupich żartów rozentuzjazmowanych gringos, dla których jazda przez pustynię byłaby źródłem małpiej radości (nie umniejszając nic małpom). Po prostu fajny, spokojny wypad z okolicznym mieszkańcem. Skoro już o nim piszę, to napomknę, że Carlos to nie jest jakiś profesjonalny, zawodowy czy licencjonowany przewodnik. Ale zna się na rzeczy, umie pokazać ciekawe rzeczy i interesująco o nich (i nie tylko o nicj!) poopowiadać, kreuje on miłą atmosferę i jest bardzo przyjaznym człowiekiem. Ot, taki całkiem zwyczajny lokals, co to dorabia sobie oprowadzając wpadających w okolice Nazci podróżników. Lubi swoją pracę, ale żałuje, że nie zna angielskiego. Dla mnie to dobrze, bo przebywałem z nim dobrze ponad 3 godziny i byłem zmuszony do porozumiewania się z nim po hiszpańsku. Ot, to dla mnie taki darmowy gratis do fajnej wycieczki – rozmowa i praktyka z native speakerem, heh. W drodze powrotnej minęliśmy dwa kolejne pojazdy typu ‘buggy’. Przy piramidach, tak jak mówił Carlos, zaczęło się więc powoli robić tłoczno. - Artur, a małe muzeum ceramiki chcesz zobaczyć? – zapytał mnie mój przewodnik-kierowca. W zasadzie to z moimi dwoma lewymi ‘ręcami’, to garncarzem pewnie nie zostanę, ale pomyślałem, że może warto sobie coś takiego zobaczyć. W drodze tam, w większości przez pustynię, rozmawialiśmy sobie o różnych rzeczach, między innymi o armiach i wojnie. Carlo powiedział mi, że oni tu z Ekwadorem mają jakiś konflikt i dlatego między innymi utrzymują armię. Po chwili pokazał mi w telefonie zdjęcia, jak był w mundurze. W rękach trzymał naprawdę wielki karabin maszynowy. „To ja! Patrzy jaki młodziutki byłem! 29 lat temu!” – przeżywał nadal, komentując swoją fotografię. Zapytałem go, ile w Peru trwa służba wojskowa. 2 lata? Sporo! Służba jest obowiązkowa, aha. (Tylko w zasadzie co to za służba, skoro jest się zmuszanym – pomyślałem, acz wolałem tego nie mówić na głos). - W dodatku, tu w górach, mamy jeszcze partyzantów, komunistów. Bez armii przejęliby kraj, jak na Kubie. Ale póki co wojny nie ma, jest spokojnie. Pomagamy Ukrainie – rzekł. - Serio? Jak? – nie dowierzałem, bo jakoś nigdzie nie natknąłem się na taką informację. - Wysyłamy broń. Antyczołgową, a także drony.

Dość sceptycznie podszedłem do tych zapewnień. Peru jest superdaleko od Ukrainy, a nie jest to też przecież jakiś bardzo bogaty kraj. Tę informację oceniłbym na 50-50, a nawet jeśli jest prawdziwa, to ciężko mi żywić przekonanie, że pomoc militarna ze strony Peru jest jakoś bardzo istotna.

Muzeum ceramiki to był długi, parterowy domek z trzema salami. W głównej, środkowej, do której prowadziły drzwi wejściowe, znajdowała się pracownia. W rogu jakiś starszy pan formował rękoma wazoniki. Główny stół znajdował się na środku Sali. Jakiś młody człowiek, ledwo co po 20-tce, zaprosił mnie do niego. Wzbudził moje zdziwienie, bo zaczął mówić świetnym angielskim! Zaczął opowiadać mi historię swojego dziadka, który znajdował sporo ceramiki na pustyni i w końcu, powoli, zaczął się tym tematem pasjonować (tu pokazał mi wypłowiały plakat z dziadkiem na pierwszym planie). Metodą prób i błędów zaczął odkrywać, jak wytwarzać podobną, wytrzymałą ceramikę. Chłopak pokazywał mi różne minerały, mogłem każdy potrzymać w dłoni, ale w zasadzie to zapamiętałem tylko tyle, że aby uzyskać idealną gładkość i lśnienie ceramiki, trzeba dodać do niej… ludzkiego potu. Przejechał palcem po lekko spoconym czole i zaczął smarować potem wilgotny jeszcze wazonik. Dziadek przekazał rodzinie wiedzę i pasję. „Kochamy to robić!” – usłyszałem. Po chwili chłopaczek pokazał mi jedno ze swoich dzieł. Dzbanuszek z rączką. - Uderz tym w stół – usłyszałem polecenie. No dobra, ale żeby nie było na mnie. „Bach!” – pacnąłem dzbankiem o stół. - Mocniej! Oki doki, skoro chcecie i skoro prosicie, no to BACH! Garnuszkowi nic się nie stało. No, nieźle! Autentycznie się zdumiałem. - Widzisz, jakie to wytrzymałe? A teraz weź w ręce to, tylko bardzo ostrożnie. To oryginalny fragment sprzed wielu, wielu lat. Ma około dwóch tysięcy lat! Trzymałem coś, co istniało wtedy, kiedy być może na Ziemi żył Chrystus! Po około 10-cio minutowym pokazie chłopak wziął mnie do drugiej Sali, zlokalizowanej po lewej stronie. Znajdowało się w niej, ustawionych na półkach, setki ceramicznych produktów na sprzedaż! Ich własne wyroby, wszystkie wykonane ręcznie. Hmm, no dobrze, ale to miało być muzeum, a w sumie była to tylko prezentacja wykonywania ceramiki i sklepik. Pochodziłem troszkę, pooglądałem, ale nie zdecydowałem się kupić czegokolwiek. Nie mam walizki do przewozu takich rzeczy, tylko ciasny plecak (właściwie to dwa). Rozbije się to to jeszcze, nic takiego ze mną do Polski w jednym kawałku nie doleci. - Mam zapłacić coś za prezentację? – zapytałem. - Nie, nie trzeba – machnął ręką sympatyczny chłopak. Potem, gdy już wsiadłem do auta, trochę żałowałem, że jednak nie dałem mu jakiegoś napiwku czy coś, albo też, że czegoś nie kupiłem… No ale napiwku ewidentnie nie chciał, a po co też kupować coś, czego się nie potrzebuje? Ale jednak mogłem kupić coś chociaż za 10 soli dla wspaniałej właścicielki hosteliku, w którym się zatrzymałem. Na pewno by się ucieszyła! Ech, czasem nie chciałbym mieć takich dziwnych wyrzutów sumienia…

Elvia, wspomniana właścicielka hosteliku, gdzieś zaginęła, nie miał mi kto otworzyć drzwi. Może wróci później? – pomyślałem. Postanowiłem przejść się i coś zjeść. U jakiejś wesołej staruszki stojącej za wózkiem na kółkach kupiłem za 5 zł naprawdę sporych rozmiarów hamburgera z frytkami w środku. Na moje nieszczęście jednak jedna taka frytka wypadła z bułki i uderzyła o moje jasne, krótkie spodenki. Została na nich naprawdę spora, czerwona plama! Fuck! Jak ja to dopiorę? Da się ręcznie doprać taki ketchup? A co tam, najwyżej tak będę łaził, jakbym przechodził jakąś menstruację! Gdy wróciłem, Elvia już była w hotelu. Otwarła mi bramę i wpuściła do środka. Poinformowałem ją od razu o tym, że mam bilet do Cusco na jutro na dopiero 21.30 i poprosiłem o możliwość zostawienia bagażu (Puedo dejar mi maleta aqui?). - Jasne, Artur, nie ma problemu! – krzyknęła serdecznie. Jej entuzjazm, nawet przy mówieniu tak prostych i przyziemnych rzeczy autentycznie głęboko mnie rozbraja. Ona jest jednym chodzącym uśmiechem! Doprawdy, naprawdę wspaniała kobieta!

No i tak, dopiero teraz, wracam do początku tej notatki z dnia dzisiejszego. Spodenki umyłem pod kranem w łazience, polewając je obficie szampo-żelem pod prysznic i mocno trąc je w rękach, zwłaszcza w miejscu ketchupowej menstruacji. Powiesiłem je na krześle obok mojego stolika na balkonie i po 30 minutach… całkowicie wyschły! I uwaga! Nie ma żadnego śladu po tej plamie! Ani minimetra, podejrzanej, czerwonej, pomidorowatej substancji! Jestem z siebie niezmiernie dumny! Ale teraz… Czas na spanie!

17 lipca, niedługo potem

W telewizji mają tu sporo kanałów z kaznodziejami mówiącymi o grzechu i Chrystusie. To takie dość typowe dla Ameryki Łacińskiej. Są też trzy kanały z amerykańskim wrestlingiem! (m.in. Fox) Jest też świnka Peppa po hiszpańsku. Oczywiście nie muszę pisać, co wybrałem. Chrum, chrum!

18 lipca 2022

Siedzę sobie w autobusie. Jeszcze nie ma 22.00, dopiero co wyruszyliśmy, a już wszyscy zdają się spać. Za oknem ciemność. Mam bardzo fajne, wygodne miejsce, bo siedzę sobie na górze (to autobus piętrowy), zaraz przed dużą, przednią szybą. Mogę sobie położyć wyprostowane (!) nogi na desce (rozdzielczej) zaraz pod nią, a i sam fotel mogę odgiąć w tył aż o 160 stopni. Właściwie to mam tu łóżko! Mam tez małpkę rumu na sen, czasem sobie pociągam małego łyka. Dzisiejszy dzień był dosyć nudny, aczkolwiek może lepiej byłoby napisać, że było po prostu bardzo spokojny. Do wyjścia z hotelu byłem gotowy już o 9-ej rano. Trochę zbyt wcześnie, zważywszy na jeden, dość istotny fakt – autobus miałem o 21.30, a więc ponad 12 godzin później! Zszedłem sobie leniwie na dół, Elvii nie było. Była chyba jej mama – malutka, drobniutka, ciężko poruszająca się staruszka w okularach tak ciemnych, że nie można przez nie było dojrzeć jej oczu (przypominały mi okulary, jakie nosił ongiś towarzysz Jaruzelski – próbowałem walczyć z tym skojarzeniem, no ale jakoś nie mogłem się go pozbyć!). Ale też się uśmiechała! Ciekawa czy tak pozytywną postawę wobec świata i ludzi można odziedziczyć, czy to może jakaś kwestia wychowania? Wychowanie przez przykład może? – mawia się, że uśmiech, jak ziewanie, jest zaraźliwy. Powiedziałem jej, że Elvia mówiła, że mogę sobie tu zostawić na cały dzień bagaż. Si, si! – potwierdziła starsza pani. - A Elvia? Gdzie? – zapytałem. - Pojechała do Ica – odparła uśmiechnięta staruszka. - A będzie potem? – zadałem kolejne pytanie. - Nie, nie, jutro dopiero – usłyszałem w odpowiedzi. Szkoda, bardzo chciałem jej podziękować i pożegnać. I podkraść jej trochę tego pozytywnego nastawienia i entuzjazmu z życia! Zostawiłem bagaż (duży plecak) i udałem się na miasto. 12 godzin do zagospodarowania. No to może sobie zjem gdzieś jakieś lekkie śniadanko? Wyczaiłem wczoraj taką knajpkę, która wygląda może i nieco skromnie, ale za to dyskretnie elegancko. Są plecione krzesełka, szklane stoły z ładnymi, ludowymi obrusikami. Napisałem ‘dyskretnie’, bo tę elegancję, ten wysiłek właścicieli, po prostu trzeba chcieć dojrzeć. Całościowo to wygląda po prostu jak tania, peruwiańska knajpka, ale gdy tylko człowiek przyjrzy się szczegółom, potrafią one zachwycić. A właśnie! Tak w ogóle podoba mi się, że ludzie tu nie próbują się tak strasznie amerykanizować, jak to czynią mieszkańcy Ameryki Środkowej. Nie ma tu MacDonalsów, knajpki sprzedają lokalne jedzenie, dekoracje je zdobiące są dziełem lokalnych rękodzielników, a nie tandetną masówą. Nawet zwykli ludzi, czy to starzy czy młodzi, czy to mężczyźni czy kobiety, noszą sweterki w lamy, a nie jakieś zwesternizowane bluzy Nike czy Adidasa, których podróbek może w sumie jest tu sporo, ale których raczej dużo się nie nosi. Zamówiłem fasolkę z ryżem i mięsem. 11 soli (11 złotych). Jak taniutko! I jakie dobre! Do tego kawka, potem Inka Cola i tak zeszły dwie godziny. Jeszcze dziesięć! Poszedłem w stronę centrum tej północnej części miasta. Miasto żyje! Dużo w nim samochodów, które jak zwykle nigdy nie ustępują miejsca pieszym, dużo sprzedawców ulicznych (nawet dzieci!), kioseczków z gazetami, sprzedawców świeżowyciskanych owoców. Dużo sklepów i sklepików, knajpek z jedzeniem. Dotarłem na plac główny – fontanna, zielona trawka, drzewa. Coś, czego brakuje betonowym placom polskich miast i miasteczek. Deptaki w okolicy placu udekorowane są chodnikowymi płytami z rysunkami geoglifów, które oglądałem z samolotu latając nad pustynią okalającą miasto. Gwar rozmów, krzyków (głównie sprzedawców), klaksonów, silników aut i motorów. Do tego kuszące zapachy wydobywające się z niewielkich restauracji. Lubię kraje latynoskie – tu słychać życie, czuje się jego zapach, wyczuwa wibracje również mniejszych miast. Ludzie nie są tak posępni, milczący jak w Europie. Nie są tak rozdrażnieni jak w Polsce. Za 7 soli kupiłem sobie solidny pasek do spodni trekkingowych. Wytargowałem z 10. Tu za wszystko właściwie można zapłacić mniej – za taksówki, za pamiątki, nawet za rum w sklepie. Co do paska jeszcze – pisze na nim Adidas, ale dziwnie ‘gangsterską’ czcionką. Podróba oczywiście, ale mocna. I tania!

Postanowiłem udać się do prywatnego muzeum prezentującego eksponaty będące rzeczami zebranymi na pustyni, na której byłem wczoraj z Carlosem. Było to muzeum Antonini, nazwane tak na cześć Włocha, który postanowił utworzyć to miejsce zebrawszy sporo różnych artefaktów na piaskowym odludziu. Carlos mówił mi, że to muzeum prywatne, bo rząd peruwiański nie jest za bardzo zainteresowany dbaniem o zabytki w okolicach Nazca. Dba się tylko o te główne placówki, mniejszych państwo nie chce tworzyć i utrzymywać. Do muzeum szło się około 15 minut. Po drodze mijałem między innymi remizę ochotniczej straży pożarnej. Obok niej znajdowało się ogromne jezioro, będące zbiornikiem zzieleniałej wody. No, straż skądś musi brać wodę. Mijałem szkoły i uczniów w mundurkach. Ta idea mundurków zawsze mi się podobała, w pewien sposób zmusza uczniów do samodyscypliny poza murami szkoły, a i w szkołach nie widać kto jest biedny, a kto bogatszy. W uboższych krajach ma to chyba większe znaczenie, niż na przykład w Polsce, chociaż i przecież u nas nie brakuje biednych rodzin. Muzeum jest niewielkie, ale ładnie zrobione i starannie utrzymane. Byłem w nim jedynym gościem! Wpuszczono mnie przez masywne, stalowe drzwi, po przyciśnięciu guzika dzwonka. Dostałem niewielką książeczkę po angielsku z tłumaczeniem tabliczek objaśniających znaczenie eksponatów i mówiących o historii ludów, do których owe eksponaty kiedyś należały i przez które zostały wytworzone. Było więc dużo pięknie zdobionych naczyń, świetnie zachowanych tkanin, narzędzia oraz – co najfajniejsze! – głowy będące trofeami. Prawdziwe! Były to nie tylko czaszki będące już tylko kośćmi, ale również głowy z prawdziwymi włosami i wyschniętą skórą. Z łatwością można było sobie wyobrazić twarze osób, do których te czerepy należały. Wszystkie te nieszczęsne głowy łączył fakt, że miały wydrążoną dziurę w czole, przez którą przeciągało się sznureczek i taką czaszkę na sznureczku można było sobie powiesić przy wejściu do domostwa. Sporo tych czaszek jak na niecały tydzień pobytu! Chodziłem sobie po salach wolno, w ciszy, otoczony przez przedmioty wyrwane pustyni. Przedmioty z innej epoki, innych czasów, jakby z innego wymiaru lub innej planety. Może i wielu ludzi nudziłby pobyt w takim miejscu, gdzie obejrzeć sobie można przedmioty właściwie codziennego użytku, ale głupio byłoby być w Peru i nie odwiedzić kilku takich miejsc. Poza tym posiadam dość bogatą wyobraźnię, więc potrafię sobie wyobrazić, jak niepozorny dzbanek z namalowanymi na nim żabami trzymany jest przez niską Indiankę, która nalewa z niego wody lub jakiejś herbaty z liści koki. Potrafię sobie wyobrazić osobę, która wytwarzała jakąś miskę czy garnuszek i z zadowoleniem śmiać się w duchu, że człowiek ten nigdy, ani przez moment, zapewne nie wyobrażał sobie, że za tysiąc lat ktoś z bardzo odległych krain, o których istnieniu żaden z najmądrzejszych kapłanów jego ludu nie miał nawet pojęcia, będzie podziwiał misterny kunszt wykonania zwykłego przedmiotu codziennego użytku, ba! traktował to jak jakieś prawdziwe dzieło sztuki. Twórca takiego naczynia nie wyobrażał sobie pewnie, że przetrwa ono tysiąc lat, a on sam z rzemieślnika, w oczach przyszłych pokoleń, awansuje na artystę. Taki garncarz na pewno byłby teraz z siebie bardzo dumny! Jednak gdyby powiedzieć mu o tym wtedy, w czasie kiedyś lepił ten czy inny eksponat, pewnie zaśmiałby się, bo dla niego byłby to tylko jakiś głupi żart. W muzeum tym, dość kameralnym, skromnie urządzonym, ale z dość bogatą kolekcją, spędziłem około dwóch godzin! Cieszyłem się tym czasem, tym spokojem, bo oprócz mnie i młodej bileterki siedzącej przy wejściu, nie było tam nikogo. Mogłem więc w ciszy patrzeć sobie na te wszystkie rzeczy z dawnej epoki i wyobrażać sobie ich powstawanie oraz ludzi i świat je użytkujący… Nadal miałem sporo wolnego czasu, postanowiłem więc troszkę się poszwędać po północnej części Nazci. Dziwna sprawa – na samym skraju miasta znajdowała się świetnie zrobiona droga (dwa pasy w jedną i dwa pasy w drugą stronę), aczkolwiek oprócz jakichś pojedynczych pojazdów i śmieciarki nic po niej nie jeździło! Może dlatego, że po jednej stronie znajdowały się zwykłe domki, nie żadne sklepy czy restauracje, a po drugiej stronie było trochę wyschniętej przestrzeni, na końcu której znajdowały się ziemne wały chroniące przez wzbierającą tu w styczniu rzeką (Rio Aja). Ponad wałami majaczyły w oddali góry. Droga była nowa, chodniki jeszcze były w budowie. Chociaż budowa chodnika od strony wałów, gdzie nie ma właściwie NIC, jest jakąś totalną głupotą. Inwestycje publiczne nie są tutaj chyba najlepiej przemyślane. Kolejnym przykładem jest jeden budynek, który samotnie stał sobie po tej niezabudowanej stronie drogi, na samym skraju miasta. Była to jakby hala sportowa, szumnie podpisana Coloseo. Przypominała trochę miniaturkę katowickiego Spodka, w skali 1:100. W środku mieściło się pewnie jedno boisko do piłki nożnej i naprawdę małe trybuny, wielkości trybun w szkolnych salach gimnastycznych. Napis Coloseo już się smutno łuszczył, podobnie jak cała żółta farba, którą pokryty był budynek. Ewidentnie niszczał, był nieużywany, wyglądał żałośnie i opłakanie. I jakoś tak strasznie, w tej ciszy i prażącym słońcu. Postapokaliptycznie. Czemu nie używać tak fajnego budynku, który swoje przecież też kosztować? Z drugiej strony po co go robić na całkowitym, dosłownym skraju miasta, gdzie stoi ledwie parę domów? Kolejne pieniądze wyrzucone w błoto. Lub raczej rzucone w piach. Wróciłem do restaruacji, w której kilka godzin wcześniej jadłem fasolkę z mięsem i ryżem. Zgłodniałem już trochę, w dodatku nabiłem kilka ładnych kilometrów. A może zupkę tym razem? Przed podróżą nie ma co w siebie za dużo pakować. Sopa de Moron – taki rosołek z dużą ilością warzyw i mięsem! 4 sole, mniej niż jeden dolar! Znowu troszkę posiedziałem, zamówiłem kawę i jak zawsze wyśmienitą Inka Kolę, uzupełniłem notatki na tablecie i tak do podróży zostały mi… 3 godziny! Zmieniłem miejscówkę, poszedłem gdzieś indziej, do dużej, porządnej restauracji pełnej rodzin z dziećmi. Wypiłem sobie w niej dwa piwka i udałem się do hostelu po bagaż. Otwarła mi starsza pani, życzyła udanej podróży! Nazcę będę miło wspominał. No nic, zasnę sobie chyba. Małpka skończona, notatka chyba też! 19 lipca, nad ranem Stoimy gdzieś w górach. W korku! Skąd nagle korek w górach? Ano z powodu protestu kierowców. Ludzie z naszego autobusu wyszli rozprostować kości. A co mi tam, też sobie wyjdę.

19 lipca, godzinę później

Zlitowano się nad autobusami i vanami z turystami. Chwała im za to! Po co utrudniać życie ludziom, którzy z sytuacją kierowców nie mają przecież nic wspólnego. Korek w górach ciągnął się kilometrami! Można było dojrzeć sporo policjantów, przejechała nawet karetka na sygnale. W tym momencie doceniam dobrodziejstwo w postaci wielkiej szyby, przed którą sobie wygodnie siedzę, gdyż mogę podziwiać przepiękne górskie krajobrazy, nad którymi rozciąga się przepiękne fioletowe niebo z podłużnymi, białymi chmurami, jakby ktoś kilka razy przeciągnął pędzlem po niebie. W autobusach nad ranem nie wolno spać! Zwłaszcza w Peru! 19 lipca, wieczór Do Cusco dojechaliśmy po godzinie 13-ej. Od jakiegoś czasu czuję bardzo dziwny ból głowy. Nie jest mocny, ale jest bardzo dokuczliwy. I czuję również jakieś dziwne zmęczenie. Takie… niedomaganie. To może mieć związek z chorobą wysokościową. Cusco leży przecież na wysokości 3,400 metrów nad poziomem morza! Zazwyczaj żyję sobie i egzystuję na wysokości zaledwie 320 metrów, Nazca zaś leży na wysokości 520 metrów… W ciągu 15 godzin dostałem się 3 tysiące metrów wyżej. No, organizm musi jakoś zareagować na tak gwałtowną zmianę. Nie jest przyzwyczajony do takich wysokości i rzadszego powietrza. Przypomniały mi się fragmenty książki Mario Vargasa Ilosy zatytułowanej „Rozmowa w ‘Katedrze’”. Jeden z bohaterów, mieszkający całe życie w Peru, cierpiał na chorobę wysokościową w Arequipie, położonej tysiąc metrów niżej niż Cusco. Jak wrócę, to poszukam i przepiszę. A, przypomniał mi się też i inny cytat, ale to po powrocie!

[EDIT Po powrocie:

Jak obiecałem, oto fragmenty ‘Rozmowy w ‘Katedrze’’. Trifulcio dotarł do Arequipy, 2.300 metrów nad poziomem morza, czyli 1/3 niżej niż Cusco. No ale oddaję głos Mistrzowi, Mario Vargas Llosie:

„Może mam górską chorobę? myślał Trifulcio. Kiedy oddychał, wydawało mu się, że powietrze nie chce mu wchodzić do płuc. To ta wysokość, myślał Trifulcio. Już mu o tym mówili: serce waliło jak młot i brak ci powietrza. Czuł się tak, jakby długo biegł albo jak po bójce: przyspieszony puls, coś tłucze w skroniach, żyły się napinają. (…) Po tej cziczy to mi jeszcze gorzej, pomyślał Trifulcio. Krew w nim przestała krążyć, jakby za chwilę miała się zagotować. Ale nie dawał po sobie poznać, wyciągał rękę po swoją ogromną szklanicę i uśmiechał się do Télleza, Uronda, Ruperta i majstra Martineza: no to zdrówko. (…) Trifulcio pomyślał: gdybym wziął dwie pastylki zamiast jednej, już by było po chorobie. Patrzył na zakopcone ściany, na kobiety, które dreptały pomiędzy kuchnią a stolikami roznosząc półmiski z pikantnymi daniami, i brał się za puls. Nie, krew się nie zatrzymała, nie przestała krążyć, ale krążyła powolutku. I wrzała, tak, wrzała, jej gorące fale tłukły mu się w piersi. Żeby już był wieczór, żeby już było po tej robocie w teatrze, żeby wreszcie wrócić do Ica (406 m. n.p.m. – przyp.) (…) Dziwna choroba, pomyślał Trifulcio, to przychodzi, to mija. Wydawało mu się, że umiera, że znów odżywa, że jeszcze raz umiera. (…) Trifulcio oparł się o ścianę, przymknął oczy: chyba tu umrze czy co? Po trochu świat przestawał wirować, krew znowu krążyła normalnie. (…) Zbliżał się wieczór, pochłodniało, pomiędzy straganami z towarem stały stoliki z zapalonymi świecami, ludzie jedli przy tych stołach. Drżały mu nogi, plecy miał mokre, ogień w skroniach. Osunął się na jakąś skrzynkę i dotknął piersi: serce biło. Sprzedawczyni płótna z Tocuyo spojrzała ña niego zza lady (…) Pan chory? Powiedziała kobieta, może wody? Tak, dziękuję. Nie jest chory, to ta wysokość. Wypił wodę i poczuł się lepiej.”

Mnie na szczęście aż tak straszne objawy nie dokuczały, ale więcej o nich napisałem troszkę dalej. Miałem dodać jeszcze jeden cytat. Jest to fragment relacji Polaka jadącego koleją w Peru ze starej, bo wydanej w 1982, kupionej przeze mnie niedawno na Allegro, książki „Ameryka Łacińska w relacjach Polaków”. Już poszukam, bo z pamięci oczywiście nie zacytuję! Jest! Autorem wspomnień jest Michał Gieysztor (1871-1954), podróżnik i inżynier, a fragment dotyczy roku 1929, kiedy przemierzał on Peru.

„Tak dojeżdżamy do wysokości 4835 metrów. W pociągu jest stały lekarz, który pielęgnuje pasażerów chorych na chorobę wysokości. W naszym wagonie jest ich sporo. Niektórzy leżą jak martwi, aby nie czynić najmniejszego ruchu, inni łapią ustami powietrze, jak ryby na piasku, inni wymiotują, itp. Ja trzymam się dobrze, nawet chodzę od okna do okna oglądać cudowne widoki i fotografować. Boli mnie tylko trochę głowa, jakby ciężar jaki gniótł ją” Hmm, czyli znowu głowa! Przypomnę, Cusco jest na wysokości 3400 metrów n.p.m. Wyżej niż Arequipa, niżej niż wysokość opisywana przez pana Gieysztora, natomiast ja zazwyczaj egzystuję na wysokości około 300 metrów. No dobrze, dość cytatów!] Zaraz po przybyciu za 10 soli wziąłem sobie taksówkę pod hotelik. Normalnie pewnie bym sobie spróbował dojść na nogach, od razu próbować zacząć wchłaniać miasto, ale po wyjściu z autobusu stwierdziłem, że coś jest ze mną nie tak i lepiej może nie ryzykować. Nigdy nie doświadczałem tak dziwnego stanu – naprawdę, trudno to opisać. Oprócz bólu głowy i zmęczenia było mi jeszcze jakoś niedobrze i czułem się zdezorientowany. Obawiałem się, że dostanę jeszcze jakiegoś napadu paniki albo gdzieś zemdleję. Takie obawy dopełniały tragizmu mojego stanu. No więc stąd pomysł na taksówkę. W Cusco miałem zarezerwowany hostelik (pokój prywatny, z łazienką) na dwie noce. 55 zł za noc! Śniadanie w cenie! Zakwaterowano mnie w pokoju czteroosobowym z dwoma piętrowymi łóżkami, ale obiecano, że nikogo do mnie nie dokwaterują. Jest prywatna łazienka, nie ma źle! Od razu zaproponowano mi rezerwację do Machu Picchu! Była opcja kilkudniowego łażenia po dżungli, ale mam problem z palcem, o czym już wspominałem, więc zdecydowałem się na opcję podjazdu samochodem, mimo to jednak kilka godzin dreptania mnie nie ominie. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni! Gdzieś tam mam spędzić noc w okolicy. Nie zapamiętałem, czy jedną, czy dwie, byłem rozkojarzony, pękała mi głowa, a moja ‘znajomość’ hiszpańskiego dodatkowo utrudniała proces rezerwacji. Szczegóły mieliśmy obgadać później. Pojawił się w końcu i on. Głód. Mimo, iż nie miałem na to ochoty, musiałem wyjść na miasto w poszukiwaniu pożywienia. Znalazłem jakiś kantor po drodze, wymieniłem troszkę dolarów, znalazłem jakąś chińską knajpkę i zamówiłem jakieś niedrogie jedzenie. Tutaj, w Peru, chińskich knajpek jest po prostu zatrzęsienie. Nie MacDonaldsy, nie KFC, ale z obcych kuchni dominuje tu kuchnia azjatycka. Nie są to takie 100% chińskie knajpki. Nazywają się Chifa (tudzież Chaufa) i nie serwują one typowego chińskiego jedzenia. To właściwie mieszkanka kuchni chińskiej i peruwiańskiej (a raczej składników typowych dla kuchni peruwiańskiej). Troszkę historii może? W XIX wieku (pierwsze udokumentowane przypadki pochodzą z 1849 roku) i na początku XX wieku do Peru przybyło wielu imigrantów ze Wschodniej Azji. Pracowali przy najcięższych pracach, tak jak to miało miejsce w podobnym okresie w USA, w kopalniach, przy budowie kolei… W Peru dodatkowo zbierali guano, tak! ptasie odchody! Jak czytałem w pomocniku historycznym „Dzieje Ameryki Łacińskiej” wydanym przez Polityke (Nr 9/2019), guano wykorzystywano do produkcji nawozów, głównie na potrzeby Anglików, którzy handel guanem w końcu przejęli całkowicie jako rekompensatę za niespłacone im przez Peru pożyczki. No i wiadomo, tacy Chińczycy próbowali gotować to co umieli, po swojemu, ale że nie wszystkie składniki były dostępne, dodawali więc to, co akurat było pod ręką. Siłą rzeczy więc musieli dodawać składniki lokalne. I tak, z czasem, obie kuchnie się wymieszały tworząc taki specyficzny mix kulinarnych tradycji Azji oraz Peru. Oczywiście istnieje kuchnia typowo peruwiańska, chaufa nie zastąpiła tradycyjnych peruwiańskich dań. Jednak jest tu bardzo popularna, a ja właśnie wylądowałem w knajpce serwującej taki rodzaj jedzenia. Knajpka była pełna, z trudem znalazłem wolne miejsce. Nic dziwnego, ceny były bardzo przystępne. Za 14 soles dostałem talerz ryżu z wołowiną i lokalnymi warzywami. Było tego tak dużo, że nie mogłem tego dojeść! Zamówiłem jeszcze piwo, myśląc – i mając nadzieję – że może alkohol złagodzi trochę ten cholerny ból głowy, na którą kilka tabletek APAPu nie pomogło. Po wypiciu połowy butelki mój stan się nie poprawił, a powiedziałbym, że się jeszcze pogorszył! Zostawiłem niedojedzoną wołowinę i niedopite piwo i udałem się z powrotem do hostelu. Byłem trochę zły na całą tę sytuację, bo chciałem zobaczyć trochę miasta, zostało mi jeszcze sporo godzin do końca dnia, ale byłem tak potwornie zmęczony… Myślę, że 15-godzinna podróż, chociaż była bardzo komfortowa, również przyczyniła się trochę do mojego tragicznego samopoczucia. Zaczynałem sobie zasypiać, gdy obudziło mnie pukanie do drzwi. To pukała inna recepcjonistka, chyba nawet sama właścicielka tego hostelu (Gringo’s House). Przynosiła złe wieści dotyczące Machu Picchu. Potruchtaliśmy na recepcję, do komputera, i zobaczyliśmy, że pierwszy termin to… 28 lipca! Wyjazd 27-go. Za tydzień?! Cholera, no i co tu robić? Czytałem, że są spore problemy teraz z rezerwacjami, to w sumie szczyt sezonu. Hmm, rezerwację i tak trzeba zrobić, brać każdy najwcześniejszy termin, bo przecież być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu to byłaby rzecz, której żaden podróżujący by sobie nie wybaczył! Działamy, trudno. 135 dolarów. Dużo! No ale w tym dwie noce w hotelu, przejazd tam i z powrotem, cena wejściówki. Niby to jakieś 600 zł, ale gdy się to rozłoży na te kilka dni to nie wychodzi jakoś bardzo nieprzystępnie i cena właściwie nie przyprawia o zawał serca. Biorę! Zacząłem zastanawiać się, czy by sobie gdzieś nie pojechać i nie wrócić za tydzień, no ale w Cusco chyba jest co robić? Zapytałem o jakieś aktywności, ciekawe rzeczy, które mogliby też dla mnie zorganizować. Od razu pokazano mi trzy plakaty wiszące na ścianie! Są tu dobrze przygotowani, heh. Pokazując mi te plakaty i widniejące na nich obrazki, przedstawiono mi kilka propozycji. Quady, wycieczka krajoznawcza i coś jeszcze. Zaczęliśmy więc planować – zorganizowałem sobie to w ten sposób, że w jeden dzień będę coś robił, w kolejny odpoczywał i włóczył się po mieście, potem znowu coś mi zorganizują, po czym kolejny dzień znowu poświęcę na cieszenie się Cusco. Nie powinno być nudno! Zrobiłem rezerwację na więcej nocy, dostałem małą zniżkę, wychodzi 50 soli za każdą noc. Dostanę też, ale to już jutro, osobny pokój z jednym łóżkiem, dużo bardziej przytulny. Będzie dobrze! Spadam spać. Padam. Myślę, że występuje u mnie niedotlenienie. Niby oddycham, ale powietrze jest rozrzedzone (aczkolwiek nie czuć tego), więc organizm dostaje mniej tlenu, niż się przyzwyczaił dostawać. Stąd takie dziwne rozbicie, będące jakby mieszanką objawów grypy, zmęczenia i kaca…

20 lipca 2022, Cusco

Ależ dzisiaj był fajny dzień! Jak pisałem wczoraj, zamówiłem sobie kilka atrakcji do czasu, aż wyruszę pod Machu Picchu. Jedną z takich atrakcji była wycieczka po cudach Świętej Doliny. Jest to obszar rozciągający się na długości 60 kilometrów i można na nim znaleźć wiele zabytków związanych z Inkami.

Zaczęło się od spóźnienia kierowcy, który miał po mnie przyjechać. Niby była to tylko godzina (heh), no ale zważywszy na fakt, że wyjechać mieliśmy o 6-ej rano, wywołało to u mnie lekką irytację – wiadomo, mogłem pospać sobie troszkę dłużej. No ale w końcu przyjechało po mnie auto, które po drodze zebrało jeszcze kilka innych osób. W pewnym momencie nasz van zatrzymał się na przystanku i wpadła do niego jakaś pani, krzycząc moje imię. Zmiana pojazdu! Inna firma! No, nieważne, byle bym zobaczył to, na co się zapisałem. Podobny pojazd, ni to van, ni to bus, coś między-między, a w środku my, spragnieni wrażeń turyści-podróżnicy, stłoczeni blisko siebie jak sardynki w małej puszce. I tylko ja niezbyt hiszpańskojęzyczny! Przewodnik, siedzący obok kierowcy, obiecał mówić, specjalnie dla mnie, po angielsku, oczywiście po uprzednim objaśnieniu wszystkiego po hiszpańsku. No, czułem się wyróżniony! Atrakcji troszkę dzisiaj było, pora przejść do napisania o nich kilku słów.

1) Chinchero – sztuka tkania

Po jakichś 40 minutach dojechaliśmy do miasteczka Chinchero (11 tys. mieszkańców) i tam podjechaliśmy pod dosyć spory sklepik, gdzie przy wejściu czekały na gości młode dziewczyny, w wielobarwnych, misternie utkanych lokalnych strojach. Podawały nam gorącą herbatę – ranek był jeszcze bardzo chłodny! Przeszliśmy przez sklep, a właściwie to przez dużą halę z licznymi produktami z wełny lamy, zaprowadzono nas do wydzielonej części na jego tyłach. Usiedliśmy na drewnianych ławeczkach. Przed nami stał stolik, do którego podeszła pani w kolorowym, ludowym stroju i zaczęła objaśniać nam tajniki farbowania tkanin. Okazało się, że owad, którego Carlos rozgniatał na moich oczach, a który w chwili miażdżenia wydzielał z siebie duuuużo krwi, używany jest również do farbowania tkanin! Pani przejechała sobie jeszcze jego krwią po wargach, które nabrały ciemnorubinowego koloru! Naturalna szminka! No ale całuj tu później taką, z krwią robala na wargach! Mogliśmy potrzymać różne owoce i rośliny wykorzystywane do farbowania. Pani mówiła jeszcze o tkaniu, o wełnie, ale tutaj przewodnik dał ciała, bo nie tłumaczył na bieżąco. Coś niecoś jednak rozumiałem, aczkolwiek nie było to temat, który by mnie jakoś specjalnie pociągał (tak, jak garncarstwo, heh). Ten wykład nie był oczywiście tylko stricte wykładem, bo chwilę później przewodnik powiedział nam, że mamy 10 minut na zakupy. Sklep był dość porządny, dzieci mogły głaskać sobie prawdziwe lamy, natomiast dorośli mogli coś sobie zakupić – ceny jednak były dość wysokie, aczkolwiek trzeba przyznać, że sprzedawane rzeczy były bardzo wysokiej jakości. Niektórzy z naszej grupy kupili jakieś mniejsze (czytaj tańsze) elementy garderoby, jak na przykład czapki zimowe czy rękawiczki.

2) Chinchero - ruiny

Przewieziono nas kawałek dalej i poinformowano, że musimy kupić sobie bilet. W Peru, przynajmniej na chwilę obecną (rok 2022) są dwa typy biletów turystycznych – za około 70 złotych można kupić uprawniający na wstęp do 5-ciu określonych atrakcji, natomiast za 130 złotych, można sobie pooglądać aż 15 atrakcji. W przypadku tych 5-ciu nie można jednak ich sobie ot tak dowolnie wybierać, bo na przykład można zobaczyć 5 atrakcji tylko w Świętej Dolinie, 5 muzeów tylko w Cusco, albo 5 jeszcze w innym miejscu. Nie można ich mieszać (np. 2 atrakcje w Dolinie, 2 w Cusco, 1 gdzieś indziej). W sumie żałuję, że nie kupiłem tego droższego biletu, no ale w sumie kościołów to już nie zamierzam chyba zwiedzać, a jak zajdzie taka potrzeba, to dam drugi raz 70 zł i zwiedzę sobie coś jeszcze. Bilet, który kupiłem, w Chinchero uprawniał, między innymi, do wejścia do najstarszej części miasteczka. Po wejściu (wdrapaniu się!) po stromych schodach na szczyt, na którym się ona znajduje, moim oczom ukazał się trawiasty plac, na którym siedziały Indianki sprzedające swoje produkty. Głównie ubrania (bardzo ładne!), wisiorki, biżuterię. Handel tutaj odbywa się od setek lat, więc tradycja ta jest w jakimś sensie nadal kultywowana. Jakiś Indianin przygrywał na flecie wpadające w ucho tradycyjne andyjskie melodie, więc klimat był bardzo pozytywny. Aczkolwiek miałem nieodparte wrażenie, ze wszystko to był taki show dla grup turystycznych. Z drugiej strony, na kim niby mieliby zarabiać rzemieślnicy wyrabiający te wszystkie rzeczy? Zieleń otoczona była brukowaną kamieniami ścieżką, a wszystko to otaczały – jakby w uścisku - niskie, kolonialne budynki. Nad placem górował stary kościół, zbudowany tu we wczesnym XVII wieku przez zajmujących wtedy to miejsce Hiszpanów. Przewodnik w tym miejscu zajął się mną naprawdę profesjonalnie, bo po tym, jak wszystkim opowiadał o okolicy po hiszpańsku, podchodził zaraz do mnie i indywidualnie mi wszystko jeszcze raz tłumaczył po angielsku. Miał na imię Frank, jego angielski był przyzwoity, choć czasem musiałem mu podpowiadać jakieś słówko (albo tłumaczyć z hiszpańskiego, lol). Dowiedziałem się, że tu również działała Święta Inkwizycja, która – jak to zwykła czynić w Europie – dopuszczała się okrutnych tortur i paliła opornych na konwersję na stosach. Krzyż to dla wieku tu jednak symbol przemocy, odpowiedzialny za wykorzenienie kultury przodków, co jednak nie przeszkadza im być członkami Kościoła Katolickiego… Najciekawszy punktem wyprawy były kamienne mury, które pozostały po mieszkańcach tego miejsca. Kamienie były bardzo masywne i bardzo ciężkie, ale tak idealnie do siebie dopasowane, że zwolennicy teorii Starożytnych Kosmitów wierzą, iż w budowie ich pomagały bardziej zaawansowane, pozaziemskie, cywilizacje. Przykładowo, gdy któryś kamień miał malutki, kilkucentymetrowy ubytek w prawym górnym rogu, to nakładany na niego inny kamień miał w prawym dolnym roku wystający, identyczny rozmiarowo, kawałek, którym wypełniano mikroskopijną lukę. Między kamienie nie można było wcisnąć kartki papieru, tak dokładnie były one przycięte! Mury były jak wielotonowe puzzle! Tak świetnie połączone nie kruszyły się, nie pękały i nie waliły w czasie częstych w tym regionie trzęsień ziemi. W zasadzie dzięki temu, że ich kamienie tak świetnie do siebie pasują i tak dobrze, dokładnie się zazębiają, mogły one przetrwać do dnia dzisiejszego! W tym kompleksie, poza placem handlowym, znajdował się również plac ceremonialny, a pod nim poletka służące do uprawy ziemi. Te poletka znajdowały się na zboczach gór, ale nie zostały one dostosowane do ich nachylenia, jak na przykład w Polsce, ale góry pocięto jakby w schodki, a każdy schodek był miejscem na uprawę roślin. Na przykład ziemniaków, które suszono i mogły one przetrwać w spichlerzach wiele lat. Inkowie byli na tyle mądrzy i inteligentni, że zabezpieczali się na wypadek klęsk naturalnych, z których najczęstszą była susza. Widmo głodu było im obce, czego nie można powiedzieć o XX-wiecznych ‘cudownych’ cywilizacjach, jak Związek Radziecki odpowiedzialny za Hołodomor na Ukrainie, czy maoistyczne Chiny, gdzie z głodu wymarło miliony ich mieszkańców. Nie wspominając o głodzie w niby rozwiniętej, XIX-wiecznej Europie, wywołanym chorobą właśnie ziemniaków (Irlandia). Ale to już tylko moje, niepotrzebne chyba dygresje. Chociaż może i potrzebne, bo pokazują, że te niby ‘dzikie’ cywilizacje, żyjące całe wieki temu, były o wiele mądrzejsze i zaradniejsze od niektórych cywilizacji czy tych ‘idealnych’ systemów współczesnych. - Cały ten kompleks był przeznaczony oczywiście dla ważnych ludzi. Plebs mieszkał poza takimi miejscami, nie potrzebował kamiennych budowli – powiedział Frank. To samo usłyszałem od Carlosa w czasie odwiedzin w kompleksie piramid w Cahuachi. Pochodziliśmy sobie po placu ceremonialnym, mogłem podotykać murów, popatrzeć na piękne, zielone góry i doliny, wdychać przyjemnie zimne, świeże powietrze. Schodząc w dół, do autobusu, czułem jednak ból w płucach. Może to i złe słowo, raczej miałem wrażenie, jakby ktoś na klatce piersiowej położył mi z 10 kilogramów. Jakbym nie do końca mógł wziąć pełny wdech. Sprawdziłem sobie wysokość tego miejsca – 3765 metrów nad poziomem morza! Czyli jeszcze wyżej niż Cusco! Ale przynajmniej nie odczuwałem już tego cholernego bólu głowy, który tak strasznie dokuczał mi wczoraj. Miałem przy sobie liście koki, zakupione jeszcze w Nazca. Siedziałem na samym tyle naszego vanobusa, po prawej stronie, przy oknie. Wyjąłem je sobie, zapytałem ludzi, jak się tego ‘używa’. Como usarlo? :) Od razu wszystkie trzy osoby siedzące w ostatnim rzędzie odwróciły się w moją stronę i zaczęły mi doradzać. Peruwiańska rodzina z Arequipy – mama (mająca azjatyckie rysy), tata (typowy Peruwiańczyk) i ładna, 23-letnia córka, mająca fizyczne cechy mamy i taty. Hmm, czyli wziąć kilka listków do ust i po prostu żuć? Połykać? Tak, połykać! Dziwny smak! Ano, dlatego nie wszyscy lubią. Ta rodzina akurat za liśćmi koki nie przepadała, ale mnie po jakimś czasie zaczęły smakować. Po ich przełknięciu w ustach zostaje posmak jakby odświeżającej herbaty. Można zapytać, skąd znam wiek tej dziewczyny. Po prostu okazało się, że w miarę fajnie zna angielski i gawędziliśmy sobie właściwie przez cały dzień podróżowania. Co się okazało, żadne z nas nie zapytało drugiego o imię, więc chyba od razu zakładaliśmy, że nic z tego nie będzie, heh. No, dobrze, nie zawsze coś musi być. Zwłaszcza jak jedno, to płci żeńskiej, podróżuje z rodzicami :) Na kilka dni przyjechała z rodzicami do Cusco, wszyscy są z Aequipy. Ona w Cusco jest trzeci raz, ale rodzice dopiero pierwszy raz. Powód jest zarówno prozaiczny, jak i dość przykry – po prostu dopiero teraz ich na stać na taki rodzinny wyjazd. Ja za wszystko, łącznie z biletem na pięć atrakcji, zapłaciłem 140 soli, oni 115 od osoby – mnie pewnie troszkę z hotelu doliczyli w ramach prowizji. Ale wiadomo, oni jeszcze muszą doliczyć dojazd, jakiś nocleg, jest ich troje, a w Peru nie zarabia się kroci. Peruwiańczycy są w większości bardzo biedni, co zauważyłem od razu opuszczając Limę. Wielu ludzi mieszka w ubogich domkach wielkości mojego pokoju hotelowego. Nie ma mowy o jakichś ładnych przydomowych ogródkach, kutych ogrodzeniach, uroczych bramach, nawet o tynku czy farbie na ścianach. Moja towarzyszka rozmowy uświadamiała mnie dokładniej w tej kwestii – na wsiach jest tragedia, nie ma wody bieżącej, nie ma nawet prądu. Duża bieda. A politycy kradną na potęgę. Kraj toczy wszechobecny rak korupcji. Nawet niby prywatne media są dotowane przez rząd, ale jedynie po to, aby nie informowały o niewygodnych dla niego rzeczach, jak na przykład zanieczyszczanie środowiska przez kopalnie. - Dużo tu kontroli policyjnych – mówię, pokazując przez okno na kolejny już kontrolowany samochód. - Ich dodatkowy dochód. Kontrolują tak, by coś znaleźć – odrzekła moja nowa znajoma. - Chodzi o łapówki, tak? – dopytałem, choć wiedziałem. - Tak. Kierowca musi wykupić się łapówką. Porozmawialiśmy też o sobie. Ona jest projektantką wnętrz, ale też maluje. Przyznała, że marzy o tym, by tworzyć kiedyś w Europie. Powiedziałem jej, że teraz w Europie sprzedaje się sztuka kontrowersyjna, agresywna, oraz przede wszystkim prosta. Taki Damien Hirst na przykład, robiący eksponaty z na wpół przeciętej krowy. Albo sztuka przypominająca memy w telefonie. Odpowiedziała mi bardzo ładnie, bo zaczęła mówić o uczuciach, przekazie, wadze znaczenia. Mówiła, że ma nadzieję, iż prawdziwa sztuka, nie ta tworzona na siłę, na chwilę i dla poklasku, prędzej czy później znajdzie swoich odbiorców. Hmm, pomyślałem sobie, że tacy właśnie artyści to zawsze klepali biedę albo po pewnym czasie jednak przechodzili na komercyjną stronę sztuki. No ale dziewczyna ma dopiero 23 lata, ja w jej wieku też byłem takim idealistą. Ale dobrze, świat potrzebuje idealistów! Dość zanudzania, pora na punkt trzeci!

3) Prezentacja lokalnego napitku w vanobusie

W drodze do kolejnego miejsca naszej destynacji do naszego pojazdy wsiadł młody chłopaczek, miał może z osiemnaście lat. Zaczął z zapałem prezentować nam, pasażerom, dwie buteleczki, ładnie owinięte w tkane mundurki, w których znajdowały się lokalne napoje alkoholowe. Chłopak zaczął opowiadać o ich właściwościach prozdrowotnych. Każdemu z pasażerów wręczył 50 mililitrowy kubeczek i tak idąc po pojedzie, którym na nieasfaltowanej drodze rzucało na lewo i prawo, nalewał najpierw jeden napój (kilkanaście kropel), a potem drugi. Zabrał kubeczki i zaoferował buteleczki po 12 soli za sztukę. Sprzedał trzy. Napitki smakowały jak delikatne napoje ziołowe z leciutko wyczuwalną nutką alkoholu. Czuć było w nich coś jakby odświeżające olejki, ale daleko mi do geniusz Grenouillea (‘Pachnidło’!) abym pokusił się o sprecyzowanie dokładnych składników. Po zainkasowaniu 36 soli chłopaczek wyskoczył, dość zadowolony, w szczerym polu. Teren był pagórkowaty, porośnięty niską, wysuszoną na żółto trawą. Z jasnym błękitnym niebem i ośnieżonymi Andami w oddali stanowił piękny widok. Po jakimś czasie dotarliśmy do kolejnego punktu naszej wyprawy.

4) Moray

Moray to miejsce z wydrążonymi w ziemi ogromnymi, okrągłymi otworami. Składają się one ze schodków, z tak zwanych tarasów. Coś jak gigantyczny, gwintowany otwór na bardzo dużą, szeroką śrubkę, zwężający się do dołu. Każda pionowa część schodka zrobiona była z kamieni. Nie tyle po to, by ziemia się nie osuwała, ale również po to, aby kamienie w ciągu dnia nabierały ciepła, które oddawane było powoli ziemi w ciągu nocy, dzięki czemu rośliny hodowane na każdym schodku nie odmarzały. Sprytne! Te otwory w ziemi były głębokie na… 30 metrów! Największy zaś ma 45 metrów szerokości! Gigantyczne dziury! Mówi się, że było to swoiste laboratorium agrarne Inków posiadające kilka mikroklimatów – działało to w ten sposób, że cały rok hodowało się określoną roślinkę na jednym schodku (tarasie), po czym przenoszoną ją w górę, gdzie znowu uprawiano ją przez rok. Dzięki temu można było stopniowo przyzwyczajać rośliny do różnych temperatur i przenosić je w inne miejsca na obszarze Świętej Doliny. Różnica w temperaturach pomiędzy najniższymi, a najwyższymi poziomami tych otworów, czyli w obrębie 30 metrów wysokości, wynosiła nawet 15 stopni Celsjusza! Stopniowo więc można było przystosowywać rośliny do wegetacji w wyższych partiach gór, co wiązało się oczywiście z możliwością zasiedlania tych terenów i dostosowywania ich do zamieszkania przez ludzi. Niech ktoś powie, że Inkowie to była prymitywna cywilizacja! Moray to nie była jakaś tam ciekawostka mogąca zaciekawić jedynie zapalonych studentów Akademii Rolniczej; nawet zwykli ludzie, tacy jak ja, słuchali o tym z zachwytem. Nie mówiąc o walorach estetycznych tych ‘dziur’, których symetria, położenie i ogólne wrażenie, jakie sprawiają, po prostu zapierały dech w piersiach!

5) Maras Sal, czyli miejsce, gdzie wydobywa się sól

Później dojechaliśmy na wzgórze, z którego rozciągał się zaiste piękny widok. Na zboczu tego wzgórza, schodzącym w dół doliny, znajdowało się kilka tysięcy małych baseników (tak zwanych salin) służących do wydobywania soli. Działa to w ten sposób, że z wnętrza góry ścieka… słona woda (pozostałość po wypiętrzaniu się lądów, spowodowanymi ruchami tektonicznymi – kiedyś był tu ocean!), która wypełnia te baseniki i ścieka sobie coraz niżej i niżej. Słońce odparowuje wodę, zostaje sól, która jest deptana w celu jej rozkruszenia, a potem zgarnia się ja w kupki czymś na kształt grabi, aczkolwiek końcówka zamiast ząbków zrobiona jest z płaskiej, niewielkiej deseczki. Soli są trzy rodzaje, każda, w zależności od wysokości, z której została zebrana, ma inne właściwości. Tenże sposób produkcji trwa od dawien dawna, od czasów przed Inkami. Zarówno oni, jak i później Hiszpanie, chętnie przejęli teren tej produkcji. Nic nie zniszczyli, sól była zbyt rzadka i zbyt cenna – pozwolili lokalnej ludności się tym zajmować, oczywiście w ten sposób bogacąc się jej kosztem. Coś na zasadzie – nie wyrżniemy was, ale macie dawać nam sól! Cóż… Obecnie te solanki są wspólnotowe, coś na kształt naszych dzisiejszych spółdzielni – zyski są dzielone między wszystkich, którzy zajmują się pracą na tych basenikach. Miejsce wygląda naprawdę urokliwie, bardzo kolorowo i jak na lokalizację, w której się znajduje (w dolinie, między górami!) bardzo nietypowo. Napisałem, że miejsce jest kolorowe – tak, baseniki mają różne barwy – białe, różowe, brązowe. Ot, taka mozaika o symetrycznych kształtach wrzucona w zieloną florę, wprost w dziką naturę. Gdy już się napatrzyliśmy, przewodnik zaprowadził nas do niewielkiego sklepiku, gdzie za naprawdę niewielkie pieniądze można było nabyć mniejsze i większe woreczki soli wyprodukowane w tym miejscu.

6) Obiad

Po zwiedzeniu miejsca wydobycia soli udaliśmy się do miejscowości Urabamba (brzmi trochę afrykańsko, prawda?). Miasto widziane z góry wydawało się bardzo malutkie. A widzieliśmy je z góry, bo zjeżdżaliśmy ku niemu w dół, w dolinę, w której jest położne. Restauracja, do której przyjechaliśmy, była restauracją głównie ogrodową, na świeżym powietrzu. Znajdowała się pod jakąś wielką, o niemal pionowym nachyleniu, górą, a oddzielona od niej była tylko dwoma pasami drogi. Góra majestatycznie i dumnie górowała na całym restauracyjnym kompleksem. Kompleks miał spory, zieloniutki ogród, wokół którego znajdowały się zadaszone miejsca do jedzenia. Gdzieś niedaleko jakiś lokalny zespół grał andyjskie melodie (wiadomo, fleciki!), słońce pięknie świeciło, dzień był cudowny. W takich warunkach można jeść! Miejsce jest w szczególności idealne na śluby i przyjęcia weselne na świeżym powietrzu – na pewno takie rzeczy mają tu miejsce, ale na pewno do najtańszych nie należą; całość wyglądała jak ogrodowa scenografia z jakiegoś filmu o wyższych sferach! Obiad był to dłuuugi, tak zwany szwedzki stół w kształcie podkowy, z którego można było sobie brać, na co tylko się miało ochotę. Zapłacić trzeba było jedynie za napoje. To tu, korzystając z tego, że była darmowa, po raz pierwszy skosztowałem ceviche. To taka popularna tutaj sałatka z małymi kawałkami surowej ryby marynowanej w soku z cytrusów Do ryby dodawana jest cebula i listki sałaty, a wszystko ma kwaśnawo-ostry smak. Pierwsze wrażenie jest dość szokujące dla jamy ustnej – po prostu nieźle targa podniebieniem. Ale z każdym następnym kęsem potrawa robi się smaczniejsza i smaczniejsza! Na pewno jeszcze gdzieś spróbuję tego, nieznanego w Polsce, dania. Do tego wziąłem, jak to Polak, co tam jeszcze się dało, wszystkiego po trochu – w sumie… dwa talerze! Mięso, fasolka w jakimś sosie, różne rodzaje tutejszych ziemniaków. Aha, plus mała miska zupy. O dziwo, ani nie pękłem, ani nie miałem problemów gastrycznych. Dano nam jeszcze 30 minut na relaks, a i w autobusie w drodze do kolejnej atrakcji zafundowałem sobie małą, przyjemną drzemkę.

7) Ollantaytambo – ruiny

Dotarliśmy to miasteczka Ollantaytambo. Samo miasteczko robi ciekawe wrażenie. Czuć tu hippisoski luz, jest bardzo prowincjonalnie, wszędzie widać wielu podróżników, ale mam wrażenie, że w tej naprawdę małej mieścince wpadają oni tu tylko przejazdem, lub co najwyżej zostają na dzień lub dwa by naładować baterie, troszkę odpocząć, po czym, jadą dalej. Jest gwarno, kolorowo i wesoło. Wszystko jednak jest tutaj nakierowane na ich potrzeby – małe, urokliwe knajpki, bazarki, hoteliki. My przybyliśmy tutaj w innym celu, niż zwiedzanie samego miasteczka, chociaż troszkę udało nam się poszwędać. Przyjechaliśmy by zobaczyć gigantyczne tarasy uprawne Inków! Z dołu wyglądały jak ogromne schody w górę, zrobione jakby dla gigantów. W trakcie tej samej recorrido (wycieczki) widzieliśmy podobne tarasy w Chinchero i Murray, ale te w Ollantaytambo wszystkie biły na głowę! Nie dość, że miały wysokie, wyłożone masywnymi kamieniami ścianki, to jeszcze były bardzo szerokie. Po lewej stronie były mniejsze schodki, już dla osobników naszej wielkości, którymi można było iść w górę, bez wspinania się po tych ogromniastych ścianach tarasów. W połowie drogi już musiałem odpocząć. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Myślę, że nie chodziło o moją kondycję, ale po prostu o zbyt małą ilość tlenu, jaki organizm mógł dostarczyć do kończyn, zwłaszcza ich dolnej części, do łydek. Czułem się, jakbym maszerował cały dzień! Gdybym nie usiadł, jeszcze kilka kroków i niechybnie bym upadł. Płuca nadal nie przyzwyczaiły się do nabierania rozrzedzonego tlenu! Później jeszcze raz musiałem zrobić sobie przerwę, ale w końcu dotarłem na samą górę. Na górze szło się wokół kamiennego murku, przechodziło się również przez pozostałości niewielkiej bramy wykonanej z kamieni. Co robiło wrażenie to znowu idealne dopasowanie wszelakich nierówności – między kamienie nic nie można było wsadzić! Brama cieszyła się dużą popularnością, każdy chciał sobie zrobić przy niej zdjęcie (ja także!), więc ruch troszkę się blokował. Gdy się ją mijało i po kilku kamiennych blokach weszło jeszcze wyżej, docierało się do niedokończonej Świątyni Słońca. Już kawałek ściany zdradzał, jak potężna miała to być konstrukcja – konstrukcja składała się z sześciu ogromnych kamieni (monolitów), a każdy z nich ważył 50 ton! Skąd je brali? O tam, daleko, jest kamieniołom. A jak to tu wytaszczyli? Przewodnik otwarł małą książeczkę przedstawiającą obrazki związane z tym miejscem. Wszystko odbywało się przy pomocy ludzkich mięśni – głazy wciągano linami po drewnianych, okrągłych belkach. Jakby jednak nie patrzeć, wymagało to przeogromnej siły i nakładu gigantycznej pracy. Na przeciwległej górze widać było budynki, w których składowano żywność. Ogólnie inkaskie królestwo było królestwem dość komunistycznym – wszystko, co zostało wyprodukowane, należało do całej społeczności. Żywność i ubrania dystrybuowano wedle potrzeb. Młodym małżeństwom budowano domki, a urzędnicy dawali im rzeczy niezbędne na start – narzędzia niezbędne do pracy, dwie lamy przydatne do transportu. Ludzie od państwa dostawali, ale od ludzi państwo również wymagało – każdy mężczyzna musiał uczestniczyć przynajmniej w jednej bitwie, dzięki temu królestwo rozszerzało się dość prężnie. Obok budynków na żywność można było dojrzeć wykutą w stromej skale twarz Wirakochy (największego bóstwa Inków), chociaż niektórzy twierdzą, że to postać z brodą, co prowadzi do różnych (dziwnych) teorii, włącznie z tą, że dotarli tu kiedyś Wikingowie (bo Inkowie nie mają bród, a to z tej przyczyny, że nie rośnie im zarost na twarzy). Była z naszą grupą taka dziewczyna z chłopakiem, czasem coś pogadaliśmy po angielsku (choć byli z jakiegoś kraju z Ameryki Południowej) – gdy usłyszeliśmy teorię o Wikingach, popatrzyliśmy na siebie zdumieni. Powiedziałem im, że Wikingowie byli raczej agresywni, na co ona odparła, że jeśli ta teoria ma jakąkolwiek rację bytu, to Wikingowie przybyli tu w dobrych zamiarach. Odparłem, że nawet jeśli tu dotarli, to pewnie w tak małej liczbie, że żaden podbój czy działania wojenne nie miały sensu. Poza tym od strony zachodniej kontynentu nie mogli przybyć, a na wschodniej nie ma ani śladu ich pobytu. Równie dobrze ta broda na twarzy mogła wynikać z tego, że rzeźby tej najzwyczajniej w świecie nie dokończono. Dziewczyna dodała, że może to po prostu być jakieś złudzenie. Może! Przypomniał mi się słynny przypadek ludzkiej twarzy na Marsie (i nie tylko, bo niektórzy twierdzą, że na Marsie znajduje się również skalna rzeźna ludzkiego palca!) i zjawisko pareidolii, które występuje wtedy, gdy nasz mózg doszukuje się znanych kształtów tam, gdzie ich nie ma). Rekapitulując – tarasy w Ollantaytambo tu naprawdę fantastyczna sprawa. Swoją wielkością robią wielkie wrażenie, pokazują, że Inkowie potrafili tworzyć gigantyczne konstrukcje rolne. No i potrafili wciągać ogromne głazy na ogromne wysokości, uprzednio jeszcze transportując je z odległych kamieniołomów.

8) Pisac

Pisac to ostatnie miejsce, do którego dość długo się jechało. Raz – z powodu odległości (sprawdziłem, że to około 60 km). Dwa – jechało się właściwie cały czas pod górę, więc dwa, trzy razy wolniej, niż jechałoby się po płaskiej drodze. Naszym celem był Park Archeologiczny. Zabrano nas do ruin fortecy, która dawniej służyła jako centrum administracyjne okolicy oraz była punktem poboru podatków. Jako że Inkowie nie znali pojęcia pieniądza, podatki pobierano w naturze. Forteca była bardzo ładna; jak to wiele kamiennych konstrukcji Inków, zbudowana była ze świetnie przylegających do siebie kamieni. Z fortecy rozciągał się czarujący widok na tarasy uprawne. Wyglądały one zwłaszcza świetnie, gdy zjeżdżaliśmy busikiem w dół, gdy zachodziło już słońce. Ogromny cień kładł się na tych wielkich konstrukcjach, które zdawały się w zapadających ciemnościach nabierać jeszcze rozmiarów i wyglądać bardzo, bardzo tajemniczo. Patrząc na ciemniejące tarasy z dołu, docierało do człowieka, jak dużych dzieł potrafili dokonywać Inkowie.

9) Pisac – pokaz biżuterii

W samym miasteczku Pisac, już po zmroku, zatrzymaliśmy się by skorzystać z toalet i przy okazji odwiedzić dość spory sklep jubilerski. Przygotowano dla nas również wykład na temat pracy ze srebrem, mieszania go z innymi minerałami oraz prelekcję na temat różnych kamieni i ich (ezoterycznego) wpływu na człowieka. Jedne są dobre dla ochrony, inne sprzyjają zdrowiu, jeszcze inne przynoszą szczęście. Myślę, że część Peruwiańczyków wierzy w takie rzeczy, jako że potomkowie Indian są bardzo religijni i wyczuleni na sprawy duchowe. Zresztą w Polsce ezoteryka też ma się dobrze – czytałem gdzieś, że Polacy na wróżki i wróżbitów wydają dwa razy więcej niż na dentystów! No a ja, jak to ja… Patrzyłem sobie nieco sceptycznie, przekazując bez żalu dalej kamyczki podawane przez panią prowadzącą wykład. Oczywiście takie wykłady, jak również ten na temat włókiennictwa na początku naszej wycieczki, nie są robione bezinteresownie – także i w tym przypadku dostaliśmy 10 minut na rozejrzenie się po sklepie i ewentualny zakup jakiejś biżuterii. A było jej sporo! Ja jednak, noszący sygnety jak z horrorów zamówione za 5 złotych z platformy Ali Express, nie bardzo chętny byłem do zakupu śliczniutkiej biżuterii ze srebra czy innego drogiego minerału.

Do Cusco dotarliśmy już bardzo późno, około 19-ej! Ponad 13 godzin jeżdżenia za jedynie 140 soli! W tym porządny obiad! Żal było żegnać się z grupą, którą polubiłem. Nie tylko z tą dziewczyną, która zrobiła sobie wycieczkę z rodzicami, ale też z innymi, którzy specjalnie dla mnie dodawali coś po angielsku po przewodniku, albo po prostu zagadywali do mnie prostym hiszpańskim. Traktowano mnie jak gościa z odległej krainy, którego trzeba wesprzeć drobnym słowem, mrugnięciem oka czy zwykłym uśmiechem. Czasem chce się wierzyć w ludzi!

Doprawdy, świetny wypad!

21 lipca

Spałem w nowym pokoju! Wieczór jednak było ciężko, bo znajduje się on obok kuchni, a wieczór tam ktoś, około 23-ej, jeszcze gadał i gotował. Ale w nocy już było cicho, rano również nikt nie hałasował. Porozmawiałem z właścicielami o tym wieczornym hałasie, obiecali, że będą na to zwracać uwagę. Ja też napisałem kartkę, po angielsku i hiszpańsku, aby nie rozmawiano przy moich drzwiach po 22.00. Opatrzyłem to rysunkiem Jacka Skellingtona i śmiesznej lamy, po czym przykleiłem na drzwi.

Otrzymałem śniadanko, które było dość bogate – były świeżutkie bułeczki, masło, marmolada, oraz pokrojone awokado, ale jego wnętrze było jakoś specyficznie ugotowane, bo można było go użyć zamiast masła, rozsmarowując po pieczywie. Do tego kawa lub herbata, ewentualnie liście koki, które można sobie było zalać wrzątkiem. No nieźle!

Poszedłem na miasto, połazić sobie po jego centralnej części. Wczoraj, wracając z wycieczki, widziałem lokal, który oferował usługę prania. Dzisiaj, idąc do centrum oddałem tam dwa podkoszulki. Poszedłem dalej, docierając do położonego kilka minut drogi pieszo centrum miasta. Centrum jest piękne! Zwłaszcza jego serce, czyli Plaza de Armas. Jest to dość spory plac, a w jego sercu stoi pomnik Pachacutiego, uważanego za największego wodza Inków (porównuje się go do Aleksandra Wielkiego, bo to on rozpoczął bardzo udaną ekspansję na ogromne obszary). Plac otaczają bardzo duże, stare budynki sakralne, w tym katedra. Budynki te są ładne, ale ze względu na to, że wykonane są one z kamienia, wyglądają na dość przytłaczające. Wtapiają się jednak ładnie w resztę budynków zbudowanych w stylu kolonialnym. Plac tętni życiem, zbierają się tutaj grupy na wycieczki po okolicy, jest sporo knajpek i dużo sklepików z niedrogimi pamiątkami. Nad wszystkim dominują góry porośnięte tysiącami domków, w większość skromnych, nieotynkowanych, mających kolor lekko czerwonych pustaków. Góry podtrzymują, przynajmniej w obecnych dniach, błękitne, bezchmurne niebo. Sam plac kiedyś był dużo większy, ale Hiszpanie podzielili go na dwa lub trzy inne place, budując swoje domy i budynki administracyjne. Podziwianie placu głównego psują troszkę natrętni sprzedawcy wszystkiego, zwłaszcza obrazów, obrazków, malowideł. Każdy taki sprzedawca twierdzi, że sprzedaje swoje autorskie dzieła, ale dziwnym trafem wszyscy prezentują takie same rzeczy. Zapewne wszyscy oni pędzel po raz ostatni mieli w ręce w szkole podstawowej, no ale wiadomo, że powiedzą wszystko aby tylko zarobić kilka soli. Jeden z takich sprzedawców zażyczył sobie 1 sola za… samo oglądanie ‘jego’ obrazków. Oczywiście wyśmiałem go i zignorowałem to niedorzeczne żądanie. Próbował coś tam jeszcze mówić, ale zrezygnował widząc, że nie należę raczej do ludzi, którzy zapłacą dla świętego spokoju. Inny, widząc, że malunki mnie nie interesują, zaczął mi szeptem oferować narkotyki. Po placu chodzi również sporo kobiet, próbujących sprzedać ludziom wisiorki. Dzieci sprzedają słodycze. Są pucybuci niemalże rzucający się pod nogi. Niektórzy sprzedają tylko papierosy. Inni swetry. Zaoferowano mi nawet usługi prostytutek. Co chwila ktoś podchodzi i coś oferuje – jest to po pewnym czasie dosyć męczące!

Na bocznych uliczkach występuje podobne zjawisko, ale już na o wiele mniejszą skalę. Na jednej z takich uliczek kupiłem sobie ichniejszą gazetę – Liberal. Zanim dokonałem zakupu, zerknąłem sobie na ostatnie strony z działem sportowym. Jest! Piszą o Polaku! O kim? Ano o Lewandowskim, który w weekend przeszedł z Bayernu Monachium do FC Barcelony. Przekręcają jego ksywkę, Lewy, na żeńskobrzmiącą, Lewa. Usiadłem sobie przy stoliku na ulicy, należącym do jednej z kawiarenek, zamówiłem sobie kawę i zacząłem trochę czytać tę gazetę. Co nieco rozumiałem! Oczywiście co jakiś czas ktoś do mnie podchodził i próbował wcisnąć to i owo, ale zdecydowałem się wspomóc tylko starego (ale uśmiechniętego i grzecznego) sprzedawcę papierosów, który widząc, że odpaliłem sobie cygaro, zaoferował mi załatwienie podobnych. Zaraz tylko, jak wyraziłem zgodę, poleciał gdzieś i po kilku minutach przyniósł mi dość fajnego cygara. 28 soli za dwa. I tak pewnie przepłaciłem, ale to naprawdę niedrogo w porównaniu z cenami za cygara w Europie. Tak sobie pijąc kawę i cygaro napisałem jeszcze kilka pocztówek do rodziny i znajomych. Wiem, dziwny zwyczaj w dzisiejszych czasach, ale zawsze wysyłam! SMS czy wiadomość na jakiejś apce przepadnie, a taka pocztówka zostanie u kogoś może i nawet kilkadziesiąt lat. Ma to swój urok! Kupiłem później kilka drobnych rzeczy nadających się na prezenty, a nie będących rozmiarowo czy wagowo obciążeniem dla moich plecaków. Chodząc tak po sklepikach zobaczyłem napis Tatoo i… postanowiłem wejść! Przeszedłem przez sklep z ubraniami, na jego końcu wąskimi schodkami trzeba było iść do góry. Tam już były dwa pomieszczenia. Jedno przypominało salon fryzjerski, było dość sterylne, stały w nim fotele i łóżka z regulowanymi oparciami. Drugie pomieszczenie, bardziej przytulne, obwieszone było rysunkami i szkicami tatuaży. Przywitał mnie niejaki Andy, chłopak dopiero co po dwudziestce, w białej koszulce i czapeczce ze prostym, sztywnym daszkiem. Powiedziałem mu, jak mniej więcej widziałbym mój tatuaż. Pachamama (Matka Ziemia) w środku (taki zawijas przypominający małpi ogon) i osiem niedużych trójkątów wokół symbolizujących promienie słońca. Poszukaliśmy w necie, wysłałem mu obrazek na tablet, włączył jakiś program, jeżdżąc rysikiem po ekranie połączył dwa obrazki (jeden Pachamamy, drugi trójkątów), przygotował ekierki, kazał poczekać 10 minut. Gotowe? No to chodźmy do drugiej sali. Posadzono mnie na łóżku. Jakąś muzyczkę? Metallikę? Okay! Zgolił mi włosy na łydce, przyłożył papierek z namalowanym wzorem, odbił się on na skórze. Zerknąłem w lustrze. Hmm, za wąski ten rysunek. Chciałbym by był idealnie symetryczny, proporcjonalny. No dobra, namaluje jeszcze raz. Widziałem, że nie był zbyt zadowolony. Hmm, jeśli ma mi zrobić coś na całe życie, powinien zrozumieć, że mam prawo trochę pogrymasić. Zastanawiałem się czy nie wyjść, widząc jego niezadowoloną minę. Tatuażystę wyobrażam sobie trochę jak doktora, który cierpliwie wszystko wyjaśni, zabieg przeprowadzi dokładnie i będzie uważnie, ze zrozumieniem, słuchał pacjenta. Ot, trochę jak moją dentystkę! (Pozdrawiam!) Po kilkunastu minutach zjawił się znowu. Z niecierpliwością zmył odbity na mojej skórze wzorek i przykleił papierek ponownie. Nie musiałem nawet podchodzić do lustra – od razu spostrzegłem, że trójkąciki były w różnej odległości od Pachamamy. Mówię mu, że jeden trójkącik jest 5 minimetrów od wzorka, a drugi już centymetr. Nie ma proporcji, jest krzywo. Wkurzył się. Nie wiem czy na fakt, że poświęcił mi ‘całe’ 25 minut, czy na fakt, że spieprzył rysunek. Może wjechałem mu na ambicję? Stwierdził, że nie ma już cierpliwości (lol!) i ma tutaj taką chicę (dziewczynę), która może poprawi wzorek. Podeszła do mnie jakaś nastolatka z pisaczkiem w dłoni. Mówię jej, w czym problem. Zaczęła zbliżać pisaczek do wzorka na mojej nodze…. Ale hej, może jakąś linijkę weźmiemy? Wzięła. Ale jak zobaczyłem, w jaki sposób odmierza odległość trójkącików od głównego motywu (Pachamamy), tak dosłownie złapałem się za głowę! Zaczynała od trójkątów. Mówię jej, żeby zaczęła od środka, od Pachamamy, i zrobiła kropki dookoła w równej odległości od niego. Te kropki pomogą ustalić miejsce na podstawy trójkątów. A tak! Racja! Po ustaleniu podstaw trójkątów, trzeba było zmyć odbite już (przez Andiego) trójkąty. Tak zaczęła je zmywać wacikiem, że zamazała… Pachamamę! Wszystko zaczęło przypominać jedną plamę! Nie, nie, ja podziękuję. Wstałem, pożegnałem się i wyszedłem. Chyba się na jakiś czas wyleczyłem z myślenia o tatuażu…

Łażąc tak jeszcze chwilę po Cusco, natknąłem się na urząd pocztowy. Kupiłem znaczki, pani nie podała mi wilgotnej watki, więc starym zwyczajem musiałem znaczki ślinić własnym, osobistym ozorem, po czym szybko je naklejać. Kartki wrzuciłem do złotych głów lwów przyczepionych do ściany. Tzn. do ich otwartych paszcz, będących otworami na listy (i na pocztówki!). La boca de leon! Dobre! Wrzuciłem, nic mnie nie ugryzło, palce na szczęście mam całe! :)

Tak poplątałem się cały dzień po centrum, po czym udałem się, odbierając po drodze świeżutkie, wyprane podkoszulki, do mojego hosteliku. Siedzę teraz na łóżku i tak sobie piszę. Dzisiaj wieczór jest na szczęście cicho! Uff!

PS: Dzisiaj zrobiono mi pierwsze (bo chcę więcej!) zdjęcie z lamą! Ot, stały dwie kobiety właśnie z tym zwierzęciem, w ludowych strojach. Za dobrowolną opłatą, jedna z nich robiła fotki chętnym stojącym przy lamie oraz drugiej z pań. Skusiłem się! Ot, mam fotkę, jak stoję obok Peruwianki o tradycyjnych, indiańskich rysach, a na rękach trzymam sobie lamę. Super! Choć zastanawiam się nad tym, czy aby dla takich lam jest to jakaś przyjemność – wyglądają słodko i głupawo, ale w środku mogą cierpieć stojąc tak całymi dniami w słońcu… Hmm, zaczynam mieć wyrzuty sumienia…

22 lipca, Cusco

Dość lenistwa! Wczoraj był taki luźny dzień, ale nie lubię zbyt długo nic nie robić. Dzisiaj po śniadaniu pod hostelik podjechała taksówka. Miała zabrać mnie jakieś siedem kilometrów poza miasto, na quatrimoto, czyli na jazdę quadem. Ów pojazdem miałem pojechać do fajnie wyglądającego na plakacie miejsca zwanego szumnie La Morada de los Dioses (Mieszkanie Bogów). Taksówka w dwie strony, quad, wejście do atrakcji – wszystko łącznie jakieś 80 soles. W taksówce wdałem się w rozmowę z taksówkarzem (cały ja!), zaproponował mi coś, co jest a must-do dla każdego namiętnego jaracza trawy czy fana substancji odurzających (czyli niezupełnie mnie, heh). Ayahuesca! Tego koniecznie chciał spróbować Trent, który – jak wiadomo – do Peru ostatecznie nie dotarł. Cała sprawa opiera się na wypiciu specjalnej mikstury z jakiejś wyjątkowej rośliny, która ma działanie silnie halucynogenne. Ten temat poruszyłem z dziewczyną z busa, o której wspominałem przedwczoraj. Powiedziała mi, że ta roślina do człowieka przemawia. Nie można jej spożywać samemu – trzeba to zrobić z szamanem, który przez cały okres ‘fazy’ będzie prowadził i chronił swojego podopiecznego. Ta dziewczyna nigdy tego nie próbowała, ale kiedyś by chciała to zrobić. Zapytałem taksówkarza, pana po pięćdziesiątce, czy próbował. Zaśmiał się i gorąco zaprzeczył. On nie lubi takich odlotów. Więc to też nie jest tak, że każdy, albo prawie każdy, Peruwiańczyk, miał z tym do czynienia. Taksówkarz powiedział mi, że to niedaleko Cusco, w specjalnym miejscu, w dżungli. Dodał, że to odludne miejsce, ale o to chodzi, by było w nim spokojnie. Zainteresował mnie trochę, zapytałem, ile takie doświadczenie mogłoby kosztować. Szybko wybrał numer w swoim telefonie, podał mi go, a po drugiej stronie czekała już na mnie pani organizująca takie imprezy. Wydawała się bardzo miła, mówiła świetnym angielskim. Poinformowała mnie, że przy trzy dni nie mógłbym jeść miejsca ani pić alkoholu. Jak trzeba, to trzeba, da się przecież (jakoś) zrobić. Cena? 250 dolarów. Co? Ponad 1200 zł za jednego drinka tego czegoś? Nie, nie, podziękuję. Tak, tak, przemyślę. Do widzenia. Myślę, że może i fajnie byłoby udać się w głąb siebie z szamanem, posłuchać, co mówi do mnie roślina, no ale nie za taką kasę. W Polsce jeszcze zarabiamy za mało, przynajmniej ja, by pozwolić sobie na takie ekstrawagancje. Podróż w głąb siebie po rumie musi mi wystarczyć. Bu! :( Jeszcze jedna uwaga dotycząca ayahuesca – wywar ten tworzy się z dwóch roślin. Jest to dosyć fascynujące, że żyjące dość prymitywnie dawne plemiona potrafiły spośród 80 tysięcy gatunków roślin dostępnych w lasach deszczowych znaleźć akurat te dwie rośliny, w dodatku plemiona te dobrze wiedziały, jak uzyskać z nich napar służący do podróży duchowych. Niektórzy sądzą, że – a jakże! – mieszały w tym palce jakieś obce cywilizacje, które pokazały szamanom, jak uzyskać taki napój. Czy tak mogło być? Wykluczyć w 100% się chyba nie da! Dojechaliśmy na miejsce, poza granice miasta. Jakieś odludzie, przysiółek składający się z kilku niechlujnie murowanych chat wielkości garażu. Było tam też coś w rodzaju poletka treningowego. Powitał mnie jakiś mężczyzna, kazał podpisać papiery, że sam odpowiadam za swoje zdrowie, że jeśli uszkodzę quada, pokrywam koszty naprawy, itd. Po dopełnieniu tych formalności otrzymałem kask, założyłem go sobie na łeb i poszliśmy na wspomniane wyżej poletko. Szybko wytłumaczono mi, co i jak. Quad marki Honda, półautomat. Nie dość, że nigdy nie jeździłem quadem, to jeszcze gość powiedział mi wszystko o jego obsłudze w zaledwie półtorej minuty, w dodatku po hiszpańsku. No ale spoko, jakiś strasznie głupi chyba nie jestem (co najwyżej trochę), mniej więcej ogarnąłem. Zrobiłem kilka kółek na placyku, a gdy poczułem, że już nic więcej się nie nauczę (no bo czego tu się tak bardzo uczyć?), dałem znać, że jestem listo (gotowy). No to ruszyliśmy. Pan przodem, przede mną, na swojej machnie, ja za nim. Palcami pokazywał mi, jakie biegi wrzucać, kiedy zwolnić, kiedy przyspieszyć. Trochę jak ojciec uczący malucha jeździć na rowerze! Jechaliśmy drogami bez asfaltu, polami, między drzewami i krzakami, mijając jakieś rozpadające się chatki, wokół których luzem biegały zaniepokojone kury. Takie prawdziwe Peru! Po 30 minutach dotarliśmy do celu. La Morada de los Dioses. Hmm, jakby wyjaśnić, co to też jest…? To dość duża skała, właściwie skalne wzgórze, w której wykuwane są rzeźby nawiązujące do tradycji inkaskich. Plakat sugerował, że to są naprawdę stare skalne rzeźby. A to współczesne. I to bardzo współczesne. Nawet niedokończone, nadal wykuwane. Co ciekawe (i trochę zabawne), jeszcze gdzieś wyraźnie słuchać stukanie młotków w dłuto i trzask pękającej, kruszonej skały. W dodatku rzeźby te wyglądały trochę… plastikowo. Albo co najmniej gipsowo. Hmm, może za tysiąc lat ostaną się jeszcze, nabiorą trochę surowości i naprawdę będą atrakcją turystyczną, a wtedy będę mógł z dumą powiedzieć, że też tam byłem. Tzn. mógłbym tak powiedzieć, gdyby mi się wcześniej nie umarło, ale mam niestety świadomość, że w życiu śmierć wraz z podatkami to rzeczy, których człowiek raczej _ choć szkoda! - nie uniknie. No nieważne, 15 soli za wstęp, co mi tam, wchodzę. Idąc do góry, wykutymi schodkami w skale, przechodziło się obok tronu z figurami Wirakochy i jakiejś syreny z nagimi piersiami po bokach. Zestawienie mitologicznych postaci jakieś dziwne, co chyba każdy laik zauważy już na pierwszy rzut oka. Półnagich, rzeźbionych kobiet tu zresztą jest całkiem sporo, zwłaszcza będących elementem drewnianych kolumn. Minąłem również dużą głowę pumy wystającą ze skały. Do jej ogromniastej, otwartej paszczy można było sobie wejść i zrobić w jej wnętrzu zdjęcie (tzn. przekazać komuś telefon w tym celu), z czego oczywiście skorzystałem. Wreszcie dochodziło się do punktu widokowego, gdzie trzeba było stanąć obok… penisa wielkości człowieka. Hmm, rozumiem jakieś symbole płodności, ale w XXI rzeźbić takie penisy… Niemniej jednak sprawił on sporo frajdy trzem dziewczynom, które chętnie, z uśmiechem i, eghem, podnieceniem (tzn. z ekscytacją) robiły sobie z nim zdjęcie. Zresztą łatwo mogę sobie wyobrazić bandę podekscytowanych facetów robiących sobie fotkę z rzeźbą waginy (nie, wcale nie widzę oczyma wyobraźni rzeszowskiego pomnika Czynu Rewolucyjnego). Widok – trzymając się terminologii seksualnych - tyłka nie urywał; ot, jakieś biedne domki w dole, trochę wysuszonych na wiór średniej wielkości wzgórz dookoła. Chyba, że ja już przywykłem trochę do okolicznego krajobrazu. Nad wszystkim tym górować miał drewniany hotel budowany na tej samej skale. Będzie to hotel z ogromnymi szybami, mającymi nadać wnętrzu wrażenia większej przestrzeni. Kiedyś to może będzie fajne miejsce, a nocleg pewnie drogi, ale dzisiaj to trochę przereklamowany, typowo komercyjny projekt ryty w skale. Może kiedyś będą tu urządzane jakieś orgietki dla dzianych lokalnych biznesmenów, kto wie? Miejsce jest bowiem przesiąknięte erotycznymi motywami, zupełnie jakby ktoś niezdrowo zafiksował się na punkcie seksu i powiązanych w kopulacją części ciała. Łącząc na siłę te elementy z mitologią tworzy się jakaś dziwnie nieokreślona kiczowatość. No i Panie, gdzie syreny z gołymi piersiami w mitologii Inków?! Pobyt w tym dziwnym miejscu zajął mi może 30 minut, po czym byłem już na dole, gdzie czekał na mnie pan od quada. 65 soli za taxi i quada + 15 za wstęp. Czy żałuję? Nie! Przede wszystkim pierwszy raz jechałem takim quadem i nawet – muszę z dumą przyznać - całkiem nieźle go ogarnąłem. Nikogo nie potrąciłem, nawet kury!, nie miałem wypadku, przeżyłem! W dodatku coś tam do tego jeszcze zobaczyłem, nawet jeśli tylko po to, by stwierdzić, że jest to po prostu kicz. A i pojeździć po polach, miedzach i wioskach też jest bardzo ciekawie. Można popatrzeć, jak żyją sobie zwykli Peruwiańczycy. A żyją biednie i skromnie. Nie dbają tak o swoje obejścia, jak my zaczęliśmy dbać pod koniec lat 90-tych (choć oczywiście zdarzają się wyjątki). Tutaj kurki, na przykład, nadal latają wokół domów, robiąc kupki gdzie popadnie. Niepotrzebnych rzeczy nie trzyma się w piwnicach, tylko o opiera o ściany (bo piwnic nie ma). Zniszczone rzeczy też walają się wokół domów. Nikt tego nie wyrzuca, nikt tego nie wywozi. Domy zazwyczaj nie są tynkowane. Starsze, mniejsze domki, są robione z małych cegieł, których często nie pokrywa się żadną warstwą. Nowsze, większe domy, robi się już z pustaków, ale ich też się nie otynkowuje ani nie zamalowuje. Jak ktoś, zazwyczaj przy drodze, ma otynkowaną ścianę, od razu jest ona wykorzystywana jako miejsce na baner wyborczy kandydata do lokalnej gminy. Z tym, że nic się na niej wiesza, żadnego plakatu czy baneru, ale po prostu kolorową farbą wypisywane jest nazwisko kandydata, czasem dodawane hasło wyborcze, czasem malowana jest jego twarz (mniej lub bardziej udana). Przy następnych wyborach ścianę znowu oferuje się do wynajęcia. Gdy wybory się kończą, nikt się nie przejmuje zamalowywaniem haseł wyborczych i nazwisk kandydatów. Niektóre reklamy wyborcze ewidentnie mają już po kilka lat, co można stwierdzić po tym, że są dość wyblakłe. Poczucie estetyki jest tu troszkę inne, a i względy ekonomiczne też odgrywają w Peru istotną rolę. Farba przecież kosztuje, prawda? Zastanawiam się jeszcze nad tymi pustakami, których się nie otynkowuje. Może to kwestia praktyczna? Może ludzie chcą, by domy oddychały, zwłaszcza w trakcie upałów? Na wsiach nie ma asfaltu lub przynajmniej jakichś betonowych płyt. Są ubite, szutrowe drogi albo po prostu gliniane drogi z ujeżdżonym podłożem. O chodnikach nie wspominając. No, jest biednie, nie ma co ukrywać. Mam nadzieję, że nie brzmię jak jakiś głupi bogaty gringo przybywający z bogatego kraju, który chełpi się tym, że u niego jest ładniej i lepiej i w ogóle. Będąc w innym miejscu, innym kraju, uważam, że czynienie porównań jest czymś naturalnym. Wyłapywanie różnic, ale i podobieństw, pozwala nam się uczyć i poznawać. Pozwala – poprzez różnice lub analogie – zapamiętywać. Można to potępiać, można się tego wypierać, ale tak już działa ludzka natura, ludzki mózg, i nikt z tym nic nie zrobi. Należy tylko się starać by rzeczy porównywanych, krajów, ludzi, nie osądzać zbyt łatwo, nie wyśmiewać, nie budować w ten sposób własnego poczucia wyższości. W taką pułapkę często wpadał Wojciech Cejrowski, popularny w naszym kraju podróżnik. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że odmalowując werbalnie realia czy to Peru, czy innych krajów, nie popełniam tego samego błędu, co on… Wróciłem do hotelu bardzo zadowolony z mojego pierwszego quado-doświadczenia i od razu zapytałem, czy nie da się załatwić jakiejś kolejnej, ale tym razem nieco dłuższej przejażdżki, takiej z ciekawymi widoczkami? Oczywiście, że się da! W Peru gościowi wszystko się załatwi! Mam wrażenie, że ludzie działający w szeroko pojętej branży turystycznej w Cusco, znają się ze sobą bardzo dobrze. Ot, przykład pana taksówkarza, który miał w telefonie numer pani oferującej halucynogenne doświadczenia z szamanem. Czy kierowców buso-vanów, którzy wydają się być jedną, wielką rodziną (czekając na turystów rozmawiają ze sobą, jakby się znali całe życie, co pewnie nie jest wykluczone). Trochę jak na Kubie, gdzie opuszczając jedno miasto, właściciel wynajmowanego pokoju/mieszkania dzwoni do kogoś oferującego miejscówkę do wynajęcia w innym mieście, co by podróżnik nie musiał szukać już tam, na miejscu, na własną rękę, zakwaterowania. W przypadku mojego życzenia było bardzo podobnie. Powiedziano mi, że można załatwić quada, przewodnika, i przejechać się nad jezioro, które znajduje się całkiem niedaleko. No dobrze, ile? 90 soli. Okay! Jutro z rana? Wieczór dacie znać? Okay, claro! Czasu było jeszcze sporo, bo moja quado-wycieczka do Mieszkania Bogów (ech..) nie była jakaś czasochłonna i tak długa, jak się spodziewałem. Udałem się więc na miasto, co by pochodzić sobie po obszarach innych, niż centrum, które zwiedziłem sobie wczoraj. Poszedłem więc sobie do San Blas, dzielnicy, którą polecała mi wspomniana wczoraj dziewczyna w autobusie. Dotarłem tam około 14-ej.

San Blas, Cusco

Zaiste, świetna dzielnica! Znajduje się w północnej części miasta i z mojego hosteliku wystarczyło przedreptać około 25 minut by się tam znaleźć. Niewiele! Jest to specyficzne miejsce z wąskimi, spokojnymi uliczkami wyłożonymi kocimi łbami, a stare, kolonialne domy są tu bardzo zadbane. Ruch kołowy właściwie nie istnieje. Jest tu sporo malutkich, urokliwych restauracji (sporo wegańskich!), sprzedawców własnych wyrobów (wisiorki, kolczyki, ubrania), artystów. Jest dużo niewielkich hosteli, a po uliczkach szwęda się troszkę przybyszy z innych krajów. Panuje tu harmonia, cisza i spokój – jest to przeciwieństwo ruchliwego centrum Cusco. Rzekłbym, że jest panuje tu luzacki, hippisowski klimat. W San Blas odwiedziłem trzy miejsca. Pierwszym był lokalny ryneczek spożywczy znajdujący się w hali targowej. Można tu było zjeść z lokalsami, kupić różne artykuły spożywcze, albo zakupić świeży sok na specjalnych, specjalizujących się w tego typu napojach, stoiskach. Za 5 soli kupiłem sobie 100 gram migdałów oraz również za 5 soli wypiłem litrowy, gęsty sok z papayi. Pani kroiła ją i wyciskała na moich oczach. Pycha! Potem przycupnąłem sobie przy stolikach baru Anka (fajnie polska nazwa!), rozstawionych na zakręcie wąskiej uliczki. Happy hour! Dwa drinki za 25 soli! Zmęczony po całym dniu zamówiłem dwa mojita i odpaliłem sobie cygarko. Pogadałem troszkę z naganiaczem (taki ktoś, kto stoi na ulicy zaprasza ludzi na drinka do lokalu), pogadaliśmy przy moich migaałach. Do południa pracuje w pubie obok, po południu właśnie w tym. Czasem też zagadała fajna kelnerka – jak się okazało, pochodzi z Argentyny, ale mieszka i pracuje tutaj. W Argentynie mają kryzys, jak w Wenezueli, Peru natomiast, na dzień dzisiejszy, jest stabilnym i dość spokojnym krajem, gdzie można znaleźć pracę i normalnie zarobić. W Argentynie inflacja w tym miesiącu sięga… 70%! Pieniądz traci na wartości, nie opłaca się pracować, bo i tak można kupić tam coraz mniej za miesięczną wypłatę. W Argentynie takie kryzysy zdarzają się systematycznie, co dziesięć lat, nie ma co żyć w takim bajzlu (to jej słowa). Dziewczyna miała jakieś 25 lat, ale widać było, że jest bardzo kumata i dobrze kombinuje. Jako, że w jej kraju również mówią po hiszpańsku, nie jest to wielkim problemem znaleźć pracę w Peru czy w jakimkolwiek innym, hiszpańskojęzycznym kraju, których w okolicy przecież pełno. Nawet do Meksyku, choć leży daleko, w 9 godzin samolotem sobie można spokojnie dolecieć. Na pożegnanie dostałem od nich gratis trzeciego drinka o dźwięcznej nazwie, a jakże?, MachuPicchu! Ciekawe, czy tak dają wszystkim gościom, chcąc by zostali dłużej/wrócili nazajutrz, czy może mnie po prostu polubili? Drineczek prezentował się pięknie! Na samym dole był soczyście czerwony, na środku żółty, na samej górze jasnozielony. Kojarzył się z tęczą albo… flagą Konga. Przy tych trzech drineczkach posiedziałem, najzwyczajniej w świecie się leniąc, prawie trzy godziny! Hmm, sam nie wiem czemu, po każdym takim odpoczynku, mam wyrzuty sumienia…. Grrr. Urlop to przecież nie jest zapierdzielanie od atrakcji do atrakcji, dychnąć też trzeba! Muszę się chyba jeszcze tego nauczyć! Przynajmniej jestem sobie gdzieś daleko od Polski i nie dorabiam na fuchach w czasie wolnym. Nie jest ze mną więc jeszcze tak źle, jak z niektórymi rodakami! Miałem sobie grzecznie wrócić do hostelu, ale nadal będąc w dzielnicy San Blas, usłyszałem dochodzące z jednego z lokali rockowe dźwięki. No i czasem to tak już bywa, że ciągnie wilka do lasu! Prowadzony przez uszy dotarłem do lokalu Rock House. Muzyka dobiegała z drugiego piętra. No to hop, na górę. Wnętrze rozświetlały półmrokiem słabe światła zza baru i kilka ekranów telewizyjnych, na których leciały wyciszone wideoklipy. Na malutkiej scenie w rogu rozkładał się jakiś Indianin z długimi, kruczoczarnymi włosami. Aha, będzie koncert na żywo! Fajnie! Przejrzałem menu – wow! Mieli ogromny wybór alkoholi. Między innymi nikaraguański rum Flor de Cańa, który uwielbiam. Indianin zaczął grać. Ludzi w lokalu było może około dziesięciu, z czego nikt chyba nie rozumiał tej muzyki. Muzyk sobie siedzi, tłucze energicznie w gitarę, nogami robi perkusję, a gdy nie śpiewa, usta przykłada do stojącej przed nim harmonijki ustnej. Robi za całą orkiestrę, a gra przecież solo! Wykonuje między innymi kawałki Gunsów i Dylana! W pewnym momencie znowu zaczął grać coś znajomego, aczkolwiek nie mogłem rozpoznać co to, więc zapytałem, troszkę wcięty, kelnerkę, czy to Manu Che. Ona albo nie zrozumiała, albo nie dosłyszała, więc dała mi kartkę i długopis. Zapisuję Manu Che, stawiam pytajnik, a ona… zanosi tę kartkę muzykowi! Za chwilę, gdy skończył grać, podniósł kartkę i zapytał, kto chce Manu Che… Haha, nie wiedziałem, że można sobie było coś zażyczyć! Fantastyczne nieporozumienie! Podniosłem rękę. Zapytał kto ja i skąd jestem. Artur de Polonia. Dla Artura, przyjaciela z Polski, Clandestino autorstwa Manu Che! Ha! Bardzo lubię Manu Che, czasami sobie w domu słucham. Trochę podśpiewałem, bo trochę znam tekst do tej piosenki. Kupiłem mu drinka, podziękował serdecznie. Gdy potem grał, poszedłem pod scenę i trochę poskakałem. Jakoś nie mogłem patrzeć, jak gość grał tak świetnie i tak żywiołowo, a ludzie siedzieli sztywno na krzesłach i kanapach jakby słuchali koncertu jakiegoś Ingolfa Wundera grającego Chopina (nie ujmując nic genialnemu Wunderowi, oczywiście). Po jego absolutnie fenomenalnym koncercie troszkę sobie pogadaliśmy i kupiłem jego płytkę. Świetny muzyk, multiinstrumentalista, super wokalista. Geniusz! No i fajny człowiek, żadna tam wielka, nadęta gwiazda. Miał ksywę Mongly. Cieszę się, że mogłem go posłuchać i troszkę z nim pogadać. Po nim na scenie zainstalowała się już jakaś większa kapela, w której występowało czterech gości. Mocna muza, gitary elektryczne. W porównaniu do Mongliego, grali jednak trochę sztywno, bez tego drapieżnego pazura, bez zadziorności, która tak jest przecież potrzebna w rockowej muzyce. Większej kariery to ja raczej im nie wróżę… Przy wolniejszych kawałkach pozwalałem sobie zapraszać damy do tańca, heh. Oczywiście za przyzwoleniem ich partnerów. Fajnie było, działo się!

23 lipca, okolice Cusco. Jezioro Huaypo

Poranek był ciężki, nawet bardzo, bym rzekł. Nie zjadłem zbyt wiele śniadania, bo nie czułem się jakoś na siłach, wlałem w siebie za to sporo kawy. Zresztą nie miałem zbyt wiele czasu, bo zaraz musiałem udać się na Plaza Regocijo (zwany też Plaza Kusipata) na spotkanie z panią, która miała mnie zawieźć na quady. Plac położony jest może ze 100 metrów od głównego placu, Plaza de Armas. Jest dużo mniejszy, ale na środku ma ładną fontannę, przy której sobie z radością usiadłem. Zimna woda troszkę mnie opryskiwała, a właściwie lekko zraszała, co wspaniale chłodziło moją dochodzącą do siebie, po wczorajszych ‘baletach’, bolącą głowę. Pani oczywiście się spóźniła, ale w końcu zadzwonił mój telefon i jakoś się znaleźliśmy. Dołączyło do nas jeszcze kilku innych ludzi – trójka chłopaków, stanowiąca jedną grupę, i jedna, około trzydziestoletnia dziewczyna. Wsiedliśmy do Jeepa, ja z przodu. Byłem zbyt zmęczony by zagajać z kimkolwiek rozmowę, po prostu od razu… zasnąłem! Okazało się, że podjechaliśmy pod Maras Sal, czyli baseniki z solą, które widziałem trzy dni temu. Moi towarzysze mieli to w cenie, ja postanowiłem zostać przed szlabanem, przy budce strażnika, i poczekać na nich, jak wrócą. Strażnik sobie chodził w tę i z powrotem, czasem sprzedając, czasem sprawdzając, bilety nadjeżdżającym samochodami lub małymi autobusami ludziom. Próbował coś zagadać o pogodzie, ale odpowiadałem króciutko, jeszcze trochę cierpiąc na syndrom dnia wczorajszego. Usiadłem na ławeczce w cieniu, obok mnie położył się mały piesek, i tak sobie siedzieliśmy patrząc na górujące za polami żółtej, wyschniętej trawy, ośnieżone Andy. Tzn. ja patrzyłem, bo piesek szybko zasnął. Mnie też zdarzyło się przymknąć oczy. Po godzince nadjechała moja ekipa, pomachałem na pożegnanie strażnikowi (i pieskowi), po czym ruszyliśmy dalej, tym razem już tam, gdzie chciałem, czyli na quady! Dotarliśmy na znajdujący się obok asfaltowej drogi, otoczony ceglanym murem trawiasty plac. W jednym z rogów stał niewielki dom, prawdopodobnie właściciela posesji. Do jednego z boków muru dobudowane były wiaty, z daszkami, pod którymi trzymano około dziesięć quadów. Odpowiednia ilość pojazdów już na nas czekała. Znowu musieliśmy podpisać papiery dot. wzięcia odpowiedzialności za własne zdrowie i ewentualne uszkodzenia. W kilka minut zostaliśmy przeszkoleni przez dwóch mężczyzn, po krótkiej instrukcji obsługi nakazano nam wsiąść nad quady i zrobić na placu kilka kółek. Easy peasy, jak to mówią w Anglii. Już przygotowywałem się do wyjazdu, kiedy powiedziano mi, że mam zaczekać na mojego przewodnika, bo jestem tu z innej firmy, niż ta trójka chłopaków i dziewczyna. „Przyjedzie za kilka minut, już jest w drodze”. Nawet się ucieszyłem, bo nie pojadę w grupce, tylko tak, jak wczoraj, z prywatnym pilotem. Zostałem z jednym z właścicieli, troszkę porozmawialiśmy (o pogodzie, o Polsce), i rzeczywiście, nie minęło 10 minut, a podjechała jakaś osobówka i wysiadł z niej facet koło trzydziestki. - Artur? Jedziemy! – przywitał się, podając mi rękę. Wsiedliśmy na quady, nałożyliśmy kaski i w drogę! W odróżnieniu od wczorajszej wyprawy, spora część trasy prowadziła asfaltową drogą główną! Z naprzeciwka nadjeżdżały samochody, byliśmy także mijani przez pędzące, długie i masywne ciężarówki. Trzeba było uważać! Nie wiem czy w Peru potrzebne jest prawo jazdy na taką jazdę, mnie w każdym razie nikt o prawko nie pytał! W Polsce w zależności od tego, jak został zarejestrowany quad, wymagana jest albo karta motorowerowa, albo właśnie prawo jazdy. Tutaj? Nie wiem! Mój pilot-przewodnik, w odróżnieniu od tego z wczoraj, nie pokazywał mi kiedy i jak mam zmieniać biegi, nie dawał znać czy zwolnić, czy przyspieszyć. Czyli drugi raz w życiu jechałem quadem, bez prawka, i jakoś dawałem radę! (duma!) Wyczułem pojazd, wiedziałem, że aby przyspieszyć, trzeba wrzucić wyższy bieg, w sumie trochę jak z rowerem górskim, nic trudnego. Po pewnym czasie skręciliśmy w szutrową drogę i jechaliśmy wśród pól. Mój pilot zatrzymał się przy osiołku i zapytał, czy nie chcę z nim fotki. No pewnie, że chcę! Co dwa osły to nie jeden :) Po chwili zaczęło się wyłaniać jezioro! Piękne, niebieskie, jak niebo nad nami. Mój towarzysz był na tyle uprzejmy, że jeszcze ze dwa razy zatrzymywaliśmy się, by mógł zrobić mi fotkę jak pozuję, siedząc dumnie - niczym Aleksander Wielki na Bucefale lub Napoleon na Marengo, jak Piłsudski na Kasztance albo niczym Wiedźmin na swojej wiernej Płotce - na (tymczasowo) mojej czerwonej Hondzie, na tle jeziora Huaypo i wierzchołków Andów urokliwie majaczących w oddali. W pewnym momencie wjechaliśmy na teren jakiejś niewielkiej wioski. Zatrzymaliśmy się. Hmm, mój przewodnik się zgubił, bo zaczął pytać jakąś kobiecinę o drogę. Zawracamy, nie tędy. Heh. Znowu mogłem zobaczyć biedne domki. Jeden, pomalowany na jasnoniebieski kolor był wyborczą tablicą reklamową (wspominałem już o tym we wczorajszej notce). Por un Cambio – Walter Apaza. Dla zmiany – Walter Apaza. I rysunek dużego ołówka (z gumką!), na czerwonym tle. Czyli odniesienie do zaznaczenia kratki przy jego nazwisku. Na terenie wioski droga stała się szara, mocno pyliło spod kół, musiałem więc zachować znaczną odległość od mojego pilota. No cóż, pora sucha, brak asfaltu, tak bywa. Po godzinie jazdy (!) dotarliśmy na działeczkę na skraju jeziora. Otoczona prowizorycznym ogrodzeniem z patyków miała stoliki i krzesełka i niewielki budynek, gdzie można było kupić sobie jakieś napoje. Przy stolikach, pijąc piwko, siedziała już sobie trójka chłopaków, która wyruszyła przede mną. Dziewczyna zabrała ich przewodnika na niewielkie molo, na końcu którego znajdowała się huśtawka otoczona kolorowym łukiem, wyglądającym jak indiański pióropusz. Zakupiłem sobie piwo i poszedłem sobie na to molo. Przewodnik zrobił jej kilka fotek na tle jeziora, jak siedziała uśmiechnięta na tej huśtawce. „Będzie super na Instagrama” – rzekła mi. Poprosiłem by mi zrobiła fotkę, albo dwie, aczkolwiek na żadne media społecznościowe tego wrzucał nie będę. Ja, na huśtawce, wśród tęczowych barw? Nie mój styl! Ale zdjęcie jest tak głupie, że kiedyś patrząc na nie z pewnością się uśmieję. Zrobiłem kilka fotek ciemnoniebieskiego, spokojnego jeziora. Przy brzegu na rosły ładne trzciny, jezioro otoczone jest przez niewielkie wzgórza, w oddali zaś widnieją potężne, ośnieżone szczyty Andów. Piękny widok! Udaliśmy się do stolików pod gołym niebem, przewodnicy poinformowali nas, że mamy 20 minut przerwy i spokojnie możemy sobie posiedzieć i odpocząć. Mnie zmęczenie po wczorajszym przedawkowaniu alkoholu już przeszło, dołączyłem do zaczynającej się spontanicznie rozmowy. Chłopaki były z Chile, wszyscy studiują prawo. Dziewczyna, Amerykanka, pracuje w biznesie turystycznym, zdalnie; jeździ po Amerykach i współpracuje z jakimiś agencjami/biurami turystycznymi w swoim kraju. Okazało się, że chłopaki to dopiero byli ledwo żywi! Też balowali, tylko, że praktycznie całą noc, na jakiejś dyskotece. Jeden z nich nie mógł zdjąć okularów przeciwsłonecznych, tak bardzo bolały go oczy gdy dostawały zbyt dużo słonecznego światła. Biedni! Zaczęli z entuzjazmem opowiadać o swoim kraju – jest on na mojej liście, by kiedyś sobie tam pojechać, a ich słowa tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że z pewnością będzie warto. „Mamy góry, ocean, mamy u siebie wszystko”, mówili. Tak sobie gawędziliśmy, no ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy, i po (na szczęście dosyć dłużej) chwili, już wszyscy razem, w karawanie siedmiu quadów, wracaliśmy sobie do bazy. Wpierw jechaliśmy wzdłuż jeziora, ale potem skręciliśmy w jakiś zamieszkały, wiejski obszar. Widzieliśmy bose dzieci, prowadzące krowy do domu, pieski beztrosko biegające po poboczach ubitych dróg. Dwukrotnie się gubiliśmy, raz jechaliśmy przez zaorane pole, przez miedze, quadami szarpało i było troszkę groźnie, ale nikt się nie przewrócił. Każdy zachowywał rozsądny odstęp, nikt nie wariował, w takiej grupie również przyjemnie się jechało. Potem asfaltówka – zaczynało się już ściemniać, widoczność zaczynała być kiepska, na szczęście nim zapadł kompletny zmrok byliśmy już na miejscu. Potem 30 minut samochodem do Cusco (ok. 45 kilometrów), solidna porcja chińszczyzny w Chaufie i tak oto kończy się ten ciekawy dzień…

24 lipca, Cusco

Na dzisiaj miałem zaplanowaną objazdówkę po Cusco. W zasadzie to nigdy w życiu w żadnym kraju i w żadnym mieście nie zorganizowałem sobie niczego takiego. Zawsze kojarzyło mi się to z atrakcją dla osób starszych, które z racji wieku nie mają sił przemierzać pieszo miasta. Albo z ludźmi leniwymi, którym się nie chce chodzić. Albo z takimi, co to boją się sami poczuć atmosferę miast. No ale miałem wolny dzień, do Machu Picchu jeszcze kilka dni zostało, trzeba ten czas jakoś sobie zagospodarować. Gospodarze w moim hosteliku powiedzieli mi abym szedł na Plac Główny (czyli Plaza de Armas), a tam ktoś o godzinie 10-ej będzie do mnie dzwonił. Tak jak wczoraj, znajdą mnie. Docieram przed 10.00. Czekam chwilkę, wybija umówiona godzina. No i nada. Nic. 10.05. Nic. 10.10. Nic. Zaczepiają mnie sprzedawcy obrazów, pucybuci, sprzedawcy wszystkiego i niczego. 10.15 Nadal nada. Nadal nic. Nie no, ja dobrze rozumiem, że w krajach latynoskich nic nigdy nie jest na czas, no ale bez przesady. Poza tym nikt nie dzwonił, że się spóźni, może po prostu ktoś czegoś nie dograł albo coś się stało i miejska objazdówka nie dojdzie do skutku? Pomyślałem sobie, że w sumie szkoda marnować całego dnia, a takie wycieczki są, o ile pamiętam, oferowane tu i tam przez panie chodzące z ogłoszeniami i ulotkami przy pomniku Pachacutiego, w samym sercu miasta. No i rzeczywiście, natknąłem się na takie dwie panie. Wycieczka w otwartym autobusie, po Cusco, 35 soli. Nie byłbym sobą gdybym nie próbował czegoś utargować – zgodziły się na 30 soli! Dostałem specjalną plakietkę na jasnopomarańczowej smyczce. „Proszę czekać pod pomnikiem, za 10 minut, o 10:30 ktoś tam przyjdzie i pójdziecie do autobusu”. No dobrze, tak, rozumiem, poczekam. Tam już czekało kilka osób. Pomachaliśmy sobie plakietkami, wymieniliśmy uśmiechy i zaczęliśmy oczekiwać umówionej godziny. Zadzwonił telefon. „Seńor Artur?” – żeński głos. Tak, tak. A kto to? Wycieczka? Ale pani jest spóźniona 20 minut, ja już kupić inna wycieczka. Nie, nie, ja mieć inna wycieczka. Do widzenia. Za chwilę znowu telefon – właściciele hoteliku. Pomyślałem, że będą źli, bo ominie ich pewnie jakaś niewielka prowizja, ale tłumaczę, że czekałem 20 minut, nikt nie dzwonił, znalazłem więc wycieczkę na własną rękę. I zamiast złości… zaczęli przepraszać. No przecież nie ich wina, bez przesady. Nikt do nikogo nie miał pretensji, wszystko się dobrze skończyło. O 10:30 przyszedł około 30-letni mężczyzna w czarnym garniturze, prezentujący się bardzo elegancko, z tymi paniami, które sprzedały mi bilet, spojrzeli na jakąś listę…. Czekamy. 4 osoby gdzieś się zawieruszyły. Ech, zawsze jakieś takie osoby się znajdą. Po kilku minutach zauważyliśmy rzucającą się w oczy jasnopomarańczową plakietkę na piersiach jakiegoś bardzo dużego i otyłego pana. Z nim mała żonka i dwójka małych dzieci. Wszyscy po lodzie w ręku i krok taki, jakby wycieczka miała się odbyć nie kilka minut temu, ale dopiero za jakieś 100 lat. Grrr! No ale przynajmniej można iść w stronę autobusu. Dosłownie niecałe 5 minut, bo ten z racji jakichś przepisów nie mógł wjechać na teren placu. Ten czas zleciał mi szybko, bo zostałem przyuważony przez wspomnianego pana w czarnej koszuli. Od razu zauważył mój kolor skóry i nietutejszy wygląd – oczywiście nie miało to podtekstu rasistowskiego, ale wywnioskował, że po prostu mogę nie znać hiszpańskiego. Od razu zapytał, czy mówię w tym języku. Odpowiedziałem, że tak sobie (‘asi asi’), chociaż i tak przesadziłem. I – tak, jak to było w przypadku touru po Świętej Dolinie – obiecał, że po przedstawieniu ludziom wszystkiego po hiszpańsku, przetłumaczy wszystko, specjalnie dla mnie, na angielski. Super! Usiadłem sobie od strony krawędzi, po prawej stronie, na samym tyle. Obok mnie usiadła jakaś bardzo starsza pani w kapeluszu i buteleczką wody. Oczywiście siedzieliśmy na górze, bez dachu, mogłem więc wszystko dobrze widzieć. Pan w garniturze siedział na dole i mówiąc do mikrofonu objaśniał nam mijane rzeczy. Całkowita miejsc na górze: 28. Wszystkie zostały zapełnione. Najpierw objechaliśmy miasto, zwiedzając najważniejsze place, katedry i ulice. Nie chcę opisywać, która katedra powstała w którym roku, może napomknę o jednym budynku sakralnym. To Coricancha, niegdyś najważniejsza świątynia w całym inkaskim imperium. To tu koronowano i chowano przywódców Inków, ale po przybyciu Hiszpanów świątynię oczywiście splądrowano i zniszczono to, co się dało. Zadanie destrukcji świątyni zbudowanej z ciężkich kamieni okazało się na tyle trudne, że w pewnym momencie zaniechano wyburzania wszystkiego i na tym, co się ostało, zbudowano klasztor z kościełem św. Dominika (Santo Domingo). Dzisiaj można zobaczyć tu połączenie dwóch stylów – inkaskiego i hiszpańskiego. Było to naprawdę serce ówczesnego imperium, najświętsze dla Inków miejsce. Wspomnę jeszcze o fakcie, że dawniej do edukacji dostęp miały dzieci kolonizatorów, Hiszpanów - mijaliśmy dawny budynek takiej szkoły. Dzieci Indian były pozbawiane możliwości nauki.

Sacsayhuamán

Czas na wyjazd poza miasto. Pojechaliśmy na północ, stromą drogą, po to, aby przyjrzeć się kompleksowi murów przepięknie górującemu nad miastem, Sacsayhuamán. Jak to bywa w przypadku starych, inkaskich murów, te również zostały postawione bez użycia jakiejkolwiek zaprawy. Żadnej gliny, cementu, nic! Gwoli ścisłości, to nie są jakieś tam murki – nie bez powodu użyłem słowa kompleks. Najdłuższe mury mają 400 metrów długości, szacuje się, że przy ich budowie brało udział około 20 tysięcy ludzi. Najcięższe z andezytowych (rodzaj skały wulkanicznej) kamieni ważą około ponad 200 ton, mają prawie 10 metrów wysokości! Nic dziwnego, że niektórzy Hiszpanie wierzyli, że mury te nie zostały stworzone przez człowieka! (Zresztą nawet dzisiaj zwolennicy paleoastronautyki w to wierzą!) Oczywiście te kamienie nie są to okrągłe głazy, nie są to też wyciosane, kwadratowe kawałki skał – otóż są to idealnie dopasowane do siebie kamienie mające różne, aczkolwiek idealnie symetryczne kształty. Np. kwadraty w przyciętymi równo rogami. Jedne kamienie nachodzą na drugie, są do siebie dopasowane (w rogach, czasem na środku) jak puzzle. Z góry doskonale widać trzy zygzakowate kształty, jakie stanowią niektóre z murów. Nikt nie wie, jak przyciągnięto tu tak gargantuiczne kamienie, jak je obrabiano, jak dopasowywano i w jaki sposób dźwigano je aby nakładać jedne, na drugie. Nikt nie wie też, jaką funkcję pełnił ten kompleks – najprawdopodobniej pełnił on rolę fortecy. Co roku, w dniu przesilenia zimowego (24 czerwca), odbywa się w tym miejscu festiwal Inti Raymi z aktorami ubranymi w tradycyjne stroje, którzy odtwarzają dawne, inkaskie rytuały. Festiwal ten przyciąga setki tysięcy Peruwiańczyków. Troszkę żałuję, że te mury widzieliśmy jedynie z drogi, chociaż i z odległości kilkudziesięciu metrów robiły one niesamowite wrażenie! Gdy już z tarasu autobusu pooglądaliśmy sobie te cuda inkaskiej architektury, ruszyliśmy dalej. Wciąż posuwaliśmy się w górę. Dzisiaj niedziela, więc ludzie odpoczywają. Mijaliśmy więc pola, na których mieściło się po sześć (6!) boisk trawiastych boisk do siatkówki, jedno mniejsze lub większe boisko do piłki nożnej oraz quady, którymi lokalni mieszkańcy mogli sobie pojeździć. Miejsca te pełne były ludzi, widzieliśmy bardzo dużo odpoczywających razem rodzin. Na polach uprawnych również gromadzili się mieszkańcy, ale by zrobić coś na kształt lokalnego grilla. Wyglądało to, jakby podpalali… kuleczki końskiej kupy. Zapytałem o to później naszego przewodnika, zrobiłem to nawet dość dosłownie – czy oni palą shit? Zaśmiał się. Nie, nie. To kamienie ze specjalnej, wulkanicznej skały. Wyjaśnił mi, o co chodzi. Otóż z tych wyglądających jak kule kamieni buduje się niewielką (na około 30-40 centymetrów) piramidkę, pustą w środku. Piramidka ta ma dziurę (otwór) przy podłożu. Jest to więc niewielki, tradycyjny, własnej roboty piekarnik zwany Huatia (czy. łatia). Do środka wkłada się jeszcze kilka kamieni oraz coś, co może się palić. Na przykład trawę, patyczki, i tego typu suche rzeczy. Podpala się je i w ten sposób nagrzewa kamienie, z których zbudowana jest piramidka, oraz kamienie wsadzone do jej wnętrza. Następnym etapem, gdy już piramidka jest nagrzana, jest wygrzebanie popiołu ze środka i wsadzenie tam ziemniaków. Gdy są już w środku, piramidkę najzwyczajniej w świecie się burzy, po prostu zawala się ja tak, aby całkiem przykryła ona ziemniaki. Po prostu się ją na nie zwala. Ciepło z kamieni przenika w znajdujące się pod nimi jedzenie. Zostawia się je pod kamieniami na jakiś czas i tak oto można w prosty sposób zrobić pieczone ziemniaki, nie mając ani sklepowego grilla ogrodowego ani żadnego piekarnika. Sprytne! Czytałem gdzieś, że dla Sumerów i ludów bliskiego wschodu ważna była glina – z gliny robiono cegły, budynki, mury. Stąd też wg. biblijnego mitu o stworzeniu człowieka, został on ulepiony z gliny. Dla Inków zaś najważniejszym surowcem był kamień – to on był najważniejszym budulcem, on dawał schronienie i obronę. Jak widać, służył również do rzeczy związanych z żywieniem. No i Wirakocha, najważniejszy bóg Inków, ludzi nie stworzył z gliny, ale stworzył ich kamieni, które w początkach świata nie były jeszcze tak twarde jak są pod obecną postacią. Cywilizacja Inków była to cywilizacja przede wszystkim kamienia. Pola uprawne, na których obecnie nic nie rośnie, pełne były Peruwiańczyków siedzących dookoła takich prowizorycznych piekarniczków. Niedziele dla ludzi mieszkających wokół Cusco to czas spotkań z rodziną, sąsiadami, znajomymi. Robią sobie takie pikniki na polach uprawnych albo specjalnych, łatwych do stworzenia (pole trawy, patyki i siatka), strefach z boiskami – młodzież i dzieci sobie grają, a dorośli paplają przy stolikach i jedzonku. Szkoda, że w Polsce ludzie tak bardzo, coraz bardziej, zamykają się na innych, a jak zauważają socjologowie, np. dr Przemysław Sadura (UW), odchodzą nawet od szerszego familizmu, ograniczając swoje życie społeczne do tej słynnej podstawowej komórki, czyli do modelu: rodzice plus dzieci mieszkający razem. Zgadza się – dawniej w Polsce dużo częściej, w dni wolnem jeździło się do rodziny w odwiedziny. (Ot, kolejna dygresja, która dzisiaj, z racji swej oczywistości nie robi wrażenia i jest ponownym odkrywaniem Ameryki, ale kto wie?, za to lat tego typu wstawki mogą być jakąś tam ciekawostką dla potencjalnego czytającego, choć z przykrością zdaję sobie sprawę, że za lat sto to nikt pewnie tego nie przeczyta) Dotarliśmy do ruin fortu zwanego Puca Pucara (w języku keczuańskim oznacza on „Czerwoną Fortecę” – przy zachodzie słońca przybiera podobno czerwony kolor). Fort oczywiście wykonany był z kamienia. Teraz są to tylko pozostałości ścian, wysokie może na 1,5 metra. Dawniej był to punkt obserwacyjny oraz prawdopodobnie miejsce odpoczynku dla posłańców, żołnierzy i ludzi transportujących towary z innych części imperium. Właściwie nie jest to jakaś wielka atrakcja. Nie wchodziliśmy do jej środka, po prostu sobie pod nią podjechaliśmy, zrobiliśmy kilka fotek i odjechaliśmy. Już słyszę moich angielskich przyjaciół mówiących coś tam o ‘bloody piles of rocks’ (‘cholerne kupki kamieni’). Hmm, może nie było to coś powalającego na kolana, niemniej jednak i to było fajnie zobaczyć. Zawróciliśmy i udaliśmy się do świętego miejsca, zwanego Q’enco. Była to po prostu duża, a jakże!, skała, z wykutymi w niej schodkami prowadzącymi na jej szczyt. Archeologowie podejrzewają, że było to centrum pogrzebowe – na szczycie tej niewielkiej skały odprawiono pogrzeby. Podejrzewa się również, że wykonywano na niej krwawe egzekucje. Dwie minutki na zrobienie zdjęć z otwartego dachu autobusu. Kilka minut później zatrzymaliśmy się przy jakimś niewielkim budynku. Był to mały sklepik z artykułami spożywczymi, ale sprzedawał również ubrania z wełny lamy. Mogliśmy wysiąść, rozprostować kości, po czym przewodnik nakazał nam wejść do sklepiku, przejść przez niego i wyjść za budynek. Tam już znajdowało się coś na kształt tarasu. Słomiany dach na drewnianej ramie, podtrzymywanej drewnianymi belkami. Pod dachem ułożone były ławeczki ciągnące się po obu stronach tej konstrukcji. Prawie na środku tego tarasu na drewnianej płycie położonej na cegłach leżały rozrzucone wisiorki, słodycze, gumy do żucia i tanie perfumy. Usiedliśmy na ławeczkach. Po chwili przyszedł do nas… szaman! Był to niewielki, drobny mężczyzna w starych klapkach, starych spodniach adidasa, narzuconym na górę czerwonym poncho z wyszytymi na nim czarnymi kwadratami, na głowie miał typową peruwiańską czapkę. Na twarzy, pewnie ze względów COVIDowych, maseczkę. Od razu jego wzrok padł na mnie. No tak, długie włosy, broda, metalowa koszulka (krakowski zespół Odraza!), czapka z daszkiem nałożona tyłem na przód, biała skóra. Ot, gringo! Jego oczy jakby… się ze mnie śmiały. Mrugnąłem mu okiem i też się uśmiechnąłem. Mieliśmy się przedstawić – na wszystkich spore wrażenie wywarł fakt, że jestem de Polonia, z Polski. Przewodnik zaczął nam tłumaczyć, co zaraz się wydarzy. Otóż okazało się, że weźmiemy udział w… Rytuale Liści Koki. Zabrzmiało superancko! Dostaliśmy trzy zieloniutkie listki koki i powtarzając jakieś skomplikowane, keczuańskie zdania za szamanem mieliśmy prosić duchy góry o to, by pozwoliły nam połączyć się z tą świętą rośliną w celu uzyskania od niej błogosławieństwa. Roślinę trzymało się na wysokości serca, potem ust, potem głowy, szaman mówił kilka słów, my, wszyscy razem, powtarzaliśmy grzecznie za nim. Ja oczywiście raczej z czystej kurtuazji, natomiast ludzie, widać było, podeszli do sprawy bardzo na poważnie. Pełne skupienie, zamknięte oczy, jakby próbowali naprawdę skontaktować się z duchami gór. Gdy już wszyscy pomodlili się do tych rzekomo istniejących duchów, szaman wziął głośną grzechotkę i jakieś duże na pół ręki pióro (kondora?), po czym podchodził do każdego, pytał o imię, i obmachując od góry do dołu osoby swymi magicznymi przedmiotami recytował jakąś (chyba) modlitwę w niezrozumiałym dla nikogo języku. To jeszcze nie wszystko! Mieliśmy wypowiedzieć w myślach życzenie, szaman odpalił kokę na miseczce, i znowu podchodząc do każdego, piórkiem nakierowywał dym na uczestniczących w rytuale. Ludzie rękami, dłońmi, próbowali jeszcze zmieniać kierunek dymu, w kierunku ust, próbując go wdychać jak najwięcej i jak najgłębiej. Jak często w życiu wspominałem, ludzie z Ameryki Łacińskiej są bardzo uduchowieni, sprawy religijne, spirytualne, przeżywają zawsze bardzo głęboko. Wiara jest integralną częścią ich tożsamości, by nie rzec… duszy. Ja, jak to ja, patrzyłem na to dosyć sceptycznie, jak na jakąś antropologiczną ciekawostkę, co szaman chyba zauważył, bo bardzo często na mnie zerkał, a jego śmiejące się, jakby ze mnie, oczy patrzyły w moje oczy. Miałem wrażenie, że nie tylko ze mnie się śmieje, czasem zdawało mi się, jakby mówił mi oczami: „My wiemy, że to blaga, ot, teatrzyk dla ludu”. W sumie nie zdziwiłbym się, jakby było to zainscenizowane dla turystów, a gość był po prostu właścicielem tego sklepiku. Wszak zauważając to, co zauważyłem już dawno, mianowicie wspomniane głębokie przeżywanie spraw religijnych przez Latynoamerykanów, można to bardzo łatwo wykorzystać, czego przykładem są różni kaznodzieje, których pełne są tu kanały telewizyjne. Na koniec tego ponad półgodzinnego rytuału, zakończonego zagraniem długiego, przeciągłego dźwięku na dużej morskiej muszli, przewodnik powiedział nam, że ten szaman przybył tu z odległych gór, gdzie ludzie nadal praktykują starożytną religię Inków. Szaman, który odprawił dla nas rytuał, (podobno) mieszka bardzo daleko, het w Andach, na naprawdę niebywałych wysokościach, a przybywa tu tylko na kilka tygodni, w porze suchej, zbiera pieniążki dla swoich ludzi, po czym kupuje to, co potrzebne jest wiosce, i powraca do siebie. Dlatego też bardzo prosi o hojność i datki, co łaska. Aaa, no to wszystko jasne! Tajemnica wiary – fura i dolary. Chyba żaden kaznodzieja, szaman, ksiądz, pastor, pop, biskup i sam papież nic dla bliźniego za darmo nie zrobi. Płacić, co łaska, ale płacić! Bóg nie zsyła już manny? Już nie posiada się przydomowych ogródków, jednak nie żyje się tak całkiem w zgodzie z naturą i duchami? Potrzeba szelestu papierków i brzęku monety by rytuał się udał, prawda? Szaman wziął duży słoik i obszedł każdego z nas. No nie wypadało nic nie dać, heh, wszak byłem świadkiem jakiegoś ciekawego, lokalnego przedstawienia. Myślę, że ojciec Rydzyk zostałby tu multimiliarderem! A potem mieliśmy 10 minut przerwy. Można było sobie kupić coś w sklepiku, a przed sklepikiem był plac z żółtą, wysuszoną trawą, gdzie leniwie pasła się lama, z którą (za darmo!) można sobie było zrobić zdjęcie. W tym czasie zaczepił mnie Miguel z żoną. Mieli po jakieś 60 lat, byli z Peru, dokładniej mówiąc z Arequipy, i chcieli sobie zrobić zdjęcie… ze mną. No, z Polakiem, Europejczykiem, białym. Może i ktoś by się obraził, bo to trochę tak, jakby polskie dziecko chciało sobie zrobić fotkę z pierwszą w życiu spotkaną na ulicy czarnoskórą osobą, ale ja przyjąłem ich prośbę z uśmiechem. Czasem spotykam się z takimi reakcjami, jak na przykład kiedyś w supermarkecie w San Salvador (stolica Salwadoru) czułem na sobie ciekawskie spojrzenia dosłownie wszystkich kupujących. Pamiętam Roberto (też Salwador), u którego spędziłem parę dni, jak chwalił się mną ludźmi w autobusie („Nie jest z USA, z Europy, z Polski! Mój przyjaciel!”), pamiętam jak w salwadorskim parku wodnym mali chłopcy za moimi plecami przekomarzali się, skąd jestem (USA! Nie, Kanada!). Ot, do bycia osobliwością w Ameryce Łacińskiej więc zdążyłem się przyzwyczaić. Po chwili zdjęcie chciała sobie ze mną zrobić jakaś dziewczyna po dwudziestce z mamą. Zaczynałem czuć się jak ta pasąca się kilka metrów dalej lama, haha! Kiedy już uwolniłem się od moich nowych, eghem, fanów, poprosiłem tę dziewczynę by zrobiła mi fotkę ze wspomnianą lamą. Niech ktoś inny poczuje się teraz, jak ja! :) Heh, fajnie było zostać atrakcją turystyczną – powinienem, jak szaman, mieć przy sobie słoik na ‘co łaska’. Za zdjęcia! :) Pojechaliśmy dalej, do ostatniego już punktu tej ciekawej wycieczki. Cristo Blanco! Biały Chrystus! Znajduje się on na górze Pukamuqu (w keczuańskim: „Czerwone Wzgórze”) usytuowanej nad Cusco i jest to posąg Chrystusa. Kraje Ameryki Łacińskiej lubią mieć takich Jezusów, najsłynniejszym jest oczywiście ten brazylijski w Rio. Ten z Cusco nie był ani jakiś specjalnie piękny, ani też jakiś bardzo wysoki. Miał ‘tylko’ 8 metrów. Przypomnę, że ten nasz, świebodziński, ma 33 metry (nie licząc podstawy), więc ten z nad Cusco to taki karzełek jest w porównaniu z naszym własnym, polskim! Ten w Rio ma 30 metrów (też bez podstawy). Niemniej jednak nie tylko Chrystus stanowi atrakcję tego miejsca, jest nią również przepiękny widok na Cusco widziany gdy patrzy się na nie stojąc u podstawy statui. Doskonale widać to miasto, otoczone górami, w całości! W dodatku z łatwością można dojrzeć charakterystyczne punkty miasta, jak na przykład Plaza de Armas, czyli Plac Główny, z którego wyruszyliśmy na tę wycieczkę. Kilkanaście metrów od Chrystusa, troszkę niżej, rozłożyły się kobiety z różnymi pamiątkami i ubraniami. Kto chciał, mógł sobie coś zakupić. Po jakichś 30 minutach spędzonych w tym miejscu wpakowaliśmy się z powrotem do autobusu (na autobus?) i ruszyliśmy w dół, ku Cusco. Zjazd był dość ciekawy, bo nikt nie wpadł na to, by poprzycinać gałęzie drzew rozpościerające się nad drogą, czyli właściwie nad naszymi głowami. Niektóre z nich rosły sobie na wysokości naszych głów, więc co chwila ktoś z przodu krzyczał ‘Rańa!’ (Gałąź!), a wtedy wszyscy kładli głowy na kolanach, co by przypadkiem nie oberwać w twarz. Niektóre z tych gałęzi były naprawdę grube i zaryzykowałbym stwierdzenie, że mogłyby nawet zabić, ale co tam! - kierowca wcale nie zamierzał jechać wolniej! Ze zjazdu w dół pamiętam jeszcze ruiny opuszczonego, dużego budynku, na którym ktoś napisał „Esta no es una casa embrujada, prohibido el ingreso” – To nie jest nawiedzony dom, zakaz wstępu. Heh, widać ten budynek miał opinię nawiedzonego i był celem wycieczek poszukiwaczy przygód. Nie powiem, też chętnie bym sprawdził, czy aby ten budynek nie jest nawiedzony! (Informacja odstraszająca w tym przypadku działa odwrotnie – wręcz mocno zachęca takich fanów Blair Witch, jak ja, do odwiedzin). Po jakimś czasie byliśmy już nieopodal centrum, autobus się zatrzymał i musieliśmy wysiąść. Podszedł do mnie Miguel (ten, który robił sobie ze mną fotkę) z żoną i jakiś czas szliśmy w stronę Plaza de Armas. Pogadaliśmy sobie trochę o polityce – nie cierpi obecnego prezydenta, Pedra Castillo. Określił go słowem, za które został solidnie zrugany przez żonę. „Miguel, nie ucz go takich słów!” – i buch go w łeb! Jego żona miała na myśli mnie i moje moralno-lingwistyczne dobro. Miguel obwinia Castillo za galopująca inflację (u nich to jakieś 8,5%,) i jakby lżej się mu zrobiło, gdy powiedziałem, że w Polsce ceny też rosną (ale nie mówiłem, że u nas inflacja wynosi prawie dwa razy więcej, bo 15,5%), zresztą rosną na całym świecie, po części to przez Putina i jego wojnę wywołaną na Ukrainie. W planach mieli jeszcze iść na piwo, tzn. przynajmniej był to plan Miguela – „No bo być w Cusco i nie wypić piwa Cusceńo? Trzeba!”. Heh, bardzo miła para! Ja udałem się do mijanej Chaufy i zamówiłem, jak się okazało, coś na kształt sajgonek, ale w tak słodkim, karmelowym sosie, że ledwo je zjadłem. Jeszcze kilka godzin chodziłem po nich przesłodzony i mocno struty. No tak to jest, jak się czasem niezupełnie wie, co zamawia! I można wierzyć, lub nie, ale już około 15.00 dotarłem do mojego hosteliku, gdzie piszę sobie tę notkę. Nie zamierzam już dzisiaj nigdzie wychodzić, chcę być na jutro maksymalnie wypoczęty, bo jutro czeka mnie ciężkie, bardzo ciężkie zadanie. Ale o tym… jutro!

25 lipca, Cusco

Co za dzień! Jestem zmęczony, ale też z siebie bardzo dumny! Chyba każdy by był! Ale po kolei. Wszystko zaczęło się po… 4-ej nad ranem! Tak! Tak wcześnie właśnie dzisiaj musiałem wstać! Dlatego też nie chciałem wczoraj po południu, ani też wieczorem, wałęsać się po Cusco. Pod hostelik przyjechał van, do którego wsiadłem. Pojeździliśmy jeszcze troszkę po mieście zgarniając innych podróżników/turystów, po czym wyjechaliśmy poza miasto. Było potwornie zimno! Miałem na sobie sweter, lekką kurtkę, czapkę, a w vanie i tak po prostu bardzo marzłem. Szyby parowały, z ust leciała para. Moi towarzysze podróży mieli jeszcze szaliki i rękawiczki, ale to głównie Peruwiańczycy, więc wiedzieli, czego można się spodziewać i odpowiednio się przygotowali. Noce i poranki są tu koszmarne! Po pół godzinie dojechaliśmy do jakiejś przydrożnej restauracji. Śniadanie! W cenie! Było skromne, ale przepyszne! Właściwie nie powinienem użyć słowa „skromne”, bo przecież zawsze można było sobie nabrać dokładki i nałożyć na talerz czego się tylko chce – chodzi mi o to, że nie podają tu kawioru czy homarów, ot, ja sobie wziąłem świeżutkie bułeczki, dwa plasterki lokalnego sera, kawałek arbuza i banana. Do tego wziąłem jakąś gorącą zupkę. I duuużo parującej kawy! Na rozgrzewkę! Po śniadaniu jechaliśmy jakiś czas, jeszcze w ciemnościach, ale powoli zaczynało się przejaśniać. Jechaliśmy coraz wyżej i wyżej. Od Cuzco zaczynało nas już dzielić ponad 130 kilometrów. Wiadomo, co o tej porze, w czasie monotonnej jazdy się robi – śpi się! Albo przynajmniej próbuje. Ale w miarę, jak za szybą zaczęło się robić coraz jaśniej, organizm również się budził. Zwłaszcza gdy stan drogi sprawiał, że pojazdem zaczęło trzepać na boki i trząść nim niemiłosiernie. Wjeżdżaliśmy pod górę kamienistą drogą. Wreszcie dotarliśmy na parking, na którym stało już kilka autobusów. Dotarliśmy pod górę Vinicunca.

Vinicunca

Jak powiedział nam nasz opiekun, znajdowaliśmy się na wysokości około 3 tysięcy metrów, więc właściwie na wysokości Cusco. Góra ma wysokość ponad 5 tysięcy metrów! Trasa może nie być łatwa, ale za niewielką opłatą można było pod szczyt wyjechać na koniu prowadzonym za uzdę przez lokalnego mieszkańca o mocno inkaskich rysach. Tych koników troszkę było dostępnych. Nasz opiekun spojrzał na mnie, na białego, który głupio wyglądał w peruwiańskiej czapce, którą nałożył na swój owłosiony czerep. - Na pewno nie chcesz konia? – zapytał, jakby niedowierzając, gdy usłyszał, że o żadnym koniu nie chcę słyszeć. - Dam radę, ja w sumie z gór jestem – odparłem. - O, ale ile u was góry mają? – zadał mi kolejne pytanie. - 2500 metrów – odrzekłem, mając na myśli Rysy, na których, eghem, nigdy w zasadzie nie byłem. Mój rozmówca wybuchnął śmiechem pełnym politowania i machnął w moim kierunku ręką w geście „A daj pan spokój, 2500 metrów!”. No dobra, w porównaniu z ich górami, to rzeczywiście u nas to konusy i popierdółki jakieś są. Ale nie zraziłem się, powtórzyłem uparcie, że wyjdę sam, nie będę brał żadnego konia. Spoważniał wtedy i z szacunkiem kiwnął głową, niejako aprobując w jego mniemaniu zapewne szaloną decyzję. No postanowiłem sobie, że wejdę, to wejdę. W sumie nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka… Jako, że robiło się ciepło, zostawiłem kurtkę w busiku i ruszyłem w sweterku za przewodnikiem idącym pieszo. Byliśmy na troszkę ponad 3 tysiącach metrów. Pogoda robiła się ładna, zza widnokręgu w kierunku zenitu po błękitnym niebie powoli wspinało się słońce. Z początku nasza grupa, wszyscy piesi, trzymali się razem, ale z każdymi kilkudziesięcioma metrami odległość między nami wrastała. Trasa była podzielona na dwie ścieżki – główną stanowiła ścieżka dla pieszych; niezbyt równa, twarda, pełna wystających z ziemi kamieni. Kilka metrów niżej szła ścieżka dla koni – bez jakichś nierówności typu spad i wzniesienie, miała troszkę bardziej miękkie podłoże. Jako, że koni na tej niższej drodze i tak nie było zbyt wiele, zdecydowałem się zejść na tę właśnie niższą, acz wygodniejszą, ścieżkę. Czasem owszem, minął mnie jakiś tubylec prowadzący za uzdę konia, na którym siedział jakiś turysta (zazwyczaj kobieta lub osoba starsza), ale nikt nie zwracał mi uwagi, że idę niewłaściwą ścieżką, jako że grzecznie odsuwałem się na bok. Zarówno opiekun zwierzęcia, jak i osoba na nim jadąca, pozdrawiali mnie tylko z uśmiechem mówiąc ‘hola’. Już po kilku minutach zacząłem zipieć (czyt. dyszeć). Zdjąłem czapkę, rozpiąłem sweter. Robiło mi się gorąco i zaczęło mi brakować powietrza. Mimo, że trasa nie była z początku zbyt wymagająca, bo ścieżka pięła się w górę pod niskim…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych