Wróć do katalogu

Dziewczyna Marzeń (4) – Spełnienie pragnień

Niektóre marzenia są piękne, tylko wówczas, kiedy są jedynie marzeniami, kiedy natomiast zaczynają się realizować, tracą swój urok, a czasem wręcz okazują się koszmarem.

Dani, opublikowano , 1 godz. 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Życie Damiana powoli wracało do normalności, nie było już więcej SMS-ów ani maili, wyglądało na to, że artykuł, który zamieściła Ewa w swej rubryce powoli odchodził w zapomnienie. Mężczyzna coraz mniej myślał o rajskiej plaży i tej, którą poznał podczas śpiączki. Wciąż ją wspominał z nostalgią, serce mocniej biło ilekroć wyobraził sobie jej uśmiech, długie, ciemne rozwiane wiatrem włosy, czy ciemne niczym para węgielków oczy. W pracy także nastąpiła pewna stabilizacja. W poniedziałek nikt już nie wspominał artykułu, ani całego zamieszania, jakie w życiu Damiana wywołał tekst redaktor Drazgi – Siarczyńskiej. Rzamojewski miał tego dnia wyjątkowo dobry nastrój. Wiele myślał o sobotniej nocy i przygodzie w klubie „Fortuna”. Do niedawna mężczyzna uważał Ewę za rządną sensacji hienę, która uwielbia dokuczać ludziom, jednak w klubie miał okazję poznać ją bliżej, okazała się bardzo sympatyczną dziewczyną. Damian ze zdumieniem łapał się na tym, że coraz częściej właśnie dziennikarka zaprzątała jego głowę. Wspomnienia ze wspólnie spędzonej nocy były kojąco, za razem perwersyjnie przyjemne. Coś dziwnego działo się z nim ilekroć myślał o niej, jej zapachu, jasnych świdrujących oczkach i tym jej zabójczym przenikliwym spojrzeniu. Z nostalgią wspominał to jak tańczyli, przytuleni do siebie, kiedy czół na całym ciele gorąco, bijące od kobiety, ocierające się o nogę jej udo, ręce zawieszone na jego szyi, zmysłowo poruszające się biodra dziewczyny na których trzymał swoje dłonie. Wmawiał sobie, że to tylko jego wyobraźnia w końcu oni dwoje należeli do dwóch zupełnie innych światów. Ona była sławną dziennikarką, w jej kręgu znajomych obracali się milionerzy, sławy aktorskie, muzycy, dziennikarze, prezenterzy. On natomiast miał jedynie grupkę przyjaciół kilka koleżanek, jednak żadne z nich nie było postacią, o którą interesowałyby się gazety. Rzamojewskiemu nie było pisane długo nacieszyć się spokojem, Zbyszek zjawił się w biurze koło jedenastej, zrobił sobie kawę i zaczął pracę jak zwykle, od zwiedzenia kilku plotkarskich serwerów internetowych. - O stary – parsknął do Damiana – a my myśleliśmy, że zmyłeś się do domu. Czemu nic nam nie powiedziałeś? Widzę, że w końcu zaczynasz zachowywać się jak dawniej. Drazga – Siarczyńska? No proszę, kto by pomyślał. - O czym ty mówisz? – Zdziwił się Rzamojewski. - „W sobotę w warszawskim klubie „Fortuna” – Zbyszek cytował artykuł, zamieszczony w portalu internetowym – „doszło do bijatyki pomiędzy Szymonem Walendowickimi i tajemniczym narzeczonym Ewy Drazgi – Siarczyńskiej, nasz reporter uchwycił na fotografii moment kłótni jaka wywiązała się pomiędzy obydwoma panami[…] Po całym zajściu Ewa bawiła się ze swoim chłopakiem do rana…” - Pokaż no ten artykuł – Damian zerwał się ze swojego miejsca i podszedł do stanowiska Zbyszka. Tekst był okraszony kilkoma fotkami, przedstawiającymi jego i Ewę, beztrosko bawiącymi się razem, na parkiecie. - No to ładnie – mruknął Damian – znowu mnie „wrobiła”. Oczywiście koleżanki z pracy też zdążyły już przeczytać wiadomości. - Jak mogłeś – oburzyła się Kinga – pobiłeś Walendowickiego? - On zaczął – westchnął Rzamojewski – pierwszy mnie uderzył to mu oddałem. - Ale „boskiego Szymka”? – Nadąsała się Marta – jak mogłeś go tknąć? - A co on jest – oburzył się mężczyzna – jakaś „święta krowa” czy co? Przylazł za Ewą do mnie i zaczął się czepiać! Ja mu coś tam odburknąłem i mnie uderzył. Jak według was powinienem się zachować? Paść na kolana i błagać o przebaczenie i uszanowanie czci „boskiego Szymona”? Ten facet to wyjątkowy palant, nie ma w nim nic z postaci, które kreuje w tych swoich filmach. Dostał po gębie bo mu się należało. - Bardzo dobrze zrobiłeś – stwierdził Zbyszek – nie lubię tego typa, na twoim miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. - Od kiedy romansujesz z Ewą Drazgą – Siarczyńską? – Zapytała Patrycja, przeglądając fotki na stronie. Damian w pierwszej chwili chciał wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Ostatecznie zrezygnował z wyjaśnień, miał już serdecznie dosyć dementowania plotek na swój temat, ta w końcu nie była najgorsza. Spostrzegł, że koleżanki i koledzy z pracy patrzyli na niego z podziwem i nawet to mu pasowało. Machnął ręką i usiadł na swoim miejscu, zajął się pracą. W sumie nawet bawiło go to, że jego współpracownicy skręcali się z ciekawości, usiłując wydobyć jakieś pikantne szczegóły, dotyczące tego związku. Ewa siedziała przy komputerze i namiętnie stukała w klawiaturę pisząc kolejny artykuł do swojej rubryki. Do pomieszczenia wpadła niczym burza Ilona, redaktorka przyniosła ze sobą dwie kawy, jedną szklankę postawiła na biurku dziennikarki, z drugą zasiadła na fotelu, postawionym, przy niewielkim sekretarzyku. Przez cały czas pani redaktor naczelna głupio się uśmiechała. - Musimy pogadać – oznajmiła wreszcie – czytałam ostatnio artykuł na twój temat w jednym z portali internetowych… Ewa dokończyła pisać zdanie, po czym podniosła się, przeciągnęła, zabrała kawę i usiadła obok swojej przełożonej. - To prawda – rzekła popijając napój – dostałam ofertę poprowadzenia nowego show telewizyjnego, ale nie zamierzam z niej skorzystać, dobrze pracuje mi się u ciebie i nie mam ochoty wyjeżdżać z Warszawy… - Nie o tym mówię – westchnęła Ilona – czy ty czytujesz czasem to, co wypisują na twój temat? - Nie, nie mam ochoty się denerwować pseudo dziennikarskimi wywodami jakichś nędznych „gryzipiórków”. - Dzisiaj rano widziałam intrygujący artykuł na temat ciebie i twojego wielbiciela… - Szymonem nie muszę się już raczej przejmować – powiedziała z zadowoleniem Ewa – dostał w dziób i będzie siedział grzecznie jak mysz pod miotłą. Nawet przestał słać SMS-y. - No temu akurat się nie dziwię – stwierdziła Ilona – po tym jak ktoś zamieścił w Internecie zdjęcia z bijatyki i napisał, że twój narzeczony jest niezwykle agresywny i zaborczy… - Co? Ilona podeszła do komputera, stojącego na biurku, otworzyła przeglądarkę i wstukała adres strony. - Czytaj – rzekła. Ewa usiadła przy monitorze przeczytała artykuł, obejrzała zdjęcia, na których bawi się w towarzystwie Damiana. - Aj – jęknęła – będę miała kłopoty. Jak znam Damiana to nie będzie „zachwycony” tą publikacją. - To jest facet dla ciebie – stwierdziła Ilona przypatrując się fotografiom – wyglądasz przy nim na naprawdę szczęśliwą. Nieraz widziałam na zdjęciach, czy w telewizji twój sztuczny, wymuszony uśmiech, ten tutaj to zupełnie co innego, jest naturalny, prawdziwy, radosny, szczery. - Daj spokój – westchnęła Ewa – przyznaję on jest uroczy, nawet pociągający, ale… my nie pasujemy do siebie. Po za tym on nie chciałby się ze mną spotykać. Ceni sobie prywatność, tym czasem ja cały czas wplątuję go w jakieś idiotyczne sytuacje, takie, jak ta, opisana w tym portalu. No i nie zapominaj o tym, że jest jeszcze ONA. - Dziewczyna ze snu – parsknęła Ilona – wiesz równie dobrze jak i ja, że ta kobieta nie istnieje. Czuję, że wy we dwoje, razem moglibyście być naprawdę szczęśliwi. Chcesz pozbawić się szczęścia, tylko i wyłącznie dlatego, że twój wyśniony partner zagubił się w pogoni za czymś co jest tylko i wyłącznie dziełem jego wyobraźni? Powinnaś wskazać mu drogę i wybić raz na zawsze te mrzonki. - Właśnie o to chodzi – stwierdziła Ewa – nie jestem w stanie konkurować z wyobrażeniem ideału, cokolwiek bym nie zrobiła to i tak on będzie przyrównywał mnie do niej, ona zawsze by stała pomiędzy nami. Wiem, że ja nie jestem idealna, mam swoje wady i zalety. On z kolei jest marzycielem z wizją wciąż goniącym za tym, co jest nieosiągalne do takich nie trafiają pragmatyczne, logiczne przesłanki. Wydaje mi się, że będzie wolał do końca życia gonić za tą, która przyśniła mu się na wyspie niż wiązać się z kimś, kto i tak nie sprosta jego oczekiwaniom. - Ty w ogóle nie rozumiesz mężczyzn – pokręciła głową Ilona – tak naprawdę oni męczą się przy kimś kto jest dla nich za dobry, a tak jest z każdym ideałem. Nasze wady sprawiają, że jesteśmy dla facetów bardziej pociągające. Żaden mężczyzna nie wytrzyma długo przy ideale, dla faceta oznacza to stanięcie oko w oko z kimś lepszym od siebie, a to jest już poważny cios, zadany w męskie ego. On musi wiedzieć, że jego partnerka ma pewne „niedostatki”, bo one nadają jej charakteru, sprawiają, że jest prawdziwsza, unikatowa, niepowtarzalna, a przecież wiadomo, że wszystko, co jedyne w swoim rodzaju jest wyjątkowe. Spotykanie się z ideałem pozbawia go męskości, bo on przestaje być „twardzielem”, ganiającym z maczugą samcem polującym na zdobycz dla swojej „skuo”. A sytuacja, kiedy to kobieta bierze maczugę i wyrusza na łowy jest dla niego co najmniej niekomfortowa. Rozumiesz co mam na myśli? Ewa przypomniała sobie, tę chwilę, kiedy tuż przed świtem Damian zaciągnął ją na parkiet, by pohasali w rytm jakiejś wolnej, spokojnej melodii. Pamiętała jak objął ją mocno i przyciągnął do siebie. Zapach męskich perfum uderzył ją, był intensywny, nieco za ostry, lecz to jej nie przeszkadzało. Ona z rozmysłem ocierała się udem o jego nogę, doskonale wiedziała, jaką reakcję to zachowanie ma wywołać. Zdawało jej się, że nawet osiągnęła swój cel, bo w pewnym momencie jej partner delikatnie cofnął biodra do tyłu a jego dłonie zaczęły krążyć po jej talii i plecach. - Czemu się tak głupio cieszysz? – Spytała Ilona. - Co? – Powiedziała wyrwana z zadumy Ewa – a nie, nic takiego. Coś sobie przypomniałam, nic ważnego. - Dzień dobry – w wejściu stanął Damian. - O wilku mowa – mruknęła cicho Ilona, po czym głośno dodała – no nic, to ja zostawiam was samych, w końcu jako „narzeczeni” – puściła oko do mężczyzny – macie parę spraw do omówienia. Redaktor naczelna zabrała swoją szklankę i wyszła z gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Damian usiadł na fotelu, naprzeciwko Ewy. - Domyślam się – powiedziała kobieta – że powodem twej wizyty są ostatnie „rewelacje” na nasz temat. - Tak, przyszedłem do ciebie, żeby uzgodnić, co z tym zrobimy. Ewa dokończyła pić kawę odstawiła szklankę na sekretarzyk. - Nic – wzruszyła ramionami – za parę dni napiszą, że skoro się już nie spotykamy, to musieliśmy się pokłócić, potem pojawi się artykuł o tym, że to był niezwykle burzliwy związek, po którym obydwoje nie możemy się otrząsnąć, a później temat się wszystkim znudzi. - Nie będzie żadnego sprostowania, ani nic w tym stylu? - Już na tyle długo pracuję w zawodzie dziennikarza – powiedziała beznamiętnie Ewa – by wiedzieć, że im bardziej się bronisz, tym gorsze plotki pojawiają się na twój temat. Wszystko ucichnie, no chyba, że dalej będziesz tu przyłazić, wówczas pseudo reporterzy długo jeszcze nie dadzą ci spokoju. - Ciebie to w ogóle nie rusza? – Spytał mężczyzna – wypisują o nas to, co im ślina na język przyniesie a po tobie to spływa. Ewa popatrzyła mu w oczy. - Taka jest cena popularności – rzekła – nie czytam tego, co o mnie piszą, bo to nie ma żadnego znaczenia. Moi przyjaciele wiedzą jaka jestem naprawdę i już nie dają wiary w te wszystkie „banialuki”. - Moi niestety wierzą we wszystko – mruknął Damian – nigdy nie prosiłem się o to, by być „popularnym” to akurat zawdzięczam tobie. - O co ci chodzi? – Powiedziała rozgniewana kobieta – co niby mam zrobić? Wparować do każdego „pismaka”, który odważył się napisać coś o mnie i skuć mu gębę? - Ilekroć stajesz na mojej drodze zaczynają się problemy – westchnął – nie zrozum mnie źle, w sobotę, w klubie poznałem prawdziwą ciebie, jesteś sympatyczną, wesołą inteligentną dziewczyną. Z taką urodą nic dziwnego, że mężczyźni wariują na twoim punkcie. Wciąż patrzyli sobie w oczy, trwała swoistego rodzaju próba sił. Ewa czuła to dziwne napięcie, które potęgowało się ilekroć Damian był w pobliżu, Ilona miała rację, on wywoływał w niej rozkojarzenie, może nawet żądzę. Słowa mężczyzny utwierdziły kobietę w przekonaniu, że ona też nie jest mu zupełnie obojętna. - A ty – wyszeptała – też zwariowałeś? - Być może – powiedział cicho – gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach… A więc to o to chodziło, Ewa odniosła wrażenie, że Damian wciąż ma jej za złe to, że jest ona osobą znaną i popularną. - Jesteś śmieszny – stwierdziła – gonisz za czymś, co nie ma prawa istnieć, rozejrzyj się, świat nie jest idealny, nie każdy posiada swoją doskonałą drugą połowę. Jeżeli będziesz wciąż gnał za marzeniami skończysz jako samotny, stetryczały staruch, zły na cały świat, za to, że nie potrafiłeś wykorzystać szans, jakie podarował ci los. Żadne nie chciało odwrócić wzroku, ich spojrzenia wyrażały żar, wściekłość, ognistą żądzę, nieokreślone napięcie. - Nie moja droga – powiedział mężczyzna – ja nie jestem śmieszny, żałosne jest to, co ty wywołujesz wokół mojej osoby, wpierw wykorzystałaś mnie do wykreowania w swoich artykułach jakiegoś niedorajdy, nie licząc się w ogóle z prawdą. Jestem po prostu kimś, komu w życiu prywatnym nie układa się tak, jakby sobie tego życzył i tyle. Nie rozumiem już czego ty chcesz ode mnie, najpierw gnoisz mnie w artykule potem lgniesz jak pszczoła do miodu w klubie, a teraz wrzeszczysz z niewiadomego powodu. To ty będziesz samotną, zgorzkniałą, starą panną, ponieważ każdego faceta zrażasz wcześniej, czy później do siebie. Nie mogę cię rozgryźć. Myślałem, że jesteś tą dziewczyną z którą ostatnio bawiłem się w „Fortunie” – westchnął – ale wygląda na to, że to była tylko jedna z twoich „masek”, które przywdziewasz ilekroć chcesz odnaleźć słaby punkt twojego rozmówcy. No cóż widzę, że nie mamy o czym rozmawiać, skoro nie chcesz nie będę dłużej cię nachodził. Dowidzenia. Damian wstał i wyszedł z gabinetu. Zaraz po tym jak wsiadł do windy w drzwiach pojawiła się Ilona. - Kiepsko to rozegrałaś – stwierdziła – zdaje się, że to koniec tego krótkiego, aczkolwiek burzliwego narzeczeństwa. - Proszę – syknęła Ewa – chociaż ty mnie dzisiaj nie wkurzaj. - On miał rację – rzekła Ilona – ty zniechęcasz każdego faceta, który kręci się wokół ciebie, jeżeli będziesz tak robić dalej rzeczywiście skończysz jako stara panna. Nie rozumiem was, widać było, że ciągniecie do siebie, ile zostało wyrażonych uczuć, kiedy tak patrzyliście na siebie… - Podglądałaś? - No oczywiście – parsknęła Ilona – nie mogłam przecież przepuścić takiego widowiska. Po za tym… muszę być na bieżąco, by wiedzieć, jak ci pomóc odkręcić to, co „spaprałaś”. - A ta ciągle swoje – mruknęła Ewa. Minęło kilka dni, na aparacie telefonicznym Damiana pojawił się jeden, samotny SMS: „Jeżeli masz błękitne oczy i ciemną rozwianą czuprynę, śniłeś o bezludnej wyspie i szukasz prawdy spotkaj się ze mną w restauracji „Prima” dzisiaj o godzinie siódmej, być może znam odpowiedź na nurtujące Cię pytania”. Nieco tajemnicza i pokrętna wiadomość pochodziła z jakiegoś zastrzeżonego numeru, osoba, która ją napisała z pewnością musiała być kimś niezwykłym. Damian poczuł, że tym razem może wreszcie trafił, to mogła być ONA. W SMS-sie było coś niesamowitego, mężczyzna doszedł do wniosku, że jedynie niepowtarzalna kobieta mogła go wysłać, być może, ta która jest mu przeznaczona. Stawił się na umówione spotkanie punktualnie. „Prima” była elegancką restauracją przy „Starym Mieście”, wystylizowaną na przedwojenny lokal z muzyką i elementami architektonicznymi z okresu dwudziestolecia, uzupełnionymi przez kilka współczesnych dodatków w formie kinkietów, dyskretnie oświetlających wnętrze, zgrabnie ukrytych za drewnianymi obiciami kolumn. Z głośników sączyła się cicho i łagodnie muzyka Jana Kiepury. Przy wejściu, obok wysokiego stolika stał kamerdyner z księgą gości. Mężczyzna zlustrował wzrokiem Damiana. - Dobry wieczór – powiedział – czym mogę służyć? - Jestem tu umówiony – powiedział grafik – moje nazwisko Rzamojewski. Kamerdyner otworzył książkę i zaczął przeglądać nazwiska gości, którzy zarezerwowali tego dnia stoliki. - Stolik numer sześć – powiedział – na dół, trzeci po prawej stronie. Damian zostawił płaszcz w szatni i zszedł do sali. Na wprost i po lewej stronie ustawione były czteroosobowe stoliki, na wszystkich paliły się niewielkie lampki z abażurem, niemal każde krzesło zostało zajęte. Po prawej znajdowała się odseparowana część dla bogatszych gości, każdy stolik otoczono parawanem, zapewniającym nieco prywatności, ten fragment lokalu był zdecydowanie droższy. Szybko odnalazł właściwe miejsce, za sprawą dobrze widocznej numeracji. Nie widział, kto siedzi przy stoliku, dopóki nie wszedł za parawan. - To ty? – Zdziwił się. Na krześle siedziała Ewa Drazga – Siarczyńska. Ubrana była w zwiewną sukienkę, i krótki, kaszmirowy sweterek, zapinany na guziki. kosmyki długich, jasnych, lekko kręconych włosów opadały jej na twarz osłaniając policzek. Niebieskie, błyszczące oczy kobiety świdrowały mężczyznę, jak zwykle przeszywającym spojrzeniem. - Cześć Damian – powiedziała spokojnie – siadaj, chcę z tobą porozmawiać. Mężczyzna wahał się przez chwilę, nie wiedział, czy zostać, a może się ulotnić czym prędzej. Ilekroć dziennikarka stawała na jego drodze, wynikało jakieś zamieszanie. Popatrzył na nią uśmiechała się niewinnie, jak mała dziewczynka, wyglądała uroczo, kiedy zalotnie „trzepotała” rzęsami. Damian stanął jak zahipnotyzowany, wpatrując się w nią, wiedział doskonale, że to kolejna poza dziennikarki, prowadząca do osiągnięcia jej wybranego celu, nie mógł się jednak oprzeć temu jej dziewczęcemu urokowi. W końcu postanowił wysłuchać co kobieta ma do powiedzenia. Usiadł na krześle, naprzeciwko niej. - Po co mnie tu sprowadziłaś? - Żeby cię przeprosić – rzekła – nie chciałam cię obrazić, ale po prostu mnie wkurzyłeś i trochę za ostro zareagowałam. Wiedział, że ta słodka mina niewiniątka jest kolejnym podstępem Ewy, mimo to uległ jej czarowi. - Ja też trochę przesadziłem – stwierdził – nie lubię, kiedy ktoś wmawia mi, że poszukiwanie spełnienia marzeń jest czymś złym. Po prostu nie zawsze zdajemy sobie sprawę, czego naprawdę chcemy. - No i co? Odnalazłeś w końcu to spełnienie snów? - Nie – pokręcił przecząco głową – wciąż szukam, ale… sam już nie wiem czego dokładnie dotyczą moje obecne poszukiwania. - Dzięki artykułowi miałeś okazję poznać kilka kobiet – stwierdziła – jeżeli dziewczyna ze snu byłaby realna, też by do ciebie zadzwoniła. - Może nie czytuje waszej gazety – wzruszył ramionami. - Albo nie jest taka jak ci się wydaje – Ewa oparła łokcie na stole i popatrzyła w oczy Damianowi – być może istnieje kobieta z wyglądu przypominająca tę, którą rzekomo spotkałeś we śnie. Może ją gdzieś widziałeś wcześniej, nie wiem, w pociągu, autobusie, na plaży. Będąc pogrążonym w śpiączce stworzyłeś na nowo obraz tej dziewczyny, obdarzając cechami, które chciałbyś widzieć u swojej partnerki. - Do czego zmierzasz? - Osoba, której szukasz wcale nie musi wyglądać dokładnie tak jak ci się wydaje. Chciałam, żebyś właśnie to zrozumiał, spotykając się z tymi dziewczynami. Jestem pewna, że, gdyby nie to twoje zaślepienie dostrzegł byś cechy, których tak pożądasz w kobiecie u którejś z tych dziewcząt. - Wiesz czego pożądam? Jednego: miłości. Nie obchodzi mnie wygląd, szukam kobiety, przy której poczułbym się szczęśliwy. Jedyną rzeczą jakiej pragnę jest zakochać się z wzajemnością, tym czasem trafiam na kobiety, zainteresowane tylko i wyłącznie jakimiś krótkimi romansami. Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszym świecie nie ma już miejsca dla prawdziwej miłości, nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężko odnaleźć jest partnerkę, która potrafi kochać. - Wiem coś o tym – szepnęła Ewa. Do stolika podszedł kelner. - Czy złożą państwo zamówienie – zapytał. - Poproszę to co zwykle. - A pan – spytał Damiana. - Ja wychodzę – stwierdził cierpko mężczyzna. - Zostań – powiedziała Ewa – rozumiem, że się mnie obawiasz – powiedziała z szelmowskim uśmiechem, patrząc mu w oczy – ale jeżeli już jesteś to możesz chyba zjeść ze mną kolację. Wcale nie obawiał się Ewy, wręcz przeciwnie, czuł się dobrze w jej towarzystwie. Nie chciał tego zbytnio dać po sobie poznać, udał, że sztuczka z „wejściem na ambicję” podziałała. - No dobra – rzekł po chwili zastanowienia. Wziął kartę dań i zaczął przeglądać – nie mogę nic wybrać – stwierdził po przewertowaniu menu – co ty byś mi poleciła? Kobieta wzięła kartę dań. - Spróbuj zielone ravioli ze szpinakiem i sosem gorgonzola do tego Sałatka cesarska i wino MODELLO DEL VENEZIE BIANCO rocznik 2004. Co ty na to? Damian trochę bał się tego, że ta skromna kolacja może pochłonąć sporą część jego miesięcznych dochodów, restauracja w której się znajdowali nie należała do tanich. Jednak skoro się już do niej pofatygował uznał, że raz na jakiś czas warto będzie zaszaleć. - W porządku – powiedział – niech będzie. Kelner zanotował na karteczce zamówienie i odszedł. Obydwoje odprowadzili go wzrokiem, kiedy zniknął im z oczu, powrócili do rozmowy. - Widzisz – powiedziała – wbrew temu, co myślisz, nie jestem żadną sensacji modliszką, ja naprawdę chciałam ci pomóc, uznałam, że jedynym sposobem na zakończenie tej twojej manii było udowodnienie ci, że to czego poszukujesz można znaleźć gdzie indziej, niż we śnie… - Dlaczego – wtrącił Damian – tak bardzo ci na tym zależy? - Być może – kobieta wbiła wzrok w podłogę – uważam, że jesteś interesujący. Nie tylko jako temat do artykułu… - Uwodzisz mnie, czy tylko mi się tak wydaje – powiedział – nie to niemożliwe, przecież wokół ciebie kręci się cała masa mężczyzn… - Jesteś inny niż oni – stwierdziła – większość tych, z którymi się spotykałam to pozerzy, plastikowe nadęte „bubki”, szczerzące zęby w sztucznych uśmiechach, ilekroć pojawi się w pobliżu obiektyw aparatu. Wszystko co robili było na pokaz, żadnej szczerości. Ty jesteś wrażliwy, nie boisz się uczuć, jesteś szczery wobec kobiet, to jest wyjątkowa zaleta. Damian rozdziawił usta zaskoczony. - Uważasz to za zaletę? - Owszem nie lubię, kiedy mężczyźni udają kogoś, kim nie są. - To zabawne – parsknął Damian – większość dziewczyn to co ty uważasz za zalety, traktowało jako wadę. Ty z resztą też wykorzystałaś mnie, czy raczej moje „zalety”. - Tak sądzisz? - Tak. - Sama nie wiem dlaczego to zrobiłam. Być może chciałam po prostu zwrócić twoją uwagę. - No to akurat ci się udało – stwierdził. Po chwili zjawił się kelner, z zamówionym winem, postawił na stole dwa kieliszki, otworzył korkociągiem butelkę i rozlał trunek do naczynek. - Kolacja za chwilę będzie gotowa – powiedział i odszedł. Obydwoje wzięli kieliszki, spróbowali wina. - No i jak ci smakuje – spytała. Ewa delikatnie oblizała usta i lekko przygryzła wargę, mimo, że zrobiła to bezwiednie, niedbale to wyglądało niezwykle zmysłowo. Wpatrywała się w mężczyznę ogniście swymi błyszczącymi oczyma. W słabym, przygaszonym świetle kinkietów i lampki z abażurem wyglądała uroczo. Była śliczna, burza jasnych włosów opadała na twarz, okrywając policzek, delikatnie zadarty, piegowaty nosek nadawał jej dziewczęcego uroku. Jasne, błękitne, oczy, ozdobione czarnym tuszem do rzęs były niezwykle wyraziste, przepełnione zmysłowym blaskiem. - Nie jestem znawcom win – oznajmił Damian – ale to tyle kosztuje, że musi smakować. Przez chwilę siedzieli wpatrując się w siebie wzajemnie, żadne się nie odzywało, nie potrzebowali słów, ich twarze doskonale wyrażały dziwne napięcie, jakie panowało pomiędzy nimi. - O czym myślisz? – Spytała dziewczyna. - O tobie – rzekł chłopak – o tym uczuciu, jakiego doznaję ilekroć jesteś w pobliżu. - O tym dreszczu – upewniła się – który przechodzi od szyi w dół, po plecach i kręgosłupie? - Tak, dokładnie o tym – szepnął – skąd wiedziałaś? - Bo go też czuję. To było intrygujące, zarazem niezwykle przyjemne doznanie, patrzyli na siebie, jakby jakaś magnetyczna siła przyciągała ich spojrzenia. Wokół rozbrzmiewała melodia przebojów, sprzed siedemdziesięciu lat, rozmowy gości restauracji, lecz oni nie zwracali na nie najmniejszej uwagi. Nie przeszkadzały im nawet ciekawskie spojrzenia, ludzi, zaglądających za parawan. - Wierzysz w przeznaczenie? – Spytała Ewa – w to, że pewne rzeczy wcześniej czy później muszą się wydarzyć, bez względu na to, czy tego chcemy, czy też nie. - Tak wierzę – przyznał Damian – zawsze czekam na wyraźny sygnał, że owa rzecz właśnie ma się wydarzyć, czekam na „znak”. - Znak – zmarszczyła czoło i wydęła usta – jaki na przykład? - Nie wiem – wzruszył ramionami – mam nadzieję, że właściwie go odczytam, kiedy już go dostanę. Kolacja była wyśmienita, danie, jakie Ewa poleciła Damianowi smakowało mu bardzo, chociaż nawet, gdyby, siedzieli w dworcowym fast foodzie i tak posiłek byłby doskonały. Świetnie im się rozmawiało, nawet nie zauważyli jak szybko ucieka czas. Było po dwudziestej trzeciej, kiedy zapłacili rachunek i opuścili lokal. Damian uparł się by odprowadzić kobietę do domu. Ewa mieszkała niedaleko od starego miasta, to też postanowili przejść się piechotą. Ruszyli w dół skarpy, w stronę Wisły, wąską, krętą uliczką, wyłożoną kamiennym brukiem, po obu stronach piętrzyły się zabytkowe kamienice, ułożone na zboczach pagórków tarasowo, od starego miasta do nadbrzeża rzecznego, ku Wisłostradzie. Był ciepły wiosenny wieczór na drzewach i krzewach zieleniły się już pierwsze liście, gałęzie pokrywały kolorowe, pąki kwiatów. Stylizowane na gazowe latarnie oświetlały ulicę pomarańczowym blaskiem. Odgłosy silników autobusów i samochodów dobiegały gdzieś z oddali. W budynkach, światła paliły się już tylko w pojedynczych oknach. Damian odprowadził Ewę pod drzwi kamienicy w której mieszkała. Stanęli przed wejściem do pięciopiętrowego, rozłożystego „apartamentowca”, po południowej stronie „Alei Jerozolimskich”, wykonanego z betonu i szkła. Znajdował się on w pobliżu „Placu Trzech Krzyży”, przy parku, tuż za nowoczesnymi siedzibami banków i luksusowych hoteli. - Tutaj mieszkasz? – zapytał mężczyzna. Popatrzył na niewysoki, luksusowy budynek z portierem w holu, za przeszklonymi drzwiami. Wyglądało to zupełnie inaczej niż w jego komunalnej kamienicy, zapewne mieszkanie kobiety również znacznie różniło się od jego kawalerki. - Tak to mój dom – uśmiechnęła się - Chyba musimy się pożegnać – rzekł. Nie wiedział jak się zachować, uścisnąć jej rękę, czy może przytulić. Stali przez chwilę wpatrując się w siebie, ich spojrzenia wyrażały nieśmiałość, lekkie zmieszanie. W końcu Damian zbliżył się do kobiety, chciał ją pocałować w policzek, lecz Ewa zareagowała szybciej, przywarła do jego ust. Mężczyzna, nieco zaskoczony w pierwszej chwili, szybko odwzajemnił pocałunek. Ich wargi złączyły się namiętnie, delikatnie ślizgając po sobie. Poddawali się magii tej chwili, nie chcieli zakończyć tego, co sprawiało im niezwykłą przyjemność. Mężczyzna wziął ją w objęcia, przytulił mocno. Całowali się subtelnie, delikatnie i namiętnie za razem, jakby chcieli wyrazić tym pocałunkiem wszystko, co do siebie czują. - Wejdziesz? – Szepnęła mu na ucho. Damian niewątpliwie czuł się dobrze w towarzystwie Ewy, te wszystkie spojrzenia, rozmowy o niczym, jej bliskość, zapach perfum, miały w sobie jakąś nieokreśloną magię. Nagle błysnął flesz aparatu fotograficznego, jakiś mężczyzna w dżinsach i skórzanej kurtce biegał wokół nich i robił zdjęcia, nie zważając na to, że jego namolne zachowanie przeszkadza dwojgu ludzi, pragnących odrobiny prywatności. - No już – warknął złośliwie Damian do fotografa – na „pstrykałeś” się? To teraz spieprzaj bo nie ręczę za siebie. Fotograf dostał to na co liczył, uznał, że lepiej będzie chwilowo wycofać się, schował aparat do torby i ruszył przed siebie ulicą, znikając gdzieś za rogiem. - Nie przejmuj się nim – powiedziała Ewa – już sobie poszedł, nie będzie nam przeszkadzał. Wejdźmy do mnie. - Nie mogę – Damian utkwił wzrok w ziemię. - Dlaczego? – Zapytała – nie mów, znam chyba odpowiedź. - Chciałbym bardzo, ale nie mam pewności, czy z tarasu twojego mieszkania nie wyskoczy jakiś kolejny przedstawiciel „kółka fotograficznego” –stwierdził z sarkazmem – być z tobą oznacza poddać się jakiejś formie ekshibicjonizmu. Nie jestem pewien, czy potrafię… - Nic na to nie poradzę, że wciąż ktoś mnie obserwuje, pragnę szczęścia jak każdy inny człowiek. Spróbuj poświęcić trochę tej twojej „intymności” a zobaczysz, że warto. - Chciałbym, ale to jest bardzo trudne – przyznał – przy tobie czuję coś niezwykłego, jednak… - Ułatwię ci sprawę – puściła go i odsunęła się – zastanów się czego chcesz, i rozwiąż swój problem, jeżeli kiedykolwiek mielibyśmy być razem, to musisz nauczyć się akceptować to, co wokół mnie się dzieje. Jeżeli nie chcesz borykać się z bandą fotoreporterów to szukaj sobie dalej tej swojej „wyśnionej” baby. Dobranoc. Ewa odwróciła się i odeszła w stronę budynku. Mężczyzna odprowadzał ją wzrokiem, chciał za nią pobiec, przeprosić, zatrzymać przy sobie. Nie zrobił tego, odwrócił się i odszedł w stronę przystanku. Następnego dnia Damian poszedł do Piotrka, zastał go w szpitalnym gabinecie dla lekarzy, opowiedział wszystko, co wydarzyło się poprzedniego wieczora. - Wierzyć mi się nie chce – stwierdził doktor – taki głupi się urodziłeś, czy specjalnie musiałeś ćwiczyć? Ewa Drazga? Ty wiesz ilu mężczyzn marzy o tym, by z nią się spotkać, zostać sfotografowanym w jej towarzystwie? Ty być może miałeś szansę nawet na seks i zrezygnowałeś. Co się z tobą dzieje? Kiedyś takiej okazji byś nie przepuścił. Niby od kiedy nie potrafisz okazywać publicznie uczuć? - Wiem, że to głupie – westchnął Damian i opadł bezsilnie na krzesło – ona mi się podoba, i to bardzo, ale przebywając z nią czuję się, jakbym uczestniczył w jakimś durnym realisty show. Nie wiem, czy któregoś razu jakiś „paparazzi” nie wyskoczy nam spod łóżka. Nie chcę takiej „inwigilacji”, rozumiesz? - Nie, nie rozumiem – stwierdził Piotrek – tak, czy owak jesteś zdrowo rąbnięty i musisz się leczyć. Ciężko mi powiedzieć, czy to przez tę śpiączkę tak cię „pogięło”, czy też ta „paranoja” ma inne podłoże, ale zobaczę co da się zrobić. - Zrobić? Z czym? - Z twoją obsesją – lekarz usiadł na krześle przy biurku, zaczął wertować czasopisma medyczne, porozrzucane po blacie – gdzie to jest – powiedział sam do siebie – o znalazłem – rzekł wyciągając ze stery gazet jeden z magazynów – w przyszłym tygodniu przyjeżdża na serię wykładów amerykański psychiatra, specjalista od leczenia zaburzeń wywołanych stresem pourazowym. - No i co w związku z tym, chcesz bym poszedł na wykład? - Tobie nie jest potrzebny wykład tylko sesja – stwierdził Piotrek – być może uda mi się załatwić wizytę. Facet nazywa się Michael Kozlowski i jest podobno bliskim przyjacielem ordynatora psychiatrii w moim szpitalu. Twój przypadek może wydać mu się wyjątkowo interesujący. - A to niby czemu? - Bo sam jakiś czas temu był w śpiączce i doskonale rozumie ten stan. - Nie pytasz się nawet, czy ja mam ochotę na tę cholerną wizytę. - Ty nic nie rozumiesz, ja mam już dosyć wysłuchiwania tych twoich żalów. Tu potrzebny jest specjalista, nie masz więc wyboru, jeżeli nie pójdziesz z własnej woli to dopilnuję, by cię tam zawleczono siłą. Uwierz mi mogę zorganizować ci „miły urlopik” w szpitalu psychiatrycznym, mogą to być na przykład „Tworki”. - Ale z ciebie przyjaciel – parsknął Damian – naprawdę zamknął byś mnie w „psychiatryku”? - Nie wiem – wzruszył ramionami lekarz – nie chciałbym być zmuszony, do tego, by próbować coś takiego urządzić, ale zaczynam się poważnie o ciebie niepokoić. - Dobra – mruknął grafik – jak uda ci się załatwić tę sesję terapeutyczną to na nią pójdę. Damian nie wierzył w to, że Piotrkowi uda się zorganizować to spotkanie, tylko i wyłącznie dlatego wyraził zgodę. Minęło kilka dni i zadzwonił telefon, lekarz podał czas godzinę i miejsce, gdzie psychiatra go przyjmie, kompletnie zaskoczony Damian nie miał wyjścia, musiał w tej sytuacji pójść. Następnego dnia Rzamojewski znalazł się w wysokim biurowcu, niedaleko od centrum Warszawy, tam mieściła się prywatna przychodnia psychiatryczna, w której to gościnnie pracował lekarz z Ameryki. Mężczyzna siedział w poczekalni, naprzeciwko recepcji i z nudów przeglądał gazety, ułożone na półce, przy krzesłach. Jaskrawe światło z jarzeniówek oblewało korytarz sinym blaskiem. Damian pomyślał, że ten irytujący rodzaj oświetlenia nie powinien być stosowany w miejscu, do którego przybywają „wariaci” no ale psychiatrzy pewnie nie znają się tak dobrze na ustawianiu świateł jak on, rysownik. Za biurkiem siedziała elegancka kobieta, całą jej uwagę pochłaniało wypełnianie jakichś wirtualnych tabelek, wyświetlanych na monitorze komputera. Wokół panowała przenikliwa cisza, nie było nawet radia, tylko od czasu do czasu pojawiało się zgrzytnięcie zamka i trzaśnięcie drzwi. Sporadycznie dobiegały głosy specjalistów, rozmawiających o ciekawych przypadkach dolegliwości psychicznych. Zadzwonił telefon, recepcjonistka odebrała i wysłuchała poleceń, po czym odłożyła słuchawkę. - Doktor – powiedziała – przyjmie pana w gabinecie czwartym, to ten po prawej stronie, na końcu korytarza. Damian odłożył czasopisma, podniósł się i ruszył we wskazanym kierunku, zatrzymał się tuż przed solidnymi drzwiami, obłożonymi pikowaną „skają”, na których widniała złocista cyfra cztery. Wziął głęboki oddech jak przed skokiem z trampoliny, zapukał, następnie wszedł do środka. W pomieszczeniu nie było nikogo, pokój urządzony był z gustem, pod oknem stało drewniane biurko i krzesło, dalej był pikowany fotel, na sekretarzyku pod ściana znajdowała się pokaźna kolekcja książek w skórzanych oprawach. Obok wisiał obraz, był to portret jakiegoś mężczyzny w mundurze, na koniu. Po drugiej stronie stała leżanka z ciemną tapicerką, dokładnie taka jak na amerykańskich filmach. Damian podszedł do niej obejrzał, nie było jeszcze lekarza, tak więc postanowił ją wypróbować, ułożył się wygodnie, poprzekręcał z boku na bok. Nagle zgrzytnął zamek drzwi wejściowych. Damian nie widział kto wszedł, domyślał się jednak. - Dzień dobry – odezwał się aksamitny kobiecy głos, obarczony lekkim, obcym akcentem – widzę, że zdołał się pan już rozgościć. Nazywam się doktor Michelle Kozlowski – przedstawiła się. To była kobieta, nie widział jej, jednak w sposobie mówienia, barwie głosu było coś znajomego. Zerwał się na równe nogi, odwrócił w stronę drzwi. - To ty – wyszeptał – to naprawdę ty. Była ubrana w granatowy kostium, składający się z żakietu i krótkiej spódniczki, strój uzupełniała biała bluzka z kołnierzykiem, czarne rajstopy i buty na obcasie. Włosy miała rozpuszczone, bujnie opadające na szyję i ramiona, zupełnie jak tam, na wyspie, patrzyła na mężczyznę z tym samym błyskiem w oczach, który tak dobrze pamiętał ze snów. Lekarka przyjrzała mu się uważnie, na jej twarzy wpierw wymalowało się niedowierzanie, potem radość. - Znam cię – powiedziała – już kiedyś cię zobaczyłam, to było we śnie. Na wyspie. Uśmiechnęła się niepewnie, z zakłopotaniem. Damian objął ją i przytulił do siebie, zaskoczona kobieta po chwili dopiero odwzajemniła uścisk. - Nikt mi nie wierzył – powiedział uradowany – ale ty jesteś prawdziwa, moi znajomi szczęki pogubią, kiedy im ciebie przedstawię. Usiedli na leżance, wciąż trzymali się za ręce. Patrzyli sobie w oczy, ich spojrzenia wyrażały radość podniecenie, ale i jakiś dziwny niepokój. - Szukałam ciebie – powiedziała – mimo, że widzieliśmy się tylko we śnie wiedziałam, że jesteś prawdziwy. - Ja też – powiedział – wbrew logice, zdrowemu rozsądkowi, mimo ostrzeżeń przyjaciół i … Przed oczyma stanęła mu Ewa, zrobiło mu się trochę głupio z jej powodu, jednak zaduma szybko minęła. - Wiedziałem że jesteś prawdziwa. Powiedz, jak to możliwe, że spotkaliśmy się właśnie w świecie marzeń? - Nie wiem – wzruszyła ramionami – ludzki umysł wciąż kryje jeszcze wiele zagadek. Kiedy przyśniła mi się wyspa, byłam pogrążona w śpiączce, spowodowanej wypadkiem na nartach. Przez dwa miesiące byłam nieprzytomna, któż by pomyślał, że właśnie wtedy przeżyję taką przygodę. - Ja też spałem – rzekł Damian – po wypadku samochodowym. - To interesujące – stwierdziła – nie potrafię tego naukowo wytłumaczyć ale mam swoją teorię. - Tak, jaką? - Kiedy obydwoje byliśmy nieprzytomni, nasze umysły stworzyły sobie alternatywny świat, miejsce idealne, gdzie odczuwaliśmy ukojenie i spokój. Zbudowaliśmy tę wyspę jednocześnie w tym samym miejscu. Dwa światy, wykreowane, przez dwa odrębne umysły zlały się w jeden, uzupełniając się wzajemnie. - Masz na myśli telepatię? - Nie ja to powiedziałam – wydęła usta – jestem naukowcem, moim obowiązkiem jest opieranie hipotez na dowodach nie przypuszczeniach. - Masz więc jakąś naukową tezę. - Nie – przechyliła zalotnie głowę. - Widziałem ciebie jeszcze parę tygodni temu – oznajmił Damian – wpierw rozmawialiśmy we śnie, potem dostrzegłem cię na „Dworcu Centralnym”, wsiadałaś do pociągu. - We śnie ja też ciebie widziałam – stwierdziła – nocowałam w Warszawie, zaraz po przylocie z Chicago, następnego dnia rzeczywiście byłam na waszym dworcu. Jechałam na wykład do Frankfurtu nad Odrą. To zastanawiające. - Co takiego? - Widzieliśmy się we śnie właśnie wtedy, kiedy byłam w Europie. Jedną jedyną noc spędziłam na tym kontynencie, potem ruszyłam dalej, do Australii. - Być może po prostu spaliśmy w tych samych godzinach – stwierdził Damian – to byłoby logiczne. W trakcie śpiączki, byliśmy nieprzytomni przez cały czas, nie było znaczenia jaka to pora dnia, czy jest noc czy też dzień. Skoro widywaliśmy się jedynie we śnie… - Musieliśmy spać w tym samym czasie – dokończyła – ludzki umysł jest wciąż niezbadaną tajemnicą. Czasem na własnej skórze trzeba się przekonać, że kryje masę zaskakujących zagadek. Piotrek zdążył się położyć po ciężkiej, nieprzespanej nocy, spędzonej na dyżurze w szpitalu. Popatrzył na okno, poprzez zaciągnięte zasłony nie mógł przedostać się żaden promień słońca, lekarz nie cierpiał kiedy coś w trakcie drzemki świeciło mu na twarz, przeciągnął się, ziewnął i odwrócił do ściany. Zaczął przysypiać, kiedy rozległ się dzwonek. lekarz otworzył jedno oko ze złością popatrzył na hałasujące urządzenie, zamontowane w korytarzu, nakrył głowę kołdrą w nadziei, że natręt w końcu się znudzi. Niestety, dzwonek nie przestawał dzwonić, w końcu lekarz zwlókł się z pościeli i poszedł otworzyć drzwi. Przekręcił klucz w zamku i uchylił na tarasie przed domem stał Damian. - Cześć – powiedział – muszę z tobą porozmawiać. - To nie mogło poczekać? – Mruknął niezadowolony Piotrek – nie widzisz, że „konam” po ciężkim dyżurze? Czemu nie dasz mi się wyspać? Damian nie czekając na zaproszenie wparował do mieszkania, poszedł do salonu i rozsiadł się na fotelu. - Nie wyniesiesz się dopóki nie pogadamy – westchnął niezadowolony lekarz. - Dokładnie – stwierdził Damian – to sprawa życia i śmierci. Nie dam ci spokoju, chyba, że twoją odpowiedź uznam za wystarczająco wyczerpującą. Piotrek narzucił szlafrok następnie zasiadł w przeciwległym fotelu. - No więc powiedz – rzekł – o co chodzi? - Mam pewien problem – zaczął Damian – spotkałem w końcu dziewczynę, którą widziałem w śpiączce. Ten twój psychiatra wcale nie był mężczyzną, to jest właśnie ona… - Gratulacje – rzekł Piotrek – umów się z nią a teraz żegnam, idę spać. - Zaczekaj, to jeszcze nie wszystko… - Tego się obawiałem – mruknął lekarz. - Bo widzisz… jest jeszcze Ewa… Michelle to fajna dziewczyna, ale Ewa też mi się podoba, coś między nami iskrzy… Chcę się umówić z Michelle ale boję się, że już tak bardzo mi na tym nie zależy jak kiedyś. Ostatnio ciągle myślę o Ewie… - Cholera – jęknął Piotrek – załatwiłem ci najlepszego psychiatrę, a ten zamiast ci pomóc to jeszcze zaszkodził. Reasumując: kiedy spotykałeś się z Ewą wciąż myślałeś o tej drugiej – Michelle, teraz, gdy już odnalazłeś dziewczynę ze snu nie możesz przestać myśleć o Ewie. - No dokładnie – rzekł Damian – doradź mi coś. - Moja rada jest taka – ziewnął Piotrek – poszukaj sobie dobrego psychiatry i niech to będzie mężczyzna, bo może w facecie się nie zakochasz i będzie można zacząć leczenie. - Też mi rada – burknął niepocieszony Damian. - A czego się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych