Elfy z Przeklętej Puszczy rozdział IV
Rozmowa dwóch królów, tajemnicza elfka w obozie ludzi
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Konste i Iktar stali w milczeniu w namiocie patrząc na ciała wojowników. Iktar ściskał dłoń, w której przez chwilą trzymał magiczny miecz. Ból ustępował bardzo powoli. A rana w ramieniu zaczęła znów krwawić. Krew przesiąknęła już przez bandaże i spływała po skórze. - Trzeba zmienić opatrunek – powiedział król patrząc na ramię siostrzeńca – chodź – odwrócił się na pięcie i wyszedł z namiotu. Młodzieniec patrzył jeszcze przez chwilą na martwych, potem rzucił krótkie spojrzenie na miecz i udał się za wujem. Gdy wyszedł na zewnątrz rozejrzał się wokół. W pewnej odległości dookoła stały namioty żołnierzy, na przeciwko stał namiot króla, po prawej stronie znajdował się jego. Spojrzał przed siebie, król stał na środku placu i nakazał ręką, aby udał się do dużego, czarnego namiotu po lewej po czym sam skierował tam kroki. Iktar zrobił parę kroków po czym zamarł z przerażenia. Właśnie usłyszał ten sam gwizd, jaki uprzedził wczorajszą rzeź. Poczuł, jak nogi uginają się pod nim a rana eksplodowała bólem. Upadając na kolana dojrzał w oddali smużkę srebrnego, świecącego dymu. Serca zaczęło walić mu jak szalone. Obóz znajdował się około kilometra od źródła rzeki, na jednym ze wzgórz zasłaniających widok na ścianę lasu znajdowało się kilka namiotów. Linia lśniącego dymu, widoczna pomimo odległości, była wbita dokładnie w środek tego wzgórza. Po krótkiej chwili smuga się rozwiała. Ranny młodzieniec nagle poczuł jak silna ręka podnosi go z powrotem na równe nogi. Z początku próbował się wyrywać, ale kiedy uświadomił sobie, że to jego wuj natychmiast przestał. Spojrzał w twarz króla. Konste był równie przerażony. W drugiej ręce trzymał miecz. Rozglądał sie uważnie wokół. Dopiero, gdy upewnił się, że do obozu nikt się nie zbliża skoncentrował się na wzgórzu strażniczym. Trudno było dostrzec, co się tam dzieje, ale wyraźnie widoczna była sylwetka jeźdźca pędzącego w kierunku obozu. Ciągnęła się za nim smuga świecącego dymu. Po minucie jeździec był już w obozie, zsiadał ze zdyszanego konia i trzymając w dłoni pobiegł ile sił w nogach do swojego króla. Konste wybiegł mu na spotkanie. Śmiertelnie blady żołnierz nie wypowiedział nawet słowa. Gdy tylko zbliżył się do władcy padł zmęczony na ziemię dysząc jak chory na astmę. Wyciągał przed siebie rękę, w której trzymał strzałę i podał ją królowi. Konste drżącą ręką ujął ją w dłoń. Wokół strzały owinięty był pergamin z napisem „do Króla Konstea”. Adresat oderwał rzemień i rozwinął wiadomość: „Witaj Królu Konste. Nasze drogi znów się krzyżują. Na pewno mnie pamiętasz. Udaj się jak najprędzej na wzgórze, chce z Tobą porozmawiać. Nie bój się, to nie jest pułapka. Przychodzę sam, co może potwierdzić Twój żołnierz. Namanath Isilra - król Hethiva” Król spojrzał na posłańca i spytał: - Elf przyszedł sam? Posłaniec nadal dysząc spojrzał na władcę i przytaknął. Konste utkwił wzrok w czubku wzgórza i stał nieruchomo kilka minut. W końcu drżącym głosem wydał rozkaz najbliżej stojącemu żołnierzowi: - Przyprowadź mi konia. - następnie donośnie zawołał – Jeźdźcy na koń! Wy dwaj! - krzyknął do żołnierzy, którzy zanieśli Iktara do czarnego namiotu i zmieniali mu bandaże – opiekujcie się księciem! Po kilku minutach król jechał na czele kolumny jeźdźców w kierunku wzgórza. Konsteowi niespieszno było do spotkania, ale nakazał jechać truchtem, aby nie dać elfowi zbyt wyraźnie do zrozumienia, że się go boi. Choć w istocie bał się go panicznie. Być może nawet bardziej niż podczas tej koszmarnej nocy. Elf stał spokojnie na szczycie wzgórza i spokojnie obserwował, jak kolumna jeźdźców zbliżała się do wzniesienia. W świetle księżyca elf wyglądał jak półbóg – długie, ciemne włosy falowały na wietrze, czarny płacz czynił resztę jego ciała ledwo dostrzegalną dla otaczających go ludzi. Diadem na głowie lśnij w bladym świetle a oczy jarzyły się niczym błękitne iskry. Lekko się uśmiechał, z twarzy spływała łagodność. Jednak, pomimo tego napawającego spokojem wyglądu, otaczający go żołnierzom trzęsły sie dłonie. Nikt nie śmiał zbliżyć się do niego na odległość bliższą niż trzy metry. Nie patrzyli na niego podejrzliwie jak na wroga - patrzyli na niego jak na demona, który w każdej chwilo może ich zmieść z powierzchni ziemi. Kiedy wchodził na wzgórze strzelali do niego z łuków, ale żadna ze strzał nawet go nie drasnęła. Kiedy trafiały w niego kolejne salwy strzały po prostu odbijały się od ciała. A on się uśmiechał do łuczników. W końcu, gdy ktoś podniósł strzałę, którą na początku wystrzelił elf, zaprzestali daremnych ataków. A on wszedł na czubek wzgórza i ich pozdrowił. Zdawał się być pokojowo nastawiony, ale wszyscy słyszeli o bitwie przed trzydziestu laty i wiedzieli, że ta niemal dobrodusznie wyglądająca istota jest śmiertelnie niebezpieczna. Konste wjechał na wzgórze i stanął dokładnie przed elfem. Patrzyła na niego z góry przez długa chwilę i chłonął każdy szczegół w wyglądzie niebieskookiego elfiego króla. Wyglądał dokładnie tak samo, jak przed trzydziestu laty, nie postarzał się ani trochę. Jeźdźcy otoczyli obu królów, w każdym momencie mogli ruszyć do ataku i zmiażdżyć Czarnego Elfa. Wystarczyłby jeden znak ich króla albo jeden fałszywy ruch wroga. Obaj królowie wiedzieli o tym doskonale, ale Konste zdawał się o tym nie pamiętać patrząc na całkowity spokój i prawie beztroski wyraz twarzy Isilra. Znów był małym, przerażonym chłopcem, który przeżycie zawdzięczał tylko swemu młodemu wiekowi. Chciał coś powiedzieć, ale gardło z każdą chwilą zaciskało mu się mocniej, z trudem łapał powietrze, czuł, jak dłonie drżą. - Witaj królu Konste. Wyrosłeś na wielkiego i silnego mężczyznę. Miło mi wiedzieć cię w pełnym pełni twego majestatu – przemówił spokojnym, melodyjnym głosem elf łagodnie się uśmiechając po czym nisko się skłonił. - Witaj... - wykrztusił z siebie człowiek. Powolnym ruchem zsiadł z wierzchowca nie odrywając wzroku od błękitnych iskier elfich oczu. - Chcę cię serdecznie przeprosić za wczorajsze zajście. Moi żołnierze wzięli twoich za kogoś innego. Gdyby wiedzieli, że nie byli złodziejami, których ścigamy, nie poważyli by się na atak. - Złodzieje? Jacy złodzieje u diabła? Zabiliście moich przyjaciół i zraniliście siostrzeńca! - w oczach króla pojawił się gniew – a potem moich przyboczny! Mnie też ledwo przeżyłem! Strzały latały mi wokół głowy!!! A ty mówisz, że braliście nas za złodziei?! Mnie!? Konste zapomniał o strachu, przypomniała mu się furia, jaką poczuł gdy patrzył ma głowę ojca. Chciał już sięgnąć po miecz i ściąg zuchwałego elfa, ale gdy położył dłoń na rękojeści miecza gniew znów zastąpił lodowaty strach. Już raz z nim walczył. I sromotnie przegrał. To było dawno, ale strach, który w nim ożył był obezwładniający. Elf był wyraźnie zaskoczony słowami człowieka. Nie wiedział, że wczorajszej nocy jego wojownicy starli się z samym królem. Ani że przeżył którykolwiek z wędrowców przy źródle. A tym bardziej, że był to krewniak króla. - Wybacz, oni nie wiedzieli kim jesteście! Top byli młodzi i niedoświadczeni żołnierze! Nie znali się na insygnia władców innych krain! ...mogę tylko złożyć wyrazy szczerego ubolewania. „Młodzi, niedoświadczeni żołnierze” ??? Konstea niemal ścięło z nóg. Jeżeli TO byli niedoświadczeni żołnierze... Nie mógł z siebie wydobyć słowa. Król wrył wzrok w elfa i czuł jak nogi się pod nim uginają. - Nie możemy cofnąć tego co się stało. Żałuję tego bardzo. Nie wiem czy mi wybaczysz. Zaznałeś wielu krzywd z naszej strony – smutnym głosem ciągnął Hethiva – nie mam nic co mogło by złagodzić twój ból. To, co wczoraj się wydarzyło było tragicznym splotem okoliczności... - Co wy tu robicie? - przerwał mu człowiek - Jak już powiedziałem szukamy złodziei. Skradli nam bardzo ważną rzecz. Dla ludzi nie ma ona znaczenia, ale dla nas to świętość. Pościg za świętokradcami przygnał nas aż tutaj. Nie chcieliśmy niepokoić twojego ludu... Choć przyznam, że nie spodziewaliśmy się tu waszej obecności... wybacz mi zuchwałość... ale po co przybyliście do granic Farisu? Konste nie odzywał się przez jakiś czas. Miał mętlik w głowie. Coś mu nie pasowało w wyjaśnieniu elfiego króla, ale chaos w myślał nie pozwalał mu dojść co to było. Patrzył się nadal na Isilre nie potrafiąc zebrać się w sobie aby odpowiedzieć na pytanie. W końcu niepewnym głosem rzekł: - My... - nagle zmrużył oczy, w głowie zaświtała myśl – To nie wasza sprawa – odpowiedział pewnie – Nie musze odpowiadać na twoje pytania czarcie. To ty powinieneś sie tłumaczyć. To twoi żołnierze zaatakowali moich. Czemu chciałeś się za mną spotkać? Bo nie wierzę, żebyś chciał mnie tylko przeprosić Czarny Elfie. Niebieskooki westchnął i spuścił głowę. Splótł ręce za plecami i przez chwilę milczał. Podniósł znów wzrok i odpowiedział: - Przede wszystkim przyszedłem cię przeprosić królu. Chciałem także prosić o jedna rzecz... - Wiedziałem – rzekł niskim głosem człowiek uśmiechając się ironicznie – Czego chcesz? - Przede wszystkim chciałem cię przeprosić za to nieporozumienie. Oraz prosić o wydanie ciał poległych elfów – odpowiedział nisko się kłaniając i krzyżując ręce na piersiach. Enrajanin znów odniósł wrażenie, że coś mu nie pasuje w słowach rozmówcy, ale narastający gniew nie pozwalał dłużej się nad tym zastanowić. - Najpierw twoi żołnierze mordują moich przyjaciół, a potem bezczelnie przychodzisz tu i myślisz, że „przepraszam” wystarczy, abym ci przebaczył – ręka króla spoczęła na rękojeści miecza, jeźdźcy przygotowali się do ataku – nie, Czarny Elfie. Nigdy ci nie wybaczę. Zabiłeś mojego ojca i braci. Widziałem ich głowy nabite na włócznie, widziałem stosy spalonych ciał – Konste cedził słowa z coraz większą wściekłością – teraz dosięgnie cie kara za twoje zbrodnie przeklęty morderco! - Nie zabiłem twego ojca! - odpowiedział Isilra podnosząc głos, jednocześnie odbierając Konsteowi nieco pewności siebie – Miałem nadziej, że do tego nie dojdzie, nie chcę więcej rozlewu krwi, ale jeśli nie wydasz mi ciał... - elf szybko podniósł do ust dziwny gwizdek, który nie wiadomo skąd wziął się w jego dłoni, i z całej siły dmuchnął. Nic jednak nie było słychać. Ludzie patrzyli na Czarnego elfa niespokojnie, nie wiedzieli co robić. Atakować czy jeszcze się wstrzymać. Konste nie wyciągał miecza. Zastanawiał się, co zrobił elf. Nagle na miejscu zaskoczenia w jego oczach zastąpiło przerażenie. Zobaczył dziwne błyski pomiędzy drzewami. Raptem spomiędzy drzew wyszli wojownicy. W świetle księżyca byli doskonale widoczni gdyż nie mieli na sobie płaszczy. Tylko lśniące zbroje i miecze. - Strzały ich nie zranią... - wyjaśnił spokojnie elf – twoi łucznicy to potwierdzą... widzieli, że ich ataki nawet mnie nie drasnęły – ciągnął – Wydaj mi ciała moich żołnierzy a oszczędzę ciebie i twoich ludzi... teraz już nie chroni cię twój wiek – pewnym głosem dokończył. Konste znieruchomiał. Jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że ma całkowitą przewagę nad wrogiem. Teraz, widząc równą linię wojowników pod lasem, miał wrażenie, że znów jest tym młodzieńcem, który trzydzieści lat temu omal nie zginął w starciu z Czarnymi Elfami. Tym samym, który życie zawdzięczał jedynie litości ze strony ciemnowłosego elfa, który teraz stał bez cienia strachu zaledwie dwa kroki dalej. Na twarzy elfiego władcy nie było już jednak tej pobłażliwości. Na twarzy tej gościła teraz nie znosząca sprzeciwu, harda mina, a łagodne dotąd oczy skrzyły się niczym nie zakłóconą pewnością siebie. Sam ten widok zdawał się wysysać wszystkie siły z Enrajanina.
* * * Iktar powoli dochodził do siebie. Był w namiocie sam, przez duże wejście widział główny plac obozu. Z trudem podniósł się z leżanki i wyszedł na zewnątrz. Kilku żołnierzy stało niedaleko namiotu króla. Patrzyli na wzgórze strażnicze. Książę również skierował tam wzrok. Próbował dojrzeć, co sie dzieje na czubku wzniesienia, ale zmęczenie nie pozwalało mu wyraźni niczego dostrzec. Po chwili zrezygnował z daremnych prób i skierował kroki ku żołnierzom.. Nie przeszedł jednak nawet kilku metrów kiedy jego uwagę zwrócił cichy szmer dobywający się blisko zza pleców młodzieńca. Odwrócił się i dostrzegł falujące jeszcze wejście do namiotu, gdzie leżały ciała martwych elfów. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na wzgórze i skierował się do namiotu. Zanim jednak dotknął zasłony usłyszał kobiecy głos z prawej strony: - Hej. Chodź za mną - łagodnym tonem przywołała go do siebie kobieta w ciemnym płaszczu po czym odwróciła się i weszła pomiędzy namioty raz jeszcze odwracając wzrok ku chłopakowi. Kobieta w obozie? Iktar był niezmiernie zdziwiony. Enrajanie nigdy nie brali ze sobą kobiet na wyprawy wojenne. Coś mu mówiło, że jej obecność tutaj była niepokojąca, ale uszach wciąż rozbrzmiewał łagodny ton głosu kobiety a oczy pragnęły znów zobaczyć blask jej oczu. Niepewność trwała jeszcze chwilę, ale w końcu
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mitra
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…