Fatalny strzał?
Ciekawostką jest, że kilka miesięcy po napisaniu tego opowiadania, przydarzyła mi się podobna sytuacja. Co prawda nie strzelałem sobie w głowę ani w żaden inny sposób nie próbowałem targnąć się na swoje życie, to jednak cała reszta się zgadza.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pobiegł czym prędzej na nadbrzeże, a oczy zalewały mu łzy. Serce ściskał mu okrutny ból, wiedział co się musi stać, aby się go pozbyć. Znał zakończenie. Spełniało się to, czego obawiał się najbardziej i nad czym już wcześniej rozmyślał. Nie miał wyjścia, sytuacja miała nieodwracalny wpływ na jego nieco zbyt pochopną decyzję. Przystanął na chwilę, aby złapać oddech. Mgła gęstniała wokół niego niczym mleko wlewane do wody. Ciekawość zwyciężyła nad logiką – postanowił się obejrzeć. Świat za jego plecami nie różnił się od tego z naprzeciwka. Jednak nie to go interesowało najbardziej. Szukał bowiem znajomej sylwetki, choć zarysu osoby, od której uciekał, a którą ongiś kochał. Przyportowy parking, na którym odbyła się ich ostatnia rozmowa był pusty. W głowie wciąż dźwięczały nieprzyjemnie ostatnie słowa ich ostatniej wymiany zdań… - Skończyło się to co było kiedyś. – powiedział wtedy. - Jak mogło się skończyć, skoro dalej jesteśmy parą?! Ja nigdy nie zmieniłam mojego stosunku do ciebie, ale widzę, że ty już mnie nie kochasz… - Jak możesz nawet tak myśleć? To raczej ja powinienem zadać ci pytanie o miłość. W końcu o mnie nie raczyłaś pamiętać przez ostatnie kilka tygodni. I nie zaprzeczaj: to co było między nami na początku w niczym nie przypomina tego, jak jest dziś. Zachowujesz się, jakbym był dla ciebie nikim więcej jak tylko przyjacielem. - Ale ja wcale tak nie uważam! Wciąż cię kocham, a ty niepotrzebnie odstawiasz jakieś cyrki. I ostrzegam cię: kończy się moja cierpliwość. - Chcesz mi powiedzieć coś więcej, niż tylko postawić jakieś głupie ultimatum? Nie będę tolerował ignorancji. - Jakiej ignorancji? O czym ty w ogóle mówisz? - Nie udawaj, że nie wiesz. Nie przyznajesz się do mnie przy ludziach, nikt z naszych znajomych nie wie, czy jeszcze ze sobą jesteśmy… - Niech tak myślą! Co ja im bronię? Jestem pewna mej miłości do ciebie, chyba to jest najważniejsze, a nie durne opinie obcych ludzi, którzy sądzą, że są w temacie i mogą wypuszczać w świat plotki. - Widziałem cię wczoraj z nim… - nie wytrzymał i wytoczył najcięższą artylerię. – Nie wyglądałaś na taką, która pamięta o tym, że ma chłopaka. - J…Jak to? Nie, to nie było tak jak myślisz. Otóż… - próbowała się tłumaczyć. - …otóż wiem co widziałem! Pojechałaś do niego, wiem bo was śledziłem! - Jak mogłeś? Nie ufasz mi? Poza tym omawialiśmy sprawy służbowe. - Potem nagle zgasło światło i na całej ulicy słychać było twoje jęki. O przepraszam! Usilnie negocjowałaś warunki kontraktu! - Jesteś podły – wykrzyknęła, po czym uderzyła płaską dłonią w wilgotną od mgły twarz Mateusza. Oboje zamilkli. W oddali dało się wychwycić z powietrza jedynie warkot silników zawijających do portów barek biednych rybaków. Emocje powoli zaczęły opadać. Monika załkała pod nosem. - Przepraszam cię kochanie. – mówiła pociągając nosem – Ja… ja wypiłam chyba trochę za dużo… A on ciągle dolewał. Straciłam nad sobą kontrolę. – głos załamał się i rozpłakała się na dobre. - Nie płacz Żabko. – wypowiedział ulubione zdrobnienie jakie jej nadał i przytulił mocno. - Proszę! Spróbujmy jeszcze raz! Niech będzie tak jak dawniej… - Zdradziłaś mnie… - Owszem, ale nie wracajmy do tego! - Zdradziłaś mnie z najlepszym przyjacielem! – nerwy zaczęły puszczać. Monika podniosła głowę z jego ramienia i wbiła wzrok w kamienną twarz Mateusza. - Co ty mówisz? - Najlepiej będzie, jeśli się rozejdziemy. Każde w swoją stronę. – wypowiedział słowa, które zadały mu nie lada ból. Nie tylko jemu zresztą. - Mateuszku, powiedz, że żartujesz! Chyba nie powiesz mi, że twoje uczucie zgasło w jedną chwilę? Poza tym to był ten jeden raz! Naprawdę – zawsze byłam ci wierna! - Kilka dni wcześniej też u niego byłaś. Więc mnie nie okłamuj. Widziałem przez okno, jak się kochacie. – Monika momentalnie zbladła. Omal nie zemdlała. Niestety Mateusz miał rację, nie miała żadnego alibi. Mogła się jedynie przyznać do romansu z Michałem, jego najlepszym przyjacielem. - Zdradziłaś mnie kilka razy, a przed chwilą zapierałaś się, że to był tylko ten jeden wypadek?! – wrzasnął i pod wpływem chwili szarpnął dziewczyną jak marionetką. Przestraszyła się go, zobaczyła w jego oczach coś, co ją przeraziło. Nie poznawała już swojego starego, ciepłego i spokojnego Mateusza. Mimo to nie dziwiła mu się. Wstała zaprzestając lamentu, otrzepała brudne ubranie i spojrzała mu głęboko w oczy. Tak głęboko, jak jeszcze nigdy nie patrzyła. - Tak, zdradzałam cię z Michałem. – a słowa te wypowiedziała tak spokojnie, jak jeszcze nigdy. Z Mateusza w jednej sekundzie uleciał gniew. Wrócił stoicki spokój. Zaczerpnął głęboki wdech i spytał: - Dlaczego? - Nigdy tego nie zrozumiesz. Uznajmy, że nie pasowaliśmy do siebie. - Dawniej mówiłaś inaczej… - Dawniej to było co innego. Szukałam przygody, ty się napatoczyłeś, zauroczyłeś mnie chwilowo, ale to już minęło. - Więc wypada tylko się pożegnać… - Rób jak chcesz. Wracam do Michała, pewnie już się martwi. - Czyli jeżeli ta rozmowa potoczyłaby się inaczej, jeślibym ci wybaczył i starali się zacząć od nowa, ty pojechałabyś znów do niego? - Muszę odpowiadać na to pytanie? – zapytała cynicznie zapalając papierosa. - Nie – odrzekł i powoli zaczął się wycofywać – chcę jeszcze ci powiedzieć, że nadal mimo wszystko cię kocham. – odwrócił się na pięcie i spacerem ruszył przed siebie. - Mateusz! – krzyknęła za nim Monika. Odwrócił się w nadziei usłyszenia ciepłego słowa lub pocałunku na „do widzenia” - Ja cię chyba… nigdy nie kochałam. – słowa przeszyły całe jego ciało, niczym rój ostrych niczym brzytwa igieł. Nic już więcej nie powiedział. Rzucił się biegiem w kierunku nabrzeża. Biegł, a oczy zalewały mu łzy. Tak się znalazł w tym miejscu. Ocknął się, gdyż zdawało mu się, że słyszy jej głos. Niestety. Stał sam w opustoszałym porcie. Ślepia powoli puchły od nadmiaru łez. I na co mi było wspominać tą rozmowę?, pomyślał. Zrazu przypomniał sobie co miał zrobić. Nie skrępowanym i nadzwyczaj swobodnym jak na sytuację skokiem znalazł się na skraju pomostu. Odprężył się, rozciągnął mięśnie barków i pleców. Rychło zrobiło mu się nieco cieplej, chociaż to już nie miało żadnego znaczenia. Wiedział co szykuje dla niego los. Po raz ostatni obejrzał się, bynajmniej nie w poszukiwaniu Moniki. Chciał się jedynie upewnić, że nikt mu nie przeszkodzi. Wreszcie włożył dłoń do kieszeni, w której ciążył mu spory, zimny kawałek metalu. Chwycił za rękojeść pistoletu. Jego oczom ukazał zakupiony wcześniej od jakiegoś Wietnamczyka w China Town Browning kaliber 9mm. Bez pośpiechu sprawdził magazynek – był pełen. Świadomie wyrzucił niemal wszystkie naboje w ciemną, morską toń. Zostawił tylko jeden. Ten jeden, który miał przepędzić w dal każde zmartwienie Mateusza. Przespacerował jeszcze kilka kroków. Doszedł do samego końca małego mola. Tam stanął na samym jego rogu, odwrócił się twarzą do lądu: mgła opadła ukazując bajecznie rozświetlone miasto. Ostatni rzut oka na niebo, które tej nocy było nadzwyczaj pełne od gwiazd. A może zawsze tyle ich tam było tylko ja nie zwracałem na nie uwagi?, snuł domysły. Zresztą to już nie było ważne. Nic nie było. Pożegnalne westchnienie. Uniósł swojego Browninga i przyłożył go do skroni. Zmrużył oczy. Spust gładko ustępował palcowi wskazującemu. Sekundy mijały powoli, serce zachowywało się jak gdyby nigdy nic. Kolejne sekundy i… cyk! Mateusz otworzył zaniepokojony oczy. Spojrzał na broń dzierżoną w dłoni. Była nieodblokowana. Wybuchł gromkim śmiechem. Nie mógł pojąć, jak to się stało, że nie odbezpieczył pistoletu. Tym razem jednak zrobił to co powinien, dla pewności sprawdził na wszelki wypadek magazynek i wrócił do pozycji wyjściowej. Wzrok skierował w niebo. Usta uchyliły się lekko. - Miłość… - powiedział unosząc delikatnie kąciki ust w ironicznym geście rozbawienia. Śpiące na nadbrzeżnych dachach mewy poderwały się nagle do lotu co zaniepokoiło wracających z połowu rybaków. Dopiero po chwili dobiegł ich uszu głośny huk wystrzału, a zaraz po nim głuche pluśnięcie. I znów martwa, nadmorska cisza. Jak bardzo życie jest ulotne, to prawdopodobnie wie każdy. Jaki jest jego sens? To już z goła trudniejsze pytanie, na które nikt dotychczas nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. A próbowało wielu. Mateusz również należał do tych, którym sens ziemskiego bytowania zaczął być kamieniem na szyi. Nie poradził sobie z ogromem sytuacji, przerosła go zdecydowanie. Uważał, że jest tylko jedna alternatywa, którą niekoniecznie za normalnego życia tolerował. Nabył narzędzie, które miało ukrócić jego cierpienia, udał się w odosobnione miejsce i strzelił sobie w skroń. Niestety dla Mateusza, los miał wobec niego inne plany. Karetka gnała przez miasto ma złamany kark. Wiozła ze sobą bowiem pacjenta w stanie krytycznym, wciąż jeszcze żywego, ale nie wiadomo jak długo może wytrzymać. Nieliczne samochody o tak późnej godzinie rozjeżdżały się na boki, aby zrobić miejsce ambulansowi na sygnale. Pojazdowi nie zajęło wiele czasu dotarcie do szpitala, gdyż znajdował się kilka przecznic od portu. Mateusz leżał nieprzytomny na noszach. Można było mówić i niewyobrażalnym szczęściu, ponieważ kula wystrzelona w głowę, jakimś cudem przeszła przez podstawę mózgu, nie czyniąc większego spustoszenia, dosłownie o włos minęła przysadkę i rdzeń i przeszła na wylot. Jedynym problemem mogła być utrata olbrzymiej ilości krwi. Pocisk naruszył bowiem jedną z żył. Po dalszych kilku cennych minutach Mateusz leżał już na stole operacyjnym gotowy do pokrojenia. Lekarz, który miał akurat nocny dyżur był znanym fachowcem w dziedzinie chirurgii neurologicznej, więc niebiosa sprzyjały niedoszłemu denatowi. Tuż przed nacięciem skóry głowy zdarzyło się coś niesamowitego: Mateusz otworzył na oścież oczy i zimnym, przerażonym wzrokiem wpatrywał się w jedną z pielęgniarek, która stała obok i podawała skalpel chirurgowi. Dziwna anomalia jednak ustąpiła, kiedy morfina zaczęła działać. - Nieprawdopodobne, odzyskał przytomność. – słychać było szepty równie zaskoczonych co pielęgniarka lekarzy operujących. - Panowie, będziemy to omawiać po zakończeniu operacji. Ratujmy człowiekowi życie! – przywołał towarzystwo do porządku jeden z nich. Zabieg zatamowania krwotoku wewnętrznego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil donik
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…