Wróć do katalogu

Gali- Mateusz

Na 3 podzielone.

Mori, opublikowano , 1 godz. czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Kolejny raz miasto kładzie się do snu. Światła powoli gasną w oknach - pękają niczym bąbelki, stapiając się tym samym z wszechogarniający mrokiem. Pijanym krokiem,z rogu w róg, snuje się wiatr niespokojnie. Rozjuszone głosy ludzkich istnień, brudne warkoty silników, syreny, alarmy, śpiewy i śmiechy teraz odeszły a ich miejsce zajęła cisza, niekiedy zakłócana księżycowymi szeptami . Gdzieś, w żółtym świetle latarni kot przemknął przez ulicę, przyspieszając oświetlony jej blaskiem. Na którejś z dzielnic zawył pies. Dalej, w ciemnym zaułku, pochrapuje bezdomny owinięty szmatami. Na szóstym piętrze w bloku przy ulicy ******* żona z mężem wzniecają wrzaski. Gdzieś w oddali zadźwięczała syrena radiowozu, oznajmiając udane zakończenie polowania. Pozorna cisza i fałszywy spokój, zamknięte w betonowym labiryncie są jak szron otulające dusze, zimnym, złowieszczym tchnieniem, podszytym strachem. Jednak pomimo zła wypełzającego pod osłoną nocy na ulice, dotykającego zabłąkanych dusz, jest pewien azyl do którego uciekają ludzie, chroniąc się przed demonami cienia i czekając na kolejny świt, brzask lub wschód słońca. Tak, oto z głębokich odmętów umysłu budzi się sen, a ten jest niczym zamglone odbicie duszy człowieka. W jednym z wielu ciemnych, cichych pokoi... Poruszając się na wzór głuchego akordeonu, pufa sobie po cichutku gumowy tłok. Biegnie od ściany do kokpitu, pełnego przycisków, diodek oraz dźwigien. Podstawą urządzenia jest spory generator, z którego wychodzi niezliczona ilość różnokolorowych kabelków. Troszkę dalej stoi szklany cylindryczny pojemnik połączony z resztą machiny plastikową rurką, w którym przelewa się kleista ciecz. Mały kabelek wynurzający się spod dywanu, biegnie mijając kapcie, wspinając się na szafkę, owijając się wokół lampki nocnej i kończąc swoją drogę wczepiony w misko – podobne nakrycie znajdujące się na głowach ludzi w pozostałych ciemnych i cichych pokojach. Maszyna stała się integralną częścią pokoi, często przyozdabiana przez żony najróżnorodniejszymi kwiatami doniczkowymi, jest też miejscem dla uwiecznionych w postaci fotografii wspomnień oprawionych w ramki, spełnia też funkcję foteli dźwigających ciężar znoszonych ubrań. Ludzie podłączeni w trakcie snu do urządzenia nie przejawiają żadnej oznaki niezadowolenia, czy też zniewolenia. Zresztą, czemu miałoby im przeszkadzać coś, co jest naturalnym porządkiem rzeczy? I tak oto, w tych cichych pokojach pogrążonych w mroku miasta, oddycha sobie po cichutku to ustrojstwo, a ludzie śpią i oddychają przez nos: wolno, cyklicznie i wyraźnie. ------------------------------------------------------------------------------------------------------- -Która godzina? - Pół do siódmej kochanie. -Już wstaje – powiedział. Powoli i niezdarnie, zsunął nogi, a potem uniósł resztę ciała, siadając sztywno na łóżku. -Śniadanie przyszykowane, ja już wychodzę. Pa, trzymaj się. Jego mętny, zmęczony wzrok padł na kapcie, które zaraz nałożył. Tosty parowały jeszcze na talerzu, a obok stał kubek gorącej kawy. W telewizji leciały wiadomości: krach nie giełdzie, tysiąc rodzin bez dachu nad głową, wybuch wulkanu, powódź zalała południe kraju i pies który przeżył trzy dni na krze lodowej. Poszedł się ogolić. Poszedł się ubrać. Poszedł zrobić kupę. Poszedł do pracy. Korki w mieście przypominały wtłaczany strzykawką do kanalików ulic, różnobarwny płyn. Jego Toyota Yaris tkwiła gdzieś między innymi unieruchomionymi samochodami. W pracy, przywitał się z kolegami i z szefem, wszyscy już zajęli swoje stanowiska przy biurkach. Usiadł. Aha... jeszcze wcześniej podbił kartę pracownika. Dzień jak co dzień. Przed nim, piętrzył się stos papierów.. Czas, start. Pracownicy, wszyscy w tym samym momencie, powoli unieśli prawe ręce , tak żeby zaciśnięta pięść znalazła się koło ucha i w jednym czasie, z niemałą siłą, opuścili je uderzając w stoły, tak że przedmioty na nich znajdujące się delikatnie podskoczyły. Ponownie unieśli ręce i ponownie je opuścili i znowu i znowu i znowu i ... Całe pomieszczenie huczało od uderzeń. Bum, tam bum tam tam bum. Ludzie tępo patrząc się przed siebie walili w stoły, a szef przechadzał się między boksami z wypiętym brzuchem i patrzył jak pracownicy wypełniają obowiązki. Nasz bohater pracował już od 8 lat, w tej samej korporacji. Od poniedziałku do soboty. Po osiem godzin. Zaczynał o ósmej zero zero. Dzień w dzień, gdy się obudził czekało na niego śniadanie, a jego kobieta wychodziła do pracy żegnając się od ośmiu lat tak samo - „pa, trzymaj się'' (ponieważ od tylu lat byli ze sobą związani). Gdy już wyjechał do pracy, zawsze stał w gigantycznym korku. Miał trzech kolegów, z którymi wychodził do pubu, rozmawiali o sporcie, wędkowaniu i firmie w której pracowali - znali się z pracy. Parze układało się dobrze, w wakacje jeździli po kraju, głównie zwiedzając. Tak mniej więcej przedstawiało się jego życie. Wracając z pracy do domu, również stał w gigantycznych korkach, tak jakby towarzyszyły mu tam, gdzie tylko pojawi się wraz ze swoją Toyotą Yaris. W domu żona przygotowała obiad i oznajmiła, że idą dzisiaj na kolację ze znajomymi. - Idziemy dzisiaj na kolację ze znajomymi. Kochanie – dodała. - Dobrze. Pulpety, ziemniaki, surówka, to zostało podane na obiad. Ładnie opakowana już para, wysiadła z Toyoty Yaris i skierowała swoje kroki do lokalu o nazwie '' Pononia”. Wieczór upłynął przy rozmowach o '' co u was słychać'', '' jak wam się układa'', '' jak te nowe perfumy, '' jak mecz''. Spotkanie, jak spotkanie. Rozeszli się i wrócili do domu - rano do pracy. - Pokochajmy się – powiedziała żona odwracając głowę w jego stronę. - Wybacz kochanie muszę jeszcze popracować, szef zlecił mi parę faktur do przeanalizowania. Kobieta, wróciła do pozycji potylicznej i delikatnie unosząc głowę ściągnęła z szafki nocnej dziwną miskę, którą nałożyła sobie na głowę - Nadrobimy to – powiedział, zdejmując krawat. Maszyna dała o sobie znać, automatycznie zapalając diody, wpuszczając do cylindrycznego pojemnika odrobinę kleistej cieczy, oraz uruchamiając, podobną do harmonijki, gumową rurę, która po cichutku zaczęła sobie pufać. Mąż podszedł do biurka z kubkiem gorącej kawy i po cichutku zaczął w nie uderzać, tak żeby nie obudzić żony. Zaległości zajęły mu tyle, ile połowa dnia pracy. Gdy już rozstał się ze swoją pracą, nieprzytomnie powlekł się do łóżka i padł na nie zasypiając w mgnieniu oka. Dzień jak dzień, no może z jednym wyjątkiem. Najzwyczajniej w świecie zapomniał założyć sobie na głowę metalową miskę. Nosił ją od kiedy tylko pamiętał, była tak naturalnym elementem, jak podrapanie się gdy coś go swędziało. Teraz po prostu o niej zapomniał. ------------------------------------------------------------------------------------------------------- Ciemność zabierała ostatnie resztki dnia. Powieki powoli i niechętnie opadły. Kurtyna rozsunęła się. Spektakl, najwyższy czas zacząć ! Już we mgle i brei. Stał w kolejce, która mozolnie posuwała się naprzód. Wyciągnął do przodu ręce w których znajdowała się miska. Spojrzał do góry. Na wysokiej drabinie sięgającej nieba stał dorsz w surducie, i wielką chochlą spuszczał porcje błota, które wybryzgiwały się z miski, ochlapując go. Siadł. Chwycił łyżkę i zanurzył ją w błocie. Błoto? Jak to błoto ? Błota miska pełna, każdy wkoło błotem oblepiony, jedząc błoto w błocie siedząc. A w oczach pustka mętna na myśl kał przywodząca. Dalej. Wszyscy żwawo się podnoszą i w tłum się zbijają. Zaglądam do miski i patrzę na ludzi. W oddali Ci co powstawali, w wielką kupę się zbijają, która zaczyna się piętrzyć coraz bardziej i bardziej. Za nią następna, a za następna, następna. Tłumy szare wpompowują się do masy. Cała łąka usłana szarością, gdzieniegdzie przetkana kwieciem – nicością. Spojrzałem w dół, a tam – z wielkich kół zębatych syczały i buchały , skrzypiały i piszczały gromadne fanfary. Jedna rzecz była nie na miejscu, bo zamiast stopu metali ludzkie głowy wtopione były do stali, a te śmiały się i cieszyły i ginęły zaraz przygniecione wielkimi klocowatymi zębami. Leciałem. Byłem z dala od tego wszystkiego. Z kończyn kołysały się urwane łańcuchy. Pojawiła się znikąd, z góry – wielka srebrzysta kopuła, zahaczyła o moje rzęsy i opadła na srebrną tacę. Wszystko ucichło. Na chwilę. Zaraz potem, zaczął narastać inny dźwięk – gwar dialogów, śmiechy, stukanie szkieł. Biało – czarny człowiek lawirował po salonach, trzymając w górze tacę. Pędził na złamanie karku, mijał ludzi kręcąc się i kołysząc. W końcu, tanecznym krokiem, lokaj wbiegł do pomieszczenia, finezyjnie się obracając i ruszył w stronę wielkiego stołu, przy którym siedziały dorsze w surdutach. Zaraz potem, do tego samego pomieszczenia wkroczyli pozostali biało - czarni ludzie, z wyciągniętymi do góry rekami, a na nich tacami spoczywającymi i wszyscy jak jeden mąż w tym samym momencie przed pyskiem każdej z ryb w surducie ułożyli je, unosząc pokrywę. Synchroniczne show. Dorsze dla smaku, posypały potrawę pieprzem, i chwyciły sztućce, którymi z pełną skrzętną gracją oraz wyuczonym manieryzmem zaczęły dyrygować po tacy. I tak obserwowałem jak szurali i zgrzytali, aż do momentu w którym moją uwagę przyciągnął ten jeden z dorszy, który nienaturalnie odkręciwszy głowę wlepił we mnie śliskie ślepia. Reszta ryb była już tylko tłem, teraz moja uwaga skupiona była na grubych, spierzchniętych, filetowych ustach mojego obserwatora. Wyraźnie czułem wzrok na sobie, wszystko dookoła było takie mętne, nieistotne, liczyło się tylko to, że jestem obserwowany. Miałem wrażenie, że nagle temperatura wyraźnie zwiększyła się- poluzowałem kołnierzyk, cała moja twarz zroszona była potem, czułem jak pulsują mi skronie, moje myśli biegały opętańczo po głowie. Rybie kąciki ust, nieznacznie uniosły się do góry, sprawiając przy tym że z suchych warg, jak tynk, sypały się wióry skóry. Pulsowanie w skroniach przerodziło się w tępy ból. Dorsz uśmiechał się jeszcze bardziej, a wióry utworzyły na podłodze małą kupkę. Atmosfera była taka ciężka, że czułem się jakby samo powietrze powoli ściskało mnie i dusiło. Usta w swoim grymasie, opuściły gębę dorsza i wzleciały do góry, pijanym wzlotem wędrowały aż do sufitu i … pękły, jak bańka mydlana. Otworzyłem oczy. Stałem, na oświetlonej blaskiem księżyca w pełni, srebrzystej polance. Dookoła mnie gęsto rosnące, tęgie, wysokie drzewa spuszczały gałęzie z niebieskimi listkami na ziemię. W zasadzie las był tak wysoki, że miało się wrażenie, jak gdyby podpierał gwieździsty firmament nieba. A może było tak naprawdę? Ruszyłem przed siebie, odgarniając jak zasłonę zarośla i tym samym zanurzając się w gęstwinie. Przez jakiś czas szedłem, atakowany mnogością gałęzi, jednak to co ujrzałem, gdy tylko wynurzyłem swoja głowę, porwało moje myśli. Zastygłem w bezruchu, pochylony do przodu. Czułem jak dziwna, kojąca melodia, wędruje od jednego ucha do drugiego. Moja głowa kołysała się pchana lekkimi palcami wiatru. Zrobiłem krok, a moja stopa zanurzyła się w zielonkawym, puszystym mchu, nad którym unosił się delikatnie świecący pyłek. Rozkoszując się niedawnym stąpnięciem, odnotowałem fakt iż jestem nagi. To dobrze, ubranie pozbawiłoby mnie uczucia nieskazitelnej świeżości, oplatającej moje ciało. Zrobiłem drugi krok i rozejrzałem się dookoła. Ujrzałem piękno, które odbijało się w moich oczach barwami fioletu i granatu,nadając temu miejscu niepowtarzalną, mistyczna aurę. Widziałem tysiące, małych, świecących owadów zawieszonych w powietrzu. Czułem subtelnie, łaskoczący w nozdrza zapach wszelakich ziół. Słyszałem śpiew ptaków, niosący się echem wśród drzew. Dotykałem mięciutkich płatków, dzwonkowato wyglądających kielichów kwiatowych. Gdzieś z mojego żołądka, falami wypływało szczęście, którego nie mogłem wyrazić w żaden sposób, które utykało gdzieś w przełyku. Czar tego miejsca pchał mnie naprzód, po ścieżce, która tak długo była skryta. Wędrowałem. Nagle dostrzegłem, że zarośla przede mną przerzedzają się delikatnie acz systematycznie, miałem wrażenie że sam las uznając właściwy moment chce pokazać mi cel mojego pobytu tutaj. Tak też chyba było. Gdy gałęzie zupełnie rozsunęły się, wkroczyłem do miejsca w którym nie było tak wielkiej gęstwiny jak w pozostałej części lasu, było za to coś innego. Powoli, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, wspinałem się wzrokiem – poczynając od wielkich korzeni, tworzących sieć zdrewniałych, powykręcanych kształtów, przez pień takiej grubości, że patrząc w lewo i prawo nie widziałem jego końca, aż do miejsca w którym korony innych drzew zasłaniały mi widok na pozostałą część owego cudu. Upadłem na kolana z uniesioną głową. Po skroni poleciała jedna, uwolniona łza rozkoszy . Trwało to jakiś czas,zanim stanąłem ponownie na nogach. Gdy się już podniosłem, moją uwagę przykuło coś, co oplatało pień dookoła – były to poskręcane gałęzie tworzące coś na wzór ścieżki. Stąd widziałem możliwość wspinaczki w górę. Czar pchnął mnie na przód. Znalazłem się pod samym drzewem. Ogrom, potęga, starość i mądrość. Rozpocząłem wędrówkę. Zmęczenie, zwątpienie, łzy i ból. Gdy stanąłem na szczycie, zrozumiałem to za dziwne uczucie, które towarzyszyło mi w tym miejscu przez cały czas. To było zupełnie tak, jakbym był … Sobą. Zasłony kurtyny ociężale poleciały ku sobie przytulając się i tym samym kończąc spektakl. Nie było oklasków. ------------------------------------------------------------------------------------------------------- Raki otworzył oczy. Szary świt nieproszenie przedzierał się przez wąskie szczeliny między żaluzjami, wypełniając cały pokój ciszą oraz uczuciem starannie zapieczętowanej kołysanki. Na szafce obok, martwo spoczywała miska, tym razem nieruszona. Pościel po stronie Rakiego, była zmięta oraz skopana aż do nóg. Zupełnie gdzie indziej, może nawet trochę w tym świecie który został za nim - leżała obok jego kobieta. Słuchać było tylko jak cyklicznie wypuszcza powietrze przez nos. Był czwartek, i godzina dużo wcześniejsza niż ta zaplanowana na pobudkę. Gdyby to był dzień jak reszta dni które minęły, Raki wstałby i po cichutku zaczął się szykować do pracy, jednak nie tym razem. Mężczyzna pozostał na łóżku i patrzył w sufit, a przynajmniej tam spoczywał jego wzrok, od momentu przebudzenia .

Ciężko zapanować nad lawiną myśli, która niepostrzeżenie do nas dociera. Jedna rodzi się po drugiej, jak film, klatka po klatce bez wyraźnych granic, wszystkie są jednym długim, długim szeregiem, ciągniętym przez niewidzialnego maszynistę. I nawet wtedy, kiedy zdamy sobie sprawę, że daliśmy wciągnąć się w wir, ciężko nam się z niego wydostać, ponieważ gdy odbiegniemy dalej, on wciąga nas tak jak na początku - niepostrzeżenie. Jednak mamy inne wyjście, możemy dać się porwać biegowi myśli i zabrnąć gdzieś dalej, tam gdzie poplątane zbiorowisko przyczyn, skutków i kontekstów uwiło sobie cierniste gniazdko. Tam gdzie kłamstwo i prawda, podróżują obok siebie, śmiejąc się razem. Wreszcie tam, gdzie nietrudno zgubić swoją ścieżkę i z rezygnacją udać się na wygnanie.

Jak pijane, delikatne piórko unosiła się. Wzlatywała ospale do góry i błyskawicznie spadała, jak pikujący drapieżnik, gdy wtem zatrzymywała się nagle. Chwilę kiwała się na boki aż w końcu wyrzucała się do melancholijno – amokowego tańca, a potem znowu nabierała wigoru, wtedy wirowała i przewracała się, a potem znowu wznosiła się i znowu opadała ... Tak bez ustanku, bez wytchnienia, na cienkich sznureczkach, trzymanych silną ręką. Wyglądało to jak balet upadłej mistrzyni - skończonej pasji. Aż do teraz. Małe niby-piórko przez moment wyraźnie coś poczuło, stamtąd, gdzie ciemność ohydnie wrzała. Zatrzymała się na chwilę i czekała, tylko nie wiedziała na co. Znowu poczuła to coś, tym razem dłużej i mocniej, sprawiało jej miłe uczucie, rozpływało się. Coś zaczęło pękać, docierać z daleka powoli, chciałoby się już to pochwycić i sprawdzić, ale jeszcze nie teraz. Gdy kolejny raz ogarnęło ją to uczucie, coś się w niej przełamało, coś zmusiło ją aby w jednej chwili popędzić w dół i zanurzyć się w na wpół otwartych wrotach wypełnionych mglistą substancją. Teraz goniła przez mnóstwo korytarzy rozwidlających się i zbiegających, zostawiając wszystko za sobą, mknąc przed siebie. Wznosiła się, opadała, skręcała, byle do przodu, bez przestoju, pewnie. Wszystko wyglądało na takie opuszczone, od dawna nie odwiedzane. Pędziła tak szybko, że zajęło jej chwilę zorientowanie się, że znalazła się w ogromnej sali, z ginącymi w mroku ścianami i sklepieniem. To było tutaj, tylko że tutaj niczego nie było. Nic. Pomimo tego, że nie wiedziała czego ma oczekiwać z pewnością nie oczekiwała nicości. Poczuła coś nieprzyjemnego, to tak jakby gwałtownie coś wyszarpnąć i zostawić puste miejsce w miejscu które wydaje się całością. To, co pchało ją do przodu okazało się fałszywe, nieprawdziwe. Nadzieja brutalnie ją opuściła. Powoli ze smutkiem zaczęła rozpływać się w otoczeniu, w pustce, stając się pustką. To zbyt ją zmęczyło, nie chciała już wracać, nie miała po co. Pogrążona w uczuciu beznadziei, nie zauważyła błyśnięcia w oddali i drugiego, trzeciego też nie... Zauważyła czwarte i jakby proces rozpływania ustał, ujrzała piąte i powoli, acz niechętnie zaczęła wracać do siebie. Trochę obawiała się tego, że ponownie może się zawieść. Po szóstym błyśnięciu ruszyła w jego stronę. Ono błyskało coraz częściej i coraz mocniej. Ona zbliżała się coraz pewniej i szybciej. Nie zauważyła nawet, raniących jej kolców wystających z wielkich chaszczy, szła za światełkiem, a ono przebijało się migotliwie wskazując drogę. Nie dopuszczała myśli o powrocie ani przestoju. Nie poddawała się, a coś jej pomagało. Coś z wewnątrz szeptało, że tak jest dobrze. I było. Gdy wydostała się z gęstwiny, zapłonęło tysiące płomyków, wypełniając przestrzeń postępującym białym światłem, powoli ogarniającym i pochłaniającym wszystko.

Stałem gdzieś na pustyni, między wyborem a wyborem. W takiej sytuacji ciężko cokolwiek zrobić, zważywszy na fakt, że zupełnie nie wiadomo co ZROBIĆ. Zupełna pustka, a możliwy mętlik. W zasadzie to wygląda następująco: gdzieś, gdzie uwiłem sobie gniazdko, takie chybotliwe i nieprawdziwe, siedziałem i w głębokim poważaniu miałem co jest poza nim, i nagle z nieoczekiwanej strony, ktoś lub coś albo nic z tych poprzednich kopnął mnie w dupę. Takim oto sposobem zostałem sam, tam gdzie obecnie się znajduję, czyli tam, w co mnie kopnięto. Oczywiście do samej orientacji tego gdzie jestem, musiałem trochę dojrzeć, uważam jednak, że ten okres był delikatnie wycięty z rzeczywistości, jaka ona by nie była. Ale z drugiej strony myślę jednak, że znalazłem już jakieś plusy, np. to, że z całego mojego ducha opadło coś, co go strasznie powstrzymywało od pełni charakteru, oraz to że czuję się bardziej w porządku w stosunku do mojego ludzkiego należytego bytowania. Wypadałoby spojrzeć na tę sytuację zimnym okiem. Mam szeroki wachlarz dróg jakie mogę obrać. Dróg. Ha! Tutaj nic takiego nie istnieje. Mam wrażenie, że ukryty za moimi plecami facet wsadził mi lodowate ręce do głowy, chwycił mój mózg i kręci teraz nim tak, że żadna myśl nie może prawidłowo do mnie trafić. Zgubiłem się. Tkwię w tym samym miejscu. Co mam wybrać, w którą stronę pójść, czym się kierować? Co jeśli obiorę złą ścieżkę? Gdzie ona mnie doprowadzi? Która ma być tą właściwą? Co jeśli będę tutaj stał przez cały czas? Nie mogę przecież teraz skończyć. Ale ja już nie wiem … - Jest Tu ktoś ? Czy ktoś mnie słyszy? Czy ktoś może mi … - bez sensu, jestem zdany na siebie. Przetarłem oczy i zrobiłem krok. Tak po prostu. Nieoczekiwanie? Nieumyślnie ? Gdy moja stopa twardo oparła się na ziemi, stało się coś, co pozostawiło moje usta, szeroko otwarte, bez władności nad zdziwieniem. Grunt pod stopami, dosłownie uciekł, tak jakby coś go błyskawicznie zwinęło jednym silnym pociągnięciem, aż po horyzont, jak obrus. Wtedy to, ukazało się coś co przeraziło mnie, ale i podniosło na duchu. Przede mną rozgałęziły się w mig wydeptane trakty, te które kończyły się, i te zostawiające miejsce na nowe. Ruszyłem. Gdzieś. Przed siebie. Zresztą nieważne, ważne, że ruszyłem.

Nierzeczywista otoczka dookoła głowy Rakiego, rozpadła się na tysiące małych kruchych kawałków, topiąc się w drodze na ziemię. Świat wrócił na swoje miejsce: sufit, potem ściana z obrazem, szafa, oraz odbicie twarzy w leżącej na szafce misce. Raki wstał z łózka i udał się do kuchni, tam nasypał dwie łyżki kawy do ulubionego kubka ( faktycznie, wcześniej nieszczególnie zwracał na to uwagę, ale ten kubek, naprawdę był jego ulubionym). Gdy wyjmował produkty na kanapki z lodówki oraz czekał aż woda się zagotuje z pokoju obok dobiegł go irytujący, elektroniczny głos budzika. Mechanicznymi ruchami smarował kromki masłem, atakowany przez hordę myśli, na obronę miał stale ubożejące odpowiedzi. Zalał kawę. Suchy silny aromat rozniósł się po kuchni, przyjemnie pobudzając ranną atmosferę. Niedługo po tym jak usiadł przy stole i trzymając w rękach kubek z gorącym napojem w futrynie kuchni pojawiła się jego kobieta w piżamie, przeciągając się ostentacyjnie. - Cześć Skarbie. Nie usłyszał, wybiegł myślami gdzieś daleko za okno, w którego stronę patrzył. - Cześć Skarbie – powtórzyła z naciskiem. Raki wybudzony z zamyślenia, powoli przekręcił głowę w jej stronę i odpowiedział dodając niezręczny uśmiech - Coś się stało? - zapytała zmartwiona - Stało? A. Nie, nie. Nie wyspałem się, pracowałem do późna. - Yhym – odparła, zerkając podejrzliwie. Jednak po chwili bacznego obserwowania, usiadła przy stole -Widzę, że zdążyłeś nawet przygotować śniadanie. Kiwnął głową i znowu wrócił spojrzeniem gdzieś na stół. Przez chwilę jedli w milczeniu. - Zapomniałem Ci wczoraj powiedzieć – odezwała się pierwsza – wyjeżdżam jutro do mamy na dwa dni. Dzwoniła wczoraj i mówiła, że ojciec się rozchorował. Poprosiła mnie, żebym jej trochę pomogła. Dzisiaj po pracy złapię pociąg. Nie kupowałam nic do jedzenia, bo pomyślałam, że to dobra okazja, abyś sam zobaczył jak to jest '' bawić się w kuchni”, jak to masz w zwyczaju mówić. Kiwnął głową, popijając łyk kawy. - Na pewno nic się nie stało? - Nie. Jestem po prostu zmęczony, to wszystko. - Idę się ubrać – wyszła z kuchni, ostatni raz ciągnąc podejrzliwym spojrzeniem po postaci męża. Cholera. Rodzimy się i umieramy, istniejemy i przemijamy, gubimy się i … To trochę tak jak hipertekst , aby iść dalej trzeba stanąć zmienić kierunek i iść w tę stronę, aż do momentu w którym znowu nie będzie trzeba zmieniać kierunku i dalej nim podążać, aż do ... W jakiś sposób pojawiamy, pojawiliśmy się na ziemi i tak zostało. Czy istnienie każdego z nas ma znaczenie, czy nie jesteśmy aby niezastąpieni, czy to akurat MY musimy być teraz i tu? Może jesteśmy wciąż postępującą układanką, którą ktoś sobie układa dobierając odpowiednie puzzle, tak aby coś osiągnąć? Tylko kto i jeżeli już, to co? Możliwe jednak, że jesteśmy ciągle toczącym się wałem, który funkcjonuje dzięki jakiejś całości. Gdyby jednak tak było, to dlaczego każdy z nas jest swoim kosmosem, a reszta ludzi to tylko lewitujące wokół niego przypadki? Dziwnymi istotami powstaliśmy, tyle znaczącymi, a zarazem tak mało ważnymi. Czy jeżeli, zabiłbym człowieka i jego kuzyn mieszkający hen daleko, pracujący jako dyrektor jakiejś firmy z żalu zwolniłby pracownika, która mając na utrzymaniu rodzinę, pozostając bez pracy dopuściłby się jakiegoś czynu, który wpłynąłby znacząco na kogoś innego? Czy jesteśmy ze sobą tak silnie powiązani, że inaczej istnieć nie możemy niż tylko w całości? Trochę jak zwierzątka w klatce, nie mogących dosięgnąć do drzwiczek. Może ktoś nami kieruje, a nasza ścieżka jest z góry zaplanowana, a my jesteśmy tylko jej dopełnieniem, czymś co jest budulcem jakiegoś sensu. Jednak dano nam siłę, wiarę, nadzieję, aby za pomocą tych wartości dążyć do celu. Tylko jakiego? Szczęścia, rozwoju, przetrwania? Co my tutaj właściwie robimy? W kuchennej futrynie stanęła żona - Ubieraj się, bo spóźnisz się do pracy Faktycznie było dość późno. Wstał więc i pośpiesznie zaczął się ubierać. Gdy dopasowywał krawat, kobieta opuszczała dom. - Pa Kochanie, trzymaj się. Po niedługim czasie i on wyszedł do pracy. Była wiosna. Delikatny zefirek, odwiedzający ludzi niósł ze sobą zapowiedź cieplejszych dni. Raki wyszedł z klatki i podbiegł do samochodu zaparkowanego przed blokiem. Gdy przekręcał kluczyki w drzwiach coś przykuło jego uwagę. Był to bezdomny, śpiący na ławce. Na tym mogłoby się skończyć zainteresowanie Rakiego jego osobą, gdyby nie fakt, który był zadziwiająco nie na miejscu. Owy kloszard ubrany był w stare zniszczone łachy, które piętrzyły się na nim warstwami, spod czapki wypadały brudne, posklejane włosy, gęsty zarost na twarzy pozostawiał na widoku tylko spuchnięty, czerwony nos, natomiast jego stopy, przyozdobione były stylowymi, wypolerowanymi lakierkami. To właśnie te buty zaskoczyły Rakiego. Pewnie komuś je ukradł – pomyślał – Chociaż, po co by mu były takie buty? Sprzęgło, bieg, gaz, hamulec, postój, sprzęgło, bieg, gaz, hamulec i tak cięgle bez wyraźnego postępu. Cicho włączone radio, ryki klaksonów dobiegające nie wiadomo skąd, odkrywanie nowych rys na masce - poranne korki. Wydawać by się mogło, że stanie na zatłoczonej ulicy jest przestojem w życiu, kompletnie pozbawionym możliwości ucieczki od niego. Może gdyby jechać czołgiem sprawa wyglądałaby inaczej, niestety Raki musiał się podporządkować wraz ze swoją Toyotą Yaris, niewolniczej bezradności. Poza tym nikt chyba nie lubi czekać, a co jeśli jeszcze się śpieszy. Jednak Raki, nie specjalnie zwracał na to uwagę, od przebudzenia, aż do tej pory ciężko było mu odegnać myśli, które w zasadzie nic mu nie przynosiły, a nawet wręcz przeciwnie. Sprawiały, że jego głowa była zakorkowana, jak ulica po której się poruszał. Było to przyczyną furii kierowcy stojącym za bohaterem. Po paru dłuższych rykach klaksonu Raki przeniósł wzrok na przednie lusterko, w którym widać było mężczyznę opętanego przez demony; wymachiwał rękami jakby dzierżył w dłoni miecz zagłady, jego spojrzenie topiło stal, a całe jego ciało drżało jakby miało z siebie zrzucić skórę i ukazać prawdziwe oblicze piekielnego pomiotu. Raki zamyślił się i nie zajął wolnego miejsca przed sobą, co strasznie rozwścieczyło kierowcę pojazdu z tyłu. Wracając myślami do rzeczywistości, mężczyzna wdepnął sprzęgło, nacisnął gaz, podjechał do przodu zahamował i ponownie od samochodu z przodu dzieliły go dwa przepisowe metry. Spojrzał na przednie lusterko, kierowca wyraźnie się uspokoił, boska moc zbawienia ocaliła jego cielesną formę, jeszcze tylko mamrotał coś pod nosem.

Gdy Raki minął oszklone obrotowe drzwi, znalazł się u podnóża, wznoszącego się na en pięter hierarchicznego mrowiska – czyli w swojej firmie. Ruszył przed siebie. Od ośmiu lat, do swojego biura zawsze chodził tą samą drogą: mijał recepcję, mocno już obleganą przez interesantów, skręcał w prawo, koło wysokiego doniczkowego kwiatu ( gdy spojrzał na niego, roślina wydawała mu się wyglądem przypominać starszego mężczyznę wybijającego się do salta z dziecięcego wózeczka), potem mijał rzędy ponumerowanych drzwi, aby na końcu dołączyć do grupki ludzi oczekującej na windę. Z pracownikami pracującymi na tym samym piętrze wymienił się kiwnięciami głowy. Rozległo się pim, bim, pimm i drzwi windy rozsunęły się z cichym szszu. Tak na marginesie to winda jest specyficznie nielubianym miejscem, chodzi o to że ludzie na małej powierzchni są zbyt blisko siebie i tak, stoją ,patrzą byle nie na bliźniego, chuchają sobie na karki i zmuszeni są ocierać się o siebie, chociaż w żadnym stopniu nie pociągają się nawzajem seksualnie. I tak podróżują sobie przez piętra budynków zamknięci jak szproty w sosie pomidorowym i czekają aż blaszka się odegnie i będą mogli być zjedzeni. W końcu drzwi otworzyły się. To było piętro Rakiego, przeciskając się przez zbity tłum wyszedł jakoś na zewnątrz, teraz mógł odetchnąć z ulgą. Gdy szedł podbić kartę pracownika, przed sobą w odległości niebezpiecznych czterech metrów zobaczył swojego szefa stojącego z założonymi rękami wyglądającego niczym turek broniący swojego kebaba.” Może zdołam jakoś uciec przed tym gburem” – pomyślał Raki. Niestety jego nadzieja dość głośno została zdmuchnięta. - 892347, spóźniłeś się – mokry baryton przyciągnął ciekawskie głowy – wszyscy od pięciu minut, pracują na chwałę i potęgę naszej krwawicy. Jako wasz przełożony i uniżony sługa prezydenta korporacji, informuje Cię że od tego dnia aż do dnia siódmego od tego, pracujesz po godzinach! - ''Świetnie” - Coś mówiłeś ?! - Nie nic. - To do boksu i nadganiaj. Raki mijał rozbębnione boksy i płochliwe głowy odwracające się od niego, jakby obawiały się, że samo patrzenie na spóźnialskiego może przynieść siedem nieszczęść. W końcu jednak pokonał labirynt i zajął swoje należyte miejsce. Uniósł rękę bez zastanowienia i już miał miał uderzyć nią o stół gdy nagle, nie stąd ni zowąd ... zastanowił się. Co ja właściwie robię? Opuścił zaciśniętą pięść ale ona zamiast zabębnić o blat delikatnie opadła na biurko i tam pozostała, tak samo jak zmarszczone brwi i refleksja w głowie. - 892347, co Ty na Boga wyprawiasz ?! - ryknął szef, materializując się za plecami – najpierw się spóźniasz, a teraz nie pracujesz. Ty chwaście. Nie zdajesz sobie sprawy jakie konsekwencje może przynieść Twoje niedbalstwo! „ Faktycznie nie wiem, jakie konsekwencje może przynieść moje niedbalstwo, bo nie wiem co przynosi moja praca. „ - Wynoś się! Zostanie potrącone Ci z pensji i tak nie ma z Ciebie żadnego pożytku. Raki wzruszył ramionami i powoli podniósł się z krzesła, a na jego miejsce błyskawicznie wskoczył kierownik. To co robił przy biurku, wyglądało co najmniej jak pomoc uwięzionemu pod lodem człowiekowi bliskiemu sercu. Raki oddalił się w stronę windy, luzując kołnierzyk koszuli. Gdy drzwi z cichym szuu, miały się już zamknąć, ktoś nieoczekiwanie włożył między nie rękę i te na powrót otworzyły się szeroko wpuszczając gościa. Stanął plecami do Rakiego i palcem chciał wybrać piętro,ale chyba okazało się, że nastąpiła zbieżność celu. Mężczyzna ubrany był w stare łachy, eleganckie buty, a włosy na głowie były zaczesane do tyłu i ładnie połyskiwały. To

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych