Wróć do katalogu

GDZIEKOLWIEK POZA ŚWIATEM

DRUGI ROZDZIAŁ POWIEŚCI,CHOĆ PRZYZNAM ŻE PEWNA KONCEPCJE SĄ DOŚĆ DZIWACZNE,ALE NIE ZMIENIAM TEGO BO BYM MUSIAŁ ZMIENIĆ CAŁĄ KONSTRUKCJĘ FABUŁY.

bartek zalewski, opublikowano , 1 godz. 28 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

2. „Czy nie możesz się trzymać z dala?...”

1.

Kolacja miała być niezwykle uroczysta. Ale wiało grozą. Nie bardzo wiedziałam na czym miała ta podniosłość polegać, ale tak się zapowiadało przed. Matka dokładała szczególnych zabiegów, by przygotować te wszystkie dania. A nigdy dotąd tak się nie starała. Więc dawało to mi asumpt do wyciągania takich właśnie wniosków. Lecz kiedy mieliśmy siąść do stołu, coś się nagle zmieniło. Moi rodzice chodzili spięci i przygaszeni. Denerwowało mnie to, bo gdy człowiek musi zachowywać się we własnym domu jak intruz, to jest to zaiste dołujące uczucie. A moi rodzice tak się właśnie zachowywali. Zajęliśmy miejsca przy stole. Wszyscy siedzieli cicho. Słychać było tylko odgłosy jakie towarzyszą zwykle spożywaniu posiłku. Stukot metalu o porcelanę. I nic więcej. Nasz gość jadł powściągliwie i milczał jak zaklęty. Już na początku stanął między nami mur. Czuło się tę rezerwę, pustą przestrzeń wypełnioną tylko oczekiwaniem na coś, co dopiero może się wydarzyć. Powoli narastała we mnie chęć odkrycia wszystkiego. Wyjaśnienia wszystkich białych plam jakie się pojawiły w naszych relacjach. Taki przewrotny chochlik kuszący mnie do zabrania pierwszej głosu przy stole. By na zasadzie konfrontacji zmusić biesiadników do oczyszczenia atmosfery w szczerej, długiej rozmowie. Lecz niczego takiego oczywiście nie zrobiłam. Wiedziałam, że nastąpić to musi powoli i na pewno z trudem. Matka pewnie by dostała gwałtownej zapaści, gdybym z czymś takim wyskoczyła znienacka. Ona- taka wyczulona na wszystkie konwenanse i takie tam…Przy stole w zasadzie tylko mój brat Paweł jadł bez skrępowania i nie zaprzątał sobie głowy dziwnym milczeniem, może dlatego, że o niczym nie miał pojęcia. Nie wiedział, ani kim jest gość, ani co tak naprawdę go otacza za nimb. Minuty płynęły wolno i dostojnie, kolacja zbliżała się do nieuchronnego końca i zanosiło się na to, że dziś już niczego się nie dowiem. Jeśli w ogóle dane mi będzie się czegokolwiek dowiedzieć. Choć przecież przyrzekłam sobie rozwikłać tę zagadkę, nawet po trupach. Ale nie dziś… A na razie czekał mnie wieczór z Jackiem, o ile w ogóle przyjdzie. Jak na razie się nie pojawił, zupełnie jakby Magda mu nie przekazywała wiadomości ode mnie. A przekazała- tego mogłam być pewna, nie zlekceważyłaby takiej okazji do plotek. Czyli Jacuś ma mnie w nosie lub nie do końca zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Ale być może jeszcze się pojawi. Wieczór był wczesny, nie za późno na wizyty, choć mógłby to zrobić w ciągu dnia, który minął. Mam nadzieję, że nie jest aż tak głupi, by lekceważyć mnie. By zaprzepaścić jedyną deskę ratunku jaka mu się trafiła w całej tej żenującej sprawie. Co prawda nie miałam o nim zbyt dobrej opinii, ale trudno, skoro się podjęłam tej misji, to muszę traktować go poważnie. Ale on mnie także, a na razie widać było, że chyba tak nie jest. A może wypadło mu coś ważnego? Może także usilnie pracują nad znalezieniem rozwiązania, a moja pomoc jest niepotrzebna? Oby. Dyro wiedział co robi, wybierając nas do tej rozprawy. W ten sposób zapewnił sobie wszystkie fotele sądownicze. Ale się pomylił. Zamierzałam to rozegrać nieco inaczej niż sobie to wykalkulował. Pod warunkiem oczywiście, że Jacek dziś do mnie przyjdzie, bo tylko w taki sposób mogę przygotować się do walki. Fakty muszę znać bezwzględnie jeszcze dzisiaj. Tylko po co się narażać? Jaki sens nadstawiać tyłka dla kogoś, kogo nawet dobrze nie znam? Zamiast odegrać rolę mi przeznaczoną, ja niczym samozwańczy bohater mam zamiar zabłysnąć i narazić się Juskowiakowi. Już tak mam- nie znoszę manipulacji. Wychowanie tatusia. A i matka swoje dorzuciła z tym kultem pryncypiów. Jeśli dojdzie do tego jak to planuję, to będzie niezła heca. Ponownie spoglądam na zgromadzonych przy stole. Nadal nic się nie zmienia. Każdy zajęty swoim talerzem, tylko rodzice wymieniają między sobą jakieś wskazówki za pomocą niemych spojrzeń. Paweł jadł szybko jak miał to w zwyczaju. On w ogóle robił wszystko „na wczoraj”. Ten chłopak cierpiał na chroniczny brak czasu. Oczywiście nie dla wszystkich. Bo, gdy przychodziła Marysia Tkaczyk, Paweł nagle zaczynać być multimilionerem rezerwowego czasu i nic nie jest w stanie zmienić tego. Po prostu trzeba się do tego przyzwyczaić. Rodzice prawie wcale nie jedli. Obserwowali tylko z ukrycia nieznajomego i popatrywali po sobie. Raz po raz matka łapała moje pytające spojrzenie, ale ignorowała mnie absolutnie. Przyjezdny jadł oszczędnie i wpatrywał się w swoje nakrycie wzrokiem pawia skazanego na obcięcie ogona. Cisza stawała się nie do zniesienia. Napięcie! Ono tkwiło między nami, niczym cierń w sercu. Atmosfera była ciężka i niemal było jasne, że za chwilę coś musi się stać, ale tak naprawdę to wszyscy bali się tej chwili. Ktoś musiał to przerwać. Wylosowałam siebie. -Czy podoba się panu u nas?- Tandetne pytanie. Tylko na takie było mnie stać. Ojciec zamarł jeszcze bardziej niż dotychczas, a matka aż otworzyła usta, by mnie przywołać do porządku, lecz zrezygnowała z tego i tylko wlepiła swój wzrok w przybyłym, czekając na jego reakcję. Moje słowa musiały płynąć poprzez miliony lat świetlnych, bo dopiero po dłuższej chwili podniósł głowę i na mnie spojrzał. Dokładnie wtedy, gdy straciłam już nadzieję, że cokolwiek słyszał. W jego oczach nie wyczytałam zdziwienia. Spojrzenie miał tak beznadziejnie szare i obojętne, że pomyślałam sobie iż istotnie nie zrozumiał, co do niego mówię. Jednakże odpowiedział trzeźwo i jasno: -Trudno mi odpowiedzieć. Jestem tu dopiero od kilku godzin i nie zdążyłem przespacerować się po okolicznym lesie. Ale sam dom podoba mi się bardzo. Uśmiechnął się blado, ale szczerze. Widziałam kątem oka jak z rodziców opada najgorsze napięcie i choć całkiem się nie odprężyli, to jednak lżej oddychali. Byłam świetna jako wentyl bezpieczeństwa. Niemal mnie duma nie rozerwała na kawałki. Ale tylko na moment. Nieznajomy nie skorzystał z liny jaką mu rzuciłam poprzez rów nas dzielący i cisza ponownie zapadła nad stołem. Nie raczył nawiązać dalszej konwersacji, co mnie przyznam, nieco zbiło z tropu. Irytacja wybuchła we mnie gwałtownie i szybko opadła jak liść na jesień: nic nie będzie proste ani łatwe. Ciągle szukałam punktu zaczepienia. Rozpaczliwie próbowałam znaleźć ten jego poziom. Płaszczyznę, na której da się z nim prowadzić rozmowę, bo jak pokazało doświadczenie zwykłe „ble, ble” o niczym, go raczej nie zainteresowało. I nagle uświadomiłam sobie, że ta niewidoczna bariera, która między nami tkwi, nie pozwala na znalezienie tego poziomu. Różnica wciąż była zbyt duża. Nic nie wiedziałam o nim i to powodowało, że nie mogłam trafić w coś co, by go zainteresowało na tyle, aby dać się wciągnąć do wymiany zdań. Jakichkolwiek. Ale przede mną jeszcze dwa miesiące i po ich upływie będę wiedzieć o co chodzi w tej całej historii. Gdybym wtedy wiedziała jaka jest prawda lub gdybym mogła podejrzewać czego się dowiem, pewnie bym sobie odpuściła. Gdyby… Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że pewnych tajemnic lepiej nie odkrywać. Tylko, że tego akurat miały mnie nauczyć dopiero te wakacje. Płacz dziecka dochodzący z góry przerwał zapadłą ciszę. Przybysz podniósł się szybko z krzesła. -Przepraszam państwa.- Rzucił kwestię grzecznościową.- Obowiązki wzywają. Nie wiem, czy to miał być żart, czy tylko zwykły bon ton. Usta się nie rozciągnęły w uśmiechu, tylko oczy się ożywiły blaskiem, którego nie widzieliśmy przez całą kolację. Czyli jakieś uczucia w nim drzemią jednak! Potrzeba było aż płaczu dziecka, by na chwilę opadła z niego ta zasłona jaką się otoczył. Lecz czy była to twarz prawdziwa? Czy tylko kolejna maska? Za krótko to trwało, bym mogła jednoznacznie to stwierdzić. -Może panu w czymś pomóc?- Matka próbuje się zaoferować. -Ależ nie! Nie trzeba…- Kolejna bariera.- Dam sobie radę. Zauważył jednak, że matce zrobiło się wyraźnie przykro i zaraz dodał już znacznie cieplejszym tonem: -Dziękuję za kolację, była przepyszna. „Tak, zajadał aż mu się uszy trzęsły”- pomyślałam złośliwie. -Dobranoc- dogoniły mnie jeszcze słowa na zakończenie posiłku i wszyscy wymruczeliśmy odpowiedź, że i owszem, my jemu też życzymy dobrej nocy. Paweł co prawda uczynił to pomiędzy kolejnymi kęsami, ale zawsze. Gość wyszedł, a my ponownie usiedliśmy za stołem, by dokończyć posiłek. Kończyliśmy kolację w milczeniu. Jak widać nawet teraz nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. To znaczy ja akurat pewnie bym to i owo miała na końcu języka, ale rodzice dawali jasno do zrozumienia, że żadne dyskusje nie wchodzą w grę, a z Pawłem nie było o czym gadać. Przynajmniej jeśli chodzi o naszego letnika. Paweł wstał pierwszy, dając znak, że zakończył posiłek na dzień dzisiejszy. Zdawał się być nieświadomy naszych rozterek. Jego tak naprawdę interesował tylko własny świat i może miał rację w tym, że nie zaprzątał sobie niepotrzebnie głowy rzeczami, które nie miały dla niego żadnego znaczenia. Rodzice tylko patrzyli na siebie, nic nie mówiąc. A ja zatopiłam się w rozmyślaniach o jutrzejszym dniu. I tu także nic optymistycznego się nie szykowało. Więc Jacek nie przyszedł do mnie. To i ja nie mam po co iść do Marka i Justyny. Namąciłabym niepotrzebnie im w głowach, a Justynie na dodatek pewnie napędziłabym stracha. Nie ma sensu po prostu. Nic już nie ma sensu robić, by ratować Jacka, jeśli on sam wypiął się na siebie. Tym bardziej, że cały ten mój plan był mizerny przy założeniu, że dowiem się całej prawdy od głównych aktorów tej, pożal się boże komedii; teraz, gdy nie wiem nic absolutnie pewnego, ta moja samozwańcza misja trącała tylko donkiszoterią i do tego nikomu niepotrzebną. Ani się obejrzałam jak zostałam sama w pokoju. Otrząsnęłam się z rozmyślań. Nie zauważyłam nawet kiedy rodzice posprzątali ze stołu. I co znamienne, nikt mi nie przeszkodził w tych rozmyślaniach. Zawsze dochodziło do scen gwałtownych pomiędzy mną i rodzicami kiedy przychodziło do sprzątnięcia po kolacji ze stołu, a dziś proszę- cisza. Powoli podniosłam się i poszłam na górę do siebie. Jednak coś wciąż nie dawało mi spokoju. Ten mój niespokojny duch, który mnie zmuszał do odkrywania wciąż nowych prawd pchał mnie do czynów irracjonalnych. Takich jak ten teraz… Na chwilę przystanęłam przed drzwiami przybysza. Sama nie wiem, co mnie podkusiło i zapukałam delikatnie. Zza drzwi dobiegło mnie spokojne „proszę!” Nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi. Weszłam do środka. Poczułam się przez chwilę jakbym przekraczała zakazaną granicę. On stał koło okna i patrzył przenikliwie w moją stronę. Nagle poczułam nieprzepartą chęć odwrócenia się i ucieczki. Tak po prostu. Ale nic takiego oczywiście nie uczyniłam, cóż by to był za głupi sposób na zwracanie jego uwagi na siebie- tak wejść do niego i bez słowa odejść. Dopiero by sobie o mnie pomyślał, że szurnięta jakaś ze mnie dziewucha. Rozejrzałam się po pokoju. Dobrze znałam jego układ i wystrój, więc bez większych kłopotów znalazłam wszystkie zmiany jakie wprowadził nasz gość. Urządził się dość szybko. Na stole magnetofon, jakieś książki. Rzeczy małej pod łóżeczkiem. Jeszcze nie w szafie. Czyżby nie zamierzał u nas zabawić zbyt długo? A może chciał poczekać na wynik pierwszej konfrontacji, by podjąć decyzję czy zostać, czy jednak odjechać z powrotem? Jakkolwiek było, po dzisiejszej kolacji nadal nie był do końca rozpakowany. Ciekawe czy to coś znaczyło? Czy tylko nie zdążył dokończyć tej czynności, bo właśnie mu ktoś przeszkodził? Ale pomijając ten szczegół, w sumie dość sprawnie się rozpakował. Spojrzałam na niego. Stał wciąż przy oknie, a w jego oczach tkwił znak zapytania. Onieśmielał mnie do tego stopnia, że czułam się paskudnie. Już dawno nikt tak na mnie nie działał jak ten nieznajomy. A ja patologicznie nie cierpiałam być speszona…Przecież był najwyżej parę lat starszy ode mnie. Nie więcej jak cztery. Góra pięć. Można by rzec, że byliśmy z tego samego pokolenia, lecz aura wokół niego sprawiała iż wydawał się znacznie bardziej dojrzały. I to mi kazało trzymać dystans. -Mama pyta, czy czegoś panu nie potrzeba? Kłamstwo przeszło gładko jakbym nic innego nie robiła w życiu, tylko kłamała jak najęta. Nie jestem pewna, czy błysk w jego źrenicach to był błysk ironii, czy zrozumienia. Jednak coś mi mówiło, że nie dał się podejść. -Dziękuję za troskę.- Głos nie zdradzał żadnych uczuć, był idealnie wyprany z jakichkolwiek znaczeń.- Chciałbym tylko wiedzieć, o której otwierają sklepy w Borowie? Jakoś takie trywialne pytanie mi do niego nie pasowało. Lecz przecież miał małe dziecko. Musiał je jakoś wyżywić. Wiedziałabym to, gdybym tylko bardziej zwracała uwagę na takie drobiazgi dnia codziennego, a nie karmiła się jakimiś mrzonkami. To tylko mój wymysł, że ten nasz gość, to osoba niczym z romantycznych ballad lub romansów rodem z powieści Daniele Steel. Ta cała tajemniczość może wcale nie była tak wielka, jak ja ją widziałam. Jak zwykle pewnie wyolbrzymiam problem. -Chce pan kupić mleko dla małej? Niech się pan nie martwi, ojciec wcześnie rano przywozi je z Borowa. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że mógł chcieć kupić cokolwiek innego. Doprawdy, moja arogancja dziś osiągała szczyt. -Więc dobrze- jeśli nawet nie taki miał cel, nie wyprowadził mnie z błędu. Znów cisza. Zaczynałam wierzyć, że w kontaktach z nim będzie to główne zajęcie: milczenie i niedopowiedzenia. -Usiądź. Zaproszenie miało charakter kurtuazyjny. Nie wierzył, że usiądę. I słusznie. -Nie, dziękuję. Muszę już iść spać. Dobranoc. -Dobranoc. Cicho zamknęłam za sobą drzwi. Weszłam do swojego pokoju i usiadłam na tapczanie ze świadomością, że przegrałam. Przegrałam pierwsze starcie. Chciałam mu zadać tyle pytań! Po to przecież weszłam do niego. Jednak ta bariera była wszędzie, gdzie był on. Jak znaleźć klucz do niego? Jak przebić tę powłokę odizolowania? Było mi to potrzebne, by z nim swobodnie porozmawiać. Czułam, że kiedyś był kimś wesołym. Jeszcze w kącikach oczu czaiły się te iskierki humoru. Gdzieś w zakamarkach widzieć się dawały cienie dawnych dni, kiedy potrafił podtrzymywać na duchu. Pewnie wiele osób korzystało z jego porad i spokoju. Zdawał się być kimś takim. Osobą, która niczym opoka da się wykorzystać jako podpora i wsparcie. Lecz teraz został w nim tylko spokój. Tak wyraźny, że aż namacalny pod postacią tej bariery. Gdzie najpierw uderzyć?

2.

W szkole aż huczało od plotek. Wydarzenie to nie miało precedensu w historii naszej budy. Zewsząd otaczali nas ciekawscy i gapie, chcąc się dowiedzieć więcej szczegółów na ten temat. Marek Strawiński, Justyna Bąk i ja staliśmy pod ścianą i staraliśmy się zachować spokój. Bąkówna stała wystraszona i bliska histerii. Nigdy jeszcze nie była w takim kręgu zainteresowania. Peszyło ją to i denerwowało. Gwar pytań i krzyków uniemożliwiał jakąkolwiek konwersację, więc milczeliśmy. Nagle drzwi od gabinetu dyra się rozwarły i stanęła w nich profesor Aniela Grzelak, nasza wychowawczyni. Skinęła na mnie. Ruszyłam do przodu, pociągając za sobą Marka i Justynę. Stanęliśmy przed obliczem dyrektora Juskowiaka. Zupełnie jakbyśmy byli na jakiejś audiencji. Patrzył na nas z niesmakiem i pogardą, aż miałam ochotę go trzasnąć w tę jego gębę, tak pewną siebie. Właściwie to nikt go lubił, nawet nauczyciele. Od kiedy zastąpił pięć lat temu odchodzącego na emeryturę Bieleckiego, mało kto lubił liceum. Kiedy objął to stanowisko, wprowadził szereg nakazów, uciążliwych tak dla personelu, jak i dla nas. W dodatku był cholernym pozerem i formalistą. Kiedyś chciano go wylać, ale miał kogoś znajomego w kuratorium i sprawa upadła. Od tamtej pory stosunki z dyrektorem się jeszcze pogorszyły. Marek popatrzył na mnie. Wyczytałam w jego oczach desperację. W moich pewnie było to samo. Tylko Justyna stała ze spuszczoną głową i umierała ze strachu. Dyr wybrał nas, gdyż myślał, że będziemy spokojnymi i bezwolnymi pionkami w grze. Kiedyś, na samym początku, zapowiedział że w jego szkole wszelkie zatargi będą rozwiązywane kolektywnie. Ulubione słowo partyjnych działaczy…Miał już kilka pokazówek, ale mniejszego kalibru. Nigdy się nie zdarzyło, by mu ktokolwiek stanął okoniem. Teraz nadszedł nasz czas. A przynajmniej mój. -Wezwałem was, żeby powiedzieć czego od was oczekuję- zaczął zimnym tonem.- Chcę, żebyście po koleżeńsku, bezstronnie orzekli na „rozprawie” czyja jest wina. Nie będziemy się odwoływać do prawa sądowego, tylko na podstawie niepisanych praw koleżeńskich i na kodeksie ucznia. Jasne! „Czego oczekuję..”- Nie byłby sobą, gdyby nam tego nie uświadomił, że to on chce być panem sytuacji. -Nie myśli pan, że może to spowodować dowolną interpretację wydarzeń?- Spytałam słodko. Spojrzał na mnie jakby zdziwiony, że ktokolwiek śmie mu przerywać. -Nie! Wiecie jak zwykłem takie rzeczy załatwiać, lecz tym razem sprawa jest poważna. Zawiesiłem całą klasę. Jak byśmy o tym nie wiedzieli… -Czy nie lepiej odwołać się do kuratorium lub na milicję?- Nie ustępowałam. Dał się sprowokować. Patrzył na mnie z wyraźną odrazą: -Uczyli mnie, że najpierw trzeba swe wewnętrzne problemy samemu rozwiązywać! -Zupełnie jak ci zawieszeni, czyż nie? Przez chwilę myślałam, że go trafi apopleksja. Mój głos był spokojny, beznamiętny i to raczej ugodziło go najbardziej. On się unosił, ja szukałam luk w jego rozumowaniu. Marek starał się stłumić śmiech, a Justyna niemal zemdlała. Słyszałam także, że Grzelakowi nabrała gwałtownie powietrza w płuca. A Juskowiak wtopił swe spojrzenie w moich oczach, ale wytrzymałam to. Tego typu ludzi budzili we mnie złość i chęć dopieczenia im za wszelką cenę, nawet jeśli miałabym potem tego żałować. A tu mogło mnie to kosztować wiele. Z maturą włącznie…Ale nie zamierzałam odpuścić. W takich przypadkach traciłam swój instynkt samozachowawczy. Zanim się opamiętał, zadałam kolejne pytanie: -Czy możemy się spotkać z klasą trzecią „c”? -Tak- łaskawie udzielił pozwolenia. Ale nadal patrzył na mnie wzrokiem kota, któremu mysz uwiesiła się na wąsach. Audiencja się skończyła. Wyszliśmy wraz z Grzelakową na korytarz. -Pani profesor! Jak pani myśli, mamy szansę?- Najwyraźniej rozpędzałam się. Moi towarzysze przyjęli zupełnie bez protestów to, że uzurpowałam sobie rolę przewodniczącej. -Szansę na co? Ty, Jagielska lepiej pilnuj swych spraw! Wzruszyłam ramionami. Marek chyba się świetnie bawił, a Justyna z pewnością podzielała zdanie naszej wychowawczyni. Dotarliśmy do drzwi z numerem 37. Marek zapukał i na głośne „proszę!”, nacisnął klamkę. Weszliśmy sami. Grzelakowa poszła do pokoju nauczycielskiego. Lekcja dawno się zaczęła. Trzecia „c” siedziała cicha i potulna niczym baranki. Ich wychowawczyni, Danuta Umer stała przy oknie i milczała. Zajęć nie było, bo przecież byli zawieszeni. Na odgłos zamykanych drzwi, odwróciła się. -Dzień dobry! Czy można, pani Umer? Spojrzała na mnie z niechęcią. Ale kiwnęła przyzwalająco głową. Podeszliśmy do katedry: -Jacek Babiński!- Głos mój zawędrował aż do stratosfery. Odruchowo się zerwał, lecz kiedy się zorientował, że to ja go wołam, zrobił ruch jakby chciał usiąść z powrotem. -Stój, kiedy do ciebie mówię! Wybałuszył na mnie gały. Nie tylko on zresztą. -Słuchaj, ty paniczyku! Może nie wiesz, że dyro ostrzy sobie na was zęby i już teraz wie, że wyrzuci was na zbite mordy; ale ja ci to mówię, gdyż od niego wracamy. Nie po to jesteśmy waszymi „obrońcami”, byś nas lekceważył! Klasa patrzyła na mnie z jawną wrogością. Atakowałam ich ulubionego szefa. Jacek był z gatunku tych, co to bez względu na okoliczności emanują z siebie bezczelną pewnością własnej doskonałości, roztaczają swój urok i niczym magnes przyciągają wzrok dziewczyn. -Odczep się, Renata!- Nie zamierzał być mi dłużny. -Kto go wybrał na przewodniczącego?!- Zupełnie zignorowałam jego odpowiedź. Mój wzrok spoczął na tych wszystkich nieszczęśnikach, który zdawali się nie rozumieć w jak ciężkie wpadli tarapaty. Nadal napotykałam mur niechęci. Ale wiedziałam, że już niedługo… -Wy?!- Wyciągnęłam palec, by dodać moim słowom bardziej dramatyczny ton.- A czy wiecie, że on dla was nic nie zrobił?! Ponownie odwróciłam się w kierunku Jacka, bo chciał wreszcie usiąść. -Była u ciebie przedwczoraj Magda? -Była- bąknął w odpowiedzi, jakby nie bardzo wiedział do czego zmierzam. -Jak myślisz, jak mam ciebie…co ja mówię, was obronić, jeśli nie znam szczegółów wydarzenia, co? Przecież prosiłam byś do mnie przyszedł. A ty co?! Umer podeszła do mnie i delikatnie chwytając za ramię, rzekła: -Moja panno! Czy nie pozwalasz sobie za dużo? Odwróciłam się do niej: -Pani profesor! Ile zjadła pani nerwów? Ile łez wypłakała w ten weekend? Dużo, prawda? Więc niech ich pani nie żałuje, bo nie są tego warci. Oni dla siebie nic nie zrobili, lecz nie wiedzą, że była pani wczoraj osobiście u Juskowiaka w ich sprawie… -Skąd o tym wiesz?!- Spytała zdumiona. -Pani pozwoli, że zostanie to moją tajemnicą…Chcę was z tego wyciągnąć, lecz nie wiem jak nie znając faktów, a Jacka obowiązkiem jako szefa klasy było mnie lub moich kolegów powiadomić! Lecz nie, on odpuścił sobie to i najspokojniej w świecie poszedł na zabawę do Michałowa. Ta wiadomość, zresztą zgodnie z moimi oczekiwaniami, wstrząsnęła nimi. -Czy to prawda?!- Ostro spytała Umerowa. -Ja…- zaczął Jacek, lecz nie zdążył dokończyć. -Zadałam ci pytanie, Babiński! -Tak, to prawda… Przez klasę przeleciał szmer. W obliczu niebezpieczeństwa odezwała się w nich natura: strach budzi agresję. Już Jacek nie był dla nich nieskazitelnym herosem, ubóstwianym przez swych fanów. A miał ich wielu, zwłaszcza wśród dziewcząt. -Przecież nic nie można zrobić.- Jacek pozwolił sobie na protest, który miał usprawiedliwić jego zupełny brak odpowiedzialności. -Owszem, całkiem to możliwe.- Nie miałam zamiaru mu odpuszczać.- Juskowiak ma wyrok przygotowany, ale ja mam pewien plan, który być może coś da. A może dałby, gdybym miała czas na przygotowanie się. Lecz do tego powinnam znać fakty… -Nie budź w nich nadziei- Umer głęboko patrzyła mi w oczy -Nie budzę. Jest mało prawdopodobne, by się wywinęli z tego. Więc proponuję, byście wybrali delegację, poszli do dyrektora i go przeprosili. Rozmowy narastały w miarę jak mówiłam. -I nie muszę wam chyba mówić, kto powinien iść w pierwszej linii…?- To już była z mojej strony czysta złośliwość. Ta uwaga spotkała się z aprobatą, tylko Jacek był wyraźnie spanikowany. Nie zazdrościłam mu tych następnych minut w klasie. Skinęłam na Justynę i Marka. I wyszliśmy.

3.

Wróciłam do domu zmordowana. A więc to już jutro? Miałam stracha jak wszyscy diabli, bo to co zamierzałam uczynić, było obrazą dyrektora, a to groziło, że jeśli nawet wygram, to i tak będzie się Juskowiak mścił. Pozostała jeszcze kwestia zasadności tej donkiszoterii. Po co zabawiać się w Prometeusza? I dla kogo? Dla tych mydłków? Niestety, nie potrafiłam inaczej. Nie mogłam przejść obok takiej bufonady. Wiedziałam, że kiedyś taka postawa przysporzy mi tylko kłopotów. I to być może już za niedługo… Weszłam do jadalni. Matka się krzątała przy obiedzie. Gościa jeszcze nie było. -Cześć, mamo! -Witaj, Rena. Nakrywaj do stołu i obiad.- Padła komenda w odpowiedzi. Szybko uwinęłam się z zastawą. -Idź, zawołaj pana Komorowskiego. Tego też nie mogłam zignorować, tym bardziej, że także nie chciałam. Było mi na rękę znów spotkać tajemniczego przybysza sam na sam. Liczyłam, że może coś nowego się zdarzy, coś co pozwoli mi karmić swe fantazje. A więc poszłam. Cicho pukam i czekam na zaproszenie. Zza drzwi dobiega oczekiwany sygnał. Wchodzę jak do sanktuarium. Pierwsze co spostrzegam, to jego plecy. Stoi odwrócony do mnie tyłem i patrzy w las. Widzę wyraźnie go, lekko się garbi, jak pod jakimś wewnętrznym ciężarem. Stąpam cicho i kładę delikatnie rękę na jego barku. Czuję, że tak właśnie trzeba zrobić. Powoli odwraca twarz, a ja wyczytuję z jego źrenic bezdenną żałość i zarazem złość. Pierwszy raz widzę połączenie tych dwóch uczuć, skomasowane w jedno. -Czego chcesz?- Głos brzmi szorstko i nieprzyjaźnie. Cofam szybko dłoń i odwracam wzrok. Patrzę teraz na łóżeczko, mała śpi ukołysana szumem za oknem. Przypatruję się dziecku. Jest tak bardzo do niego podobna. Dlaczego przyjechał bez żony? I skąd to dziwne spojrzenie w oczach? Kolejne pytania, a przecież nie znalazłam jeszcze odpowiedzi na poprzednie. Czuję na plecach wzrok, wiem, że jest tak blisko mnie. Wystarczy się odwrócić i wziąć go w ramiona. Też coś! Mam zachcianki jak nastoletnia zakochana smarkula. Ja, taka rozsądna, zaczynam zachowywać się niczym pensjonarka z tanich romansów. -Mama prosi na obiad.- Słyszę swój głos. Ale kiedy to mówię, to patrzę nadal na Dorotkę. Nie śmiem zmierzyć się z nim twarzą w twarz. Wolę udawać, że dziecko budzi we mnie niezwykłe zainteresowanie. -Dziękuję. Zaraz przyjdę.- Tylko odrobinę brzmi łagodniej niż przedtem. Najwyraźniej przeszkodziłam mu w rozmyślaniach, tylko on wiedział jak bardzo smutnych. Nabieram tchu i chcę coś powiedzieć. I nagle w głowie zaświtał mi pomysł tak diabelski, że się sama go przestraszyłam. Bo przecież to się nie mogło udać! A jednak musiałam spróbować, owładnięta jednym pragnieniem: by dowieść racji swych ideałów, nawet kosztem własnej osoby. -Coś jeszcze?- Pytanie dało mi do zrozumienia, że jeśli chcę czegoś, to mam to szybko zrobić i natychmiast wynieść się. To nie był ten chłodny, uprzejmy pan Komorowski z wczoraj. -Czy po obiedzie mogłabym z panem porozmawiać? Mam do pana wielka prośbę…- Nie mogę uwierzyć, ale wyrzuciłam to z siebie! Przez jego twarz przemknął nagły tajfun uczuć. Chciał pewnie odmówić, posłać mnie w diabły, ale niczego takiego nie uczynił. Usłyszałam odpowiedź: -Zgoda. Przyjdź do pokoju. Uśmiecham się do niego i nie otrzymuję odzewu. Odwracam się więc szybko i zamykam za sobą drzwi. Kolejna odsłona tajemniczego przybysza dała mi podstawy do wniosków, że jednak czeka mnie długa droga ku poznaniu Komorowskiego. O ile kiedykolwiek będzie mi to dane w ogóle... Obiad przebiegał w atmosferze podobnej jak wczorajsza kolacja. Znów nad stołem wisiało uczucie niepewności i sztywności. Czy tak ma być przez całe te wakacje? Miałam nadzieję, że jednak będę potrafiła przełamać tę barierę, którą się otoczył tak szczelnie. A wtedy być może stanie się tak, że zrozumiem wreszcie wszystko. Zrozumiem, kim jest ten facet dla mojej rodziny i co za zagadka się kryje za tą znajomością. Będę tak długo próbować, aż nareszcie mi się uda. Musi tak być! Wpadłam w pułapkę, w jaką wpadały kobiety od wieków. Facet, tajemnica i chęć okiełznania tego ogiera. Dryfowałam ku beznadziejnej miłości, ale jak każda inna przez te wieki, nie zdawałam sobie z tego sprawy. Samarytanizm- oto co mi jedynie przychodziło na myśl. Posiłek dobiegł do końca. Komorowski cicho podziękował i patrząc na mnie uważnie, wstał od stołu. Ja również spoglądałam na niego i przez chwilę mocowaliśmy się, aż nagle spuściłam powieki pokonana. Jego oczy miały twardy wyraz, a zarazem agresywny. Więc znowu coś innego? Ależ on miał silną, a jednocześnie powikłaną osobowość! Jakież wyzwanie dla spragnionej kobiety, jakiż splendor, gdy już rozszyfruje charakter i przytuli takiego do piersi! Lecz do mego serca zakradło się zwątpienie, czy aby na pewno starczy mi silnej woli do rozgrywki z nim? Determinacji mam aż nadto, ale czy potrafię dotrzymać mu pola? Na każdym kroku napotykam coraz to nowe bariery. Potrzebować będę mnóstwo siły. I choć odrobinę przychylności z jego strony. Kiedy podniosłam oczy na powrót, jego już nie było przy stole. Mama krzątała się, zbierając brudne naczynia. Szybko spojrzałam na rodziców, czy zauważyli te nieme zapasy nad stołem, ale sprawiali wrażenie niczego nieświadomych. Wstałam więc i pomogłam przy sprzątaniu, także dlatego, by uniknąć zbędnych uwag o przydatności niektórych osób w rodzinie. Szukałam punktów zaczepienia, by zapytać matkę o parę rzeczy, ale czy wyczuła to, czy tylko tak się jakoś ułożyło; dość, że nijak nie było okazji, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że wciąż się potykałyśmy o siebie między myciem a wycieraniem talerzy i garnków. Jakoś nie wypadało rozmawiać o tak poważnych sprawach przy ścierkach. Tym bardziej, że matka unikała tematu niczym diabeł święconej wody. Kiedy skończyłyśmy, ja, nie mając nic innego do roboty, postanowiłam pójść na górę. Idąc krok za krokiem, pokonywałam stopnie z uczuciem, że niezależnie jak mu przedstawię tę opowieść i tak brzmieć będzie idiotycznie. I ja sama wyjdę na skończoną idiotkę. Ale musiałam mu to przedstawić, choćby po to, by udowodnić swemu ego, że jeszcze potrafię walczyć o ideały. Nie ma nic gorszego jak przekonanie, że nasze egoistyczne pobudki roją się nam jako gesty czystego altruizmu. Podeszłam do drzwi. Serce waliło niczym młot. Zdawało mi się, że je słychać na całym piętrze, dudniło głucho w uszach i odbierało dech. Stres mnie spętał, ale nie mogłam zrezygnować. Po czymś takim już nigdy nie pozwoliłby mi się do siebie zbliżyć. Przy założeniu, że kiedykolwiek to nastąpi. Wzięłam głęboki oddech, który w niczym mi nie pomógł i zapukałam.

4.

Siedzę przed nim i patrzę na jego profil. Cisza trwa już dobre dziesięć minut. On czeka aż zacznę, a ja nie bardzo wiem jak mam go przekonać do swego szalonego pomysłu. Nie mam nawet pojęcia jak w miarę inteligentnie opowiedzieć tę historię. Cokolwiek mi przychodzi na myśl, zawsze wydawało się nie dość konkretne. Gorączkowo poszukiwałam tego pierwszego zdania. Tego początku, który pozwoli jakoś dalej prowadzić rozmowę. W końcu powoli odwraca twarz w moją stronę. Widomy znak, że traci cierpliwość i muszę szybko zacząć swoją opowieść. Jego wzrok wwierca się we mnie i czuję, że on wszystko wie. Wie, co chcę powiedzieć, tylko bawi się ze mną, a raczej moim kosztem. Przy obecnym nastawieniu, byłam w stanie zaakceptować każdy, niedorzeczny nawet pomysł, że jest w posiadaniu nadprzyrodzonych przymiotów. Nie dziwota, że bez problemów uległam złudzeniu o jego przenikliwości. Te jego oczy sprawiały, że traciłam rozum. Niczym zakochana nastolatka, byłam gotowa przypisać obiektowi swych uczuć najbardziej dziwaczne zdolności. Jakich uczuć? Chyba kompletnie zwariowałam! Mam tylko wyjaśnić tę zagadkę, która go otacza i jest ściśle związana z moją rodziną. Nie było mowy o żadnych egzaltacjach…Tak mi się jakoś dziwnie porobiło w głowie, że odpłynęłam daleko na morze romantyzmu, zupełnie nie na temat i nie w czas. Powinnam bardziej skupić się na czekającym mnie zadaniu. Lecz nie mogłam się pozbyć uczucia, kiedy tak zatopił swe spojrzenie w mojej twarzy, że czyta w moich myślach. Uczucie to jest tak realne, a zarazem tak bardzo paskudne, że zaczynam się wiercić na krześle. -Mam do pana prośbę…- Zaczynam dość nieporadnie. -Słucham! Nie wdawał się w żadne gierki niedopowiedzeń. Chciał mieć to wszystko jak najszybciej za sobą, zgodził się przez grzeczność mnie wysłuchać, ale nic więcej. Gadaj i spadaj! Takie właśnie było przesłanie tej jego postawy. Pokrótce streściłam mu sytuację w naszej szkole i miałam nadzieję, że nie brzmi to trywialnie i tak głupkowato jak historia dla nastolatek. Słuchał lekko rozbawiony. Nikły uśmieszek nie schodził z jego ust. Wyobrażałam sobie, co on mnie teraz myśli. Durna idiotka próbuje go zająć rozmową o jakiś tam kłopotach szkolnych, które nic go nie obchodzą. Słucha przez grzeczność i tyle. A jednak nie mogłam się pozbyć wrażenia, że oczekiwał czegoś innego. Że był uszykowany na inną rozmowę. Że jest odrobinę rozczarowany iż nie doszło do niej. Ale ona nastąpi! Z pewnością, lecz nie dziś. Teraz muszę zakończyć ten kabaret, który nieopatrznie chcę zmienić w jakiś tam dramat z udziałem swojej osoby w roli głównej. Im dłużej mu tłumaczyłam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, jak to pomylony jest pomysł. Jednak brnęłam dalej, aż do końca. -A prośba?- Zdobył się na taki dość niekonwencjonalny komentarz. Zarazem zgrabnie przeszedł do kolejnej części naszej rozmowy, bez zbędnych dygresji i niepotrzebnych dodatkowych opowieści. Dotarłam do momentu, w którym ważyły się moje losy. To czy zupełnie straci do mnie szacunek. Czy uzna mnie za kompletnie durną dziewuchę? Jeśli choć trochę tak będzie, to już w życiu nie potraktuje mnie poważnie, a co za tym idzie, nie ma najmniejszych szans na zbliżenie się do niego na tyle, by wreszcie poznać te wszystkie jego tajemnice. Ale na odwrót nie ma już czasu. -Chcę, aby pan jutro poszedł ze mną do szkoły i wystąpił jako jednoosobowa ława przysięgłych! Bezgraniczne zdumienie jakie zagościło na jego twarzy było najlepszym świadectwem, że jednak nie czytał w moich myślach. Może to i lepiej, lecz teraz się wystraszyłam, że zupełnie straci do mnie szacunek. Jakaś tam gadka o nastolatkach i głupkowatych dyrektorach to jedno, ale uczestnictwo w tym wariactwie- to już całkiem inna para sznurówek. Sama wiedziałam, że ten pomysł jest idiotyczny, ale chciałam wierzyć, że brawura zastąpi zdrowy rozsądek. Ale chyba się pomyliłam. I to bardzo. -A jeśli dyrektor na to się nie zgodzi?- Nie mogłam uwierzyć, ale zadał pytanie, które znamionowało pewną dozę zainteresowania. Co nie znaczy, że będzie chciał brać udział w tym przedsięwzięciu. -Już ja się postaram, aby się zgodził- kułam żelazo, póki gorące.- Przyjdzie pan? Było to możliwe, ponieważ dyrektor dał nam pewną formę niezależności, może w przekonaniu, że nie wykorzystamy tej szansy. Nikt przy zdrowych myślach nie wychylałby się w imię jakichś zwiewnych ideałów. Nikt z wyjątkiem mnie. Ja jednak chciałam wykorzystać luki w rozumowaniu dyrektora i rozegrać to po swojemu. Przy udziale wszystkich, którzy chcą mi w tym pomóc. -A jeśli nie wydam osądu na waszą korzyść?- Kolejne pytanie tak bardzo naładowane sensem. Przecież tak właśnie mogło być! Ja, taka nieprzejednana w swych ocenach, przyjęłam, że tylko wystarczy nakłonić go do pomocy i już…Nie pomyślałam, że wcale nie musi podzielać moich aspiracji. W prosty sposób przywołał mnie do porządku. Dał prztyczka w nos. -To trudno, przegram…- Jakże mi odpowiadała ta rola ostatniej sprawiedliwej. -A czy ty zdajesz sobie sprawę, że jeśli nawet wygrasz, to dyrektor będzie się na tobie mścił? Kolejne oczywiste pytanie, ale akurat to wpisałam w ryzyko. Lecz on chyba bardziej badał, na ile jestem zdeterminowana w tej swojej misji. -Trudno. Już taka jestem, że nie lubię tańczyć jak mi zagrają.- Zabrzmiało to jak deklaracja jakiegoś idealisty. Nie wiem czy takiej oczekiwał odpowiedzi. W sumie nie miało to znaczenia, jeśli jednak nie wyrazi zgody, trzeba będzie wrócić do planu „a”. Nic takiego się nie stanie, bardziej mnie martwi, czy ten incydent zaważy na naszych wzajemnych relacjach. Ale już sam fakt, że prowadziliśmy tę rozmowę świadczy o tym, że jednak nie wszystko stracone. -Dobrze. Przyjdę jutro do szkoły.- Słowa te nie od razu dotarły do mojej świadomości. Sens pojęłam dopiero po dłuższej chwili. Wygrałam! Pchnięta jakimś nagłym impulsem, poderwałam się z krzesła i ucałowałam jego policzki. To była reakcja na nagły koniec stresu, napięcie, które gościło we mnie. Teraz nagle wszystko puściło i jedynie na co mnie było stać, to ten gest spontanicznej radości. Jego twarz z bliska wydała się taka delikatna. Owionął mnie zapach jego wody po goleniu, taki delikatny, subtelny, a zarazem taki męski. Zakręciło mi się w głowie. Zapragnęłam nagle się do niego przytulić. Chciałam przejąć tę odrobinę spokoju i ciepła od niego. To uczucie było tak głębokie i szczere w swej prostocie. Tak bardzo ludzkie…Ale moje zachowanie w stosunku do niego właśnie, nosiło znamiona świętokradztwa. Szybko odskoczyłam od niego i zmieszana bąknęłam: -Przepraszam pana bardzo. Nie wiem, co we mnie wstąpiło… -Nic nie szkodzi.- Wielkodusznie odpowiedział.- To było bardzo miłe. Dawno tak mnie nikt nie potraktował… -Dlaczego?- Wyrwało mi się i zaraz pożałowałam tego. Gwałtownie zesztywniał, stał się daleki i zimny. Stałam zdumiona i spłoszona. Ta huśtawka nastrojów rozstrajała mnie, nie nadążałam za rozwojem wypadków. Dotknęłam jakiejś ukrytej rany i mocno go zabolało. Cóż z tego, że zrobiłam to zupełnie nieświadomie? Przebywanie w okolicy Komorowskiego przypominało spacer po polu minowym- nigdy nie wiadomo było kiedy człowiek da plamy i popełni błąd. Ja miałam do tego dar wyjątkowy- czego się nie tknęłam, na pewno się musi rozsypać. Przynajmniej jeśli chodziło o Komorowskiego. -To ja, już sobie pójdę… Nie otrzymałam odpowiedzi.

5.

Pokój nauczycielski był pełen. Choć ja akurat byłam przekonana, że pokazówka odbędzie się w auli, ale być może nawet Juskowiak pojął, jak bardzo przesadził z tym cyrkiem. I zachował resztki dobrego smaku. W sumie odpowiadała mi ta kameralna, bądź co bądź, atmosfera. Grono pedagogiczne siedziało cicho i z namaszczeniem spoglądało to na dyrektora, to na nas.„Ale farsa”- myślę i uśmiecham się głupawo. Wreszcie się zaczyna. Klasę trzecią „c” reprezentował samorząd klasowy w osobach Miry Jakubiak i Andrzeja Strąka. Z przyczyn zrozumiałych zabrakło Jacka, chociaż uważam, że jako główny poniekąd winowajca, powinien uczestniczyć w tym przedstawieniu. A tak miał być sądzony, co prawda ze wszystkimi, ale i tak poza plecami. Nie bardzo to chyba było zgodne z duchem demokracji i praworządności, lecz czego tu się spodziewać po kimś takim jak Juskowiak? A może tylko przezornie nie kazano drażnić dyra osobą Jacka? Dyro z niezwykle poważną miną odczytał akt oskarżenia i po płomiennym przemówieniu oskarżycielskim umilkł, czekając na poklask. Odpowiedziała mu cisza. Nauczyciele świetnie udawali zatopionych w swych rozważaniach, co pozwoliło im ignorować przełożonego w przeświadczeniu, że nic im nie grozi. Zdegustowany taką postawą usiadł i poprosił obronę, czyli nas, o swoje argumenty. Od samego początku było jasne, że to ja mam być tą, która weźmie na swe barki ciężar rozmowy. Mirka i Andrzej patrzyli na mnie z powątpiewaniem, tudzież z szyderą w kierunku dyrektora, zupełnie jakby go prowokowali do bardziej niepoczytalnych czynów. Moi współobrońcy raczej mi nie pomagali, nawet na mnie nie patrzyli. Jeszcze przed rozprawą wyłuszczyłam im w ogólnym zarysie mój plan, ale nie spotkał się z żywszym odzewem, jeśli nie liczyć tego, że Justysia niemal nie zemdlała na wieść, iż zamierzam stanąć okoniem. Znać było po niej, że jest na skraju załamania nerwowego. Odrobinę mnie to irytowało. Rozumiem jej obawy, ale to już była przesada! Odchrząknęłam, wstałam i z mych ust popłynął potok słów. -Szanowny panie dyrektorze!- Właśnie tak powinnam zacząć.- Ubolewamy nad tą sytuacją wraz z panem i całym gronem nauczycielskim. Zdajemy sobie sprawę, że podobne postępowanie nie powinno mieć miejsca ani teraz, ani nigdy później, dlatego w pełni zgadzamy się ze słowami krytyki ze strony pana dyrektora.- Wyraz zdumienia jaki pojawił się na twarzy Marka omal mnie nie rozśmieszył.- Jednocześnie chcemy w imieniu klasy trzeciej „c” wyrazić szczerą skruchę i podziękować panu dyrektorowi za możliwość obrony.- Pełne niedowierzania spojrzenia ze strony samorządu klasowego i pełen wdzięczności wyraz twarzy Justyny. Nawet Juskowiak siedział napuszony i dumny na swoim krześle.- Zdajemy sobie doskonale sprawę z faktu, że mógł pan dyrektor podjąć sankcję sam wraz ze zgromadzonymi tutaj nauczycielami, z pominięciem nas…- Tak jakby nie zawiesił całej klasy.- Jesteśmy serdecznie panu dyrektorowi za to wdzięczni, że traktuje nas, młodzież po partnersku… Akurat! To było ostatnie, co dało by się powiedzieć o jego zachowaniu. Ale tak pewnie miała wyglądać cała ta awantura, jeśli dobrze odgadłam te, pożal się boże, reżyserskie umiejętności dyra. Przez cały mój monolog cisza była nieskazitelna, a dyro uśmiechał się triumfująco do siebie. Lecz w miarę jak mówiłam, jego uśmiech począł nieco blaknąć: -…Mamy nadzieję, że dyrektor raczy cofnąć decyzję zawieszenia klasy i ukaże ich w inny, mniej drastyczny sposób. Klasa trzecia „c” jest pełna skruchy i poznała swój błąd, jakim był ten szczeniacki występ. Umilkłam i czekałam na odpowiedź dyrektora. Znać było, że nie tego się spodziewał i nie w smak mu zmieniać decyzję. W sumie to moje przemówienie było na tyle wiernopoddańcze, że nijak się nie mógł przyczepić i na tyle prowokacyjne, że się lekko zdenerwował. Wstał z widoczną niechęcią i zaczął mówić o prestiżu osoby dyrektora, wychowaniu, kulturze i życiu w zgromadzeniu. O tolerancji i chamstwie. Chyba sobie nie zdawał sprawy jak bardzo śmiesznie brzmiały te słowa w jego ustach, nawet nauczyciele musieli się mocno kontrolować, by mimika ich twarzy nie zdradziła prawdziwych osądów, co do osoby dyra. Zakończył gadką o potrzebie kar drastycznych za podobne wybryki. -Rozumiem ciebie i was młodzi ludzie, że bronicie swych kolegów. Ale zrozumcie, że kara jest potrzebna i to kara taka, która będzie skutecznym ostrzeżeniem dla podobnych uczynków w przyszłości. Dlatego chcę rozwiązać klasę!- Skończył z odgrywaniem roli srogiego wujka. Teraz już był tylko srogi.- Nie wszyscy zostaną wydaleni ze szkoły, tylko ci, co najsłabiej się uczą, no i ci, którzy brali udział w samej bójce. Zgodzisz się ze mną? To ostatnie pytanie skierowane było do mnie. Kątem oka obserwowałam przedstawicieli oskarżonych, jak im rzedły miny w miarę wypowiedzi dyra. Nie dziwota, można strugać bohatera, ale jednak relegowanie ze szkoły, to już poważna sprawa. Nie było to dla nich całkowite zaskoczenie, niemniej takie nastawienie Juskowiaka nie zostawiało najmniejszych nadziei. Spojrzałam na dyrektora. Wpatrywał się we mnie z wyraźną niecierpliwością. Chciał jak najszybciej zakończyć to, co sam zapoczątkował. Przekonałam się, że zdołałam go uśpić swą pokorną przemową, a z drugiej strony zdałam sobie jasno sprawę z tego, że czas wytoczyć cięższe działa. Czas wychylić się. Dotarliśmy do punktu, w którym, albo nic nie uczynię i dyro zrobi co zamierza, albo wcielę swój szalony pomysł w życie i choć powalczę o tych utracjuszy. To co miałam na końcu języka, nie spodoba się panu dyrektorowi. Na pewno. Nie mówiąc już o tym, że narażałam na szwank całe swoje dotychczasowe życie. Patrzę w twarze kolegów. To było jedno wielkie bagno utopionych nadziei. Straconych złudzeń. Wyzierało z nich skrajne zrezygnowanie. Tylko ja wiedziałam, że istnieje jeszcze szansa. Tylko ja wierzyłam, że jest sposób na odwrócenie losu, a przynajmniej chciałam spróbować coś zmienić. Starałam się im jakoś dodać niemo otuchy, ale raczej nie zwracali na mnie uwagi, całkowicie pochłonięci przetrawianiem rozmiarów kary. Przeniosłam wzrok na nauczycieli. Ten i ów ukradkiem ziewał, dając do zrozumienia, gdzie ma całą tę farsę. Podjęłam decyzję. „Jak gramy, to do końca!”- Pomyślałam. -Nie zgadzam się z tak ostrym działaniem prewencyjnym, panie dyrektorze- nie sposób opisać wrażenia, jakie wywołały te pierwsze moje słowa.- Owszem, kara jest potrzebna, nie przeczę. Ale co do rozmiarów, to uważam, że są przesadzone! Gdy ma się do czynienia z tłumem, to wiadomo iż gorączka zawsze bierze górę nad rozsądkiem. Pan sam, dyrektorze uważa, że powinno się załatwiać sprawy między sobą przez strony zainteresowane, przez nich samych. Przecież powiedział pan: „Uczyli mnie, że najpierw trzeba swe wewnętrzne problemy samemu rozwiązywać.” Prawda, panie dyrektorze? Marek o mało nie dostał nagłego ataku kaszlu. On także dobrze pamiętał te słowa dyra, które do nas wypowiedział w swoim gabinecie. Juskowiak nabrał gwałtownie powietrza tak, jakby zbierał się do jakiejś gwałtownej riposty. Nie zamierzałam mu na to pozwolić, więc ciągnęłam dalej: -Zatem, oni postanowili to załatwić miedzy sobą, a że to w większości chłopcy i to w wieku, w którym krew burzy się z byle powodu, nie mamy się, co dziwić, że finał był tak okropny. Nadal proszę o zredukowanie swego wyroku! Moja nieustępliwość zaczynała irytować Juskowiaka, a nauczycieli zdecydowanie fascynować. Czuli, że to jeszcze nie koniec tego kabaretu. Jeśliby ciszę i napięcie można było uchwycić, to właśnie teraz siedzieliśmy w atmosferze gęstej jak smoła. Grono pedagogiczne gapiło się na mnie jak na okaz zwierzaka. Dyrektor wytrzeszczył na mnie oczy i próbował wyraźnie coś z siebie wykrztusić. Przytkało go. Nie spodziewał się żadnych oporów i kłopotów. Nigdy ich nie napotykał. Już nie. Może kiedyś, w początkach swego urzędowania, lecz teraz wszyscy wiedzieli z kim mają do czynienia, więc raczej nie wchodzili Juskowiakowi w drogę. Innych, na tyle głupich, by lekceważyć ostrzeżenia, dawno przywołał do porządku lub się ich pozbył. A teraz jakaś smarkula usiłuje mu się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych