Wróć do katalogu

Gniewościsk Szponder spotyka Kalasantego Świerka

żartobliwa historyjka

ryszelie, opublikowano , 14 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Gniewościsk Szponder wyszedł na chwilę z biurowca, by uraczyć się czarem skwerku. Skwer stanowiło pięć skarlałych drzewek, trzy krzaki, kosz na śmieci i połamana ławeczka ustawiona pod krzaczkiem najbujniej ugęstwionym. Zieleństwo to (była średnia wiosna, więc to i owo się zieleniło) otoczone było żywopłotem zaskakująco ulistnionym, dodatkowo uszczelnionym butami, butelkami i złomem wszelakim - i wysokim gdzieś na 180 cm. Przez żywopłot przejść można było jedynie wąskim przełomem, który dodatkowo zabezpieczony był przed niepowołanymi płachtą parasola i koszulą z krawatem upaćkanymi dziwną substancją. Wyglądała i śmierdziała ona jak gówno. Gównem jednak nie było lecz pastą jajeczno - pomidorową ze stołówki firmy. Gniewościsk Szponder miał 173 cm wzrostu, więc nawet stojąc mógł się skryć za żywopłotem. Skryty był tym bardziej, gdy siedział na ławeczce, zasłonięty przed obcymi żywopłotem, krzakiem i koszem na śmieci. Tak lubił. Planował wtedy, palił, kombinował i liczył. Szponder był nadinspektorem pracowniczym ds. personalnych w Okrutnej Korporacji (w skrócie OK.), która to Korporacja zajmowała prawie cały pobliski biurowiec. Poza tym była największym pracodawcą w mieście – nie pracowali w niej tylko bezrobotni, sponsorem klubu piłkarskiego i sekcji pływania synchronicznego dziewcząt do lat 30 oraz organizatorem jarmarków, imprez towarzyszących oraz wyborów „Miss, Mister, Żona i Pomoc Domowa”. Z racji pełnionej funkcji Szponder miał więc wpisany w katalog obowiązków pracowniczych planowanie, kombinowanie i liczenie. Tudzież zwalnianie i zatrudnianie, ale tym wolał zajmować się w pubie. Gniewościsk palił goldeny. Kiedyś camele, ale kiedy na wakacjach w Egipcie wdepnął w wielbłądzie gówno (a ta blond z Centrali to widziała i się śmiała, o Boże, jak ona się rechotała...), to od razu przerzucił się na inne. Padło na goldeny, palił je teraz i rozglądał się, tym razem z nadzieją, że w coś wdepnie. Zamiast złotawego pobłysku dostrzegł sumiaste wąsy, zgniłozielony kapelusz, wąskie szparki przez które spoglądały jasnoniebieskie oczy. Potem oczy dopasowały się do wąsów, zbudowały twarz, głowę na której sterczał kapelusz, sam zaś kapelusz wieńczył postać, która właśnie, jakby prosto z trawy, prostowała się przed Gniewościskiem. Stanęła w końcu całą swoją, średniego wzrostu, na zielono ubraną osobą. Nadinspektor spojrzał ciekawie na stojącego przed nim mężczyznę. - Ładna dziś pogoda, prawda? Mężczyzna otrzepał się z drobnych listków, strząsnął kilka grudek ziemi i wygładził kanty ciemnoniebieskich spodni. Jego wzrok spoczął na papierosie. - Można? Gniewościsk podał mu papierosa. Facet nie wyglądał na pracownika OK. Nie dlatego, że nie miał na sobie służbowego garnituru ani obowiązkowego optymizmu przypiętego identyfikatorem do warg, ale przede wszystkim dlatego, że wyglądał na więcej niż 40 lat. Gniewościsk miał oko do określania wieku, nie potrafiły go nawet zmylić sprytne 14 - latki czy doświadczone 60 – latki, zawsze trafiał w metrykę. Mężczyzna miał z pewnością więcej niż 40 lat. A w Korporacji nie było nikogo, prócz trzech prezesów i właściciela, kto miałby powyżej tej granicy wiekowej. Korporacja wysyłała wypowiedzenia umowy o pracę, razem z maskotką, w prezencie na 40 urodziny. Zamiast maskotki można samemu posprzątać biurko. Facet się zaciągnął, nie zakrztusił, po sekundach kilku siwy dym w niebo posłał. Uśmiechnął się i wyciągnął rękę. - Kalasanty Świerk. Gniewościsk ujął jego dłoń, zważył, uścisnął. - Miło mi – mruknął. Przez chwilę pasywnie milczeli, nie wdeptując swoich cieni w ziemię, nie poglądając ku sobie nerwowo a niespodzianie, ale tak obok siebie, wczujeni w atmosferę, byli cicho. Kalasanty westchnął. Wskazał dłonią w słońcu błyszczący dach biurowca. - Pan stamtąd? Szponder skinął głową. Słowa były zbędne. - A pan? Świerk uśmiechnął się. - A ja na poczcie pracuję. - Znaczy – listonosz. - Poniekąd. - Poniekąd? Dlaczegóż? - Albowiem zaiste nie jest li to dokładnie moje zajęcie sensu stricte. - Toż kurważ mać! Kimżeś pan jednakowoż jest? Świerk uśmiechnął się melancholijnie. - Szukam listów zagubionych. - Że jak? Kalasanty zaciągnął się dymem. - Pan słyszał pewnie w wiadomościach czy innych artykułach, jak do adresata trafiają listy po latach. Po dziesięciu, po trzydziestu, polskie, zagraniczne. Paczki i zwykłe widokówki. Rozmaite. - I co? - I to moja zasługa. To ja je odnajduję, wyszukują a potem podaję do adekwatnego urzędu a oni dostarczają adresatowi. Jeśli oczywiście jeszcze żyje. Gniewościsk zamyślił się niewiele, przesunął ręką po gładko ogolonej brodzie. - Ustalmy może, co? Powiedzmy, że dziesięć lat temu wysłałem list do mojej dziewczyny. Pisałem w nim, żeby czekała na dworcu w Koluszkach o 16, bo przyjeżdżam. Ja przyjeżdżam, a jej nie ma. Jej nie ma, to robię awanturę, że jej nie ma, choć pisałem, że ja będę. Ona mówi, że nic nie pisałem bo listu nie dostała. Ja mówię, że list wysłałem i jak chce zerwać, to niech wymyśli lepszy powód, bo ja na tych Koluszkach zmoknąłem i wnerwiony silnie jestem. Awantura kończy się zerwaniem. Ostatecznym. Bo ja się w konia robić nie dam. A teraz przenosimy się do współczesności. Przeglądam album ze zdjęciami, widzę jej fotografię i zastanawiam się, coby było gdyby. Próbuję w photoshopie – to nie to samo. Może list faktycznie nie doszedł?. Biegnę na pocztę i tam kierują mnie do pana, tak? A pan wyjaśnia sprawę – doszedł, nie doszedł, ukradli, zaginął, matka przejęła. Taka jest procedura? Świerk pokręcił przecząco głową. - Nie. - A jaka? Kalasanty znów wygładził kanty spodni i podciągnął rękawy. Szponder już się wystraszył, że za chwilę zobaczy numer z obozu koncentracyjnego, ale Świerk tylko się podrapał, raz po prawej, raz po lewej ręce. Rękawy znów zasłoniły skórę. Kalasanty westchnął. - List, proszę szanownego pana, to nie jest taka proceduralna materia. To raczej substancja marzycielska, ulotna bardziej, choć zmaterializowana w postaci papieru, słów, znaczka, stempla... - Trupa... - Co proszę? – Świerk poruszył się niespokojnie – O czym pan mówi... Szponder wykrzywił usta. - List z informacją o śmierci, o tym, że zmarł ktoś. Cholernie marzycielska to materia! Że ho, ho!!! - Pan nie rozumie! - To tłumacz pan jaśniej. Prawidłowa komunikacja interpersonalna wymaga przede wszystkim przejrzystości komunikatu! - He? - Nic. Mów pan. Świerk wskazał ręką na skwerek. - Wie pan, co tu było? Gniewościsk wzruszył ramionami. - Zaraz mi pan powie, że cmentarz indiański. Świerk zdziwił się i zdziwienie to dało się zauważyć w zdziwionym błysku w oku. - Nie. A dlaczego? - Dla gówna ps.... Szponder urwał. Był zirytowany lecz równocześnie ciekawy. Mógł cisnąć niedopałek, odwrócić się na butach, odwrócić plecami, całością siebie się odwrócić i odejść. Obawiał się jednak, że mógłby nie zapomnieć tej rozmowy. Byłaby więc to rozmowa…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych