Wróć do katalogu

Gruzy_Prolog

Gruzy_Prolog

Sthiefh_blog, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wojny spodziewali się wszyscy. Nie było żołnierzy, karabinów, bitew. Ocalali nie tworzyli partyzantki, nie chowano się po lasach. Politycy nie wygłaszali wzniosłych przemówień, nie nawoływali do walki, nie uciekali za granicę. Tylko wybuchy, gruz i trupy. Nic więcej, żadnego patosu, mistycyzmu znanego z historii wcześniejszych wojen. Od urodzenia, moją rzeczywistością były bomby i strzępy pokoju. Jak mówiła mi matka, świat kiedyś był czysty, bez kurzu i stert kamieni. Drzewa wznosiły się na wiele metrów i stanowiły skupiska. Ziemia niosła czystą wodę a zwierzęta nie przypominały wychudzonych upiorów. Widziałem zdjęcia w albumie rodziców, wszystko było takie kolorowe. Wolałbym przeżyć choć 10 lat przed wojną i zginąć pod nawałem bomb niż do śmierci egzystować w otoczeniu szarości i brudu. Mimo wszystko starałem się odnaleźć jakiś sens w tym życiu. Mieszkałem wraz z rodzicami we wsi Szepietowo, w dawnej Polsce, kraju, który już nie istniał. Tak jak i większość państw Europy. Te, które ocalały zachowały w zasadzie tylko nazwę. Administracja była zniszczona, politycy nie mieli władzy, media nie funkcjonowały. Każdy żył własnym życiem. Zajęliśmy spore pole. Ludzi było mało, ziemi wciąż dużo więc każdy wykorzystywał jej ile chciał. Nikt nie pamiętał już pojęcia własności, nie wiedziałem nawet czy nasz dom był tak naprawdę nasz. Pamiętam tylko, że odbudowywaliśmy go ponad dziesięć razy. Nie było z tym dużo problemu bo cały czas pozostawał w niezłym stanie - miał ściany. Dach wykonaliśmy ze znalezionej blachy stosując jak najmniej drewna w jego konstrukcji. Nie było sensu niczego ulepszać – wojna oficjalnie się skończyła ale bomby i tak spadały. Nawet nie wiedziałem kto je zrzucał. Wróg? Nasi? A w zasadzie kto był wrogiem a kto sojusznikiem? Tak mieszkaliśmy od ostatniego nalotu 2 miesiące temu ale ziemniaki uprawialiśmy od kiedy pamiętam.. Nikt we wsi nie miał ani siły ani możliwości bycia samowystarczalnym więc jedynie jako społeczność mieliśmy taką szansę. Wszyscy się uzupełnialiśmy aby przeżyć. A ziemniaki i praca z nimi nie były wcale takie trudne, przyzwyczaiłem się. Wszystko zmieniło się jesienią 2034 roku. Dzień był upalny, trwało już zbieranie plonów. W południe żar lejący się z nieba uniemożliwiał jakąkolwiek pracę na polu więc wracaliśmy do domu na obiad. Siedziałem wraz z ojcem oraz macochą w ciasnej kuchni. W kącie stał nieźle zachowany piec kaflowy, który nie tylko dawał ciepło zimą ale też umożliwiał przygotowanie ciepłych potraw. W całej izbie było ciemno, okna były zabite deskami i jedynie przez zachowane gdzieniegdzie szczeliny wpadało słońce.

- Tato, do której dziś robimy? – zapytałem z ustami pełnymi jedzenia. - Jak zwykle. - Możemy skończyć trochę wcześniej? Chciałbym spotkać się z Asią. - W czasie kopania? Odbiło ci? - Ale... - Spotkacie się po pracy, macie na to całą noc.

Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Z ojcem nigdy nie było rozmowy. Jego zdanie uchodziło za ostateczne, każda próba sprzeciwu kończyła się fiaskiem. Dobrze wiedział, że po pracy jestem tak zmęczony, że nie dam rady ruszyć palcem a co dopiero gdzieś pójść. Poza tym, sen trwał góra 5 godzin. Nie sądziłem jednak, że decyzja, którą ojciec teraz podjął będzie miała tak wielki wpływ na moje życie. Na zewnątrz rozbrzmiały strzały, prawdopodobnie z karabinu, któregoś ze strażników wioski. Nie zwróciliśmy na to szczególnej uwagi. W tych czasach ciągle ktoś strzelał, nie było oficjalnych stróżów prawa, tworzyły się liczne gangi, które podróżowały po świecie rabując, niszcząc i zabijając. Część mieszkańców wioski zajmowała się ochroną, mieli broń, amunicję oraz przyzwolenie na likwidowanie przybyszów, którzy wydawali się podejrzani.

- Myśleliście już o ślubie? – włączyła się do rozmowy macocha, Bożena.

Odłożyłem sztućce na blat stołu, który tak naprawdę stanowiły stare drzwi frontowe ułożone na stosie cegieł.

- Właśnie chciałem z wami o tym porozmawiać. Postanowiliśmy zamieszkać razem od nowego roku.

Bożena ewidentnie się rozpromieniła, jej piegowata i pełna zmarszczek twarz wypełniła się uśmiechem. Położyła swoją dłoń na moim ramieniu. Prawdopodobnie chciała mnie przytulić ale uznała, że nie powinna. Jak sądzę przez ojca, który nie tyle sprawiał wrażenia zawiedzionego podjętą przeze mnie decyzję co wyglądał jakby wcale tego nie słyszał.

- Hm... uznam to za zgodę – rzuciłem podnosząc do ust blaszany kubek z wodą. - Co na to rodzice Asi? Wybraliście już... - Nigdzie teraz nie pójdziesz. Jesteś nam potrzebny tutaj – przerwał Bożenie ojciec nie podnosząc nawet wzroku znad talerza.

A już myślałem, że przejdzie bez kłótni. Cóż, przygotowałem się i na taką okoliczność.

- Dla ciebie najlepiej jakbym został tu na zawsze. Ja chcę mieć swoje własne życie. Gówniane, bo gówniane ale swoje. Postanowiliśmy zając chałupę zaraz obok naszego pola, będę mógł pomagać wam każdego dnia. Rodzice Asi pozwolili jej zamieszkać ze mną.

Specjalnością rodziny Asi była medycyna. Jej dziadek, przedwojenny lekarz, nauczył swojego syna oraz część wnuków fachu i po śmierci nestora Antoniuków cała rodzina prowadziła coś na kształt szpitala. Asię poznałem dobrze gdy leżałem w Klinice z raną postrzałową, której nabawiłem się w czasie jednego z wypadów poza wioskę. Strzelanina była przednia, zabiłem na pewno dwóch ludzi, jak się później okazało członków Benzyniarzy, ale sam zostałem postrzelony w udo. Spędziłem w Klinice kilka dni a Asia bardzo dokładnie się mną opiekowała. Ojciec nie przestawał jeść i dalej lakonicznie odpowiadał.

- Piotrek też nigdzie nie poszedł i nie pójdzie. - Jasne, że nie bo niby gdzie? Nikt nie chce takiego narwańca jak on. Teraz pewnie też się z kimś tłucze.

Piotrek był starszy ode mnie o 5 lat. Nie wybierał się poza gospodarkę z wielu powodów – nie miał dziewczyny, kochał alkohol i burdy, u rodziców żyło mu się dobrze.

- Andrzej, pozwól chłopakowi ułożyć sobie życie – włączyła się do rozmowy macocha – przecież mówi, że będzie pracował z nami.

- Jego miejsce jest tutaj – ojciec spojrzał mi w oczy. Nie czynił tego zbyt często więc miał do powiedzenia coś ważnego. Jego kamienna twarz wprost mnie przerażała. Miał mocne rysy, przymrużone, ciemne oczy i wiecznie zmarszczone czoło – Ja jestem głową tej pieprzonej rodziny, gdy gówniarz się wyprowadzi będzie z niego połowa pożytku – ojciec znów zwrócił się bezpośrednio do mnie - Więc jeżeli chcesz iść, idź, ale na Twoje miejsce przyjmuję Zębacza i nie zbliżaj się do roli.

Uważał, że to jego najsilniejszy atut. Wiedział, że jeżeli nie będziemy pracować starszyzna wioski nas odizoluje od zapasów i będziemy musieli się wynieść. Zębacz był przybyszem, który zamieszkał tutaj jakieś pół roku temu i szukał pracy. Na niczym specjalnym się nie znał więc nic nie znalazł. Zajął się polowaniem i jakoś udało mu się przetrwać bez dostaw produktów od mieszkańców wioski. Ojciec nie wiedział jednak, że ja mam parę asów w zanadrzu.

- Nie ma problemu, rozmawiałem z ojcem Asi, przyjmie mnie do kliniki i będę się szkolił na lekarza. Na początku zajmę się zdobywaniem zapasów, nie będę bezproduktywny. Starszyzna wioski się na to zgodziła.

Wstałem od stołu i podziękowałem za posiłek. Ojciec ponowił konsumpcję obiadu.

- Napój konia zanim pójdziemy na pole - Nie wybieram się teraz na pole. Idę do Asi, dołączę do was za jakąś godzinę.

Nie czekając na odpowiedź rodziców popchnąłem kawał blachy umocowany na prowizorycznych zawiasach i wyszedłem z domu. Tak jak zapowiedziałem, swoje kroki skierowałem w stronę Kliniki. Czy czułem się źle? Nie, spodziewałem się takiego obrotu spraw. Całe życie byłem podporządkowany ojcu i tego dnia musiałem mu się sprzeciwić. Przemijałem, bomba mogła mnie zabić w każdej chwili więc na co miałem czekać? Tylko Asia była ostoją szczęścia pośród gruzów. Droga nie była długa, ciężko jednak przemieszczać się pośród stosów kamieni, poprzez leje. Po drodze spotkałem jedynie Maćka, strażnika patrolującego obszar pomiędzy moim domem a starym dworcem kolejowym. Inni mieszkańcy nie podróżowali po wsi, przebywali na polach lub w domach zajęci swoimi codziennymi obowiązkami. W gruncie rzeczy życie toczyło się normalnie nie licząc unoszącego się fetoru strachu. Klinika była największym, najlepiej zachowanym budynkiem. Niegdyś czteropiętrowy kolos, dziś zachowała się tylko piwnica i parter. Po przekroczeniu progu szpitala od razu uderzył w moje nozdrza zapach antyseptyków. W środku jak zwykle panował gwar. Stanąłem w dużym holu, który łączył pokoje przystosowane do roli sal szpitalnych. Drzwi jednej z nich otworzyły się i na prowizorycznych kulach wywlukł się na korytarz Adam, który z racji ponadprzeciętnych umiejętności pływackich nazywany był Rybą.

- Cześć Kamil. Jak widać połowy w tym tygodniu będą mniejsze z powodu awarii sprzętu – powiedział Ryba wymownie unosząc jedną z kul. - O to się nie martw, napraw najpierw sprzęt. Widziałeś gdzieś Joasię? - Jest u nas w sali – rzucił i ruszył w swoje stronę.

Poszedłem szybkim krokiem w stronę pokoju, który opuścił Ryba. W pomieszczeniu nie było tłoku, co prawda leżało tam osiem posłań, stało sporo medycznego sprzętu ale pacjentów było tylko dwóch. Oboje wyglądali na skrajnie wycięczonych i w tym stanie ledwo mogłem poznać ich twarze. Asia stała nad jednym z mężczyzn przeglądając jego kartę. Miała na sobie biały fartuch zaplamiony w wielu miejscach krwią, na nogach lekkie, mocno przetarte sandały. Jej długie, jasne włosy, związane w kucyk opadły na prawie ramię. Wyglądała bardzo poważnie.

- Co jest doktorku?! - krzyknąłem stając w progu sali

Dziewczyna poskoczyła ze strachu i odwróciła przerażone oczy w moją stronę. Jednak po chwili na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech.

- Chcesz żebym leżała na tym materacu po przebytym zawale? - rozbrzmiał wysoki głos Asi. Podszedłem do niej bliżej przemykając pomiędzy prowizorycznymi łóżkami. - Ale ze mną czy beze mnie? - Dureń!

Nasze usta złączyły się w delikatnym pocałunku. Poczułem zapach jej skóry i włosów.

- Przepraszam za mój stan – rzekłem pokazując brudne od ziemi dłonie – jestem w trakcie kopania. - Mam nadzieję macie jeszcze wodę na ten miesiąc.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych