Guziki
Trzy osoby, trzy historie, jeden Igor, hmm, a może dwa? Aha i jeszcze On,aaa, i jeszcze ON. No masa, masa organizmów zakradła mi się tutaj...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Miasto wyglądało zza ciemnych chmur. To konkretne nie wyróżniało się niczym szczególnym, ot parędziesiąt niedbale ułożonych ulic, nie do końca rozsądnie zaplanowany park i wianuszek drzew otaczający główny plac. Przypuszczalnie podobne zdanie o tym miejscu miał samotny przechodzień, który zbliżał się do jednego z budynków miejskich. Przypuszczalnie, bo nikt nigdy nie pytał go o zdanie, czy to w kwestii pogody czy też jakiejkolwiek innej, a już na pewno nie w kwestii przydzielanych zadań. Zresztą, tak jakoś historia podzieliła role, że Igory zazwyczaj były wysyłane, kierowane bądź wypychane. A ten tutaj doskonale znał swoje powinności, więc szedł. Pukanie w masywne drzwi rozbiło senną ciszę. - Czego? – Nocny stróż, aby odpowiednio wypromować swoją osobę, zastosował starą metodę godziwego przyjęcia interesanta. - Ja do licznika – odparł gość. - Co? Jakiego licznika? Przecież jest prawie dwunasta w nocy. - No tego prądowego – z miną znawcy oznajmił Igor. - Ty żeś coś pił, prawie północ jest, mówię przecie. - Eeee – Igor nie cierpiał kombinować, miał wiele pozytywnych cech, no na pewno jakieś miał, ale szybkość reakcji nie była jedną z nich – Bo to nocne spisywanie jest – dodał i się uśmiechnął. To był poważny błąd. - Ty weź idź mi stąd i na litość przestań się uśmiechać, człowieka takie coś może do grobu wpędzić. - Aha, czyli plan B. - Coś ty powiedział? - Nic, nic – dodał szybko, koniecznie musiał popracować nad rozmową bez użycia ust. Tak, Igory też wierzą w samodoskonalenie. – Proszę tu spojrzeć, mam upoważnienie – mówiąc to sięgnął w głąb plecaka, który zmaterializował mu się w dłoniach. Stróż nieopatrznie nachylił się nad zawiniątkiem. Rozległo się delikatnie "pac" i dalsza część zmiany wieloletniego pracownika miejskiego przebiegła już zgodnie z codzienną rutyną. Różnica była tylko taka, że rano, zupełnie niezapowiedziany pojawił się okropny ból głowy, co dziwne, parę innych osób również skarżyło się na podobną dolegliwość.
Zastygłe w czasie biuro przetrzymywało swojego ostatniego więźnia. W rogu pokoju, w niebieskawym blasku monitora Kasia przeglądała tygodniowe zestawienie. Nieprzytomny wzrok wodził to w górę, to w dół śledząc rzędy cyfr. Co pewien czas, coś tam poprawiała, coś przestawiała. Lotność umysłu straciła co najmniej dwie godziny temu i teraz na miejscu trzymała ją jedynie wizja groźnego wzroku szefa w przypadku, gdyby zestawienie nie było gotowe rano. {i}Zawsze to samo{/i}, pomyślała, {i}najpierw wszyscy zignorują jej przypominające wiadomości, aby następnie zasypać jej skrzynkę wymaganymi danymi o godzinie szesnastej trzydzieści. A teraz siedź i to sprawdzaj. Ostatni raz się na to godzi, ostatni{/i}. - Koniec! – wykrzyknęła prostując zmęczone ręce. Załącznik wylądował we wcześniej przygotowanej wiadomości, palto powędrowało z oparcia na plecy, a sznurówki butów zakreśliły kolorowe pętle w powietrzu. Torebka, torebka, torebka, mamrotała w myślach przerzucając stosy papierów zalegające jej biurko. Znalazłszy zgubę, odruchowo włożyła dłoń w boczną kieszonkę, szukając małego okrągłego przedmiotu. Był tam, zresztą jak zawsze, poczuła jednak ulgę odnajdując końcówkami palców jego brzegi. Chwilę później, szła cichym parkingiem w kierunku swojego samochodu. Blask reflektorów rozlał się po ginących w półmroku ścianach, a terkot silnika pobudził do szybszego biegu stado drobnych pająków patrolujących okolicę. {i}Historia mojego życia{/i}, rozmyślała, {i}piątek wieczór, noc właściwie, a ja dopiero wychodzę z pracy i zamiast szukać jakiegoś miłego miejsca do spędzenia wieczoru, jadę do domu. Normalnie płakać się chce{/i}. Pogrążona w rozmyślaniach nad swoim nieszczęsnym losem w ostatniej chwili zauważyła, że dojechała do ściany czerwonego światła. Samochód zatrzymał się z piskiem opon. Kaśka głośno wypuściła powietrze z płuc. Serce waliło jak młot, przestraszyła się, nigdy dotąd nie przejechała na czerwonym świetle i w jej osobistym rankingu taka sytuacja była bardzo wysoko na liście przestępstw drogowych. Rozejrzała się. Kompletnie nikogo, nawet na chodnikach było zupełnie pusto. Oczy rozszerzyły się, a w głowie wykwitła drobniutka myśl. Na początku było to jedynie ziarenko, pyłek, do którego można było się uśmiechnąć i wyrzucić z głowy w tej samej sekundzie. Tego wieczoru jednak, myśl nie została usunięta, ona rosła, przebrnęła przez początkowe hamulce rozsądku i dobrała się do woli właścicielki. Zabawiła się z nią dłuższą chwilę, czego efektem był głośny pisk buksujących kół i granatowy samochód pomknął mimo milczącego krzyku przydrożnych świateł. Ten drobny występek, wpuścił na usta wielki uśmiech, który przybrał na wadze, kiedy Kasia dostrzegła, że kolejna fala czerwonych świateł się zbliża. Dojeżdżając do sygnalizatorów, dostrzegła, że jedno z nich, ustawione przy prawym brzegu jezdni, zmieniło się nagle na zielone, co więcej, zaczęło migać. Migające zielone światło, to dopiero niespodzianka, zaintrygowało ją to na tyle, iż pozwoliła sobie skręcić w prawo, w ulicę, którą nigdy nie jechała. Podekscytowana popędziła w głąb nowej dróżki. Mimo, iż przecież każda miejska ścieżka jest w jakimś stopniu podobna do każdej innej, ta Kasi wydawała się niezwykła. Z takim miłym niepokojem przyglądała się okolicznym latarniom, szukała po przydrożnych blokach czegoś znajomego, choć sama nie wiedziała właściwie czego. Powoli dojechała do kolejnego skrzyżowania i znowu sytuacja powtórzyła się. Światła zapaliły jednomyślnie czerwony sygnał, aby po chwili, tym razem z lewej strony, dać zielony, migający kolor. Skręciła i ruszyła kolejną drogą, która nijak nie prowadziła w kierunku jej domu. W chwili obecnej nie miało to kompletnie żadnego znaczenia, zabawa z migoczącymi sygnalizatorami powodowała u niej miłe uczucie, była strasznie ciekawa gdzie jest prowadzona. Zresztą, alternatywą był cichy dom w którym nikt na nią nie czekał, więc tym bardziej dała się poprowadzić niewidzialnej ręce przez kolejne regiony miasta. A trzeba przyznać, że zdarzenie to było niezwykle… inne. Za dnia ulice wypełnione były spieszącymi się ludźmi, hałaśliwym pomrukiem samochodów i okoliczne krajobrazy nie sprawiały tak wspaniałego widoku. W żółtawym świetle lamp i w prawie zupełnej ciszy, sunący granatowy samochód dostarczał niemalże mistycznych doznań. Zupełnie umknęło jej to, że w swojej podróży nie mijała żadnych innych pojazdów, a przy drodze nie dostrzegała choćby jednego przechodnia. Wszystkie troski i obawy spłynęły jednak na drugi plan, przed jej oczami były tylko na przemian czerwone fale i zielone migające światło. Ta mieszanka wyprowadziła samochód na zewnętrzne obwodnice, aby następnie wypluć go na ekspresową drogę prowadzącą do innego miasta. Tutaj dopiero Kasię zaczęły atakować nieznośne myśli odnośnie celu jej podróży i niewidzialnego przewodnika. Gęstość budynków dawała pewnego rodzaju pewność, stwarzała iluzję bezpieczeństwa, pusta ciemna droga dostarczała z goła innych emocji. Zwłaszcza, że z każdym mijanym metrem ciemność zdawała się gęstnieć, przybierać na sile. Po przejechaniu dwóch czy trzech kilometrów obawy były już zbyt mocne a czarna noc niemalże kleiła się do szyb. Kasia nie była w stanie dostrzec nic. Zatrzymała się. Przed nią panowała czerń. Ani gwiazd, ani delikatnego blasku księżyca, nic tylko zawiesista płachta czerni. Wracać, jechać, kłębiły się w głowie myśli. Teraz dopiero dotarło do niej, że dłoń, która przyprowadziła ją tutaj, wcale nie musiała należeć do miłego ciepłego staruszka. Ktoś zupełnie inny mógł planować jej podróż. Pasy oddzielone były barierkami, zawrócenie nie wchodziło w grę. Zmrużyła więc oczy, nachyliła się najbardziej jak potrafiła nad kierownicą i wcisnęła gaz. Ciemność wchłonęła granatowy samochód, jej gąbczaste ciało odkształciło się i z cichym sykiem pożarło pojazd. Postronny obserwator odnotowałby jeszcze pisk, zakończony jękiem metalu. No ale nikt nie dostrzegł małego granatowego samochodu. Ciemność oblizała się.
Ankara, dwa lata temu, późne popołudnie. W powietrzu krążyły kuszące zapachy przypraw, zmieszane z całodniowym zmęczeniem ich sprzedawców. Krzyki i nieustanny ruch charakteryzowały to miejsce, a prowizoryczne baldachimy dostarczały odrobinę cienia dla skarbów na straganach. Całość aż kipiała od barw, krzyków i wszechobecnych turystów. Marek też podążał od jednego krzywego sklepu do drugiego. Ku wielkiemu utrapieniu miejscowych kupców, nie był zainteresowany najnowszymi modelami zegarków, wystawionych w śmiesznych cenach, które i tak przewyższały ich wartość co najmniej o połowę. Paciorki i inne świecidełka, również nie przyciągały jego wzroku. Chciał znaleźć sobie jakąś pamiątkę, która by przygnała cudowne, gorące chwile, jakie spędził w tym miejscu. W pewnym momencie poczuł szarpnięcie za wiszącą u pasa bluzę. Odwrócił się. Zarośnięta twarz wyszczerzała ku niemu szereg niekoniecznie równych, acz ciekawie żółtych, zębów. A usta zaczynały wyrzucać słowo „okazja” w co najmniej połowie cywilizowanych języków. Marek przesunął wzrok ponad śmiesznego jegomościa i popatrzył przez chwilę na asortyment, który był tak żarliwie rekomendowany. Standard, jeansy Levvis, torebki Louiss Vuittonn, wszystko nowe, wszystko praktycznie za darmo, wszystko niestety tak liche, że pewnie rozpadłoby się jeszcze w drodze do Polski. Odwracał się już na pięcie, aby poszukać szczęścia u kolejnego z kupców, gdy jego wzrok utkwił na czymś, co krzywo zawieszone, dyndało pod sufitem. To był sweter, szary, zapinany na trzy guziki. - Mogę to zobaczyć? – płynnym angielskim zwrócił się do przestępującego z nogi na nogę sprzedawcy. - O! – kupiec dostroił się do usłyszanego języka, po czym podniósł oczy i spojrzał na wybrany przedmiot. Następnie pokręcił przecząco głowa i łamaną angielszczyzną wydukał – O, nie. Nie, nie. Ahmed sprzedać nie może. To nie na sprzedaż, pamiątka, rodzina. Mój głupi brat, musieć to wstawić. Wybacz pan. Nie mogę… - Aha, to dziękuję – odparł Marek i zrobił krok oddalający go od Ahmeda. Drugiego już nie zdążył, bo mimo beczułkowatych kształtów, sprzedawca był niezwykle szybki. Chwycił go pod ramię i korzystając już z dużo lepszej składni wykrzyczał. - Ależ, gdzie idzie! No już, już. Ty się nie denerwować. Mogę sprzedać – uśmiech zawitał na ustach – Jakoś moja matka to przeżyje. Pięćdziesiąt euro i twoje. - Pięćdziesiąt euro? – zdziwił się Marek i od razu przypomniał sobie rady tutejszego animatora odnośnie sposobów kupowania na bazarach – Mogę dać dziesięć euro – dodał z chytrym uśmieszkiem. - Dziesięć euro!!! Toż to rabunek! Za taką piękną rzecz?! – nawet na nią nie patrząc – trzydzieści euro i to jest tak, jak bym podpiłowywał gałąź na której siedzę. Wielka strata! Wielka! - Dziesięć euro – niewzruszony odparł Marek - Oj, pan być bardzo sprytny, baaardzo – mocno przeciągnął to słowo Ahmed – Niech nie jem przez tydzień, ale dla pan, niech będzie dwadzieścia euro. - Dobra niech będzie dwadzieścia euro – odparł Marek. Ten sweter miał coś w sobie i teraz to już chciałby z nim wyjść z tego miejsca. - Ale jak to? – kompletnie zbity z tropu odparł Ahmed, był przygotowany na co najmniej dwie kolejne rundy – za tę szmatę? Dwadzieścia euro, toż to jest warte najwyżej dziesięć? - Dobra, niech będzie dycha zatem. - No! Pan mądry, pan wspaniały… - Ahmed urwał. Oczy zawisły gdzieś w przestrzeni poza Markiem, poza bazarem. Miał takie delikatne przeczucie, że właśnie przed chwilą stało się coś nie tak. Jakoś ta rozmowa potoczyła się zupełnie nie tak jak miała, chyba coś przeoczył, coś mu umknęło. Zanim jednak pamięć zdążyła odtworzyć poszczególne etapy targów, przed jego oczami zamajaczył banknot o nominale dziesięciu euro. Ręka odruchowo chwyciła papierek i momentalnie schowała go w tylnej kieszeni spodni. Ahmend uspokoił się, skoro stał się bogatszy o dziesięć euro, to nieomylnie znaczy, że wszystko poszło tak jak trzeba. Wyciągnął długi kij i wprawnym ruchem ściągnął wiszący sweter. - Dzięki! – odparł Marek. Dopiero teraz mógł mu się lepiej przyjrzeć. Na pewno była to ładna rzecz, ktoś poświęcił masę czasu aby wpleść pojedyńcze ciemno niebieskie nitki w szarą wełnę. Miała kaptur i zapinana była na trzy guziki, wykonane z bliżej nieokreślonego materiału. Co ciekawe dwa były błyszczące, a jeden, środkowy, matowy. Wzory na nich też były różne. No cóż, jak widać, krawiec nie był pozbawiony fantazji, albo był pozbawiony trzech identycznych guzików. Tak czy siak, zakup przypadł Markowi do gustu i ucieszony faktem, iż może oddalić się z tego miejsca, poszedł w kierunku hotelu. Marek stał przed szafą i wpatrywał się w jej zawartość. Słyszał jak za oknami wyje wiatr i szukał czegoś co pozwoliłoby powstrzymać jego zimne macki przed dotarciem do ciała. Dzisiaj trochę zamarudził z obowiązkami domowymi i zupełnie zapomniał, że to już dwunasty. Dopiero wymuskany prezenter w telewizorze przypomniał mu datę. {i}Który to już miesiąc{/i}, pomyślał, {i}kiedy idzie na polankę w lesie Bzu{/i}. Kompletnie nie chciało mu się dziś wychodzić. Odwrócił się w stronę okna. {i}Ciemna noc i do tego wieje{/i}, próbował się jakoś wytłumaczyć, {i}może w tym miesiącu nie. I tak prawie na pewno jej nie będzie, tylko zmarznie i zmarnuje godzinę{/i}. Może… ręka jednak sięgnęła do szafy i wylosowała wiszący w rogu sweter. Zarzucił go szybkim ruchem, kaptur naciągnął na czoło i podzwaniając pękiem kluczy ruszył na swoją comiesięczną wyprawę. Zmagając się ze wzmożonym wiatrem, w duszy cicho przeklinał ten swój ośli upór. {i}Przecież szansa na to, że znowu ją zobaczy jest praktycznie żadna, bo komu by się chciało latać po nocy w ciemnym lesie. No tak{/i}, przytaknął sam sobie, {i}mi się chce… {/i}Pogrążony w świecie swoich pragnień, kompletnie nie zauważył nadjeżdżającego samochodu. Gdy żółte ślepia były już zaledwie kilka metrów od niego, było już za późno na unik. Zdążył jedynie podskoczyć i rzucić się na maskę. Reszta wydarzenia to były ułamki sekund, lot prosto w nacierającą przednią szybę, odbicie i bolesny upadek na trawę rozdzielającą pasy ruchu. Ciemność wypełniła jego oczy i przyciszyła oddech. Nie wiedział ile czasu minęło, czuł za to potworny ból w lewej nodze. Na pewno była strzaskana, ale bał się tam spojrzeć. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się. Noc pobłyskiwała ciepłym pomarańczem, który docierał z wiszącego na słupie granatowego wozu. - Pali się! – starał się krzyczeć, ale wyszedł mu jedynie charchot bólu. Ponownie się rozejrzał, nikogo. Tylko on i strzaskany samochód. Nigdzie nie widział, czy kierowcy udało się wydostać. Zaciskając zęby podczołgał się do drzwi, końcówki palców oparł na krawędzi rozbitej szyby. Czując, jak jej okruchy wrzynają mu się w palce, dźwignął się próbując dostrzec, czy ktoś jest w środku. Była. Długie ciemne włosy rozlewały się zasłaniając głowę. Krzyczał, na ile starczyło mu sił, ale nawet nie drgnęła. Upadł. Ponownie podciągnął się i tym razem oparł się o klamkę. Ustąpiła. Metaliczny zgrzyt rozniósł się po okolicy. Podczołgał się jeszcze odrobinę i nadludzkim wysiłkiem podniósł się na tyle, iż był w stanie stanąć na zdrowej nodze. Pomijając zawroty głowy i nieustępliwy ból złamanej nogi, sięgnął w głąb pojazdu. Chwilę szamotał się z zapięciem pasów, a następnie zaparł się o bok nieprzytomnej dziewczyny. Wykorzystując swoją wagę wygiął się i wyciągnął na zewnątrz bezwładne ciało. Upadli oboje. Jej ciało przygniotło go do ziemi, uszkodzona kończyna eksplodowała bólem. To było za wiele dla resztek świadomości, które utrzymywały się na powierzchni tylko za sprawą jego nieustępliwej woli. Odpłynął.
- Proszę, wyłącz krzykaczkę – powiedziała do wnętrza szoferki. W ciągu dnia, niebieska poświata kogutów była ledwo widoczna, przebłyskiwała tylko gdzieniegdzie, ale w nocy płynęła po zatraconych w mroku budynkach, w nocy błyszczała. „Błękitny kaganek śmierci”, jak mawiała jej matka ilekroć mijały
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kartonbezpudla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…