Wróć do katalogu

Gwiazdkowy Prezent

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Waleria odnajduje w domu stary wisiorek i cofa się w czasie.

MartaG, opublikowano , 1 godz. 20 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}GWIAZDKOWY PREZENT{/b}

{i}DOM{/i}

I

Profesor otworzył drzwi. Wśród ogólnej radości wyszliśmy na korytarz, po ostatnim wykładzie, przed Świętami Bożego Narodzenia. Zewsząd padały życzenia wesołych świąt i szampańskiego Sylwestra. - Ciekawe, co dostanę pod choinkę? – Zastanawiała się Anka. Nie myślałam o tym. Cały przedświąteczny czas spędziłam na kupowaniu prezentów dla rodziny. Miałam już dość chodzenia po zatłoczonych sklepach. - Jeszcze nie wiesz? – Zapytałam. Znałam wścibski charakter mojej koleżanki. Do rozmowy wtrąciła się Gosia, robiąc co chwilę ogromne balony z gumy do żucia. - Ja zawsze wiem, co dostanę. Rodzice co rok chowają prezenty w to samo miejsce. - Co tym razem tam znalazłaś? – Spytałam. Zrobiła dziwna minę. - Prezent od babci dla mojej młodszej siostry. Paczkę pampersów. - Przejrzeli cię? Uśmiechnęła się półgębkiem i szybko zmieniła temat rozmowy. - Nie wiedziałam, że kręcisz z Krzyśkiem. - Ja też nie – szepnęłam pod nosem. - Tak, tak – Anka zacisnęła usta. – Nie widzisz, jakie słodkie oczy do ciebie robi? - Och! – Żachnęłam się. – Krzysiek to tylko kolega. To prawda, że podobał mi się od dawna, ale na myśl by mi nie przyszło, żeby traktować go jak bliższą osobę. - Same byście się za niego wzięły – rzuciłam. – Widzę, że bardzo wam się podoba. Gosia popatrzyła na swój pierścionek zaręczynowy. - Nic z tego, Słońce. Mój Maciek dostałby zawału. Ania szturchnęła mnie w bok, aż jęknęłam. - Hodujemy go specjalnie dla ciebie, a ty nic. Oczu nie masz? Przed nami zobaczyłyśmy Krzysztofa całującego namiętnie jedną z koleżanek. - Właśnie mam i dlatego nie chcę z nim mieć nic wspólnego. Nie dodałam, że kiedyś ja też byłam tak przez niego całowana. Ten incydent nastąpił po mocno zakrapianej alkoholem imprezie. Następnego dnia nie pamiętałam nawet, jakim cudem znalazłam się u niego w mieszkaniu. Do tej pory czuję niesmak na myśl, do czego, na szczęście, nie doszło. Byliśmy zbyt zmęczeni zabawą. O mały włos nie wpadłam w ręce największego podrywacza. Słyszałam jednak opinię, że Krzysiek do tej pory bardzo tego żałuje. - Idziesz do babci na Święta? – Ciągnęła rozmowę Anka. - Nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Wyjechała do Warszawy na pogrzeb jakiejś starej koleżanki. - Widocznie nie była to taka „stara” koleżanka, skoro zdecydowała się jechać aż do Warszawy – rzeczowo wtrąciła Gosia. - Nie mam pojęcia. Słyszałam tylko, jak na trzy dni przed wyjazdem rozmawiała przez telefon z jakimś Mikołajem, a później zamknęła się w swoim pokoju i nie wychodziła do wieczora. - Dajcie spokój! – Powiedziała Ania. – Idą święta i nie mam ochoty na te smutne opowieści.

II W domu przywitał mnie wesoły skowyt psa. - Jak żyjesz, Fred? – Pogłaskałam kundla. – Przede mną parszywe popołudnie. Trzeba posprzątać, a bardzo mi się nie chce. Fred cicho pisnął. - Już idziemy na dwór. Kundel pomachał ogonem i podskoczył na wysokość mojej twarzy. Wróciłam i od razu wzięłam się za sprzątanie mojego pokoju, a później salonu. Sypialnię rodzice sprzątali sami. Fred przybiegł do mnie i zaczął się łasić. Byłam tak zmęczona, że nie miałam najmniejszej ochoty na zabawy z psem. Nastrój też miałam nie najlepszy. Sama przed sobą nie chciałam przyznać, że widok Krzyśka całującego tą dziewczynę wyprowadził mnie z równowagi. Zaczęłam zastanawiać się, co mogłoby mi poprawić humor, kiedy przyszedł mi na myśl wspaniały pomysł. - Fred, Fred! – Zerwałam się z kanapy. – Chodź, pomożesz mi szukać prezentów! Podniecona zaczęłam przeglądać wszystkie szafki i w końcu znalazłam. Z drżeniem rąk otworzyłam pudełko pokryte czarnym aksamitem. W środku znajdowało się złote serce na cienkim łańcuszku. Nie był to dla mnie nowy widok. Była to pamiątka rodzinna, która od pokoleń znajdowała się w naszej rodzinie. Wcześniej serce nosiła moja matka, babka i prababka, która pewnie odziedziczyła je po swojej matce. O mojej praprababce nie wiedziałam zbyt wiele. Znałam tylko jej imię, które zresztą po niej odziedziczyłam. Któregoś lata zajmowałam się badaniem historii swojego rodu. Zwiedziłam wszystkie cmentarze, na których mógłby leżeć ktoś z rodziny, ale nie udało mi się dotrzeć dalej niż do czwartego pokolenia wstecz. Moja praprababka była zaś najbardziej tajemniczą osobą w rodzinie. Z pochodzenia hrabianka, poślubiła oficera Powstania Styczniowego, który powrócił z zesłania. Tajemniczy wisiorek zawsze wzbudzał we mnie ogromne zainteresowanie, choćby ze względu na napis widniejący z tyłu. Dawno temu zapytałam się babci, co on właściwie oznacza, ale zbyła mnie szybko słowami, że dowiem się w swoim czasie. To jeszcze bardziej rozbudziło we mnie potrzebę poznania historii rodzinnego skarbu. Wzruszyłam ramionami i stanęłam przed lustrem. Wisiorek idealnie pasował do mojego czarnego golfa. Dotknęłam czerwonego kamienia, znajdującego się w środku serca. Od urodzenia wiedziałam, że to rubin. W pewnej chwili ogarnęło mnie dziwne uczucie. Od rubinu, wzdłuż moich palców, ręki i całego ciała, rozeszło się przejmujące zimno, które zmroziło mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Z przerażeniem ujrzałam, że zaczynam się rozpływać. Nie mogłam wydać z siebie żadnego odgłosu. Jedyne, co byłam w stanie uczynić, to odwrócić serce i przeczytać napis po drugiej stronie. „Colorado Springs A.D.1888. For Valerie.” Później była już tylko ciemność.

{i}COLORADO SPRINGS{/i}

I

Myśl, że zemdlałam, jako pierwsza pojawiła się w moim umyśle. Otworzyłam oczy zobaczyłam, że leżę na mokrej, rzadkiej trawie. Nade mną rozciągało się czarne niebo usiane gwiazdami. Podniosłam się i strząsnęłam z włosów kropelki rosy. Dżinsy i sweter miałam zupełnie przemoczone. Powietrze było chłodne, więc trzęsłam się jak w febrze. Próbowałam rozejrzeć się, ale ciemność była tak gęsta, że nie sposób było cokolwiek zobaczyć. Dotknęłam miejsca, gdzie powinien być wisiorek, ale nie poczułam go pod palcami. Ukucnęłam i zaczęłam szukać w trawie na około, ale tam też go nie było. Nagle pomyślałam, że znalazłam się tu przez ten wisiorek. Zawsze odznaczałam się bujną wyobraźnią, ale ta myśl przyszła tak gwałtownie i wydawała się bardzo realna. Przecież wszystko to działo się od momentu założenia łańcuszka, który teraz zniknął z nieznanych mi powodów. Jakimś cudem znalazłam drogę i ruszyłam przed siebie. Szłam, szłam i szłam. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, kiedy noc wokół mnie powoli zaczęła blednąć. Moim oczom ukazał się widok zapierający oddech w piersiach. Wschodzące słońce oświetlało wysokie, piękne góry, porośnięte zielonym lasem. Czułam, że jestem w miejscu nieskażonym ludzką ręką. Powietrze dookoła było przejrzyste i świeże, pozbawione wszelkich zanieczyszczeń. Po mojej prawej stronie ciągnął się niewyobrażalnie długi las, a po lewej leżała ogromna łąka, na której gdzieniegdzie rosły kępki krzaków. Za to przede mną i za mną znajdowały się pasma górskie. Podziwiając krajobraz, przypomniałam sobie widoki z „Doktor Queen”. Były identyczne. Według mojego zegarka była siódma, kiedy doszłam do skrzyżowania piaszczystych dróg. I znowu, tak jak poprzednio, dobrze się rozejrzałam, ale nikogo nie zobaczyłam. W głowie miałam najczarniejsze myśli, że już nie wrócę do domu i pewnie umrę z głodu. Ponieważ miałam bujną wyobraźnię i od dzieciństwa wiedziałam, że czeka mnie w życiu niezwykła przygoda, swoją sytuację przyjmowałam ze stoickim spokojem. Próbowałam nie panikować, kiedy patrzyłam na najdłuższą drogę w moim życiu. Przede mną był wschód. Droga w jedną i w drugą stronę ciągnęła się aż po horyzont. Nie znając okolicy, w którymkolwiek idąc kierunku, miałam jednakowe szanse, że trafię do jakiegoś miasta. Przypuszczałam, że w cywilizowanych krajach drogi między miastami są bardzo krótkie. W południe temperatura sięgnęła zapewne trzydziestu stopni, a jednak w powietrzu czuło się znikomą wilgoć, jakby niedaleko płynęła rzeka. Ściągnęłam z siebie golf, pod którym miałam podkoszulek i zawiązałam go wokół pasa. Żółty kurz, pokrywający drogę oblepiał moje ciało. Czułam się brudna i spocona. Już dawno minęłam las, ale, ku mojemu rozczarowaniu, nie było za nim miasta, tylko kolejna łąka. Wlokłam się noga za nogą, nawet nie patrząc na drogę. W pewnej chwili stopa, która nieopatrznie postawiłam na kamieniu, omsknęła się i poczułam w kostce przejmujący ból, który rozchodził się aż do kolana. Mocno zacisnęłam zęby, bo przed oczami ujrzałam białe plamy. Zrobiło mi się strasznie gorąco. Uważając na nogę, usiadłam na poboczu. Tego było zdecydowanie za wiele. Przeklęty wisiorek. Co to w ogóle za przygoda? Tysiąc myśli przelatywało przez moją głowę, a kiedy pomyślałam, że jestem na jakimś pustkowiu i pewnie daleko od domu, z moich oczu polały się łzy. Ból w nodze dopełnił kielich goryczy i rozryczałam się na dobre. Nawet nie próbowałam powstrzymać łez, kiedy usłyszałam tętent kopyt. Ktoś w szaleńczym galopie jechał na koniu w moją stronę. W chmurze brunatnego pyłu zbliżał się jeździec, a ja usilnie próbowałam wstać z zamiarem zatrzymania go. Niestety moje próby nie bardzo się powiodły i po raz kolejny klapnęłam na pupę. - What`s happened? – Zapytał mężczyzna. – Do you feel good? Spojrzałam na niego i pomyślałam, że jestem na jakimś cholernym dzikim zachodzie. Człowiek miał na sobie kowbojski kapelusz i pas z dwoma rewolwerami. Gdzie ja byłam? - Are you okey? Zmarszczył brwi i zsiadł z konia. Złapał mnie za ramiona i jednym ruchem postawił na nogi. - Do you understand me? – Popatrzył na mnie. Wyraźnie wymawiał każde słowo. Rozumiałam go, a jednak stałam jak słup soli, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. - Are you okey? – Powtórzył i delikatnie mną potrząsnął. To mnie otrzeźwiło. - Yes, tak, dobrze się czuję, dziękuję – powiedziałam płynnie przechodząc na angielski, którego uczyłam się, odkąd zaczęłam mówić. - To dobrze. Dasz sobie radę? Skinęłam głową, więc puścił mnie i wsiadł na konia. Dopiero teraz dotarło do mnie, że właściwie to mogę znajdować się w miejscu odciętym od cywilizacji. Przecież nie widziałam tu nawet samochodu, a mężczyzna, którego spotkałam wyglądał na cholernego kowboja. Uśmiechnął się ciepło. - Gdzie idziesz? Próbowałam zrobić kilka kroków, ale kiedy stanęłam na chorej nodze, stwierdziłam, że dalej nie pójdę bez czyjejś pomocy. Równie dobrze mógł to być nawet kowboj. - Szukam miasta, żeby skorzystać z telefonu. Znowu zmarszczył brwi i jeszcze raz, dokładnie mi się przyjrzał. - Nie pochodzisz stąd, prawda? - Nie. - W mieście nie ma telefonu. Westchnęłam. - To może w innym mieście? – Zapytałam z nadzieją. – Na pewno jeżdżą tam jakieś autobusy, albo przynajmniej pociągi. W jego oczach dostrzegłam błysk zrozumienia - Dopiero za rok mają poprowadzić przez miasto kolej, są dopiero przy Denver, na północy. Jeśli mi powiesz, co to jest ten telefon, to spróbuję ci pomóc. Wybałuszyłam na niego oczy. - Gdzieś ty się wychowywał? Jego twarz nieco się zasępiła, ale ton głosu nadal pozostawał uprzejmy. - W Colorado Springs, moja pani. Roześmiałam się. - Niezły żart. I może powiesz mi, że jest rok tysiąc osiemset osiemdziesiąty ósmy? Tym razem to on się zdziwił. - Nie wiem, kobieto, skąd uciekłaś – ton jego głosu mocno mnie zaniepokoił. – Mamy przecież lipiec tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego drugiego roku. Rozdziawiłam usta. Nie ulegało wątpliwości, że mówi prawdę. Zrobiło mi się niewyobrażalnie głupio z powodu mojego zachowania. Teraz wszystko było jasne. Skąd miałby znać telefon? Stałam i zastanawiałam się, jakim cudem cofnęłam się w czasie i znalazłam tylko jedną odpowiedź. Naszyjnik. Próbowałam przypomnieć sobie, co pamiętam o Colorado Springs. Nie pamiętałam nic. Znałam tylko obrazki z serialu o doktor Queen. - Przepraszam, ale trochę się ostatnio pogubiłam – zaczęłam się tłumaczyć, jak wariatka i nagle mnie olśniło. – Uciekłam Indianom, którzy uprowadzili mnie, kiedy moja rodzina jechała do Colorado Springs. Miałam nadzieję, że to był czas, kiedy Indianie nie byli zamknięci w rezerwatach. Mężczyzna przyjrzał mi się podejrzliwie. - Indianie? Jest pani pewna, że to byli Indianie? A jednak brał mnie za wariatkę. - Jestem pewna – prawie warknęłam. Szybko zsiadł z konia i stanął przede mną. Jego oczy z błękitnych zrobiły się szare. - Kiedy to się stało? Ton jego głosu też się zmienił. Wyraźnie próbował zajrzeć do mojej głowy. Musiałam wymyślić na poczekaniu jakąś wiarygodną historyjkę. - Uciekłam im wczoraj. - Muszą być niedaleko. Z której strony przyszłaś? Zrobiłam nieokreślony ruch ręką. - Z tamtej, albo tamtej. Nie wiem. Nie myślałam, w którym uciekam kierunku. Chciałam być od nich jak najdalej. To wszystko wydawało mi się takie sztuczne i żałosne, że łzy same popłynęły mi z oczu. Mężczyzna otoczył mnie ramieniem. Przez moment czułam się bezpieczna w cieniu ronda jego kapelusza. - Mój brat jest szeryfem. Na pewno jakoś pomoże. Głos miał uspokajający, ale te słowa zmroziły mnie gwałtownie. - Nie! – Wyrwałam się. – Nie chcę! Popatrzył na mnie przenikliwie. - Proszę się uspokoić. Jesteś jeszcze trochę zagubiona. Chyba raczej zgubiona – pomyślałam. - Pomożemy ci. Nie było sensu więcej się tłumaczyć. Zrozumiał mnie całkiem opatrznie. - Co ja mam teraz zrobić? Rezygnacja w moim głosie była prawdziwa. Byłam w obcym miejscu i czasie. Sytuacja już dawno zaczęła mnie przerastać. - Dasz radę wsiąść na konia? – Spytał. – Pewnie nie masz gdzie się podziać? Pokręciłam głową. Od zwierzęcia dzieliło mnie pół metra, ale bardzo wątpiłam, czy dam radę. - Będziesz musiał mi pomóc. Podszedł i podprowadził konia. Nie zważając na moje protesty, wziął mnie na ręce i posadził w siodle. - Pójdę obok. Do miasta już niedaleko. Mówiłaś, że tam właśnie jechaliście, masz tam rodzinę? Moja głowa pracowała nad następną odpowiedzią. - Rodzice chcieli się tam osiedlić – znowu skłamałam. – Nigdy wcześniej nie byłam w Colorado. - Jak masz na imię? Na szczęście postanowił zmienić temat. - Waleria. Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała coś strasznego, ale po chwili na jego twarz powróciły kolory, a nawet cień uśmiechu. - Jestem Samuel, a właściwie Sam, bo wszyscy mnie tak nazywają. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli pojedziesz teraz do miasta. Tam na pewno znajdzie się dla ciebie jakiś nocleg. - Wolałabym uniknąć pytań miejskich plotkarek. Popatrzyłam na niego błagalnie. Miałam nadzieję, że to akurat się nie zmieniło i w tym mieście też brakowało prywatności. Uśmiechnął się. - Mogę zaproponować ci tylko mój dom, ale nie bardzo wypada, żeby młoda kobieta spała u samotnego mężczyzny. To akurat nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. - Przecież nikt nie musi wiedzieć. Tylko ciebie tu znam, proszę. Moje spojrzenie stopiłoby lód. - Dobrze, będziemy tam po południu. Pojedziemy przez miasto, to zdam relację bratu. Może zorganizuje pościg za tymi Indianami. Muszą być spoza rezerwatu. Westchnęłam. - Jestem brudna, zmęczona i bardzo chce mi się jeść. Proszę, czy nie można ominąć miasta? - Będziemy musieli nadrobić kolejną milę. - Jestem za, o ile przed wieczorem dostanę kolację. Dyskretnie spojrzałam na zegarek. Było wpół do trzeciej. Słońce nisko wisiało nad horyzontem, kiedy zbliżyliśmy się do, ukrytego wśród drzew, dwupoziomowego, drewnianego domu. Parter był dosyć obszerny, a pod dachem w kształcie trapezu kryło się małe poddasze. Weszłam na taras i rozejrzałam się dookoła. - Daleko stąd do miasta? Sam odprowadził konia do małej stajni obok domu. - Do Colorado Springs? – Roześmiał się. - Daleko? Lepiej czułam się ze świadomością, że jestem blisko miasta. Machnął ręką w tamtym kierunku. - Przez las będzie mila. Wszedł do domu. - Zapraszam do środka. Wnętrze domu robiło miłe wrażenie, choć wyraźnie widać było, że brak w nim kobiecej ręki. Podeszłam do kominka, na którym stało małe zdjęcie w kolorze sepii. - Kto to? Wskazałam na piękną kobietę na fotografii. Cień uśmiechu, kształt oczu i twarzy, to wszystko było jakby znajome, ale nie mogłam skojarzyć, kogo mi przypomina. - Moja żona, Valerie. Stanął obok i ze smutkiem wpatrywał się w zdjęcie. - Nie mieszka z tobą – raczej stwierdziłam, niż zapytałam. - Odeszła – powiedział krótko najbardziej suchym głosem, jaki słyszałam. – Jak noga? – Szybko zmienił temat. Oderwałam wzrok od fotografii. - Boli. Usiadłam na bujanym fotelu i zdjęłam but. Mój wzrok z powrotem powędrował do zdjęcia. Spokoju nie dawało mi pytanie, gdzie ja już widziałam tą twarz? - Zdejmij skarpetkę. Sam stanął nade mną z kawałkiem płótna w ręku. Ukucnął i zaczął macać moją gołą stopę. - Tu boli? Zacisnęłam zęby, żeby nie krzyknąć skinęłam głową. Obwiązał nogę bandażem. - To tylko zwichnięcie. Usztywnię ci kostkę i jutro powinnaś już chodzić. Usiadł na sofie naprzeciw mnie. - A teraz może powiesz mi prawdę, skąd się tu wzięłaś? Zatkało mnie. Byłam gotowa sama uwierzyć w historyjkę wymyśloną na poczekaniu. Z trudem się opanowałam. - Przecież wszystko ci powiedziałam. Uśmiechnął się kwaśno. - I myślisz, że uwierzę? Zrobiłam minę niewiniątka. - Tak. Przecież to prawda. Roześmiał się. - Dobra jesteś, ale ciągle ci nie ufam. Spuściłam głowę. Chyba musiałam powiedzieć prawdę. Tylko wtedy na pewno uzna mnie za wariatkę. - Musiało przytrafić ci się coś złego… - Prędzej nierealnego – wtrąciłam. - Twój akcent, wygląd i zachowanie. Od razu zauważyłem, że nie jesteś stąd. - Mówiłam, że nie jestem stąd. Pokręcił głową. - Nie, to nie tak. Ty w ogóle tu nie pasujesz. Jesteś jak z książek Juliusza Verne. Twój zegarek, strój, nic tu nie pasuje. Zmarszczył brwi i w skupieniu mi się przyglądał. - Gdybym ci opowiedziała o wszystkim, jak każdy, kto myśli normalnie, wziąłbyś mnie za wariatkę. - Nie obchodzą mnie inni ludzie i ich myślenie. Przywiozłem cię tutaj, bo nie zależy mi na ich opinii. Zdrową nogą odepchnęłam się od podłogi i rozbujałam fotel. - Muszę ci zaufać, prawda? Wskazał na drzwi. - Możesz wybierać pomiędzy zaufaniem a wyjściem z tego domu. Nie będę w stanie pomóc ci, jeśli to zrobisz, ale jak wszystko mi opowiesz, gwarantuję, że jakoś rozwiążemy tą sprawę. Spojrzałam mu w oczy. - Co za impuls karze ci to zrobić? - Przypominasz mi żonę. Znowu mnie zaskoczył. Tym razem bardziej niż poprzednio. - Opowiem ci wszystko, ale musisz pozwolić mi doprowadzić się do porządku i dać coś do jedzenia. Wprowadził mnie na poddasze i otworzył jedne ze znajdujących się tam drzwi. - Tu możesz spać i umyć się. Zaraz przyniosę wody. Jeszcze raz spojrzał w głąb pokoju i wyszedł. Rozejrzałam się dookoła, przyglądając się dokładnie każdemu kątowi. Sypialnia musiała należeć do kobiety. Domyśliłam się, że do Valerie. Ścianę pokrywała biała tapeta w błękitne róże, a na łóżku umieszczonym pod oknem leżał kolorowy patchwork. Materac był w sam raz. Nad przepiękną mahoniową komodą wisiał pejzaż przedstawiający zachodzące nad górami słońce. Odwróciłam się i gwałtownie wstałam. Obok łóżka stała toaletka z wielkim lustrem. To, co w miej ujrzałam, przyprawiło mnie o szok. Wyglądałam okropnie. Włosy, które niepostrzeżenie wymknęły się spod gumki, były zlepione i zakurzone. W twarzy dojrzałam tylko moje niebieskie oczy, bo reszta ukryta była za grubą warstwą brunatnego pyłu z drogi. Teraz dopiero poczułam, jak jestem brudna. Rozpuściłam włosy, kiedy wszedł Sam niosąc ogromną miskę i dzbanek ciepłej wody. - Jak zabraknie, to doniosę – przyjrzał mi się uważnie. – Na pewno doniosę. Za chwilę pojawił się z kolejnym dzbankiem. Wzięłam z toaletki pięknie wykonaną szczotkę do włosów. - Będę mogła tego użyć? Popatrzył na mnie niepewnie, ale skinął głową na znak zgody. - Weź sobie jeszcze coś do ubrania. Wyszedł. Umyłam się od stóp po czubek głowy. Rozczesałam włosy, które sięgały mi już do połowy pleców i zostawiłam je rozpuszczone. Nie patrząc na swoją nagość przemknęłam obok lustra i wyciągnęłam długą jedwabną koszulę nocną. Była trochę za długa, ale najważniejsze, że miałam na sobie coś czystego. Dawno nie czułam się tak cudownie. Teraz dotarło do mnie, dlaczego ten pokój robi tak przyjemne wrażenie. Przesunęłam ręką po blacie komody i nie znalazłam na niej ani odrobiny kurzu. Ubrania w środku poukładane były we wzorowym porządku i poprzekładane świeżą lawendą, która wydawała obezwładniający dla zmysłów zapach. W kącie pokoju, na małym stoliku stał wysoki wazon ze szkarłatnymi różami. Zupełnie jakby Sam czekał cierpliwie na powrót żony. Na mój widok odwrócił się od kominka, na którym wesoło płonął ogień. Domyśliłam się, patrzył na Valerie. W jego oczach dostrzegłam przerażenie. - Jesteś taka do niej podobna – powiedział ze smutkiem. – Kim ty jesteś? Lekko utykając podeszłam do bujanego fotela, przysuniętego w obszar ciepła i zagłębiłam się w nim, szczelnie otulając kocem, który przyniosłam ze sobą. - Jestem Waleria – odpowiedziałam spoglądając na niego niepewnie. Podparł brodę rękami opartymi na kominku. Zapatrzył się w fotografię. - Tak mało o tobie wiem, Valerie. Nieświadomie nazwał mnie imieniem żony. Najzwyczajniej mylił mnie z nią, chciał przecież żeby wróciła. Nagle oderwał się od kominka, złapał mnie za ramiona i zmusił, żebym podniosła ku niemu głowę. W oczach miał tęsknotę i nadzieję. - Powiedz mi, że to ty, Valerie. Tak długo na ciebie czekałem. Byłam wzburzona i wzruszona jego wybuchem. Ocknął się. - Przepraszam, ja… Cofnął się i usiadł na sofie. Zrobiłam nieokreślony gest ręką. - Rozumiem. Naprawdę go rozumiałam. Bardzo mu współczułam. - Całe twoje pojawienie się jest dla mnie okropnym szokiem. Zaraz, jak cię ujrzałem, dostrzegłem podobieństwo do Valerie, ale tłumaczyłem sobie, że to pewnie przez ten brud na twarzy i przez to, że chciałem byś nią była. Kiedy pojawiłaś się na dole, umyta, z rozpuszczonymi włosami, w jej koszuli i tych okropnych butach – wskazał na moje tenisówki. – Nie wytrzymałem. Twoje podobieństwo do niej jest tak jawne, jak to, że po nocy przychodzi dzień. Nawet teraz, w tej pozie, z podkurczonymi nogami, siedzisz tak samo, jak ona. Nieświadomie spuściłam nogi na podłogę. Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Wydawało mi się, że żadne słowa nie są na miejscu, więc, zaczynając od początku, opowiedziałam mu swoją przygodę. Zawarłam w niej wszystko, tak jak było, bez żadnych ubarwień. Sam chłonął wiedzę, wpatrując się we mnie bez mrugnięcia okiem. Na jego twarzy odbijały się wszystkie uczucia. W końcu zwyciężyło zdziwienie. - Starałem się jak mogłem – powiedział, kiedy skończyłam. – Nic z tego nie pojmuję. Przecież nie mogłaś tak po prostu zniknąć z domu i trafić do Colorado Springs? - Ja też nie rozumiem. Wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Pod jego nogami cicho skrzypiały deski. - To przez ten wisiorek – stwierdził w końcu. – Pewna jesteś, że go nie masz? Uczucie ulgi, którego doznałam sprawiło, że prawie się popłakałam. Nigdy nie przypuszczałabym, że z taką łatwością mi uwierzy. - Tak. Pewna też jestem, że nic nie mogę zrobić. Ocknęłam się bez wisiorka. Ziewnęłam i spojrzałam na resztki jedzenia. - Już nic nie zjem. Jestem śpiąca. Sam zerknął na zegarek. - Już dwunasta. Najwyższy czas, żebyśmy oboje poszli spać, choć wątpię czy po twojej opowieści będę mógł usnąć. Zostawiałam go, przechadzającego się po pokoju. Na górę odprowadziło mnie ciche skrzypienie desek.

Tej nocy śniła mi się burza. Pioruny z hukiem uderzały o ziemię i drzewa, łamiąc je w drzazgi. Gdzieś z oddali, poprzez deszcz, usłyszałam wołanie. - Walerio! Walerio! Biegłam w tamtą stronę, unikając zderzenia z upadającymi gałęziami. - Walerio! Skręciłam w stronę, z której dochodził głos. Zza zasłony deszczu wyłoniła się Valerie. Wyglądała inaczej, niż na zdjęciu. Ciemne włosy miała rozwiane, a oczy błyszczały jej dziko. Stałam i patrzyłam na nią z otwartymi ustami. Była kopią mojej matki. Na jej szyi wisiał łańcuszek z rubinem. Wolnym krokiem podeszła do mnie i położyła rękę na ramieniu. - Musisz sprawić, żeby wiedział, jak bardzo go kochałam. Zmarszczyłam brwi. - Kto, Valerie? Błyskawica uderzyła blisko nas. Wzdrygnęłam się. Nie usłyszała mojego pytania. - Byłam taka naiwna. Jak mogłam dopuścić do takiej sytuacji? – Pytała samą siebie. Powoli zaczęła się cofać. Próbowałam ją złapać, ale moja dłoń nie uchwyciła ciała. - Valerie, nie odchodź! – Zawołałam. – Co mam robić? Odwróciła się. Jej głos usłyszałam w swojej głowie. - Uważaj na Trenta! Obudził mnie deszcz bijący w szybę. Po chwili znów usnęłam.

II

Kolejny dzień minął nadzwyczaj spokojnie. Do południa wylegiwałam się w łóżku, tylko raz schodząc na posiłek i dopiero o trzeciej zdecydowałam się ubrać. Noga prawie wcale mnie już nie bolała, więc wybrałam się z Samem na spacer. Przez jakiś czas krążyliśmy wokół domu. Sam pokazywał mi swoje gospodarstwo. - Wszystko zbudowałeś własnymi rękami? – Spytałam, podziwiając dom, który dopiero teraz dobrze obejrzałam. Skinął głową. - Brat mi pomagał. To był mój ślubny prezent dla Valerie. To była jedyna wzmianka na temat żony, którą zrobił tego dnia. Nasza rozmowa potoczyła się własnym torem. Nie zadawał mi wielu pytań. To raczej ja starałam się dowiedzieć czegoś na temat kraju, w którym się znalazłam. - Te góry to Kordyliery? Mój umysł bardzo mnie czasem zaskakiwał. Nigdy nie przypuszczałabym, że będę pamiętać takie rzeczy. - Tak. Jesteśmy w ich wschodniej części, Górach Skalistych. - Gdzieś tutaj musi być Wielki Kanion? Nie mogłam w to uwierzyć. Całe życie chciałam tu przyjechać i zobaczyć Wielki Kanion z przepływającą przez niego rzeką Kolorado. Wskazał ręką na południe. - Tak, w Arizonie. - To daleko? Uśmiechnął się. - Na własnych nogach będzie ci ciężko dojść. Zwiesiłam głowę. - Chciałabym poznać trochę twój kraj. Skorzystać z tego, że tu jestem. Zerwał źdźbło trawy i wsadził do ust. - Musiałabyś najpierw pokonać Arkansas, która może i nie wygląda strasznie, ale wielu już się w niej utopiło. Najwyraźniej nie wierzył w moje zdolności. Obserwowałam okolicę. Góry stanowiły dla mnie pokusę nie do odparcia. Działały na mnie jak magnes. Każdego roku starałam się, choć na kilka dni, wyjechać do Zakopanego, Żywca czy Srebrnej Góry. Klimat panujący na wyżynie służył mi zdecydowanie lepiej niż moje miasto. Zaobserwowałam, że w roślinności przeważały tu głównie lasy iglaste, gęsto porastające wyżynę. Temperatura wahała się w granicach dwudziestu stopni Celsjusza, a w powietrzu czuło się jeszcze wilgoć z wczorajszego deszczu. - Padało w nocy. Farmerzy będą zadowoleni – stwierdził Sam. – Ostatnio mieliśmy tu straszną suszę, wiele upraw uschło i ludzie musieli się zapożyczyć. - Czym się zajmujesz, kiedy nie siedzisz w domu? - Łapię się różnych prac. Głównie pomagam bratu, kiedy tego potrzebuje. - Jesteś policjantem? - Kim? – Zdziwił się. - Szeryfem – wyjaśniłam. Nie powinnam zdradzać zbyt wiele szczegółów. Zadziwiało mnie, że tak mało interesuje go moje życie. Nie pomyślał nawet, żeby wyciągnąć ode mnie jakiekolwiek informacje na temat przyszłości. - Jestem tylko pomocnikiem szeryfa. Nic specjalnego. - Byłeś kiedyś ranny? Roześmiał się. - Dlaczego zadajesz mi takie pytania? Miałam wrażenie, że go krępuję. - Jestem ciekawa – wzruszyłam ramionami. - Przypominasz mi pewną kobietę z Kolorado. Straszna z niej jędza. Oburzyłam się, bo zrozumiałam aluzję. - Rozumiem, że cię męczę? Speszył się. - Staram się zrozumieć twoje położenie. Tak bardzo różnisz się od kobiet, które znam, ale nadal jesteś kobietą. Twoje zachowanie jeszcze niczego nie przesądza. Zmarszczyłam brwi. Czyżby zdrowy rozsądek brał nad nim górę? - Pewna jesteś, że nie uderzyłaś się w głowę? Świnia, pomyślałam. A już zaczynałam mu ufać. - Jak możesz?! Przyspieszyłam. Minęłam go, ale po chwili się odwróciłam. - Myślisz, że cię okłamuję. Bardziej wiarygodna była moja opowieść o Indianach? - Przynajmniej byłem w stanie to pojąć. Co prawda nie znam Indian spoza rezerwatu, ale przynajmniej rozumiałem, co do mnie mówisz. Załamałam się. - Widzę, że zrobiłam błąd ufając ci. Próbował się tłumaczyć. - To nie tak. Wierzę, że nie jesteś wariatką, ale ta historia jest taka nierzeczywista. Cieszyłam się, że nie opowiedziałam mu swojego snu o Valerie. - Daj mi parę dni – poprosił. – Musze to jeszcze przemyśleć. - Dobrze, ale obiecaj mi, że pomożesz mi odszukać wisiorek. Wtedy wszystko zrozumiesz. Leżąc wieczorem w łóżku Valerie, zastanawiałam się nad jej słowami. Kim był Trent i dlaczego powinnam na niego uważać? O tym miałam przekonać się następnego dnia.

III

Rano obudziło mnie mocne uderzanie w drzwi wejściowe. Tego dnia Sam zostawił mnie samą i wyjechał do Denver w pilnej sprawie. Otworzyłam oczy. Tak, jak poprzedniego ranka, byłam trochę zdezorientowana, ale tapeta w niebieskie róże przywróciła mnie do rzeczywistości. Łomotanie w drzwi nasiliło się. - Jesteś tam, Sam? – Usłyszałam męski głos. Zerwałam się z łóżka, narzuciłam na siebie suknię Valerie i zbiegłam po schodach. Z rozpędu, o mały włos, nie przewróciłam czekającego na dole mężczyzny. Przestraszona, odsunęłam się od niego i spojrzałam w zaskoczoną twarz. - Kim jesteś? – Spytał. Odzyskałam zimną krew. - To ja powinnam zadać to pytanie! – Uniosłam głos. – Włamuje się pan do obcego domu i śmie mnie przepytywać. Nie miałam pojęcia, dlaczego tak się zachowuję. Może to przez ten jego kpiący uśmiech. - Nie wiedziałem, że Sam ma nową kobietę… - Nie jestem jego kobietą! – Krzyknęłam, przerywając mu. Mój układ nerwowy był w strzępach albo zbliżał się okres. Kiedy patrzyłam na tego mężczyznę mój gniew wzrastał. - Proszę, proszę, jaki temperamencik – zaśmiał się i wyciągnął dłoń w moją stronę. – Jestem Trent, brat Samuela. Skamieniałam, a on stał tak z wyciągniętą ręką, którą zdołałam uchwycić po dłuższym czasie. Nie miałam wątpliwości, że to przed nim ostrzegała mnie Valerie. Kiedy jakoś wydukałam swoje imię, Trent zrobił się trupio blady i puścił moją dłoń. Po chwili jego twarz zrobiła się czerwona. - Śmiesz ze mnie żartować?! – Wściekł się. - To nie moja wina, że zostałam tak ochrzczona. Odsunęłam się niepewnie. Ten mężczyzna mnie przerażał. Aż dziwne, że w ciągu tak krótkiego czasu potrafił wzbudzić we mnie tyle sprzecznych uczuć, łącznie z zaciekawieniem. - Przepraszam. Widziałam, że stara się uspokoić, więc zaproponowałam mu filiżankę herbaty. Rozsiadł się na sofie przed kominkiem. Z pewnym oporem odezwałam się do niego, kiedy spostrzegłam, że nie ma herbaty. - I tak wolę kawę. Czarną z cukrem. Niosąc kubki, zobaczyłam, że przypatruje się zdjęciu Valerie. Po chwili przeniósł wzrok na mnie. To było nie zwykle krępujące. - Nie jesteś stąd – stwierdził. – Masz obcy akcent. - Nie jestem Amerykanką – przyznałam. Czułam, że tym razem cała historia o Indianach nie zda egzaminu. Spojrzałam w jego oczy. Były stalowoszare w otoczeniu czarnych rzęs i brwi. Nie dostrzegłam w nich śladu zaskoczenia, które wyraźnie odbiło się na jego twarzy, kiedy mnie zobaczył. Mój wzrok przesunął się na szerokie czoło, nad którym rosły lekko kręcone, czarne i starannie przystrzyżone włosy. Później przyjrzałam się wystającym kościom policzkowym, prostemu klasycznemu nosowi, mocnemu podbródkowi i zaciśniętym szczękom. Wąskie usta znowu ułożył w kpiący uśmiech. Czułam, jak po cichu śmieje się ze mnie. - Dlaczego tak mi się przyglądasz? Wzruszyłam ramionami. Przecież mu nie powiem, jaki jest przystojny. - Nie jesteś podobny do brata. Nie można ci ufać, tak jak jemu. Roześmiał się, a ja poczułam się bardzo głupio. - Widzę, że dobrze się znacie z Samem, więc może opowiesz mi o sobie coś więcej. W końcu jestem jego bratem i też chciałbym dowiedzieć się czegoś o tak interesującej osóbce. Jego wzrok przeszywał mnie na wskroś. Nie mogłabym go okłamać, bo nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne wytłumaczenie, ani też żadna z nieprawdopodobnych historii. Na szczęście dla mnie przed domem rozległo się rżenie konia i po chwili Sam stanął w drzwiach. Jego mina nie zwiastowała niczego dobrego, kiedy zobaczył Trenta. - Co tu robisz? Usłyszałam zgrzyt metalu. Trent wstał z sofy i podszedł do drzwi. - Musimy porozmawiać. - Możemy tutaj. Trent otworzył drzwi i popatrzył na mnie. - To zbyt brutalne dla kobiecych uszu. Wyszli. - Ach, jaki on wrażliwy – powiedziałam z przekąsem. Po godzinie Sam wrócił do domu. Jego nastrój wyraźnie się zmienił, wyczuwało się w nim pośpiech i rozdrażnienie. - Gdzie Trent? – Spytałam. – Myślałam, że przyjdzie z tobą. - Musiał coś załatwić w mieście. Sam zaparzył wodę w imbryku, a kiedy się zagotowała, zrobił dwie kawy i usiadł obok mnie na sofie. Wzięłam od niego kubek. - Powiedziałem Trentowi, że uratowałem cię z rąk Indian. - Uwierzył? Wzruszył ramionami. - Nie wiem. On zawsze wiedział, kiedy kłamałem, ale teraz nic się nie odezwał. - Wypytywał mnie zanim przyszedłeś. Straszny typ. Czy on zawsze był taki okropny? Sam popatrzył na mnie długo i z powagą. - Trzeba go zrozumieć, Walerio. On również stracił ukochaną kobietę. - Dawno to było? – Zainteresowałam się. Wiedziałam, że nie powinnam była pytać, ale ciekawość zawsze brała nade mną górę. Spojrzałam w przepełnioną smutkiem twarz Sama. - Wtedy, gdy straciłem Valerie. Spuściłam wzrok. Głupio się czułam, że znowu sprowadziłam jego myśli do żony. - Szybko dziś wróciłeś – zmieniłam temat. - Ludzi, do których się wybierałem, spotkałem po drodze. To był jubiler z żoną. Dziwne uczucie ścisnęło mój żołądek. Sam ujął moją dłoń. - Pytałem się o wisiorek i dokładnie, według twoich słów, im go opisałem, ale nigdy nie widzieli takiej błyskotki. Polecili, żebym udał się do Bostonu, gdzie znajdują się duże sklepy jubilerskie. - Pojedziemy tam, prawda? Nadzieja w moim głosie była ogromna. Pogładził moją rękę. - Nie mogę Walerio. Nie teraz. Czułam, jak spadam na dno rozpaczy. - Nie wrócę już do domu? - Ależ wrócisz. Widziałam, że stara się poskromić swoje zniecierpliwienie. - Pojedziemy do Bostonu za miesiąc, obiecuję. - Miesiąc! – Krzyknęłam. – A co ja tu będę robić przez miesiąc? Puścił moją rękę i wstał. - Możesz zwiedzać okolicę – powiedział sucho. Teraz dopiero dostrzegłam, jaki jest rozdrażniony. Chyba domyśliłam się powodu. - Pokłóciłeś się z Trentem. Od początku wiedziałam, że istnieje między nimi jakaś niewyjaśniona sprawa. Skinął głową. - O co? Spojrzał na mnie, a ja poczułam się najbardziej wścibską osobą na świecie. - Przepraszam, to nie moja sprawa. - Masz rację. Popatrzył na zegar stojący przy drzwiach i dopił kawę. - Najlepiej będzie, jeśli się teraz prześpię. Czeka mnie długa noc. Wstałam z sofy, żeby miał się gdzie położyć. Założyłam tenisówki i wyszłam na dwór. Ruszyłam w stronę miasta. Powietrze było parne i z całą pewnością można było spodziewać się kolejnego deszczu, a może nawet burzy. Tylko czasami lekki wiatr rozwiewał moje włosy i trącał delikatne igły drzew. Szłam drogą ocienioną przez wysokie drzewa. Było mi przyjemnie i rześko. Czułam, że z każdej strony napływa do mnie spokój, jakiego od dawna już nie zaznałam. Cisza panująca w lesie, brak jakiegokolwiek odgłosu zwierząt, ćwierkania ptaków, w ogóle mi nie przeszkadzała. Cieszyłam się, ze nic nie mąci tego cudownego nastroju, w którym się znalazłam. Postanowiłam zejść ze ścieżki i zagłębić się między drzewa. Moje plany dojścia do miasta uległy zmianie. Teraz słońce zupełnie zasłoniły drzewa, wiatr ucichł. Wzbierało we mnie podniecenie, jakby zapowiedź spotkania. Zaczęłam biec, potykając się o krzaki i korzenie, wyciągając sukienkę chwytającym gałęziom jeżyn. Cała spocona dotarłam do polany, na której najspokojniej w świecie drzemał Trent. Poczułam się oszukana i zła, że dałam się tak podejść własnej intuicji, ale nie cofnęłam się, tylko podeszłam do śpiącego mężczyzny. Usiadłam obok i wnikliwie mu się przyjrzałam. Wyglądał na typowego kowboja, miał kapelusz i skórzane spodnie, buty zrobione z jakiegoś biednego zwierzątka oraz pistolety. Mój wzrok zatrzymał się na brązowej kamizelce, do której przypięta była gwiazda szeryfa. Zza kamizelki wysunął się kawałek papieru, który delikatnie wyjęłam. Niestety nie byłam wystarczająco szybka. - Szperamy, co? Trent złapał mój nadgarstek i przyciągnął mnie do siebie tak blisko, że nosem dotykałam jego twarzy. Jego skóra pachniała lasem. Wyswobodziłam rękę i wyprostowałam się. Trent usiadł. Znowu miał na twarzy ten swój uśmiech. - Prawdziwa kobieta. Tym razem się nie speszyłam. - Każdy byłby ciekawy. Odważnie spojrzałam mu w oczy. Ich wyraz tak bardzo kłócił się z resztą twarzy, że spuściłam wzrok. - Nie jesteś w mieście? – Spytałam. - Właśnie wracałem, ale to miejsce tak urzekło mnie swoim spokojem, że postanowiłam trochę odpocząć. A potem pojawiłaś się ty, niczym złośliwy skrzat. Roześmiałam się. Mimo wszystko był także zabawny. - Spacerowałam sobie po lesie i podziwiałam piękno natury, kiedy natknęłam się na śpiącego gnoma… - Gnoma?! – Przerwał mi. – Dlaczego akurat gnoma? - A dlaczego by nie? – Uśmiechnęłam się zaczepnie. – Jeżeli zrobiłeś ze mnie złośliwego krasnala, to ja zrobię z ciebie gnoma. To prawda, że krasnale są ładniejsze – nie dałam sobie przerwać. – Ale złośliwe krasnale równe są gnomom, więc jesteśmy kwita. Swoim wzrokiem zbił mnie nieco z tropu. - W domu mojego brata nie byłaś taka rozmowna. Udawałam, że szukam czegoś w trawie, bo na moich policzkach wykwitły rumieńce. - Natura sprawia, że zaczynam gadać jak nakręcona. Nagle poczułam na swojej dłoni muśnięcie jego ręki. Prawie się przestraszyłam. - Mówił ci Sam, jak bardzo przypominasz jego żonę? Głośno przełknęłam ślinę. - Pewnie dlatego ma do ciebie taką słabość. Zmarszczyłam brwi. Wydawało mi się to całkiem naturalną rzeczą. - Nie rozumiem cię. Spojrzał mi prosto w oczy. Czarne źrenice obserwowały mnie wręcz z bolącą przenikliwością. - Nie ufam ci, Walerio i wierz mi, że będę cię pilnował. Usłyszałam okropny ton podejrzenia w jego głosie. - Nie jestem oszustką! – Uniosłam się. – Sam odbił mnie Indianom i przywiózł do domu. - Ja mimo wszystko ci nie wierzę – powtórzył. – Pamiętaj, że znam swojego brata lepiej od ciebie. Poza tym młode damy nie zachowują się tak, jak ty. - Ależ ty jesteś zgryźliwy – próbowałam zbagatelizować sprawę. – Kiedy Indianie uprowadzili mnie ze sobą i przetrzymywali przez miesiąc czasu, zatraciłam wszelkie formy dobrego zachowania. Moje próby ucieczki nie przyniosły żadnych skutków, tylko siniaki, stłuczenia i zwichniętą nogę. Zadarłam spódnicę do kolana i pokazałam mu zabandażowaną kostkę. Szybko złapał moją stopę i wykręcił. Krzyknęłam z bólu i uderzyłam go w twarz. - Ty idioto! Przecież to boli! Jego mina nie straciła na pewności siebie. - Chciałem się przekonać, czy to prawda. - Udało ci się – syknęłam przez zaciśnięte zęby. Jak śmiał robić coś takiego? Jego zachowanie w szybkim tempie doprowadzało mnie do granicy, gdzie kończy się cierpliwość. Trent wstał i przyprowadził konia. - Robi się ciemno. Powinniśmy już wracać. Próbowałam ustać ba bolącej od wykręcenia nodze. - To sam sobie wracaj. Pójdę piechotą. Poczułam, jak łapie mnie i przerzuca przez siodło. - Las w nocy robi się niebezpieczny. Wierz mi, to nie najlepsze miejsce dla młodej damy. I znowu ten kpiący uśmiech, który będzie mnie prześladował do końca życia.

W nocy obudziły mnie odgłosy kłótni, dochodzące z dołu. Na boso, unikając wszelkich potknięć i skrzypienia podłogi, zeszłam po schodach i przytuliłam się do ściany. Próbowałam coś usłyszeć, ale bracia zniżyli głosy do szeptu. - Nie krzycz tak, bo ją obudzisz – ostrzegł Sam, nie wiedząc, że już za późno. - Jak możesz przetrzymywać ją w swoim domu, Sam. Przecież to jawne oszustwo. - Pozwól, że w moim domu ja będę decydował, co i jak, dobrze? Trent wstał z sofy, podszedł do kominka i wziął do ręki zdjęcie mojej praprababki. - Myślę, że specjalnie wykorzystuje swoje podobieństwo do Valerie, żeby coś od ciebie uzyskać. Sam gwałtownie wyrwał mu zdjęcie. - Działa ci na nerwy, co? - Nie rozumiem, Sam. - To całe jej podobieństwo do mojej żony. - Ależ nie! – Zaprzeczył gwałtownie. – Twoja żona nic mnie już nie obchodzi. To, co było między mną a Valerie nigdy nie miało szans na spełnienie dobrze o tym wiesz. Gwałtownie wciągnęłam powietrze. Sprawy zaczynały się wyjaśniać. - Jednak to przez ciebie wyjechała. Trent z powrotem usiadł na sofie. - Nie chcę się znowu kłócić Sam. Valerie wyjechała, bo nie czuła się z tobą szczęśliwa, a miała, przyznasz, powody. Sam odwrócił się w stronę kominka. - To, co było między mną a moją żoną nie powinno cię obchodzić – w jego głosie wyczułam groźbę. – Wystarczy, że za każdym razem szła do ciebie ukoić ból w twych ramionach. - Nigdy nie dotknąłem jej inaczej niż po bratersku. - Dobrze już. Widziałam, że Sam stara się odzyskać spokój.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych