H1B : Rozdział I: W szyszkowej gęstwinie
Pierwszy rozdzial ksiazki opowiadajacej o pogoni za marzeniami, rzadzy pieniadza, gubieniem zludzen, walka z tajemnicza sila natury, klatwa dziadka i kurestwem zycia ktore wychodzi uszami.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział I W szyszkowej gęstwinie
Zdawało mi się, że się czuje obco, albo to po prostu pierwsze słów, które się niewiadomo czemu wpycha do umysłu kiedy źle, może tylko mnie a może wszystkim osobą o (jak się zdiagnozowałem) słabym układzie nerwowym. W zasadzie nigdy nie wydawały mi się tego typu hipotezy czy poglądy niczym interesującym i mającym wiele wspólnego z faktem, uważałem je raczej za piękne i naukowe alibi na wszelkie słabości. I chyba tak jest bo sadze że jakimś tam, nie wiem teraz jakim wysiłkiem mógłbym zachowywać się pogodnie. Jeżeli kto wierzy w Boga sprawiedliwego to ma chyba we mnie dowód piękny dla potwierdzenia swojej wiary, bo przecież prześmiewstwo jakiego się dopuszczałem na osobach „zagubionych” wtedy w szyderczym cudzysłowu, na osobach nieszczęśliwych w życiu, osobach poszukujących, wróciło teraz do mnie w postaci zagubienia, poszukiwania, zwątpienia. Na szczęście dla mnie jednak z odrobiną nadziei że odnaleźć szczęście i miłość w życiu można, na szczęści z odrobina nadziei że zrozumienie i bliskość to nie coś na co się człowiek decyduję jak na realizację planu pięcioletniego, na szczęście z odrobiną chęci do dalszego życia. W taką mieszankę uczuć jak w szklankę long island ice tea wpada nic się nie spodziewający jak francuski turysta w ukraińskim barze na wschodnim village wpadł mój sąsiad, współpodróżnik, bardzo opalony obywatel włoski, odziany w różową koszulę, pasiastym garniturze i nazbyt starannie jak na podroż lotniczą zawiązanym krawacie. Na jego twarzy malowała się niczym nie zmącony stan spokoju ducha i przekonania o wyższości włoskiego futbolu nad każdym innym jak również mediolańskiej mody nad francuską. Na fest zaprasowane spodnie zawieszone jak most wiszący na szerokich i granatowych jak noc polarna szelkach przywoływały na myśl nieodparcie minione lata 20, czas europejskiego zapomnienia. Siedząc tak sobie wygodnie z lewą noga na prawej co się może wydawać niemożliwe w klasie ekonomicznej transkontynentalnego samolotu, siedząc tak wygodnie wpadł nic się nie spodziewając w szklankę mojego nastroju przeglądowo refleksyjnego. - Słuchaj Pan, tak bym chciał na swoje życie spojrzeć z oddalenia tak jak na te wyspy w dole, że by widać było ogólnie o co chodzi bez zaciemniających szczegółów, żeby jakiś kierunek cel, wzorzec dało się dostrzec, nie chciał byś Pan tak? Na co się Włoch odezwa w sposób jednie dla Włocha tak opalonego przystojny czyli się wyszczerzył promieniście, odrobinę wybałuszył swoimi tak podziwianymi przez niewiasty północy a szczególnie północnego wschodu brązowymi oczętami na mój gust odrobinę zbyt cielęcymi, lecz w kompozycji całkiem, całkiem. Wiec wybałuszył się, i wyszczerzył się i rzekł - Si. Takie Si myślę sobie to jest albo prowokacja, albo obraźliwa zaczepka, albo niewiadomo co, a takie nie wiadomo co to miodowe i słodkie dla każdego piewcy amatora zaproszenie do rozgadania się i przedstawienia historii swojej rodziny, narodu czy adoptowanych zwierząt gospodarskich. - Przepraszam że zagaduje tak bez przedstawienia się, Szanowny Panie. Nazywam się Eugeniusz Lagenza. Szalenie miło Pana poznać. Na co wyciągnąłem rękę wprost w kierunki mojego towarzysza podroży transkontynentalnej z Paryża do Kapsztadu z przesiadka we Frankfurcie najdziwniejszym lotnisku świata, które przypomina swym wystrojem wewnętrznym połączenie mauzoleum osób zasłużonych dla minionego okresu z butikiem w Białej-Podlaskiej zdobnym w plastikowe połyskliwe rury i tafli bardzo rzadko albo wcale mytego szkła, nad tym dysonansem sztuki unosi się natomiast zapach papierosianego dymy nie pranych swetrów wełnianych i piwa za sześć dolarów lub cztery euro. Z mojej estetycznej wycieczki, którą nie wiedzieć czemu odbyłem pomiędzy wyciągnięciem przyjacielskim dłoni w kierunku mojego włoskiego kompana a jego przyjęciem ...
Przecież to wszystko ale i do końca kompletna nieprawda nie żaden lot transkontynentalny tylko rower górski i wcale nie taki górski z okładek kolorowych pism dla młodzieży i ekstremalnych widowisk telewizyjnego emtiwi czy ekstremum innego rodzaju. Ja sam samiutki jadę przez las rowerem, który lat temu dziesięć nabyłem za wynagrodzenie otrzymane za opiekę nad młodzieżą kolonijną czyli rower prawie że w stanie rozsypki, skrzypiący, zawodzący, dogorywający prawie, że całkiem ostatkiem i resztką rowerzego żywota przenoszący mnie z pobliskiej osady do mojej pustelni w zasadzie połączeniu namiotu z szałasem skradzionym z jednego z bardzo licznych w tych okolicach magazynów harcerskich, które się latem przeistaczają w obozowiska barwne, kolorowe, pełne słodkiej nadzianą wonią nadziei, bezinteresownej młodzieży. Rowerem ledwo-ledwo sprawnym wracałem więc do mojego szałasu z płótna w którym się skryłem przed ostatnim sześcioleciem mojego życia, co się komuśtam może wydawać bzdurne żeby się chować przed przeszłością, a dla mnie całkowicie niezbędne i konieczne bo mi się ostatnie sześć a właściwie siedem lat wżarło w życiorys i osobowość, wygryzło dziurę w duszy, parszywy rak zgnilizny konsumpcji wyhodowany na dzieciątkach mitów, ballad i amerykańskich produkcji filmowych, obejrzanych, zasłyszanych, poznanych bez żadnego przygotowania. Taki właśnie koktajl uczuciowy nadymał moim nieprzystosowanym wołającym o pomoc na puszczy jestestwem. Zarośnięty włosem to tu to tam na twarzy a na głowie bujnie i bez koncepcyjnie, pełen brudnych od minionej rzeczywistości myśli przemieszczałem się przez las szyszkowy na zdezelowanym różowo białym rowerze gdy naglę zza zakrętu wychynął Włoch co mi się wydawało że powinien lecieć samolotem z jednego kontynentu na drugi. Dokładnie tak samo odziany i opalony tylko znacznie bardziej zużyty, czyli nie golony jak się zdało mojemu niewprawnemu oku od co najmniej dni dwóch z resztami mchu pod paznokciem, i plamami czarnoziemu na kolanach. Włoch na domiar złego tarmosił łapskami kiedyś zapewne stanowiącą o wyszukanej koafiurze mierzwę na swej opalonej głowie. Nie wiem, bo niby skąd mam wiedzieć jak się zachować w wypadku takiego spotkania, bo po pierwsze mój umysł ruszył już na szalona i szeroką autostradę konfabulacji i domysłów na temat skąd Włoch tutaj w gęstwinie prapolskiej, pomorskiej kniei szyszkowej. Że go pewnie Turek porwał, potem zgwałcił albo najpierw zgwałciła potem porzucił a może co by było najbardziej pikantne i nieszczęśliwe, rozkochał wykorzystał i porzucił w polskim lesie. W lesie polskim to mi akurat bardzo dobrze pasowało bo jak się dowiedziałem ze stosów gazet którymi się okrywałem a raczej zagrzebywałem w nie w sprawie i celu ochrony przed zimnem, Turcy po polskich lasach robią najróżniejsze interesy od rozbudowy stref ekonomicznych z lotniskami poprzez przy drożne barki turecki a skończywszy na sponsorowaniu nierządu przydrożnego co się niewiadomo czemu nazywa nie-rząd bo z tych samych gazet dowiedziałem się że rząd do banda sprzedajnych ladacznic, co mnie wcale nie dziwi bo już bardzo mało rzeczy mnie dziwi. Z mocnym postanowieniem że Włoch został w takim czy innym wypadku wychędorzony przez Turka podeszłam do niego krokiem który jak mnie uczono nie wywołuje u ofiar gwałtu czy miłosnego zawodu niepożądany a co gorsza nieobliczalnych zachowań co może oznaczać wszystko od wybuchu zawodzenia po ciężkie pogryzienie podchodzącego. Na moje szczęście Włoch zajęty był czochraniem owłosienia i smętnym zawodzeniem i gdy się znalazłem dostatecznie blisko udało mi się przemówić spokojnym i rzeczowym głosem co miało ofiarę gwałtu przekonać że się wie co robi a jak kto wie co robi to na pewno nie ma ochotę przelecieć Włoch co się przeważnie wiąże z takimi czy innymi konsekwencjami uszczerbiającymi zdrowie. Odezwałem się:
- Senior, jesteś Pan w jakich poważnych tarapatach? Czy mogę panu w czymś asystować? Na co Włoch zerwał się na równe nogi i jak mi się zdaje odrobinę zjeżył na grzbiecie czego nie było widać a widać natomiast było lekkie uniesienie końcików ust co się przeważnie wydarza gdy się kto zjeży, nie wyłączając jeży choć się taką ewentualność często pomija z uwagi na to że u jeży łatwiej zauważyć samo jeżenie niż końciki ust. Lata szkoleń mających na celu zdobycie zaufania, rozkochanie, wyruchanie i ogłupienie ludzi podpowiedziały mi żeby się cofnął trzy kroki i przyjąć łagodny wyraz twarzy, lecz mój zmysł inteligencji emocjonalnej podupadły pod wpływem ostatniego miesiąc przeżytego w warunkach bardzo ale to bardzo naturalnych w stanie zagrzebanie w kupie gazet lub zbierania runa leśnego w celach dietetycznych zadziałał w sposób wręcz przeciwny do zamierzonego i cofając się i uśmiechając zaryczałem na Włocha donośnie i wyzwałem od wyleniałych skunksów i leniwych parszywców i że: - W garść się PAN weź i zrób PAN coś ze sobą! Co dało efekt. Efekt nie do końca pożądany, co też nie jest prawd bo przecież niczego nie oczekiwałem bezinteresownie interesując się kuriozum przydrożnym w osobie wyżej wymienionego Włocha. Włoch nieoczekiwanie wstał zawył głośniej i pobiegł a raczej dziwnie pokicał obunóż w krzaki poprzez pomniejsze zarośla. Pewnie bym tego obcokrajowca dziwaka zostawił samemu sobie, bądź zwierzynie leśnej na pożarcie, czy polizanie, bo obcokrajowiec jak każdy wie poci się dotkliwie i pokryty jest warstwą soli co się zwierzynie roślinożernej bardzo podoba. Pewnie bym zostawił, lecz postanowiłem z pobudek egoistycznych a dokładniej z chęci otworzenia gęby do kogoś innego niż bałwan nazwany przeze mnie o zgrozo Piętaszek a wykonany przeze mnie w chwilach wolnych od dumania z zużytych opon, odszukać sródziemnomrszczyna i zamęczyć go gadaniem co mu pewnie wyjdzie bardziej na zdrowie niż kicanie po gęstwinie szyszkowego nadmorskiego lasu. Jak kto myśli że cokolwiek w życiu jest łatwe to się oczywiście grubo ale to grubo myli, założę się że sobie wielu z was pomyślało że to nic i phi i pestka dopędzić kicającego po obcym mu topograficznie terenie osobnika. Wcale a wcale niełatwo szczególnie dlatego że mi popełniłem kardynalny błąd spuszczając kicającego z oka. Łaziłem po gęstwinie z piętnaście minut zanim dostrzegłem w parowie pod krzakiem leszczynowym różowo pasiaste zamieszanie ubrań jak również kończyn. Ostrożnie zszedłem zboczem w kierunku domniemanego już chyba ruchowo nie funkcjonalnego zagranicznika i pchnąłem go w plecy pompką do kół rowerowych na co wyżej wymieniony zajęczał, potwierdzając moje przypuszczenie że ciągle żyje i ma się nie tak całkiem źle. Pomyślałem że skoro sam się ów nieszczęśnik nie ma ochoty wziąć w garść lub czegoś ze sobą zrobić, to ja będę musiał jak dobry samarytanin uczynić to za niego. - Siadaj pan na tyłek! Mój okrzyk pozostał całkowicie bez reakcji ze strony Włocha, na co przemieściłem się tak żeby nie gadać do jego siedzenia tylko głowy bo przypuściłem że to właśnie może być element utrudniający nam komunikacje. Ponowiłem: - Siadać do ciężkiego grzyba! W połowie tej namiętnej wypowiedzi zdałem sobie sprawę iż obserwowany przeze mnie nieszczęśnik nie z własnej woli kicał w ucieczce przede mną a teraz nie wykonuje żadnego ruchu mogącego zapewnić mu choć odrobinę wygodniejszą pozycję. W szczególności nogi i ręce mojego, jak już przywykłem o nim myśleć, znajomka skute były kajdankami uniemożliwiając mu co bardziej skomplikowane i wyszukane ruchy i zachowania właściwe gatunkowi ludzkiemu. Moja myśl rozwinęła się na kanwie tej nowej obserwacji dopisując coraz to bardziej szokując i wyzywające warianty erotyczne jakim uległ obywatel wspólnoty na ziemiach szyszkowego boru czy szerzej ziemiach polskich. Ach nieboraku, nierodaku - pomyślałem – pomogę ci. Podparłem osobę Włocha o najbliższe drzewo, które jak mi się wydawało powinno ciężar, znowu nie taki wielki, powinno wytrzymać, spojrzałem mu głęboko w ciemne oczęta i zapytałem: - Powiedz mi tylko bez owijania w bawełnę czy nie masz bracie problemów z organami ścigania i śledzenia znanymi również jako policja? Włoch nie odezwał się na to ani słowem, jeżeli pominąć bardzo wypukłe wybałuszenie gałek ocznych co mogło zarówno znaczyć tak lub nie, a co jeszcze gorzej jednocześnie. W takiej sytuacji, znaczy niemożliwości nawiązania porozumienia ani otwarcia kanałów komunikacji, zacząłem się intensywnie zastanawiać do czego by takie znalezisko w postaci Włocha zakutego od stop do rąk w kajdany, chyba nie policyjne, co mnie uspokoiło odrobinę, bo jakoś mi się nie wydawało nazbyt prawdopodobne żeby organy osobników odzianych w eleganckie zestawy ubraniowe obrączkowała tak dokładnie. Jak już wspomniałem doskwierał mi okropnie brak towarzystwa i to chyba, muszę się przyznać, miało nie bagatelny wpływ na funkcję moich rozmyślań nad spożytkowaniem niespodzianego podarku od losu. Postanowiłem mianowicie że skoro się delikwent nie odzywa, być musi pod działaniem jakiego ciężkiego szoku, albo uroku złego człowiek, w co jako inżynier absolutnie nie wieże lecz z tego tylko powodu nie mogę sobie pozwolić nie brać pod uwagę. Jednym słowem sklasyfikowałem Włocha jako osobę całkowicie niezdolną do funkcjonowania w żadnym obszarze geopolitycznym nie tylko mojej głuszy szyszkowej, i nie tylko ze względu na unieruchomienia, choć nie całkowite lecz potężnie utrudniające życie, ale w szczególności na brak objawów procesów myślowych pozwalających wnioskować że zagraniczniak będzie wykonywał jakiekolwiek czynności dla zapewnia skuteczności swego istnienia. Powziąwszy taką rezolucję mianowałem sam siebie strażnikiem, opiekunem i szamanem nieszczęśnika. Nie kryjąc przy tym nadziei że kiedy mój podopieczny odzyska zmysły i władze w rękach i nogach okaże się nie byle jakim tam Włochem lecz zaginionym spadkobiercą imperium makaronowego, czy dynastii mediolańskich projektantów mody, a być może nawet obywatelem San Marino. Tak cudownie zwrócony światu obsypie mnie wyrazami wdzięczności w szczególności: samochodami niepoślednich marek, posiadłościami nad ciepłym morzem oraz haremem złożonym z wszystkich bez wyjątku przedstawicielek państw Opeku. Spoglądając rozmarzonym wzrokiem na swą niechybną przepustkę do rozkoszy cielesnych opartego spokojnie choć nie z własnej woli o pień sosny pomorskiej zdałem sobie sprawę że to właśnie przed takim pożądaniem schroniłem się w nie gęstym lecz nie często uczęszczany pominąwszy czas grzybobrania lesie szyszkowym. Spojrzałem na Włocha i z westchnieniem zacząłem: - Oj pokuso, choć to nie twoja wina, powinienem ciebie albo siebie porządnie obić kijem za te grzeszne myśli. Na co się Włoszyna wypłoszył i starał przekulać tak żebym tyłek jego twardo przywarł do ziemi, czego już jednak nie zauważyłem bo rozpocząłem opowieść spowiedź, wyznanie wyjaśnienie, sam już nie wiem czy głośno przemawiałem, czy tylko w skrytości ducha przeglądałem wydarzenia ostatnich lat mojego życie, które mnie zaprowadziły w towarzystwie roweru, towarzysza mych lat młodzieńczych i Włocha mimowolnego spowiednika. Historia moja zakończyła się w stolicy kraju, porcie lotniczym Warszawy gdzie zszedłem z pokładu niewiadomo czemu przemalowanego na barwy Gujany zielono-pomarańczowe odrzutowca pasażerskiego polskich linii lotniczych na ziemie Polską, ziemie mojej adoptowanej lecz tym bardziej ukochanej ojczyzny. Było to zaledwie 2 miesiące temu. Tak krótko ale jakże dawno dla mnie. Przechodząc przez rękaw prowadzący z kadłuba latającego cygara wprost w czeluści portu lotniczego, pełen byłem obaw i oczekiwania na zderzenie z twardym murem krajowej rzeczywistości. Niosąc mojego pierworodnego na ręku, ciągnąc wystraszoną małżonkę stanąłem w obliczu wszechmogącej służby granicznej najjaśniejszej Rzeczpospolitej w osobie, gładko ostrzyżonego i ogolonego funkcjonariusza, pomimo braku owłosienia wyglądającego jednak nieporządnie z uwagi na poplamione a raczej po palcowane tło, budki, budki jakby na kształt poszerzonej budki telefonicznej wykonanej przez penitencjariuszy zakładu karnego na zajęciach z robót ręcznych w ramach resocjalizacji. Kiedy się tak gapiłem na budkę osoba wojskowa machnęła w naszym kierunku jakimś kartonem będącym jak mi się zdawało połączeniem kłapaczki na muchy, z uwagi na widoczne na nim ścierwa tychże owadów i wachlarza ze względu na kształt. Czując się takim machnięciem wezwany do stawienia się przed budką pogranicznika, postąpiłem w przód ściskając w ręku paszporty z umyślenie na wierzchu ułożonym paszportem amerykańskim syna, uważając że z problemem należy rozprawiać się jak z bykiem czyli walić między rogi i najlepiej od razu. Podałem paszporty urzędnikowi popychając przed sobą rodzinę. Pan z poważna miną spojrzał na paszport, zajrzał na ostatnią stronę potem spojrzał na paszport mój i żony, ponownie pokiwał głową i odezwał się: - Maks jest adoptowany? Zdziwiło mnie takie pytanie, bo przecież Maks jest całkiem do mnie podobny a już całkiem bardzo do Doroty. Postanowiłem wybadać sytuację pytaniem sondującym: - Nie jest proszę Pana, to nasz synek, bardzo go kochamy, oczywiście kochalibyśmy go równie mocno gdyby był adoptowany ale na nieszczęście nie jest. Czy to ma jakieś znaczenie. Pracownik służby granicznej przesunął czapkę na tył głowy, obciągnął pas a na jego twarzy pojawił się szczery, pełen politowania uśmiech. - Oj ma by kochany rodaku. No bo przecież Maksymilian jako obywatel polski powinien posługiwać się paszportem polskim przekraczając granicę ojczyzny swoich rodziców. - Oczywiście proszę Pana – odpowiedziałem - ja tak naprawdę jestem mniejszość czeska, a moja małżonka to obywatel amerykański. - Dla mnie jesteście wszyscy Polakami, bo macie Polskie Paszporty a Maksymilian ma polskich rodziców - po uśmiechniętej chwili dodał - a z Panią to się Unia rozprawi, skończy się to wieloobywatelstwo, już bardzo niedługo. Na całe szczęście upomniałem moją ukochaną matkę dzieciom, żeby się brońborze do władzy granicznej nie odzywała, bo po pierwsze w kraju panuje ustrój patriarchalny i się dobrze widzi jeżeli kobieta stoi stylu i się nie odzywa, a po drugie moje kochanie ma dar do rozjuszenie wszelkiego rodzaju ludzi pełniących funkcje usługowe począwszy od fryzjera a skończywszy na prostytutce tancerce egzotycznej, która się kiedyś przypadkiem znalazła w naszym domu. Tak upomniana trzymała się jak dotąd dzielnie za moimi plecami choć pewien byłem że pałała chęcią obdarcia urzędnika ze skóry na głowie na modłę indiańskiego plemienia irokezów. Starając się sprawę rozwiązać jak najszybciej i uniknąć bójki czy co najmniej poważnej pyskówki,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil giermo_gidorz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…