Harry Potter i Pentakl Wężoustych, rozdział 2
Drugi rozdział ósmego tomu Harry'ego Pottera kontynuującego wydarzenia z "Insygniów Śmierci"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b} Rozdział 2. Włamanie w Departamencie Tajemnic {/b}
- Wstawaj! - rozległ się donośny głos, który wyrwał Harry'ego z głębokiego snu – Wstawaj! No już! Ile razy będę cię budzić! Poirytowana Ginny wparowała do sypialni z patelnią w ręku. Po raz kolejny starała się zagonić męża do kuchni na śniadanie. Harry uniósł powiekę i zobaczył purpurową twarz ukochanej. - Mam nadzieję, że nie zamierzasz mnie tym uderzyć – oznajmił wskazując głową na patelnię. - Bardzo śmieszne! - prychnęła z lekkim poirytowaniem - Robię śniadanie. Lily i Teddy są już na dole. Pospiesz się! Spóźnisz się do pracy! - Już wstaje kochanie – odrzekł Harry przeciągając się leniwie na łóżku. Widząc groźne spojrzenie żony wstał pospiesznie i ucałował ją – Nowe wieści ze szkoły? - zapytał. - A żebyś wiedział – fuknęła nerwowo Ginny – Al ma nowego przyjaciela. Kazał cię ucałować – zrobiła pauzę nabierając hałaśliwie powietrza, sprawiała wrażenie zdenerwowanej. Harry domyślał się, że zamierzała mu powiedzieć o kolejnym wyczynie drugiego syna - James z Fredem znowu wkradli się do gabinetu woźnego – oznajmiła po chwili trzęsącym się głosem - Mówiłam, że nie potrzebnie powiedziałeś im gdzie George znalazł mapę Huncwotów! - Oni nigdy nie dają za wygraną – odrzekł Harry z nutą dumy w głosie ale Ginny pacnęła go w czoło więc dodał szybko udając oburzenie – Że też wdali się w Rona! - W Rona? Akurat! - prychnęła Ginny znikając za drzwiami. Kwadrans później Harry zszedł na śniadanie. Tradycyjnie, jak w każdy czwartek, podano jajecznicę na boczku. Kiedy wszyscy zjedli, Ginny odprawiła córkę do dziadków. Sama aportowała się do redakcji Proroka Codziennego. Teddy, który od kilku tygodni pracował w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, udał się do banku Gringotta (Gobliny poturbowały byłego dokarmiacza smoków. Dajesz wiarę, wujku?!). Harry opuścił dom jako ostatni. Aportował się w atrium Ministerstwa Magii. Jak zwykle o tej porze było zatłoczone. Długi hol wypełniał tłum czarodziejów i czarownic, podążających pośpiesznie przed siebie. Niektórzy obładowani byli stosami pergaminów, inni nosili wyświechtane teczki. Kilku czarodziejów stało przy fontannie z egzemplarzem Proroka Codziennego w ręku. Byli pogrążeni w zażartej dyskusji. Z kominków po lewej stronie co chwilę z cichym poświstem wynurzał się kolejny pracownik ministerstwa. Harry ruszył w kierunku złotych wrót, lawirując w tłumie urzędników. Kiedy minął Fontannę Magicznego Braterstwa i ochroniarza, w tłumie dostrzegł znajomą twarz. - Och, panie Potter! - zawołał Tobiasz Woterby – Cieszę się, że pana widzę! - Witaj Tobiaszu – odrzekł Harry bez entuzjazmu - Już uporaliście się z łatwowybuchowymi dyniami Deryla? Tobiasz westchnął. Pracował w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym i nigdy nie narzekał na brak zajęć. Podał rękę Harry'emu i wraz z nim ruszył ku wrotom, wiodącym do holu z windami. - To była masakra – stwierdził zniesmaczony - Co temu durniowi przyszło do głowy. Hodować magiczne dynie wśród mugoli! Piętnastu rannych! Potrzebowaliśmy tuzina amnezjatorów! - Grunt, że już wszystko dobrze – odrzekł Harry witając się co chwila z mijanymi urzędnikami. Kiedy obaj przekroczyli złote wrota, Harry postanowił pozbyć się uporczywego towarzystwa – Masz do mnie jakąś sprawę, Tobiaszu? - spytał niechętnie - Trochę się spieszę... Woterby słynął z tego, że długo zajmowało mu dojście do sedna. Harry z trudem powstrzymywał się, żeby nie powiedzieć mu czegoś przykrego. - Ach, tak. Mam sprawę – odparł podekscytowany czarodziej nieco niepewnym głosem – Chodzi o to, że Fokster prosił mnie... - Już ci mówiłem - burknął z oburzeniem Harry – i wbij to sobie w końcu do tego pustego łba! Nie wiem czy poprę kogokolwiek. Trzymam się z dala od polityki i do tej pory dobrze na tym wychodziłem. - Cieszy się pan olbrzymią popularnością – kontynuował z uporem Tobiasz – jest pan sławny i poważany. Czarodzieje liczą się z pańskim zdaniem. Poparcie dla Fokstera... Harry przeklął głośno. Urzędnicy zgromadzeni przy windach obdarzyli go zniesmaczonym spojrzeniem. Harry poczuł jak jego twarz zalewa się rumieńcem. - Mam w tej chwili ważniejsze sprawy na głowie, niż wybory ministra magii – odparował rozzłoszczony – Muszę poradzić sobie ze smokiem, który od miesiąca nęka mugoli w północnej Irlandii. Mamy problemy ze zdyscyplinowaniem dementorów. W Hogsmeade pojawił się wampir a dodatkowo próbujemy załagodzić nastroje goblinów! Stoimy przed groźbą rebelii! Wciąż brakuje nam ludzi a chętnych na posadę aurora nie przybywa. Wybacz, ale nie mam teraz głowy do popierania kogokolwiek! Poza tym z tego co wiem, Kingsley jeszcze nie zwolnił stołka! - Zdawało mi się, że słyszę twój słodki głosik – zawołał z rozbawieniem Ron, który wyłonił się z tłumu stłoczonego przy windach. Tobiasz nie wiedząc jak ma się zachować, oddalił się bez słowa. Wyglądał na zmieszanego. – Znowu cię nękał ten przydupas Fokstera? - zapytał Ron wiercąc plecy Tobiasza niechętnym spojrzeniem. Harry nacisnął guzik „w dół”. Natychmiast pojawiła się winda. Złote kraty rozsunęły się z łoskotem i weszli do środka. Wewnątrz nie było nikogo. Nad ich głowami unosiły się papierowe samolociki, zawierające przesyłki wewnętrzne. Ron wcisnął guzik. Kraty zatrzasnęły się z hukiem i winda zaczęła opadać w dół. - Mamy tyle problemów a oni zawracają mi głowę wyborami – stwierdził Harry – Ile jeszcze będzie trwało to wariactwo?! - Aż wybiorą nowego ministra – odparował Ron - Widocznie niektórym spieszy się do stołka – obdarzył Harry'ego złośliwym uśmiechem – Całe szczęście, że TY do nich nie należysz! - Nie wracaj znowu do tego! – jęknął Harry – Już mówiłem, że nie nadawałbym się na ministra... Mijali kolejne piętra. Ich rozmowie towarzyszył grzechot i zgrzytanie. - Wizengamot uważa inaczej – ciągnął dalej Ron. - Wizengamot się myli – oznajmił Harry poprawiając okulary na nosie – I nie drąż już tego tematu, bo walnę w ciebie jakąś klątwą. Winda zatrzymała się. Uprzejmy kobiecy głos oznajmił: „Departament Tajemnic” i kraty ponownie się rozsunęły. Harry obdarzył Rona zdumionym spojrzeniem. - Stary, idziemy do Departamentu Tajemnic? - zapytał zaskoczony. - Tak. Dziś rano dostałem sowę od Jorksa. Bardzo WCZEŚNIE rano - stwierdził z lekkim poirytowaniem – W Departamencie znaleziono trupa. Jeden z Niewymownych. - Pięknie! Jakbyśmy mało mieli problemów - syknął zdenerwowany Harry i ruszył wąskim, zaciemnionym korytarzem. Płomień z pochodni falował w powiewie powietrza windy. - To nie wszystko – kontynuował Ron idąc u jego boku – Ktoś naruszył pieczęć Zakonu. Myślę, że włamano się do Komnaty. Harry ponownie głośno przeklął. W Komnacie, o której wspomniał Ron, zostały zgromadzone wszystkie przedmioty należące do Toma Riddle'a. Przynajmniej te, które udało się odnaleźć. Poszukiwaniami tych rzeczy zajmowali się aurorzy, zaraz po tym, jak Harry objął funkcję szefa w Kwaterze Głównej. Wśród licznych drobiazgów zgromadzono szczątki horkruksów, stare fotografie, szaty szkolne oraz różdżkę. Ze względów bezpieczeństwa drzwi do Komnaty zostały zapieczętowane i od ponad dziesięciu lat nikt tam nie zaglądał. Szli chwilę w milczeniu. Gdy stanęli u drzwi, te ustąpiły samoistnie. Znaleźli się w wielkim, kolistym pomieszczeniu. Mrok rozjaśniały jedynie świece, których drżące światło odbijało się w lśniącej marmurowej posadzce. Przez chwile komnata zaczęła obracać się wokół własnej osi, jednak kiedy Harry wyciągnął różdżkę przed siebie, zatrzymała się. Podszedł do jednych z tuzina drzwi. Zamieniły się w chmurę czarnego dymu, odsłaniając długi korytarz wyłożony marmurowymi kaflami. Ruszył dalej. Ron kroczył obok niego. Po chwili ujrzeli dwóch aurorów stojących pod drzwiami na końcu korytarza. - Przyjrzeliście się miejscu zbrodni? - zapytał ostrym tonem Harry mijając aurorów i wchodząc do kolejnego pomieszczenia. - Tak szefie – odrzekł zdenerwowany Jorks – Ale nic nie ruszaliśmy. Harry kucnął przed leżącymi na zimnej posadzce zwłokami. Szczupła, mysia twarz mężczyzny o kasztanowych włosach była biała jak papier. Oczy puste, pozbawione wyrazu. Usta otwarte. Zastygłe, jakby w zdumieniu. - To Matt Brown – stwierdził Ron spoglądając na zwłoki zza pleców przyjaciela – Przyrodni brat Lavender... Nie miałem pojęcia, że był Niewymownym... - I o to chodzi – skwitował Harry zbliżając swoją twarz do twarzy zabitego – Trafiony Morderczym Zaklęciem. To pewne. Żadnych urazów. - My nic nie ruszaliśmy, szefie – powtórzył nerwowo Jorks. Harry westchnął. Wstał na równe nogi i obdarzył Rona porozumiewawczym spojrzeniem. - Nie żyje co najmniej od sześciu godzin – oznajmił Ron. - Zgadza się – potwierdził Harry - Oprawcy zaatakowali go nocą. Zakładam, że jest przypadkową ofiarą. Ich celem była opieczętowana Komnata. - Skąd pewność, że oprawców było kilku? - zapytał auror stojący obok Jorksa. - Do złamania pieczęci potrzeba co najmniej pięciu osób – odrzekł Harry. - Gdzie są aurorzy, którzy pilnowali ubiegłej nocy korytarza? - zwrócił się Ron do pracowników. Ci wymienili nerwowo spojrzenia. - Nikt nie pilnował korytarza – stwierdził po chwili Jorks –
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil dygus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…