Wróć do katalogu

Here Comes The Pain

Opowiadań z serii Basilique część czwarta. wersja z ilustracjami do przeczytania na moim blogu pod adresem: http://b-a-g-a.blogspot.com

baga, opublikowano , 36 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dziewięciomilionowa metropolia budziła się do życia. Nowy dzień, nowe wyzwania. Najwcześniej, jak zawsze, wstali uliczni handlarze. Wyrwani ze snu, zmęczeni rutyną, ruszając się jak we mgle otwierali sklepy, rozstawiali stragany. Później na ulice wyjechały samochody, dołączając do kursujących od świtu autobusów. Całe miasto wstało, część umyła się a część nie. Część wypiła kawę i zapaliła papierosa, część postanowiła tego dnia nie ruszać się z łóżka. Ci pierwsi powoli ruszyli do swoich zajęć. Szkoły, prace, domy. Bezchmurne wiosenne niebo dało wszystkim ładunek niezbędnej do życia energii. Patrząc na to z góry, można odnieść wrażenie, że w ciągu godziny pracowite małe mrówki zaczęły działać by utrzymać swoje mrowisko. Z lotu ptaka właściwie wszystko wygląda przynajmniej interesująco. Zwłaszcza o tej porze roku nawet najbardziej zindustrializowane miasta zyskują parę procent malowniczości. Zdają się wyglądać ładnie. Z góry. Ale gdy zejdzie się niżej... W każdym, zwłaszcza dużym mieście są miejsca, o których nie wie nawet słońce. Są, tuż za rogiem miejsca, w które nawet za dnia nie warto się zapuszczać. Bez noża i paru kumpli. W najnowocześniejszych metropoliach są miejsca, których ciemność nie opuszcza od kiedy powstały. Ciemność nie rozpraszana światłem latarni, reflektorami samochodów. Nikt normalny o nich nie wie, nikt o nich nie mówi, nikt się tam nie wybiera. Bo i po co? Są bramy i kanały, groźne, mroczne i zawsze dziwnie wilgotne. Są poddasza i piwnice, o których mieszkańcy dawno woleli zapomnieć. Są stare schrony i nitki metra, których od lat nie używano. Rzekomo. Oczywiście, nikt o zdrowych zmysłach się tam nie zapuszcza. Lecz co z tymi „mniej” zdrowymi? Takie miejsca stają się ich enklawami. Schronieniami, w których zepchnięci daleko poza margines mogli osiąść i starać się żyć dalej. Ze szczurami, robakami i stworzeniami, których próżno szukać w encyklopediach. Są miejsca, których nie odwiedza światło dnia. To tam, zaszczuty i przerażony, znalazł schronienie Martin.

:::::::::::::::::::::::::::

Zgodnie ze słowami „najciemniej pod latarnią” za główną siedzibę wampiry przyjęły pięć górnych pięter budynku Aon Center, jednego z najwyższych budynków w Chicago. Winda dojeżdża do siedemdziesiątego ósmego piętra, na wyższe prowadzi klatka schodowa, do której dostęp mają jedynie jej bladzi, mało pozytywni użytkownicy. Dwa pierwsze piętra zajmują mieszkania służące w kryzysowych momentach za swego rodzaju hotel. Wszystkie były zajęte, po raz drugi w ciągu pięciu ostatnich lat. Tłumy wampirów krzątały się tam teraz, poczynając niezbędne przygotowania. W powietrzu gorąco było od napięcia. Trzecie piętro zajmuje laboratorium, „wylęgarnia” wampirów i inny naukowe struktury, łącznie z fantastycznie wyposażoną biblioteką. Piętro czwarte przeznaczone zostało na jedną z najlepiej wyposażonych a zdecydowanie najbardziej nowoczesną zbrojownię w tym stanie. Na ostatnim, piątym piętrze, mieści się główne centrum dowodzenia, z wypełnioną teraz szczelnie salą konferencyjną, nigdy nie używanym basenem i lądowiskami helikopterów na dachu. Przez ostatnią dobę używanymi właściwie bez przerwy. Dzięki regularnym opłatom i delikatnie rzecz ujmując dobrym kontaktom z miejscową policją nie wzbudzało to niczyich protestów i podejrzeń. Na ostatnim piętrze miała miejsce największa od lat narada klanu. Nastroje nie należały do najlepszych. - Na początku chciałbym podziękować wszystkim za przybycie. Sytuacja jest wyjątkowa, nie będę zatem trwonił naszego cennego czasu na czcze gadanie. Jak już wszyscy z pewnością wiecie, od wczoraj to ja sprawuję główną i zwierzchnią władzę nad klanem. W tym miejscu chciałbym podziękować za jednomyślne wybranie mnie na to zaszczytne i odpowiedzialne stanowisko. Postaram się godnie zastąpić tragicznie zmarłego Lothara. Jednak teraz chciałbym, byśmy skupili się wyłącznie na naszym najważniejszym zadaniu jakim jest odnalezienie Martina Stokera. Przez niedopatrzenie poprzedniego przywódcy chłopak ten zdobył informacje i siłę, które mogą poważnie zagrozić nie tylko naszym interesom, ale i bezpieczeństwu całego klanu. Co o nim wiemy? Ma dziewiętnaście lat, jest nieuzbrojony i przestraszony. Jego rodzina nie żyje. Jest sam, bezdomny i bez środków do życia. Z całą pewnością możemy założyć, że nie zdołał opuścić granic miasta. Jest tylko jeden problem, o którym wcześniej mimochodem wspomniałem a który może nie być wam znany. Mam na myśli siłę chłopaka - nie jest on już człowiekiem. Przez zdradę jednego, a właściwie jednej z nas, przeistoczył się w wampira. Przemiana odbyła się dwadzieścia cztery godziny temu. Niekontrolowana przez naszych medyków, mogła pójść w niebezpiecznym kierunku. Podejrzewamy, że chłopak może posiadać niezwykłe umiejętności i ogromną, nawet jak na wampira, siłę. W razie kontaktu, tak właśnie powinniście go postrzegać. Pozwoli to nam na uniknięcie zbędnych i bolesnych porażek. Ponadto, chłopak jest z pewnością głodny. Możemy mieć tylko nadzieję, że nie skosztował jeszcze ludzkiej krwi. Stąd moja decyzja o pełnej mobilizacji. Z każdą chwilą nasz zbieg zaczyna rozumieć więcej. Nie możemy sobie na to pozwolić. Wczoraj rozpoczęliśmy mobilizację wszelkich dostępnych jednostek. Na tę chwilę dysponujemy prawie siedmiuset osobową grupą żołnierzy. Z nastaniem świtu liczba ta powinna się podwoić. Każdemu z was przydzielone zostanie dowództwo nad stu osobowym oddziałem. W ciągu najbliższych siedemdziesięciu dwóch godzin dzieciak ma zostać zlikwidowany a jego głowa stanąć ma obok tej - przerwał z uśmiechem Harrison, wskazując gablotę za jego plecami. Głowa Kashyi spoglądała na zgromadzonych martwymi oczami. - Za dokładnie siedem godzin zaczynamy. Waszym zadaniem jest przeczesanie każdego ciemnego zaułka tego miasta. Przyjrzyjcie się mapie. Miasto zostało podzielone na dziesięć części, do których każdy z was został przydzielony. Gdy tylko zobaczycie lub zrobicie coś interesującego, chcę zostać o tym poinformowany. Zdjęcia i dane o zwierzynie rozdacie swoim oddziałom. Sześć godzin i pięćdziesiąt osiem minut panowie. Polowanie czas zacząć. - skończył Harrison, odwracając się i wychodząc.

:::::::::::::::::::::::::::

Zwierzę instynktownie wyczuło, że coś jest nie tak. W zasadzie gdyby szczur potrafił sensownie formułować swoje myśli, posłużyć mógłby się słowami brzmiącymi mniej więcej tak: „Kurwa, ja pierdolę. Coś jest skurwysyńsko wręcz nie w porządku. Właściwie jest tak zajebiście źle, że gorzej nigdy nie było. Jestem kurwa, co najmniej, przerażony.” Niestety, a może na szczęście, abstrakcyjne myślenie nie należało nigdy do mocnej strony gryzoni, zdobył się więc tylko na ruch ogonem i uciekł, ukrywając się w rogu piwnicy. Samo wyjście z ciepłej, przytulnej i wilgotnej dziury jest dla niego wystarczająco straszne. A teraz pojawiło się to. Zła aura, jeśli jest to możliwe, uczyniła piwnicę jeszcze ciemniejszą. Szczur nie mógł nic zobaczyć, usłyszał tylko dziwne kroki. Wiedział, że to zatrzymało się tuż przed nim. Po chwili Martin przerwał krótki pysk gryzonia, przegryzając go w połowie, pijąc łapczywie ciepłą krew zwierzęcia.

:::::::::::::::::::::::::::

- Tu nic nie ma. Wychodzimy. - No co ty, boisz się? Nie sprawdziliśmy dokładnie. Spodziewasz się go tu, na środku, uśmiechniętego i czekającego na nas? - Kurwa, nie denerwuj mnie. - Hej panowie. O co chodzi? - Nic panie poruczniku. Sprawdzimy jeszcze tam, w głębi po lewej. - Ok. Idźcie we dwóch za moment wracamy do samochodów.

Porucznik Corgan nie lubił się rozdrabniać. Miał tylko 3 dni, nie chciał się z tym nie wyrobić. A podobnych miejsc jest ponad setka w jego rewirze. To było trzydzieste. Chicago nie jest przyjemnym miastem. Wyszedł na zewnątrz, gdzie krople deszczu szybko zmoczyły mu twarz.

Pierwsze, ciężkie krople deszczu spadły na blachę zakrywającą cześć wąskiej uliczki między starymi kamienicami. Steven drgnął nerwowo. - Kurwa typie... - zakpił Jacob - Wydawało mi się, że coś słyszałem - próbował nieudanie wyjaśnić Steven. To była jego pierwsza akcja w terenie. Zmienił się nieco ponad rok temu, w wyniku stanu alarmowego został powołany nie kończąc szkolenia. Takich jak on jest teraz w mieście ponad sześciuset. Wampiry zaczęły produkować małą armię. Teraz najliczniejszą na świecie, ale o niezwykle wręcz niskim poziomie. Kolosa na glinianych nogach. Smutne rozważania przerwał dźwięk przeładowywania broni Jacoba. Wkrótce oba wampiry otworzyły ogień do cienia, który przemknął po ścianie. Karabiny maszynowe robią niezły hałas.

- Kurwa, szybko, za mną! - krzyknął Corgan wyskakując z samochodu i popędził z powrotem do ciemnego zaułka. Dziesięciu żołnierzy ruszyło za nim. Na miejsce dobiegł, gdy strzały już ucichły. Corgan wbiegł przed młodych żołnierzy mierząc w miejsce podziurawione kulami, z wodą lecącą ciurkiem z dziur w prowizorycznym dachu. Reszta wampirów wpadła do rozwidlenia. Mały placyk zapełnił się czarnymi, uzbrojonymi postaciami. - Fantastycznie panowie - powiedział chłodno Corgan i oddalił się bezgłośnie. Ogłupiała reszta oddziału ani drgnęła.

- Billy? Tu Harrison. Jak się pewnie domyślasz, policja otrzymała serię kolejnych doniesień, tym razem z okolic ulicy Orlando. To River North Gallery District. Twój rewir, prawda? Szósty raz tej nocy. Z innymi to pięćdziesiąty trzeci. Tylko tej nocy. Pierwszej nocy, powinienem dodać. Więc jeśli to następny fałszywy pierdolony alarm, sugeruję ci rozłączyć się od razu. Nie zniosę kolejnych załatwionych ćpunów i bezdomnych. Charakterystyczny dźwięk skończył rozmowę. - Kurwa - zaklął najmłodszy żyjący przywódca wampirów.

:::::::::::::::::::::::::::

„... od wczoraj do chicagowskich komisariatów napływają zgłoszenia od ludzi, którzy jak udało nam się ustalić słyszeli wystrzały z broni maszynowej. Policja wstrzymuje się na razie od komentarza w tej sprawie. Udało nam się zdobyć informację od pracownika jednego ze śródmiejskich komisariatów, który utrzymuje, że jest to zakrojona na szeroką skalę akcja policji wymierzona przeciwko zorganizowanej przestępczości. Mieszkańcy miasta zaczynają wpadać w panikę, zwłaszcza po ostatnim apelu burmistrza o nieopuszczanie swoich domów po zmroku...”

:::::::::::::::::::::::::::

Komenda główna policji w Chicago od zawsze słynęła z osiągnięć w walce ze zorganizowaną przestępczością. Zwłaszcza w ciągu ostatnich pięciu lat, w ciągu których wskaźnik przestępczości spadł o ponad siedemdziesiąt procent. To ewenement w skali światowej. Z tego tytułu wiele pochwał, nagród i przywilejów spłynęło na umęczonego kapitana Brownestone’a. Wszyscy go słuchali, wszyscy go lubili, każdy się go bał. W swoim mieście doprowadził policję do pozycji potężnej, profitowej i doskonale działającej maszyny anty kryminalnej. W ciągu pięciu lat z ulic zniknęły dosłownie szajki handlarzy narkotyków, gangi młodocianych przestępców i potężne struktury mafii. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęli z ulic czarni, meksykańczycy i japońska triada. Nowy budynek komendy szybko stał się symbolem zwycięstwa i prawości. Stąd właśnie brał się głęboki szok ludzi, którzy obejrzeli dziś wiadomości lub, co gorsza, sami słyszeli nocne wystrzały. Kapitan Brownstone był przestraszony. Stał się nieostrożny. - Kapitanie, jestem tu najstarszy stażem. Jestem starszy nawet od ciebie. Nie jest i nigdy nie było moim zamiarem wpierdalanie się w twoje sprawy. Nie chcę dociekać, kto zabija tych bezdomnych. Nie ukrywajmy, oni nie się są specjalnie istotni. Ale sprawa tych dziewczyn? Masz mi ją przydzielić Artur. Obaj nie chcemy, żebym zaczął tu węszyć, prawda? - Nie mogę doczekać się twojej emerytury bardziej niż swojej. Masz tę sprawę. Masz tydzień. Teraz znikaj. - kapitan Brownstone nie zmrużył oka poprzedniej nocy. Siedemdziesiąt dwa zgłoszenia o wystrzałach z broni palnej. Przez cały poprzedni rok były w sumie trzy. Z tego dwa to sprzeczka przejeżdżających tędy Portorykańczyków. Głowa mu pękała. Syknął, gdy opuszki palców dotknęły skroni. - Może powinien pan się przespać, kapitanie? - zapytał drwiąco najstarszy stażem policjant na komendzie, nazywany przez wszystkich Holendrem. - Boże, jeszcze tu jesteś? - zbolałym głosem zapytał kapitan. - Nie masz nic do roboty? Idź stąd. Holender bez słowa wstał i podszedł do drzwi. Obrócił się i zerknął na kapitana. Ten wpatrywał się w niego przekrwionymi oczami. Sierżant obrócił się i wyszedł, pozwalając drzwiom zamknąć się za nim. Z nieprzyjemnym trzaskiem na końcu. - Skurwysyn... - syknął uderzony falą bólu Brownstone. Potężna, paskudna migrena zaczęła wyglądać mu zza ramienia.

Tymczasem Holender podszedł do swojego biurka. Zabrał broń (nie oddał strzału od siedmiu lat), odznakę (sierżantem został dwadzieścia trzy lata temu) i papierosy (dwie paczki dziennie. codziennie. od trzydziestu lat). Wyszedł do swojego Chevroleta (Camaro, rocznik 1969, 400.000 mil przebiegu). Nie miał partnera. Nikt nie chciał z nim pracować. Z wzajemnością. Holender nie znosił tej bandy skorumpowanych psów. Nie mógł się doczekać emerytury. Jeszcze tylko rok i wycieczka do Europy. Holandia, Francja, Dania. Uśmiechnął się na myśl o swojej podróży w rodzinne rejony. Oszczędzał na ten cel od piętnastu lat. Samotny. Przygnębiony. Gotowy do pracy. Miał sprawę do rozwiązania. Maine West High School, Des Plaines, Hrabstwo Cook. Piątka zaginionych licealistów. Cztery dziewczyny, tydzień po tygodniu. Na końcu, zaraz po ostatniej dziewczynie, zaginął chłopak, Martin. Sierżant ruszył. Z kiepskich głośników poleciała muzyka. Jechał do Martina. Spotkać się z jego rodziną. W ciągu dwudziestu minut powinien być na miejscu.

:::::::::::::::::::::::::::

Szpital imienia Johna H. Strogera. Jeden z najnowocześniejszych szpitali w Ameryce i tym samym na świecie. Potężny kolos, zatrudniający ponad siedmiuset lekarzy, pielęgniarek i innych wykwalifikowanych pracowników. To tutaj leczyli się Ronald Reagan i Lech Wałęsa. Mapy przekrojowe na każdej zielono - żółtej ścianie pomagały ludziom i pracownikom odnaleźć się w skomplikowanym labiryncie nowoczesności. Bo gubił się tutaj każdy. Nawet doktor Doug, po czterech długich, męczących latach w tej placówce nie potrafił odnaleźć drogi do D307. Młody chłopak, wycieńczony i nieprzytomny. Brudny. Kurwa gdzie jest ta winda. Pochmurne myśli wypełniały głowę lekarza. Znalazło się też miejsce na złe przeczucia. Generalnie. Na szczęście dr Doug nauczył się ignorować instynkt, który zbyt często go zawiódł. Dużo nauki i doświadczenia, oto klucz, powtarzał sobie codziennie przed lustrem. Kurwa, gdzie jest skrzydło D...

- Wie pani doktor, bo ja czułam, że to dobry chłopiec. Nikt inny się nie zatrzymał. Wszyscy ominęli, dobrze że nie okopali. Pewnie ćpun jaki czy inny bezdomny, pomyśleli. Ja nie z tych pani doktor. Ja słucham co pastor Preacher mówi co niedziela. Co zrobiłby Jezus? I ja wiedziałam, że by się zatrzymał. Że pomógłby chłopcu. Więc zawołałam karetkę. Bardzo szybko przyjechali pani doktor, pan burmistrz dobrze dba o nasze miasto. - Tak proszę pani. Teraz proszę usiąść i jeśli pani chce, zaczekać na doktora. Ja jestem pielęgniarką, nie lekarzem. - Dobrze pani doktor. Ja zaczekam. Matka Boska chce żebym zaopiekowała się tym ubogim chłopcem.

Pielęgniarka westchnęła. Jedenaście godzin na nogach to nic fajnego. W wyniku alarmu i podwyższonego stanu gotowości ściągnęli ją do pracy z urodzin syna. Co ciekawe, karetki nie przywiozły jeszcze żadnego rannego. Same trupy. Ale to nie moja sprawa - myślała. Moim problemem jest powrót do domu. Po urodzinach, wszyscy półprzytomni i na kacu. Nikt nie ruszy po nią dupy z domu. Jej ponure rozważania przerwał cichy szelest. Spojrzała na łóżko pacjenta. Ten patrzył na nią rozszerzonymi ze strachu, czerwonymi wręcz ślepiami. Sparaliżowana tym spojrzeniem, zamarła bez ruchu.

GŁÓD. STRACH. ŚWIATŁO. ZABIJ.

Młody wampiry gwałtownie zerwał się z łóżka, zrywając rurki i cewniki, do których był podłączony. Rany po nich zaczęły się momentalnie goić. Chwycił czarną pielęgniarkę za włosy i wgryzł się głęboko w szyję. Właściwie trudno to nazwać ugryzieniem. Urwał kawałek mięsa z jej ciała, zamieniając szpitalny pokoik w krwawą łaźnię. Kątem oka zauważył modlącą się, pomarszczoną staruszkę. Nie był już głodny. Rzucił martwe ciało na podłogę. Huk upadku bezwładnego truchła poprzedziły słowa doktora Douga, który właśnie wchodził do środka.

- Okay, trafiłem wreszcie. Więc co my tu mamy... - urwał w pół zdania. Zakrwawiony chłopak nawet na niego nie spojrzał, minął go zahaczając tylko ramieniem, pchając na szklane drzwi gabinetu rentgenowskiego. Hałas i zamieszanie pozwoliły Martinowi zniknąć niezauważenie w drzwiach klatki schodowej.

:::::::::::::::::::::::::::

Jednym z profitów wspaniałego poziomu chicagowskiej policji jest praktyczna bezkarność. Na rzecz utrzymania najniższego w kraju poziomu przestępczości ludzie pozwolili, by odebrano im resztki autonomii i podstawowe prawa człowieka. Wszystko dla bezpieczeństwa. Bezgraniczne zaufanie do burmistrza Wilsona i kapitana Brownestone’a pozwoliło Holendrowi na wejście do domu Martina bez przedłużającego się zawsze oczekiwania na pozwolenie. Spokojne, czyste, znakomicie chronione osiedle domków jednorodzinnych zdawało się być uśpione. Sierżant rozejrzał się i nie dostrzegając nikogo wybił szybę w tylnych drzwiach, otworzył je i wszedł do środka. To, co zobaczył w środku, przerosło jego oczekiwania i najbardziej fantastyczne scenariusze jakie podsuwał mu umysł. Wcześniej nieskazitelnie czyste, wysprzątane i ze smakiem urządzone wnętrze sporego salonu wyglądało teraz jak scena zbrodni z Dextera. Jakby stado dzieci bawiło się bez rodziców, rozchlapując czerwoną farbę. Krew była właściwie wszędzie. Na rozkładanej sofie z IKEA. Na dywanach, wytapetowanych ścianach i gustownych zasłonach. Na telewizorze. Wszystko co mogło…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych