Wróć do katalogu

HIENY

kto odwiedza nocą cmentarz?

jacek.barczynski, opublikowano , 32 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

HIENY

Świat nieuchronnie pogrążał się w zapadającym zmroku. Nachodził czas, w którym noc zachłannie zagarniała dla siebie, tak wyczekiwaną i należną jej władzę. Myli się jednak ten, kto sądzi, że mrok zazdrośnie ukrywa świat przed ludzkimi oczami. Nocą znacznie wyraźniej można dostrzec to, co jest niewidocznym za dnia. Ulicę Saint – Antoine, ciągnącą się wzdłuż kamiennego, wysokiego przeszło na dwa metry muru, ogradzającego cmentarz, spowijał blady półmrok, mizernie rozświetlany dwiema gazowymi lampami. Nazwa tej cichej ulicy, wywodziła się właśnie od imienia świętego, nadanego założonej tutaj nekropolii. Cmentarz miał kształt prostokąta, szerokiego prawie na pół wiorsty i rozciągającego się na dwóch niewielkich wzgórzach. Ogradzający go mur był ze wszech stron niemal idealnie prosty. Jedynie w części, w której teren opadał, by później znów wspiąć się wyżej po łagodnym stoku wzniesienia, budowniczowie ustawili kamienny mur, pełen w tym miejscu załomów i zakrętów, które wymuszał płynący tuż obok strumień. Cmentarz przezornie zlokalizowano z dala od miejskiego zgiełku, chociaż rozwijająca się zabudowa powoli zajmowała przylegające tereny. Ulica Saint – Antoine w dalszym ciągu zachowywała jednak swój urok, pozostając cichym i romantycznym miejscem, a z racji lokalizacji, była też drogą wylotową do sąsiedniej miejscowości. Najdogodniejsze wejście znajdowało się od strony miasta. Każdy kto drogą udawał się z tej strony, najpierw musiał wspiąć się na niewielki pagórek. Z daleka widoczny był mur oraz ściana drzew rosnących na cmentarzu. Zimą, gdy nie było liści, między gałęziami można było dostrzec górujący budynek kaplicy. Idąc wzdłuż muru, docierało się do żelaznej bramy prowadzącej na cmentarz. Po przejściu, wkraczało się w inny, dziwny świat, zazdrośnie ukryty między drzewami i alejami i któremu kształt nadawały groby ozdobione drewnianymi i żelaznymi krzyżami, figury aniołów, świętych i wszelkie fantazyjne postaci wyobrażające śmierć. Wiele z tych grobowców i przyozdabiających je rzeźb, czasy świetności miały już dawno za sobą. Nie odnawiane od lat budynki powoli chyliły się upadkowi. Na ścianach pojawiało się coraz więcej pęknięć, tu i ówdzie wykruszyła się zaprawa i brakowało cegieł. Kolejne pokolenia zaniedbywały miejsca będące spoczynkiem ich przodków, oddając je na łaskę niszczącego czasu. Niektóre rzeźby były potwornie okaleczone, bez nosów, uszu, czasem nawet bez całych głów i kończyn, a wszystkie części ich kamiennych ciał walały się po całym cmentarzu. Piaskowiec, z którego były wykonane już dawno poszarzał, gdzieniegdzie pojawiły się brudnozielone plamy od rosnących glonów i mchu. Majestatyczne figury rozpadały się same, ale najczęściej dla zabawy dzieciarnia trącała je kijami, albo rzucała w nie kamieniami. Powietrze było tu rześkie, choć nieco mdłe, przesycone zapachami świec i kwiatów, a latem dodatkowo duszącą wonią dziesiątków kwitnących lip. Ciszę przerywały jedynie od czasu do czasu wrzaski ptaków, niemal bez wyjątku wron i kawek, które upatrzyły sobie rosnące tu drzewa na swoje królestwo. Na cmentarzu Saint – Antoine chowano wszystkich nie wyłączywszy nikogo, bogaczy w grobowcach, a prostaczków w zwykłych mogiłach, czasem bez trumien, w najniżej położonym terenie cmentarza, gdzie ziemia była płytka i piaszczysta, a wiosną i jesienią w zagłębieniach często stała woda, gdy przepływająca za murem rzeczka występowała z brzegów. Ludzie odwiedzali cmentarz chętnie i często, był bowiem miejscem doskonale nadającym się do odnalezienia spokoju. Dopiero gdy zaczynało szarzeć, opuszczali go pospiesznie i w krótkim czasie czyniąc go na powrót sennym. Tak też w owej chwili, cmentarz przygotowywał się do nadejścia nocy. Wtem ciszę zmącił nieprzyjemny dla żywych zgrzyt przesuwanej zasuwy i szczęk zardzewiałego żelastwa. Na ten dźwięk, poderwały się ptaszyska, wypełniając powietrze chrapliwy wrzaskiem. To stary Robaux, stróż cmentarza, złorzecząc i parskając otwierał bramę, by wypuścić parę zakochanych, którzy byli tak zajęci sobą, że nie dostrzegli nadejścia nocy. Robaux nie cierpiał ludzi, a zwłaszcza pełnych życia młodzieńców i roześmianych, pogodnych dziewcząt. Ponury, zgorzkniały typ, z rzadka się odzywał, a jeżeli już wypowiedział jakieś zdanie, to najpewniej życzył komuś rychłej śmierci. Rozmawiał jedynie ze zmarłymi. Żyjący człowiek, młody, czy stary, kobieta, bądź dziecko, nie był dla niego towarzyszem wartym zainteresowania. Za to po śmierci, stawał się nierzadko jego przyjacielem. Robaux często przysiadał przy mogiłach i prowadził dziwny dialog, opowiadając o pogodzie i co ciekawszych nowinach z miasta. Nigdy nie przywiązywał się do nikogo żyjącego. Życie jest za krótkie i zanim człowiek zdąży się do kogoś przyzwyczaić, przychodzi czas, by go opłakiwać. Umarli nigdzie się nie spieszą. Z nimi można związać się na całą wieczność. Nawet proboszcz unikał tego zdziwaczałego stróża i kiedy tylko musiał z nim rozmawiać, pił kubek wina dla odwagi, lub nawet dwa, jeżeli strażnik cmentarza akurat miał wyjątkowo paskudny nastrój, lub śmierdział nazbyt okropnie. Wszyscy mówili, że Robaux pachnie cmentarzem. Ale tę odpychającą powierzchowność, na którą ukształtowały się zgryzota życia i rozpacz, wiele lat temu stworzył on sam, gdy zaszył się na cmentarzu, by wieść los stróża z powodów, które wszystkim były znane. Choć ludzie z odrazy i strachu omijali Robaux z daleka, zdawali sobie sprawę, że i tak trafią pod jego opiekę po śmierci. Pocieszali się, że dopiero wówczas będą mogli liczyć na jego życzliwość. Bo tak naprawdę, to w głębi duszy całe miasto współczuło jego losowi. Dzieciarnia nieustannie szukała sposobności, by mu dokuczyć. Starzec ganiał je wtedy między drzewami i wokół grobowców pośród cmentarnych alei, sapiąc ciężko i w końcu przysiadał, dając za wygraną. A potem one wspinały na mur i przedrzeźniały starca, który mamrotał, że kiedyś trafią w jego ręce, a wtedy się z nimi policzy. Robaux mieszkał na cmentarzu, w drewnianej, stęchłej dwuizbowej chacie, bezpośrednio przylegającej do cmentarnej kaplicy, której ściany porośnięte były bluszczem. Kiedyś dzieciaki znalazły starą trumnę i zaciągnęły ją pod jego domostwo. Jeden z chłopaków położył się do środka, udając nieżywego. Gdy Robaux wyszedł z kaplicy, którą akurat sprzątał, zdziwiony podszedł, nie spodziewając się żadnego podstępu. Wtedy chłopak wrzeszcząc przeraźliwie skoczył na równe nogi i rzucił się do ucieczki. Zrobił to jednak tak nieszczęśliwie, że zahaczył nogą o krawędź trumny i runął jak długi na ziemię. Robaux dopadł przerażonego szczeniaka i byłby mu w szale skręcił kark, gdyby nie proboszcz, zaalarmowany przez wrzeszczącą dzieciarnię. Robaux przeraził się śmiertelnie, sądząc w pierwszej chwili, że pochował kogoś żywcem, co wyznał potem księdzu na spowiedzi. Ale o wiele bardziej rozjuszył go fakt, że ktoś śmie drwić z nieboszczyka. Była to bowiem dla niego największe świętokradztwo. Mawiał, że życie na ziemi jest wystarczająco paskudne, by pozwolić się jeszcze poniewierać po śmierci. Bardziej od żywych, nienawidził tylko hien cmentarnych, których działania niejednokrotnie tutaj widywał. Takiego to stróża miało miasto, na ogół spokojne, o ile nie nękały go mania cesarzy lub przywleczone zarazy. Robaux przepuścił tych dwoje przez bramę, wypychając ich prawie na ulicę. Chłopak z dziewczyną wyszli pospiesznie, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Na odchodne rzucili ledwie słyszalne „dobranoc”. Trzymając się ręce, biegnąc pospiesznie, by tak prędko jak to możliwe zniknąć za bezpiecznym zakrętem. Dopiero wtedy odetchnęli z ulgą i wolno spacerując półszeptem rozmawiali o stróżu, zostawiając jemu cały ten dziwny świat, którego tak zazdrośnie strzegł. Robaux zamruczał coś tylko niepochlebnego. Rozległ się zgrzyt i szczęk żelastwa i mógł w końcu zaryglować bramę. Była to jedyne czynne na co dzień wejście. Druga furta znajdowała się w zupełnie innej części cmentarza i była prawie zawsze zamknięta. Było też trzecie wejście, od wschodu, przylegające do łąk, ale popadło w ruinę i Robaux je zamurował. Zamknął więc kratowaną bramę, spojrzał krzywo w jedną i drugą stronę, by upewnić się, że nikt już się tu nie kręci. Splunął na ulicę, po czym wolno udał się w stronę swojej chaty, cicho szepcząc początek wieczornej modlitwy. Ulica Saint-Antoine pogrążyła się w ciszy. Czasem tylko z głębi cmentarza odezwał się głos płomykówki, która miała swoje gniazdo na strychu kaplicy. Co jakiś czas przez ulicę bezszelestnie przekradały się koty i z godną pozazdroszczenia zwinnością jednym skokiem wspinały się na mur. Potem znikały na cmentarzu i do świtu toczyły wojny ze szczurami, których pełno było w tutejszych grobowcach. Za niedługi czas przejechała dorożka, szybko przemykająca wzdłuż muru cmentarza. Woźnica co rusz poganiał konia, przynaglając do większego wysiłku. Dokładnie w momencie, gdy mijał jedną z lamp ulicznych, światło latarni zamigotało nagle i zgasło, czyniąc mrok jeszcze większym. Dorożka minęła cmentarz i przyspieszyła jeszcze bardziej, dalej bowiem droga opadała w dół. Woźnica była tak skupiony jazdą, że nie dostrzegł dwóch postaci idących z naprzeciwka. Dwaj mężczyźni szli poboczem ulicy, kryjąc się między przydrożnymi drzewami. Niesiony w powietrzu odgłos stukotu końskich kopyt o bruk, ginął coraz dalej. Po chwili dwa cienie wyłoniły się z mroku. Mężczyźni dźwigali na plecach worki. Nie wyglądały na ciężkie, ale obaj posapywali co chwila, męcząc się podejściem pod górę. Wreszcie doszli do muru cmentarza i zatrzymali się na chwilę przy jego rogu, zrzucając worki na ziemię. Szczęknął metal.  Nie stójmy tutaj – cicho odezwał się jeden, uważnie obserwując okolicę – Ktoś może się kręcić. Podnieśli rzeczy i z powrotem zarzuciwszy worki na plecy, ruszyli wzdłuż muru. Z daleka coraz wyraźniej słyszeli szum przepływającej wody. Szli, aż do następnego załomu. Kroki stawiali ostrożnie i uważnie, bo między murem i strumieniem było najwyżej pół metra wolnej skrawka ziemi, a w ciemności niewiele było widać. Poza tym musieli stawiać kroki pomiędzy śmieciami, które ludzie wyrzucali przez mur. Nagle rozległ się plusk. Mężczyzna, który szedł z tyłu, pośliznął się na wilgotnej trawie i lewa noga zsunęła się do wody, która sięgnęła prawie do kolana. Stopa ugrzęzła w miękkim dnie.  Jasna cholera, znowu to samo… Drugi zatrzymał się. Rozległ się szyderczy, przechodzący prawie w kaszel nieprzyjemny dla ucha śmiech.  Czego rechoczesz Sucette , pomóż mi wyjść – rzucił gniewnie wyciągając rękę w kierunku kompana. Drugą starał się uratować swój bagaż, który przy upadku zsunął się z pleców. Wyciągnął lewe ramię jak mógł najwyżej, ale i tak dno wora zanurzone było w wodzie. Sucette przestał się śmiać. Odłożył swój worek, złapał wyciągniętą dłoń towarzysza i pociągnął go do siebie z całych sił.  Nie wiem co mnie skusiło, żeby wziąć do tej roboty takiego niezdarę jak ty, Vincent – powiedział. Ten, do którego skierowane były te słowa, puścił tę uwagę mimo uszu. Usiadł na ziemi i zdjąwszy buta, wygrzebywał nagromadzony muł. Z wykręconej nogawki spodni ciekła woda.  Pospiesz się – ponaglał Sucette – jeszcze się dzisiaj nasiedzisz. Vincent nałożył z powrotem mokrego buta na nogę i podniósł się z ziemi. Po chwili znów objuczeni workami przemykali wzdłuż muru. Sucette szedł pierwszy. Kroczył wolno, uważnie obserwując kamienną ścianę. Naraz zatrzymał się.  To chyba tu – rzucił. Odłożył bagaż i schylił się do ziemi. Zaczął grzebać przy jednym z kamieni. Różnił się od innych tym, że miał wyraźną, jasną plamę świeżej białej farby. Wyjął z kieszeni nóż i kruszył zaprawę. W ciemności ledwie dostrzegli, że ten kawałek muru różni się nieco od reszty. Po chwili wyjął obluzowany głaz i podał Vincentowi, który ułożył go obok. Kwadrans później pod murem piętrzył się niewielki stos kamieni. Potem mieli nimi z powrotem zamaskować wejście. W ogrodzeniu czerniał otwór, przez który bez problemów mogli się przecisnąć.

Najpierw przepchali worki, a potem jeden za drugim przeczołgali się przez zrobioną wyrwę. Byli na cmentarzu. Z powodu drzew, było tu jeszcze ciemniej niż za murem. Jedynie wysoko między koronami prześwitywały skrawki nieba. W ciemności majaczyły krzyże i kilka większych, murowanych grobowców. Vincent przyklęknął i sprawdzał jakie szkody woda spowodowała w zawartości jego worka po tym, jak zanurzył go w wodzie. Odetchnął jednak z ulgą. Sucette wyjął z kieszeni zwitek papieru. Vincent spojrzał przez ramię i dostrzegł ręcznie nagryzmolony plan cmentarza.  Skąd to masz? – zapytał.  Tajemnica – zdawkowo odparł Sucette nie mając zamiaru niczego tłumaczyć.  To plan? Zaznaczają ci kamień, który jest najłatwiej wyjąć, dostajesz plan z zaznaczonymi najlepszymi miejscami… Mógł ci to dać albo od stróż, albo ksiądz.  Mówiłem ci żebyś się nie interesował. Im mniej wiesz, tym trudniej z ciebie cokolwiek wycisną. Vincent wzruszył ramionami. Przyzwyczaił się już do typowych odpowiedzi swojego wspólnika. Jak tu pracować z takim człowiekiem. Wędrowali razem po Owernii od kilku miesięcy. Prowadzili nocne życie. W dzień odpoczywali, kryjąc się w lesie, czy opuszczonych chatach. Od czasu do czasu jeden z nich wyprawiał się po jedzenie. Te wszystkie środki były po to, by jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Sucette’a poznał zimą, w czasie wyrębu lasu. Ciągle mówił, że z prawdziwą robotą czeka do wiosny. Wciągnął Vincenta w swoje plany mówiąc, że szuka pomocnika. Robota jest ciężka, ale zyski są tego warte. Vincent zgodził się. Sucette spojrzał w przejrzyste niebo i zmarszczył brwi, jakby coś go zaniepokoiło.  Dzisiaj robimy chyba ostatnią noc – powiedział – Księżyc idzie do pełni. Robi się za jasno. Schował zwitek papieru do kieszeni spodni i skinął na swojego towarzysza. Wolno ruszyli pomiędzy alejami cmentarza. Sucette szedł pierwszy i pomimo ciemności pewnie prowadził cmentarnymi alejami. Skręcał pomiędzy drzewami, wiedział gdzie jest wykrot i ostrzegał przed wystającym korzeniem. Dla idącego z tyłu Vincenta było jasne, że jego wspólnik doskonale był w tym miejscu zorientowany. Nie zdążył jednak o to zapytać. Oto nagle przed nimi nieco się rozjaśniło. Stali kilka kroków od dużego, murowanego grobowca. Attykę zdobiły postacie czterech modlących się aniołów, których ciemne sylwetki wyraźnie rysowały się na tle nieba. Wyglądały jak czające się skrzydlate stwory, gotowe w każdej chwili rzucić się w dół. Jedno małe okienko było nieznacznie uchylone. We wnętrzu blado migotało światło zapalonych świec. Vincent patrzył z zachwytem na piękny grobowiec i był pewien, że musi należeć do jakiegoś bogacza.  To ten? – zapytał cicho.  To grobowiec hrabiny de Montrillac. Jej pogrzeb był przedwczoraj – Sucette nie odwrócił głowy, uważnie przyglądając się kracie i dwóm kłódkom strzegącym wejścia. Mówił szybko i półszeptem, przez co jego głos był ledwie słyszalny – Ten zostawimy sobie na koniec. Na razie idziemy gdzie indziej. Poszli więc dalej, znów dłuższą chwilę krążąc wśród alei. Wreszcie zatrzymali się przy świeżo usypanym grobie. Sucette bez słowa odłożył swój worek i wyjął szpadel. Vincent zrobił to samo. Bezceremonialnie ściągnęli złożone kwiaty. Sucette splunął w ręce i zatopił szpadel w miękkiej ziemi. Kopali razem w milczeniu, zrzucając wybraną ziemię w jedno miejsce. Dół powiększał się z każdą chwilą. W pewnej chwili Sucette odłożył szpadel i otarł pot z czoła. Sięgnął do swojego podróżnego wora i wyjął manierkę. Łyknął zdrowo i rzucił Vincentowi, który również na chwilę przerwał kopanie. Mężczyzna napił się i oddał manierkę. Sucette przysiadł na brzegu wykopu.  Kop na razie sam. Muszę chwilę odsapnąć. Vincent westchnął. Nie podobał mu się taki układ, ale bał się zaprotestować. Od początku odnosił wrażenie, że został wspólnikiem tylko po to, żeby odwalać większość kopania. Ale przynajmniej łupami dzielili się dokładnie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych