Wróć do katalogu

Historia kulami pisana... Steven Kowalski.

Awans, który zmieni na zawsze jego życie... życie Steva Kowalskiego - wstęp do opowiadania.

Matt, opublikowano , 17 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I. W starym robotniczym hotelu. Siedział w małym, ciemnym pokoju. Nikłe światło lampy stojącej na starej, sosnowej szafce nocnej z trudem docierało do szarych zakamarków pomieszczenia. Dopiero po dłuższej obserwacji można było dostrzec, że ściany pokryte są jasną farbą. W pokoju stała duża, ciemna szafa z mahoniu, w której trzymał swoje ubrania, jednoosobowe łóżko, które można było nazwać raczej niewygodną pryczą z powodu starego, zużytego materaca oraz dębowe, porysowane biurko na którym stał stary telefon oraz popielniczka i stara, czarnobiała fotografia na której znajdował się Steve i dwójka jego najlepszych kolegów. Zdjęcie zostało zrobione parę miesięcy wcześniej, na dworcu kolejowym Berghafen. Między biurkiem a łóżkiem znajdowało się okno z widokiem na stary port w mieście Boldtown. Wstał z łóżka i podszedł do biurka. Drewniana podłoga zaskrzypiała żałośnie. Podniósł z blatu paczkę papierosów po czym wyjął jednego i zapalił. Spojrzał na zdjęcie. Zrobiono je ostatniego dnia spędzonego wraz z przyjaciółmi, kiedy ich drogi rozstały się na dworcu kolejowym. Zdawało mu się, że od tego czasu minęły wieki. Nagle zrobiło mu się zimno. Podszedł do zielonego koksownika i podniósł z blachy przybitej do podłogi parę szczap drewna. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie chwycić za słuchawkę i zadzwonić do kolegów, lecz zdławił tę myśl w sobie. Podszedł do okna, spoglądając na port. Niedaleko w dokach pracownicy portu ładowali skrzynie na pakę starej ciężarówki Chevroleta świeżo importowane owoców, tworząc przy tym dużo hałasu i przeklinając od czasu do czasu. Steve ziewnął. Zasłonił okno ciężkimi, brązowymi zasłonami i położył się na łóżku. Po chwili zapadł w sen.

Kiedy zadzwonił budzik wskazując 5 rano, za oknami było jeszcze ciemno. W końcu był wyjątkowo mroźny styczeń. W pokoju było zimno, najwyraźniej w piecu wygasło w środku nocy. Steven wyłączył nieśpieszne budzik i wstał, by odsłonić okno. Po mężczyznach ładujących skrzynie i ciężarówce nie było już śladu. Pojawiło się za to wielu chłopaków odśnieżających dojazd do magazynów w porcie. Sporo śniegu napadało w ciągu krótkiej nocy. Chłopcy jednak nie narzekali, bo była to okazja do zarobienia paru groszy. Steve przeciągnął się i wszedł przez stare, skrzypiące drzwi do małej łazienki. Wziął szybki, zimny prysznic. Po chwili otworzył szafę i wyciągnął z niej niebieskie spodnie wyprasowane na kant, koszulę w kratę, sweter bez rękawów. Ubrał się i nałożył na gęste, ciemne włosy żel, zaczesując je do tyłu cienkim czarnym grzebieniem. Zaścielił łóżko, po czym chwycił starą, ciemnobrązową lotniczą kurtkę, którą dostał po swoim ojcu, pilocie wojskowym, który służył podczas II Wojny Światowej i wyszedł z pokoju, zamykając go na klucz. Ostatecznie część gości mieszkających w hotelu wydawała się Stevenowi typami spod ciemnej gwiazdy. Zszedł z poddasza na parter po starych, ciemnych schodach, które swoim skrzypieniem mogłyby zbudzić co najmniej połowę hotelu. Wszedł do dużej jadalni, w której siedziało tylko paru mężczyzn jedzących śniadanie oraz Doris, hotelowa kucharka, która w swoim zwyczaju lubiła nadużywać soli, jakby uważając, że dzięki temu jej potrawy będą bardziej… zjadliwe. Steve usiadł przy najbliższym stole, oczekując Doris. Po krótkiej chwili podeszła do niego, obdarzając go krzywym uśmiechem. - Dzień dobry, panie Kowalski! Ranny z pana ptaszek! - powiedziała zalotnie, a uśmiech nie schodził z jej pulchnej twarzy. -Witaj Doris! Chciałbym coś zjeść. Najlepiej ciepłego, bo strasznie dziś zimno. No i gdybyś była tak miła i zrobiła mi herbatę. Mogłabyś, Doris? – zapytał beznamiętnie Steve. - Oczywiście, proszę pana! – odpowiedziała kucharka, zdziwiona rzeczowym tonem Kowalskiego. - Byłoby miło – odpowiedział jej i odwrócił wzrok. Po chwili wróciła z pachnącą jajecznicą , odrobiną chleba i ciepłą herbatą. Steven jadł śniadanie w milczeniu, zastanawiając się, co dziś przydzieli mu do pracy jego szef, Harry McDonnald. - Hm, Harry, kawał skurczybyka! – pomyślał Kowalski, zastanawiając się, jak szybko McDonnald dorobił się zarządzając całym portem i jego niewolnikami. Tak lubił ich nazywać, bo pracowali za marne grosze. Lubili też buntować się, gdy szef kazał pracować im po dwanaście godzin na dobę, nie płacąc za nadgodziny. Praca w porcie nie była łatwym kawałkiem chleba, jednak w ciężkich czasach była często jedyną dostępną pracą, dlatego warto było się jej trzymać. Po śniadaniu Steven ubrał się w lotniczą kurtkę, nałożył szary kaszkiet i czarne skórzane rękawice, po czym wyszedł z hotelu.

II. Praca w porcie… Chłopcy odśnieżający ulice uporali się dosyć szybko z zalegającym wszędzie śniegiem. Ich wynajęcie było koniecznością, ponieważ miejskie odśnieżarki wyruszały dopiero o 6 rano, a o tej godzinie pracownicy portu rozpoczynali pracę. Steve przeszedł przez główną czerwoną bramę wjazdową portu, otoczonego wysokim murem z czerwonych cegieł. Spojrzał na zegar wiszący przy głównej hali. Zegar pokazywał jeszcze piętnaście minut do szóstej. - McDonnald pewnie jest już w swoim biurze – pomyślał Kowalski i wszedł po metalowych schodach do biura znajdującego się wewnątrz ogromnej hali przeładunkowej. Zapukał do drzwi i kiedy usłyszał donośne – czego?! – złapał za mosiężną klamkę i wszedł do dużego biura. Pomieszczenia nie można było pomylić z żadnym innym, być może z powodu stojącego po środku wielkiego biurka, jednak było urządzone z klasą. Elegancka tapeta w zielono-białe paski, masywne dębowe meble oraz drogie obrazy rozwieszone na ścianach mówiły jednoznacznie iż McDonnald miał poczucie stylu. Całość zdawała się być gabinetem jakiegoś ważniaka na Wall Street (no może przed rokiem 1930) niż biurem zarządcy portu. Kowalski podejrzewał jednak że biuro jego szefa urządzała jego żona, Alice McDonnald. Alice większość swojej młodości (która upłynęła znów nie tak dawno temu…) spędzała na dalekich podróżach, finansowanych przez jej bogatego męża, Harrego. Steven rozejrzał się szybko po gabinecie, który różnił się zupełnie od jego pokoju w hotelu robotniczym. McDonnald kazał nawet wstawić sobie przed zimą kominek, by jego tłusty zad nie przymarzł zbytnio do krzesła. Drewno nie brudziło tak podłogi, jak koks przynoszony przez jego ‘niewolników’ odrywanych często od pracy. W końcu teraz mógł nawet zrobić mały zapas drzewa w gabinecie, tak by nikt mu nie przeszkadzał. – Cholerny, spasiony knur – pomyślał Steven wchodząc, starając się jednocześnie nie odzwierciedlać swoich myśli na twarzy. – Dzień Dobry, Panie McDonnald! – powiedział bez większego entuzjazmu. Jego szef stał przy szafie, patrząc na wypisane wczoraj raporty rozładunków przez kierownika wieczornej zmiany. Kiedy usłyszał głos Kowalskiego, odwrócił się w jego stronę. - Witaj, Steve! – powiedział donośnym głosem. Był średniego wzrostu, grubszej tuszy, a tłuszcz przelewał się nawet na jego owalnej twarzy i zwisających podbródkach. Był siwy, nosił wąsy oraz okulary, przez które zawsze można było zobaczyć czujne, małe, ciemne oczy. - Chyba zostaniesz pracownikiem miesiąca! – powiedział McDonnald lekko rechocząc. – To mi się w Tobie podoba, synu! Przychodzisz do pracy wcześniej niż cała ta cholerna banda, która nie ma ochoty pracować! Widzę to ich twarzach! Są znudzeni, szukają rozrywki zaczepki… Z Tobą jest inaczej, synu. Jesteś młody, ambitny i gotowy do pracy. Nigdy też nie słyszałem, żebyś na nią narzekał. - Ee… dziękuję, Panie McDonald – wydukał z siebie zaskoczony Steven. Nie spodziewał się pochwały, a już na pewno nie sympatii od strony grubasa. Nie wiedział, jaką postawę przyjąć i czy to przypadkiem nie jest jakiś podstęp… W końcu stary osioł znany był z nieufności wobec swoich pracowników. - Zasłużyłeś na awans, Steven! Czas przestać dźwigać ciężkie skrzynie! Chciałbym sprawdzić, czy sprawdzisz się jako kierowca ciężarówki. Ten cholerny dupek, Dwight kradł paliwo do ciężarówek. Został też przyłapany na wynoszeniu towaru z magazynów… powiedział przeciągając wyrazy McDonnald. - Przecież co drugi wynosi! – pomyślał Steve, zastanawiając się nad prawdziwą przyczyną zwolnienia Dwighta. Był może trochę dziwny, ale wydawał się być rzetelny w swojej pracy. - Zwolniło się miejsce pracy dla kierowcy ciężarówki – powiedział siwy grubas, patrząc na Kowalskiego, jakby był idealnym kandydatem do tej roboty. – No i oczywiście, możesz liczyć na podwyżkę. Twoja wypłata będzie teraz większa o całe dziesięć procent! – rzekł pewnie szef portu. – Cóż – pomyślał Steven, lżejsza praca no i większe pieniądze… Nad czym się zastanawiać?! - Jeśli uważa…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych