Wróć do katalogu

Historia pewnej zbrodni

"Pośród szkarłatno kwitnących rododendronów spoczywała zakrwawiona, nieruchoma postać." Dlaczego w pensjonacie na angielskiej prowincji zamordowano człowieka? Meg, Derek i sierżant McKenzie próbują rozwiązać zagadkę tej tajemniczej śmierci.

czarna27opublikowano 30 grudnia 200527 min czytania 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Meg patrzyła rozmarzonym wzrokiem na śpiącego obok niej Dereka. Wyszeptała jego imię. Kiedy otworzył oczy, uśmiechnęła się promiennie. - Zatrudnij kogoś do pomocy. Tyle razy ci to już powtarzałem. O szóstej rano myślę tylko o łóżku. - Wiesz, że na razie nas nie stać – pocałowała go, żeby zakończyć temat i wyślizgnęła się spod kołdry.

Przyglądał się jej, jak zrzucała z siebie bawełnianą koszulkę. Nie wyglądała na swoje trzydzieści sześć lat. Była atrakcyjna i wiedziała, jak zawrócić mu w głowie. Odkąd kupiła ten dom rozpierała ją energia. Miała dziesiątki pomysłów. Nie zważając na trudności dopięła swego. Prowadziła pensjonat, zaczęła nowe życie.

Założyła jeansy i sweter. Właśnie trwał jeden z kaprysów angielskiego lata. Było wilgotno i mglisto. - Wstawaj – zrobiła słodką minkę. – Obiecuje, ze zastanowię się nad zatrudnieniem kogoś. Derek niespiesznie wygramolił się z łóżka. Ubrał się z zamkniętymi jeszcze oczami i zszedł za Meg do kuchni. Nakrył do stołu dla siedmiu osób, podczas gdy ona przygotowywała śniadanie.

Kiedy usiadł wreszcie z filiżanką mocnej i aromatycznej herbaty w ręce, okazało się, że musi już wychodzić do pracy. Rzucił Meg żałosne spojrzenie, założył marynarkę i skierował się do kuchennego wyjścia. Przeszywający kobiecy krzyk dochodzący z ogrodu sprawił, że oboje zamarli w bezruchu. - Sprawdzę to. Nie ruszaj się stąd.

Wyszedł do jadalni, a potem do holu. W drzwiach wejściowych wpadł na panią Burnaby. Starsza dama była bledsza niż kiedykolwiek. - Panie Knight… tam w ogrodzie… słabo mi… - mówiła z trudem łapiąc oddech. Zaprowadził ją do jadalni i pomógł usiąść. - Oglądałam tę piękne rododendrony… Och! To takie straszne…

Meg podała herbatę i zajęła się uspokajaniem gościa, a Derek postanowił sprawdzić, co takiego stało się w gąszczu różaneczników. Szybkim krokiem obszedł dom i wszedł na odpowiednią alejkę. Wiedział, że spóźni się do przychodni, jeżeli natychmiast tego nie załatwi i nie wsiądzie do samochodu.

To, co zobaczył, sprawiło, że oniemiał na chwilę. Pośród szkarłatno kwitnących rododendronów zobaczył zakrwawioną, nieruchomą postać. Najgorsze było to, że rozpoznał w niej pana Brooksa, jednego z gości pensjonatu.

Wyciągnął z kieszeni komórkę i zadzwonił najpierw na policję, a potem do przychodni, żeby powiedzieć, że nie pojawi się w pracy. Meg przyjęła tą wiadomość spokojnie, jednak Derek doskonale zdawał sobie sprawę, że była wstrząśnięta. Sam rozmawiał z policją i sam zidentyfikował nieboszczyka. Sierżant McKenzie poprosił o listę gości razem ze wszystkimi dostępnymi na ich temat informacjami.

Zanim udał się porozmawiać z gospodarzami wiedział już, że pan Brooks nie zmarł w skutek ran zadanych niezidentyfikowanym narzędziem o ostrych krawędziach, a został zastrzelony. Zabił go jeden celny strzał. Nie znaleziono żadnych dokumentów, portfela ani telefonu komórkowego. W takiej sytuacji logiczne wydawało się twierdzenie o zbrodni na tle rabunkowym. Tylko kto dopuszcza się kradzieży między pierwszą a drugą w nocy?

Sierżantowi nasunęło się idiotyczne przypuszczenie, że było tam przynajmniej trzech morderców. W dodatku jeden z nich zostawił niedopałek papierosa marki Lucky Strike. Przeszukanie pokoju denata mogło dać odpowiedzi na niektóre powstałe pytanie, jednak wcześniej konieczna była rozmowa z właścicielami domu.

- Czy drzwi były rano zamknięte? – sierżant skierował swoje pytanie do Meg, która całą swoją energię wkładała w zmywanie naczyń po śniadaniu. - Nie sprawdzałam. Podejrzewam, że tak. Można je bez problemu otworzyć od środka – mówiła bezbarwnym głosem. - Pani Burnaby na pewno rano wychodziła. Niczego jednak nie słyszałam, więc nie wiem, która to mogła być godzina. Jej krzyk usłyszeliśmy mniej więcej o wpół do ósmej – przez jej twarz przebiegł skurcz na myśl o tym, co zobaczyła starsza kobieta.

Sierżant nie mógł się do tego przyznać, ale żałował, że nieboszczyk nie został znaleziony w domu. Zacieśniałoby to krąg podejrzanych. W sytuacji, kiedy drzwi można było otworzyć tylko od wewnątrz i ofiara z własnej woli wyszła na zewnątrz, to stawało się oczywiste, ze morderstwa dokonał ktoś zupełnie obcy, nie mający wstępu do pensjonatu.

- Czy pies jest cały czas zamknięty? - Nie. Wypuszczamy go w nocy. Jest groźny i nie chcemy, żeby stanowił zagrożenie dla gości. - Kto zamykał go dziś rano? – pytanie sierżanta wywołało konsternację na twarzach obojga jego rozmówców. Meg potrząsnęła w zamyśleniu głową i skierowała pytające spojrzenie na Dereka. - Ja tego nie zrobiłem. Zupełnie wyleciało mi to z głowy. Pani Burnaby zazwyczaj przed śniadaniem wychodzi na spacer, więc dbam o to, żeby Titan był już wtedy zamknięty, jednak ona zawsze woli się co do tego upewnić. Z okna w jadalni doskonale widać jego budę.

Sierżant uzyskał kolejny element układanki. Niestety nadal nie był w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy zamieszana była któraś z osób przebywających w pensjonacie, czy też nie. Czy tego chciał, czy nie, musiał przesłuchać wszystkich gości. Niechętnie wziął listę podaną mu przez Meg.

pokój nr 1 – pani Alice Burnaby z wnuczką Tiną Burnaby 1 – 20 VII; pokój nr 4 – państwo Lucy i Peter Stockwater 2 – 16 VII; pokój nr 6 – Melisa Randal 6 – 13 VII; pokój nr 7 – Harrison Morgan 7 – 8 VII; pokój nr 8 – Richard Brooks 29 VI – 12 VII;

Sierżant wydał swoim ludziom odpowiednie instrukcje i skierował się na piętro, aby osobiście porozmawiać z każdym z gości. Derek zamienił z nim po drodze kilka pozornie nieistotnych słów. Clarence McKenzie z cichą aprobatą rozglądał się po gustownie urządzonych wnętrzach. Zapamiętał rozkład pokoi i zapukał do szóstki.

Otworzyła mu nastoletnia dziewczyna. Jej wymuszony uśmiech i rozbiegane oczy wyostrzyły zmysły sierżanta. Zastanawiał się, co ona tam robiła. Mogła mieć najwyżej dziewiętnaście lat. Cicha prowincja nie była idealnym miejscem do spędzania wakacji dla kogoś z jej pokolenia.

Zarezerwowała dwuosobowy pokój na tydzień z możliwością przedłużenia pobytu. Dla kogo miało być to drugie miejsce? - Przyjechała pani sama? - Tak. Czekam na narzeczonego. Pojawi się dzisiaj lub jutro – powiedziała nerwowo uprzedzając kolejne pytania. - Czy nie była pani świadkiem jakiś niecodziennych wydarzeń dzisiejszej nocy? Jak już pani wiadomo, zostało popełnione morderstwo i będziemy wdzięczni za wszelką pomoc. - Cała noc spałam i niczego nie słyszałam – odpowiedziała używając minimalnej ilości słów.

Po zadaniu jeszcze kilku pytań i uzyskaniu równie skąpych odpowiedzi sierżant skierował się do wyjścia. Jego wzrok padł wtedy na ślady butów na dywanie. - Jak się pani tutaj podoba? Zapewne spacerowała pani wczoraj po okolicy – rzucił przyjacielskim, niezobowiązującym tonem. - Po śniadaniu wybrałam się na przechadzkę i wróciłam na obiad. Rzeczywiście są tutaj piękne widoki. Chciałam potem jeszcze wyjść, ale pogoda się popsuła, wiec czytałam książkę – powiedziała zdziwiona tym nagłym zainteresowaniem. Sierżant był pewien, że po jego wyjściu, dziewczyna głęboko odetchnęła.

Zastanawiał się przez chwilę, do którego pokoju powinien teraz wejść. W końcu wybrał sąsiednią siódemkę. Przywitał go elegancko ubrany, około czterdziestoletni mężczyzna z papierosem w ręce. - Ja sobie wypraszam. Nie mam z morderstwem nic wspólnego – zaczął nie dając sierżantowi dojść do głosu. - Nie znałem nawet tego człowieka. Przyjechałem tutaj wieczorem i zamówiłem kolację do pokoju. Nawet go nie widziałem. Jeżeli najpóźniej za pół godziny stąd nie wyjadę, to spóźnię się na ważne spotkanie – w jego głosie dźwięczała groźba. - Panie Morgan, proszę się uspokoić. Chcemy tylko zadać kilka pytań. Na przykład dokąd się pan tak spieszy i dlaczego zatrzymał się pan akurat tutaj.

Sierżant rozglądał się po pokoju. Natrafił w końcu wzrokiem na to, czego szukał. Na stoliku nocnym leżała paczka Lucky Strike’ów. - Jadę na spotkanie w interesach. Wczoraj było już późno, zobaczyłem szyld reklamujący to miejsce, więc się tutaj zatrzymałem – jego głos stał się spokojniejszy. – Ze względu na późną porę dostałem kolację do pokoju. Potem wyszedłem na krótki spacer. Wypaliłem papierosa i wróciłem. - Która była wtedy godzina? - Myślę, że około dziesiątej – odpowiedział po krótkim zastanowieniu. - Czy przechodził pan alejką obsadzoną rododendronami? - Nie przypominam sobie. Chyba udałem się w zupełnie przeciwną stronę. - Czy pies był wtedy puszczony? - Nie. Pamiętam, że właściciel wypuścił go po moim powrocie. Czy mogę już jechać? Mnie naprawdę się bardzo spieszy. - Proszę podać mi numer pańskiego telefonu komórkowego oraz adresy, pod którymi będzie pan dostępny przez najbliższe dwa dni.

Pan Morgan wyciągnął z walizki wizytówkę, zapisał na odwrocie niezbędne informacje i podał ją sierżantowi. Posterunkowy Clive Blakey czekał na korytarzu. Kiedy tylko pojawił się jego przełożony, zrelacjonował dotychczasowe postępy śledztwa. - Przeszukaliśmy pokój należący do denata. Były tam tylko jego odciski palców, nie znaleźliśmy dokumentów ani pieniędzy. Zawiadomiliśmy żonę, przyjedzie prawdopodobnie jutro. Diggins sprawdza akta. Przepytaliśmy parę osób. Podobno miał tutaj kochankę. Ekspertyza balistyczna i raport z sekcji będą po południu.

McKenzie przelotnie pomyślał, że Brooksa zamordowała żona albo kochanka. Być może chciał się, z którąś rozstać, albo nie chciał odejść od żadnej z nich. Był to motyw tak dobry, jak każdy inny.

Blakey odszedł z poleceniem odnalezienia i przesłuchania kochanki, a sierżant postanowił porozmawiać z państwem Stockwater. Pokój numer cztery znajdował się na przeciwnym końcu korytarza. Wyglądali oni na sympatyczną, kochającą się parę. - Panie władzo, mam nadzieję, że szybko dorwiecie tego drania. Przyjechaliśmy tutaj z żoną, żeby pobyć razem – mówił histerycznie pan Stockwater. - Czeka nas trudny okres. Lucy będzie miała ciężką operację. Chcieliśmy się wyciszyć, nacieszyć sobą, a tutaj takie coś. Myśleliśmy, że na cichej i spokojnej prowincji nie grożą nam takie wypadki. - Proszę się uspokoić i opowiedzieć po kolei, co państwo wczoraj robili – kątem oka sierżant dostrzegł ślady błota na dywanie. - Po śniadaniu wyszliśmy na spacer, a po południu byliśmy w stadninie. Oboje jeździmy konno, wiec wybraliśmy się na przejażdżkę, a potem zostaliśmy na ognisku. Wróciliśmy po dziewiątej. - Znali państwo pana Brooksa? - Nie. Od naszego przyjazdu nawet niezbyt często go widywaliśmy. Przeważnie znikał na całe dnie w wiosce i pojawiał się tylko na posiłkach. Nie był zbyt towarzyski.

Sierżant zadał jeszcze kilka nieistotnych pytań i skierował się do wyjścia wyciągając z kieszeni spodni paczkę papierosów. Zanim wyszedł, odwrócił się jeszcze w kierunku Petera Stockwatera. - Chyba zostawiłem zapalniczkę w samochodzie. Byłby pan może tak miły? - Niestety nie palę. McKenzie miał kolejny element układanki, jednak nie miał pojecie do czego go dopasować. Powtórnie przemierzył cały korytarz i zapukał do jedynki. Miał nadzieję, że pani Burnaby otrząsnęła się już po wydarzeniach minionego poranka. Poza tym jej pokój znajdował się naprzeciwko pokoju zamordowanego Brooksa, więc istniało prawdopodobieństwo, że starsza pani coś usłyszała.

Niestety siwa kobieta o majestatycznej postaci odpowiadała półsłówkami i najwidoczniej rozmowę z prowincjonalnym policjantem uważała za niegodną swojej osoby. Sierżant dostrzegł ślady błota na dywanie i pomyślał, że albo w tym pensjonacie nikt nie sprząta, albo goście nie mają pojęcia o porządku. Jak na ironię na miejscu morderstwa nie było żadnych odcisków butów. Na żwirowej alejce ich pozostawienie było niemożliwe, a te, które mogły powstać wokół miejsca zbrodni zostały rozmyte przez poranny deszcz.

McKenzie zamyślony i zrezygnowany opuścił panią Burnaby. Idąc korytarzem w stronę schodów dostrzegł dziewczęcą głowę wychyloną z drzwi jednego z pokoi. - Pan jest policjantem? – zapytał piskliwy głosik. - Tak. - W takim razie chciałam z panem porozmawiać – powiedziała rezolutnie dziewczynka.

Sierżant zorientował się, że znajdowała się ona nie w pokoju, a w salonie i oglądała kreskówkę. Biorąc pod uwagę listę gości, mogła to być tylko Tina Burnaby. - Moja babcia mówi, że to wszystko mi się przyśniło i że dziewczynka taka jak ja nie powinna mieć nic wspólnego z ohydnymi zbrodniami. Pan jednak powinien wiedzieć, że słyszałam w nocy kroki – powiedziała i zamilkła obserwując reakcję sierżanta. – Było ciemno, a ja nie spałam, bo babcia strasznie chrapie i czasem nie mogę z nią po prostu wytrzymać – kontynuowała. - O której godzinie to było? Pamiętasz może dokładnie skąd dochodziły odgłosy? – zapytał z umiarkowanym zainteresowaniem McKenzie. - Pamiętam wszystko dokładnie. Pan nie wie, że gram na skrzypcach i mam znakomity słuch. Najpierw ktoś zszedł na dół. Potem ze swojego pokoju wyszedł ktoś inny. Potem był cisza i znowu usłyszałam gdzieś blisko kroki. Jednak ten ktoś nie odszedł daleko tylko chodził po korytarzu, a potem wrócił do pokoju. Potem ktoś przyszedł. To znaczy chyba przyszedł, bo nie słyszałam otwierania drzwi tylko najpierw kroki. Jak już wszystko ucichło, to ktoś wyszedł i po dość długim czasie wrócił. - Dziękuję za informacje. Są one naprawdę cenne – powiedział z uśmiechem sierżant, po czym pożegnał się i opuścił salon.

W rzeczywistości nie potrafił ocenić przydatności nadmiaru wiadomości, którym obdarzyła go dziewczynka ze słuchem doskonałym. Mówiła to…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych