Historia siekiery
...gdy go znaleźli siekiera sterczała wbita w kość, a on był nieprzytomny.[...] Miał krew na całym ubraniu, zmasakrowaną twarz i pod sobą czerwoną kałużę spływającą wąską stróżką pomiędzy szparami chodnika...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną".
Encyklopedia mówi, że siekiera w pierwotnej formie pojawiła się około jedenaście tysięcy lat temu. Pomimo że była jednym z pierwszych narzędzi, od tamtych czasów prawie w ogóle się nie zmieniła, jedynie kawałek skały został zastąpiony kawałkiem metalu, nic więcej. Można ją wciąż spotkać w prawie każdej wiejskiej szopie, nadal jest przydatna, a w wielu zajęciach nawet niezastąpiona. Lecz ostatnio słowo „siekiera” coraz częściej bywa kojarzone z miastem. Nikt przecież nie zdziwiłby się, gdyby w jakiejś wiosce zobaczył staruszka rąbiącego drzewo, jednak w mieście taki staruszek to byłoby już coś, a jakiś pętak albo dwudziestolatek - tacy na pewno zaraz ściągnęliby na siebie policyjną kabarynę. Mimo to, siekiera jest tu popularnym narzędziem i zawraca w głowach kolejnym, pomylonym maniakom. Z drugiej strony, niemal równie często można usłyszeć o tasakach, nawet o szablach noszonych w spodniach czy pod kurtką… Całe szczęście w moim mieście nie jest aż tak źle, żeby ludzie chodzili obładowani jakby pracowali w rzeźni. Prawda, do dużych ono nie należy, lecz nie jest też wcale małe, trudno w ogóle powiedzieć jakie jest, w każdym razie ma już kilkaset lat, zamek i lotnisko, a ze ścian nie odpada już tynk, więc ma się chyba nienajgorzej. Są tu też dwa kluby piłkarskie, obecnie oba w trzeciej lidze. Sam mieszkam niedaleko stadionu, ale jeżeli o mnie chodzi, to mam gdzieś, kto wygrywa na jakichś tam derbach, byłem w życiu może raz czy dwa na meczu - nie ciągnie mnie tam. Nie powiem, cieszę się jak jakiś z klubów dobrze sobie radzi, ale wystarcza mi, że jest stąd, reszta mało mnie obchodzi. W ogóle jak widzę tych wszystkich fanów piłki, którzy dla „idei” golą sobie głowy i zakładają dresy, chociaż nieraz nie wiedzą w której lidze jest ich drużyna, to chce mi się rzygać. Słyszałem o wielu różnych historiach które krążą po mieście, o pijackich awanturach, bójkach kończących się na szpitalnym łóżku, pędzących radiowozach. Nie ukrywam jednak, że dopiero hasło „złapiesz, łam” zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie. Chodzi o to, żeby spotkanego typka z innego osiedla zostawić ze złamaną ręką, nogą czy obojczykiem – im więcej złamanych kości, tym lepiej… podobno nie łamią tylko kręgosłupa, bo zwyczajnie jest to dla nich za trudne. Nie dziwię się, że kumpel z bloku, gdy wyprowadza wieczorem psa, bierze ze sobą straszaka, choć pies Mastif Neapolitański wygląda jak małe cielę… A jak się ktoś nakręci, żeby koniecznie jakiegoś typka połamać, tak żeby już nigdy nie staną na nogi? To wcale nie problem dla trzech naspeedowanych młotków, złapią byle kogo, poskaczą mu po plecach i znikną gdzieś za ciemnym winklem. Chyba lepiej byłoby, gdyby od razu przebijali jakimś mieczem… Historie z innych miast są bardziej przerażające. Słyszałem na przykład, że pijanego chłopaka, który coś tam sobie wykrzykiwał pod dworcem w Krakowie, złapali jacyś faceci z czarnego BMW i wbili mu nóż w głowę, w biały dzień, na oczach przechodniów. Wyobraźcie sobie – w głowę. Jeśli to jest prawda, to mam dość, w ogóle boję się o tym pomyśleć, jakoś odwraca mi się wtedy coś w mózgu i dziwnie się czuje. Wrócę jednak do siekiery. Dlaczego? Po pierwsze - nie chce już myśleć o pętakach, a już wyjątkowo o pętakach, którzy jeżdżą czarnym BMW i po drugie – bo siekiera kojarzy mi się raczej pozytywnie, na przykład z wakacjami, z rąbaniem drzewa u dziadka albo ścinaniem gałęzi na ognisko. Ogólnie, z robieniem czegoś dobrego, chociaż wiedziałem od małego, że zbyt bezpieczna nie jest, że wystarczy jeden nieostrożny ruch i palców nie ma. Jako dziecko osłuchałem się historii wujka, który musiał spędzić w szpitalu kilka dni, bo podczas zabawy odskoczyła od pnia i mocno rozcięła mu głowę. Kiedy odleżał swoje, wyszedł i wszystko było już niby dobrze, tylko potem sporo pił, naprawdę się rozpił na kilka dobrych miesięcy. Jak widzicie, siekiera to nie byle co, wbija się przecież tak samo dobrze w szczap drzewa jak w ludzką kość. Pozostaje jeszcze nóż – powszechnie dostępna broń ulicy, no ale nożem smarujemy masło, kroimy chleb, siekamy pietruszkę. Z nożem jesteśmy bardziej obyci. Jak by nie było, nóż nie robi już na nas większego wrażenia. Często słyszymy o ranach kłutych, szarpanych, dźgnięciach i rzeczach w tym stylu – to jest codzienność. Nóż jest po prostu obecny w naszej świadomości jako mało straszne, klasyczne narzędzie zbrodni. Jest poręczny i niewielkich rozmiarów - nie przeraża, a do tego używany na co dzień w kuchni, nawet przez dzieci, sprawia wrażenie raczej pozytywne. Oczywiście z drugiej strony, nóż może wchodzić jak w masło, można też kogoś pokroić albo posiekać, ale to już nie to samo, co porąbać. O siekierze nie słyszymy prawie nigdy, a jeśli już, to od razu mówią o tym w telewizji, piszą w gazecie i gdzie tam jeszcze się da. Dlaczego? Bo prawie każdy jest w szoku… siekierą? Nie mógłby zabić zwyczajnie nożem? Wtedy nikogo nie bolałoby społeczne sumienie (jeśli tak można nazwać wewnętrzny głos, który odzywa się, gdy ktoś urazi nasze poczucie estetyczne). Pamiętam, kiedyś byłem w klubie w prawie rodzinnym gronie, pobili wtedy chłopaka mojej siostry. Tego wieczora przyjechał po nas ojciec i pojechaliśmy prosto na pogotowie. Zaraz po bójce, gdy jeszcze byliśmy w środku, wydawało się, że wszystko będzie dobrze, choć krew kapała trochę z rozciętej wargi M., a twarz miał tak spuchniętą, jakby do ust wsadził mu ktoś kilo gumy do żucia. Siostra przez cały czas przecierała jego nos i usta mokrymi chusteczkami. M. mówił, że jest mu lepiej, ale nie wiedział od kogo dostał, nie wiedział nawet za co. Gdy krwawienie ustało, z trudem wstał, chciał iść do łazienki, jednak ledwo zrobił kilka kroków, znów przewrócił się na ziemię, jakby ktoś zdzielił go pałą przez głowę. Nie było wyjścia, musieliśmy jechać na pogotowie. Z początku nie chcieli go przyjąć, bo że pijany, bo to, bo tamto, ale ostatecznie się nim zajęli. Założyli mu kilka szwów na wardze, coś spisali i po pół godziny wypuścili. Lekarz na odchodne ponarzekał na młodzież, że pijana, że biją się po dyskotekach, a potem lądują na pogotowiu, że przywieźli niedawno jednego z dziurą po siekierze, że źle się dzieje. Trochę żartował, ale był zdenerwowany, zawiedziony i ogólnie przygnębiony całą tą sytuacją. Gdy mówił o sprawie z siekierą, przypomniałem sobie, że rzeczywiście tak było… Mój dobry kumpel przesiadywał wtedy na melinie, nie wiem nawet, co go do tego podkusiło, w każdym razie robił tam dziwne i głupie rzeczy, ale nie chcę teraz o tym pisać, dodam tylko, że to ten od Mastifa. Właścicielem meliny był Bibuła. Nigdy go na oczy nie widziałem, ale miał podobno dwadzieścia kilka lat, miał też trzyletniego syna z jakąś studentką i kilkumiesięczne dziecko z dziewczyną, którą kiedyś znałem, ale która teraz na pewno mnie nie pamięta. Czasem tam przychodziła. W ogóle na melinie można było spotkać bardzo różnych ludzi, plątał się z nimi nawet jakiś absolwent filozofii. Kilku z nich widziałem, ale robili raczej odpychające wrażenie. Panowała tam atmosfera wyuzdania, no ale co mogą robić ludzie, którzy siedząc w jednym pomieszczeniu, piją wszystko, co się da, najgorszy syf jaki można dostać i których każdy dzień sprowadza się tylko do tego, żeby rano na stole stało coś na kaca i na zapicie? Liczyły się tam tylko dwie rzeczy: alkohol i seks. Nie macie pojęcia, jak widok kobiecego ciała podsyca podniecenie w pijackim mózgu. Narasta wtedy jakaś dzika chuć, zwierzęce pożądanie, z każdym łykiem w żyłach rozpływa się energia, która chce się jakoś wydostać z ciała, odciążyć zmysły i dać upust popędom. Wiem, że dziewczyny zawsze kręciły się w tamtym towarzystwie, ale nie zawsze były chętne, przynajmniej nie tak, jak chciały tego te zapite łajzy. Wiem też, że je bito, rzucano nimi o ścianę i nachalnie obmacywano. Były traktowane jak dziwki. Ktoś pobił jedną z nich, bo na hasło „rób loda”, powiedziała, że nie chce, że nie może. Tamten darł ja wtedy za włosy, dusił, bił po twarzy i krzyczał „rób loda, rób loda, kurwo!”, za nic nie chciał jej puścić, ale potem jakoś mu przeszło, rzucił dziewczynę o wersalkę i dał spokój. Wtedy biedna, z posiniaczoną twarzą pobiegła do kibla i długo płakała. Zrozpaczona, przytulona do umywalki, siedziała w łazience prawie pół godziny, nie mogąc dać sobie z tym wszystkim rady, aż przyszedł do niej jakiś bubek zaczął ją pocieszać, przytulać i mówić jaka jest słodka i że to się już nie powtórzy (miał podejście typ, nie ma co), a ona sponiewierana, myśląc, że choć przez chwilę jest kochaną i szczęśliwą, oddała mu się bez słowa, tak jak stała, w rozdartej koszulce, mokrej o łez. W ogóle zastanawiało mnie co trzymało dziewczyny z takim ścierwem? Może ich brutalność, jakaś pierwotna dominacja mężczyzny nad kobietą, której podświadomie pragnęły, może odczucie pożądania, nie wiem, ale kojarzyło mi się to wszystko z zamkniętym plemieniem, czymś na kształt „rodziny” Charlesa Mansona, gdzie ludzie stawali się jak zwierzęta, tracąc jedną trzecią swojej inteligencji. Bicie, picie, seks, nawet grupowy, wszystko się tam ze sobą plątało. Po prostu są takie miejsca, które wyzwalają najciemniejsze instynkty, a te posiada przecież każdy człowiek, każdy ma w sobie coś mrocznego, potrzebne są tylko okoliczności… Bibuła trzymał wtedy tę cała dziurę, żeby się nie rozleciała, ale tak naprawdę nie musiał tego robić, bo i tak żyła swoim własnym, pijackim życiem. Być może to on pobił tamtą dziewczynę, nie dałbym uciąć sobie ręki, ale jestem tego prawie pewien. Miewał napady szału, czasem się wściekał, że brakuje alkoholu, ale z tego co wiem, nigdy go nie brakowało. Zawsze wysyłał z rana najmłodszych z meliny, żeby wyżebrali trochę pieniędzy na picie. Przychodził też do niego trzyletni synek z odwiedzinami, wtedy musiał być spokój. Czasem brali małego na żebry, Bibuła sam to wymyślił. Przynosili wtedy całą siatkę taniego wina i pili przez całą noc, zawsze mili niezłe żniwo. Mały siedział tam przez czas libacji, zajmowały się nim dziewczyny, usypiały go, coś mu śpiewały. Spał w pokoju za ścianą do którego nikt nie miał prawa wejść, chyba że dzieciak zaczynał płakać, wtedy Bibuła pozwalał wejść jednej z dziewczyn, nienawidził dziecięcego płaczu. Nieraz mały kręcił się tam nawet przez trzy dni i podobno nie miał źle, zawsze była najedzony i płakał rzadko, tylko w nocy. Jestem ciekawy czy matka wiedziała, co się tam działo, że siedział pośród pijaków, a przecież takim kolesiom po ruskim spirytusie łatwo mogły przyjść najrozmajtrze rzeczy do głowy. I właśnie wtedy, gdy w szpitalu lekarz wspominał o typku z dziurą po siekierze, mówił o Bibule. Bibuła miał jakieś porachunki z dresami, bardzo ciemne sprawy. Niby nie brał tego, do siebie, nie przejmował się, nikt nie wiedział do końca, o co chodziło. Kiedyś po pijaku wspomniał, że w coś wpadł, ale tylko jeden jedyny raz. Pewnego wieczora, gdy wracał do siebie do domu (meliny już w nim nie było, kilka dni wcześniej policjanci zrobili nalot), dorwała go grupka okapturzonych dresiarzy. Wszystko działo się niedaleko rynku, w samym centrum miasta. Świadkowie mówili, że na początku tamci z nim rozmawiali, było ich chyba z pięciu, ubranych na ciemno. Nie byli agresywni, nie wyglądali na wrogów, raczej na grupę znajomych. Ktoś inny powiedział jednak, że widział jak tego dnia późnym wieczorem bili kogoś w bocznej uliczce. Natomiast kumple z meliny, którzy odwiedzili go w szpitalu i dowiedzieli się co nieco o sprawie, opowiadali, że najpierw zaczęli grzecznie, ale pod jakimś błahym powodem (Bibuła nie chciał powiedzieć jakim) dostał kilka ciosów w brzuch. Potem zadarli go w ślepą uliczkę, dwóch stanęło na czatach, trzej pozostali kopali go gdzie się dało, po nerkach, brzuchu, w międzyczasie coś mówili. Do uszu doszły mu tylko słowa: „jebany konfidencie” i „ojebywać na chajs”. Kopali też po twarzy. Potem go zostawili, tłukli mu coś do głowy, ale zupełnie nic z tego nie zrozumiał. Słyszał jedynie jakiś bełkot i mocno mąciło mu się w oczach. I gdy już myślał, że dadzą mu spokój, jeden z nich mocno złapał go za prawą stopę, a drugi wyciągną spod kurtki siekierę i dużym zamachem wbił mu ją w udo, tuż pod pachwiną. Od tego momentu już nic więcej nie pamięta. Świadkowie na policji zeznawali, że usłyszeli przerażający krzyk, jakby zarzynanego zwierzęcia. Na miejscu zaraz pojawiła się policja, ale po tamtych nie było ani śladu. Bibuła spędził w szpitalu dwa tygodnie. Podobno gdy go znaleźli siekiera sterczała wbita w kość, a on był nieprzytomny. Ci, którzy pierwsi dotarli na miejsce, mówili, że widok był przerażający. Miał krew na całym ubraniu, zmasakrowaną twarz i pod sobą czerwoną kałużę spływającą wąską stróżką pomiędzy szparami chodnika. Jakaś dziewczyna nie wytrzymała widoku, zwymiotowała i padła na ziemię. Ją też zabrała karetka. Bibuła w szpitalu był nie do poznania. Ponury, nieobecny, błądził gdzieś daleko myślami, do nikogo się nie odzywał. W tajemnicy powiedział jednemu kumplowi, że, gdy wszyscy śpią, jacyś ludzie przychodzą do niego i chcą go zabić. Wchodzą przez drzwi, zatrzymują się przy łóżku i czekają aż się obudzi, a do tej pory nie zabili go tylko dlatego, bo udaje, ale z nocy na noc wychodzi mu to coraz gorzej i boi się, że w końcu wszystko odkryją. Lekarze mówili, że to normalny objaw po takim zdarzeniu, choć zaznaczyli, że nie zniknie od razu,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil akam
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…