Wróć do katalogu

Historie środka w pokoju bez klamek

Trzy hisorie o rzeczach nie do końca oczywistych

akam, opublikowano , 14 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Oczekiwanie niemiłosiernie się przeciągało i myśl, że będziemy musieli tu spędzić jeszcze kilka godzin była okrutna. Siedzieliśmy przy kwadratowym, dużym stole i podenerwowani czekaliśmy na przesłuchanie. Było nas trzech – Rudy, Stefan i ja. Zupełnie nie rozumieliśmy, dlaczego kazali nam zostać całe pięć godzin, skoro rozmowa ze śledczym miała trwać w porywach dwie. Poczęstowali nas zwietrzałą herbatą i proponowali papierosy. Początkowo sprawa wyglądała jak całkiem dobra zabawa, no i ostatecznie to my widzieliśmy całe zdarzenie, czuliśmy się naprawdę ważni. Zaprosili nas do dziwnego pokoju, w którym nie było klamek ani przy oknie, ani przy drzwiach, poza tym okno i lampa na suficie były okratowane. Drzwi zostawili uchylone. Na całe wyposażenie pokoju składały się trzy krzesła, stół i materac. Po godzinie nasze podekscytowanie powoli zaczęło przeradzać się w znudzenie, gdy minęła trzecia, a my wciąż siedzieliśmy wpatrzeni w uchylone drzwi, Rudy nie wytrzymał – oznajmił, że albo nas przesłuchają, albo on wychodzi i rzeczywiście wyszedł … ale zaraz wrócił. Wyjaśnił, że nie ma możliwości opuszczenia budynku z bliżej nie określonych powodów, a poza tym jesteśmy świadkami i choćby niebo zaczęło walić się nam na głowy, to i tak musimy zostać i czekać. Powoli ogarniało nas znużenie, doszedłem do wniosku, że jak czegoś nie wymyślimy to przyjdzie nam tu umrzeć, ale co można robić w okratowanym pokoju bez klamek ? Zadziwiająco zgodnie doszliśmy do wniosku, że cokolwiek, co zdoła zabić okrutnie wlekący się czas. Stefan, który zawsze był płodny we wszelkiego rodzaju pomysły, zaproponował żeby każdy opowiedział jakąś historie. Przy zaistniałych okolicznościach był to wcale dobry pomysł. Jako pierwszy miałem opowiadać ja. Jednak w głowie miałem jedynie pustkę i setki cyferek, dane transakcji, jakieś telefony, konta, numery, wykresy… uświadomiłem sobie, że całe moje obecne życie to praca i nieustannie powtarzające się czynności, rytuały, które dobrze znam, ale których już nie rozumiem. Przypomniała mi się pewna historia, która wydarzyła się prawie dziesięć lat temu. Był to chyba wrzesień, Ola przyjechała do mnie, bo miała spotkanie w sprawie pracy, została na noc, a następnego dnia razem mieliśmy jechać do Tulczyna. Jej miejscowość była oddalona o jakieś trzydzieści kilometrów i bilet nie był zbyt tani, ale na szczęście Oli bracia kończyli pracę o dwunastej, więc zabraliśmy się razem z nimi. Mieliśmy jeszcze wstąpić po ich mamę, jednak dopiero o drugiej – było zatem trochę czasu, który zmarnowaliśmy na szwędanie się po sklepach. Przed drugą zameldowaliśmy się pod piekarnią. Słońce było tego dnia cudowne i w powietrzu było coś orzeźwiającego, był to szczególny dzień, takie zdarzają się może kilkanaście razy w roku. Siedzieliśmy w aucie, wiatr lekko muskał moją twarz. Rozmawialiśmy o głupotach, było całkiem miło. W pewnej chwili drzwi do piekarni otworzyły się i wyszedł z nich młody mężczyzna. Miał na głowie zieloną czapkę, wyglądał na cwaniaka, był dość przystojny, baki i zadziorna bródka dodawały mu powagi. Ubrany był w nieco za duże spodnie i trochę niechlujnie. Nie wiedział, że na niego patrzymy, zachował się zupełnie swobodnie, jakby coś podśpiewywał, wyglądało to niczym tik nerwowy. Doszliśmy do wniosku, że musi być podpity. Przeszedł koło nas w odległości kilku metrów, lekko się kołysząc, a my nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Stał chwile przed budynkiem i coś układał, niestety był odwrócony tyłem i nie widzieliśmy zbyt wiele, ale i tak wyglądało to naprawdę zabawnie. W końcu nie wytrzymałem, wybuchłem głośnym śmiechem, Ola i jej bracia także, co najgorsze szyby były całkiem odsunięte. Mężczyzna widocznie wszystko słyszał, bo spojrzał speszony w naszym kierunku. Chwile się przyglądał, miałem wrażenie, że patrzy właśnie na mnie. Jego wzrok miał w sobie coś dziwnego, trudnego do opisania, jakby żal i gniew. Naprawdę się przestraszyłem , ale mimo to dalej się śmiałem, w samochodzie byłem przecież bezpieczny. Gdy wracał, ciągle na mnie patrzył, aż zniknął za drzwiami. -Kto to jest ? – spytałem, uśmiechając się, chciałem ukryć zażenowanie. -Nie wiem, jeszcze go tu nie widziałem, może jakiś nowy pracownik ? – wyjaśnił starszy brat Oli. -Dziwny. –dodałem. -Dziwny ? Był podpity jak nic. Zresztą spytamy się mamusi. -Dobry pomysł, na pewno będzie wiedzieć. – odparłem. –Wyglądał, jakby chciał się bić, czy co, może widział jak się śmiejemy? -No chyba ... – roześmiał się. Przez krótki czas siedzieliśmy w milczeniu, zauważyłem, że nie tylko na mnie człowiek ten zrobił wrażenie. Jednak po chwili nikt już o nim nie pamiętał, znowu rozmawialiśmy i znowu było całkiem miło. -O, idzie mamusia. – ucieszyła się Ola. Gdy wsiadała do samochodu, powiedziałem: „dzień dobry” – chciałem być miły, ale może wynikało to z mojego niezbyt zdrowego przyzwyczajenia, bo od dziecka wpajano mi, że trzeba witać sąsiadów. Gdy rodzice przychodzili do domu i mówili, że ten, a ten nie powiedział „dzień dobry” to znaczyło to dla nich o wiele więcej niż dwa proste słowa. Zresztą gdy widziałem wysuszone twarze nie lubianych przeze mnie sąsiadek, które brak „dzień dobry” traktowały jak obrazę majestatu, to nie pozostawało mi nic innego jak czynić im z ironią satysfakcję. Były niczym meduzy, których wzrok może nie przemieniał w kamień, ale język stawał się szczególnie cięty i po jakimś czasie można było doczekać się opinii pijaka, złodzieja, a nawet narkomana. Po chwili byliśmy już na głównej drodze i jechaliśmy wreszcie do domu. Nikt nic nie mówił, miałem wrażenie, że każdy upaja się tym pięknym dniem i stara się zachować w sobie z niego jak najwięcej. -Mamuś, kim był ten gość w zielonej czapce? – spytał młodszy z braci. -Jaki gość w zielonej czapce? – odparła. -No, taki w brodzie, wyglądał na pijanego. -A, ten co go tak chwieje? -No chyba ten. -Zatrudnił go kierownik, łazi z miotłą, coś poukłada. Nie był pijany, jest trochę chory, skończył tylko szkołę specjalną i nie ma pracy, a tu go przyjęli, żeby coś sobie dorobił. U nich tam straszna bieda jest. Ten Janusz, co rozwozi chleb, to mu pieniądze dawał, mówił, że chłopczyna rzewnie nic nie ma … Gdy to usłyszeliśmy, to dosłownie wgniotło nas w siedzenia, nikt nie odezwał się słowem, jedynie Ola powiedziała, ze teraz jest jej naprawdę głupio. W rzeczywistości czuliśmy się o wiele gorzej, ale skąd mogliśmy wiedzieć. Miałem ochotę wrócić tam, ale po co, powiedzieć jak jest mi przykro ? Czułem żal i do dziś gdy wspominam to wydarzenie to jest mi szkoda tego biednego chłopaka i wiem, że wtedy jego wzrok wyrażał nie gniew i nie żal, ale smutek.

Moja historia spodobała się Stefanowi, bo swoim zwyczajem powiedział niewiele, a w zasadzie ograniczył się do jednego słowa: „niezłe”. Robił tak zawsze gdy coś mu się spodobało, był krańcowo powściągliwy, ale to jedno słowo zdradzało tak wiele, że czułem się usatysfakcjonowany. Za to Rudy drzemał sobie w najlepsze oparłszy się na stole. Pewnie spałby dalej, ale

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych