Wróć do katalogu

Htilil, cześć 1.

Pierwsza część nowelki, a może krótkiej powieści... Klimat, który lubię. Mitologia... Totalitarne społeczeństwo... Tajemnica tajnego ośrodka badawczego.

geralttee, opublikowano , 1 godz. 12 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Htilil, cz.1

I

Noc była ciemna i cicha, jakby ktoś wysypał na niebo worek węglowego miału. Ciemność była gęsta jak syrop klonowy, i tak dziwnie...stęchła. Krwawy całun chmur okrył nieśmiałe oblicze księżyca. Stara, zasuszona kobieca twarz wyjrzała przez spróchniałe okienko. W ciemnych, grubych szkłach okularów zatańczyły srebrne blaski nocy, zawirowały refleksy, jak galaktyki w czarnej toni kosmosu. Podwieszona pod dachem lampa okuta metalowymi blachami rzucała dookoła ruchliwe, kołyszące prostokąty żółtego światła. Niebieski tojad rósł pod parapetem i śmiał się, drżąc na nocnym wietrze. Jego granatowe paszcze, potrząsane podmuchami wiatru, rozwierały się i zamykały...jakby się śmiejąc... Obok szalej potrząsał jadowicie parasolami baldachów i rozsiewał odurzająca woń. Cykuta pulsowała w nabrzmiałym kłączu prawie słyszalnym głosem. Wielka mandragora...trochę za wielka...lekko się kołysała, gdy wilgotne tchnienie nocy przetykało jej zielone liście. W bliskim lesie coś zaszeleściło i szybko ucichło. Noc oddychała. Staruszka niezauważalnie uniosła kąciki ust i pozwoliła, by duszny zapach pobliskich łąk wypełnił jej nozdrza. Kanianka już pewnie kwitnie, pomyślała. Trzeba by wyjść z sierpem w pełnię... I belladonna też już mami ciężkim zapachem... Tak...już czas... Sztywnymi palcami ścisnęła chropowaty parapet i z zadowoleniem go pogładziła. Dom cicho zawibrował w odpowiedzi i znieruchomiał. Kochał ją. Natura dookoła krzyczała w niegasnącym ogniu odejmującym zmysły. Nagła myśl zalśniła w oku staruszki chwiejnym ognikiem. -Już niedługo, Adamie...niedługo... - wyszeptały starcze wargi. Drżącą ręką, jakby bojąc się uszkodzić zielone łodyżki, pogładziła staruszka delikatne pędy barwnika, zwieszające się z parapetu niebieskimi kwiatami. Nad ciemnym skrajem lasu połyskiwał złoty poblask dalekiego miasta. Jak oni go nazywali? Bo już było tyle nazw... Ci ludzie nie mogli się przyzwyczaić do jednej nazwy na dłużej niż kilka wieków. Byli tacy niezdecydowani i zmienni... Tacy słabi...i niedoskonali. Tacy...podatni na uszkodzenia... A...Ahornwald... Tak, to była obecna nazwa. Kiedyś Olsztyn, teraz Ahornwald. Niedoskonali... Impuls nowej myśli rozjaśnił umysł staruszki. Za czarnymi szkłami na mgnienie oka, na krócej niż nigdy, zapalił się zimny blask. Wspomnienia... Gdy zbudziła się, eony temu, wiedziała, że droga będzie bolesna... Zabrano jej dziecko, wydarto brutalnie jedyną radość. Ale córka jest z nią nawet teraz, zabrana daleko od matczynego ciepła... A może była...będzie...? Czas, taki śmieszny w swej niemocy, tak prymitywnie bezradny, próbujący pozorami nadać sobie atrybut niezwyciężoności... Ale nawet czas nie przeszkodzi jej, odrzuconej kochance. Kobieta ostatni raz odetchnęła czarnym aksamitem mroku i z trzaskiem zamknęła okno. Zewnętrzna okiennica, jakby pod naporem silniejszego wiatru z hukiem się domknęła. Ale wiatr umilkł, liście drzew nie podrygiwały wesoło. Zwieszały się smętnie w dusznym oparze wieczoru. W ciemnym pomieszczeniu stał wysoki, kamienny piec. Z uchylonych drzwiczek, rytych w motywy roślinne, padał na podłogę pomarańczowy blask. Ogień trzaskał cicho na ruszcie, choć na zewnątrz w najlepsze trwało lato. Płomyki opromieniały blaskiem pomieszczenie, ożywiając ściany chwiejnymi cieniami. Oświetlały wyślizgane, płaskie kamienie posadzki. I stół z prostych, grubych desek. Na stole ktoś rozłożył cienki, srebrny nóż, mały, ostry haczyk z drewnianą rączką, igłę smukłą i połyskliwą na długiej, metalowej rączce, karafkę z żółtą cieczą i glinianą misę. Była tam też litrowa, porcelanowa flaszka w kolorze kości słoniowe, opleciona skomplikowanymi symbolami, pokryta runicznymi znakami. I były tam też cztery metalowe obręcze, rozstawione w newralgiczny sposób i obecnie zajęte przez drżące ręce i nogi. Mężczyzna patrzył a kropelki potu powoli ściekały po torsie i brzuchu. Był młody, w lśniących oczach, obramowanych zrośniętymi nad nosem brwiami, tlił się jeszcze nieuchwytny ognik zuchwałości. Ale już prawie przygasał, już prawie znikł. Wyprężone przyrodzenie absurdalnie manifestowało swoje prymitywne zachcianki. Tym bardziej absurdalnie, że w takiej sytuacji. Żółta mikstura z glinianej miseczki obok głowy człowieka, która zmysły trzymała w tym realnym świecie, miała i uboczne działania. Człowiek patrzył, a od tego patrzenia aż bolały go oczy. Były wypełnione, nasycone strachem. Panicznym lękiem i czystym przerażeniem. Ten strach wręcz lał się wszystkimi otworami, pełgał po całym drżącym ciele chłopaka. Wokół ciasno zwiniętego knebla płynęła ciągła strużka potu, śliny i łez. Ale już nie krzyczał. Próbował przez ostatnie sześć godzin, teraz już tylko płakał. Ramiona były poznaczone maleńkimi, czerwonymi bliznami. Rozmazana, zmieszana z potem krew, lepiła się do drewnianego blatu. Szeroki tors błyszczał w półmroku. Niżej był brzuch. Płaski. Bez skóry. Wilgotne mięśnie lśniły metalicznie. Mężczyzna drżał. Dygotał. Kobieta jakby go nie widziała. Po prostu patrzyła, a za czarnymi krążkami okularów paliły się niewidzialne iskierki. Nie miała w swoim ukrytym spojrzeniu perfidii czy sadyzmu. Zwykły, suchy, zimny profesjonalizm. Nic więcej. Chore i do granic absurdu niezachwiane przeświadczenie, że robi wszystko to, co potrzebne i właściwe. Ale chłopak nie widział tych oczu. Nikt ich nie widział. Staruszka powoli podeszła do stołu. Chwilę patrzyła na swoje dzieło. Potem, jakby od niechcenia, szarpnęła kawałkiem szmaty leżącym obok narzędzi. Spod materiału wyłoniła się pożółkła stronnica grubej książki, zapisana drobnym, równym pismem. Orientalnymi, arabskimi wężykami. Kobieta chwilę spoglądała na wolumin, za czarnymi szkłami oczy przeskakiwały z akapitu na akapit. Znała te linijki na pamięć. Potem wzięła w rękę cienkie ostrze i długą igłę. Biały refleks rozjarzył się na końcu srebrnego ostrza. Staruszka nachyliła się powoli nad tułowiem leżącego człowieka. Zbliżyła metal do dygocącej skóry. Zimna igła wsunęła się bezgłośnie w ciało. Oczy chłopaka mało nie eksplodowały krwią, mięśnie ud napięły się do granic wytrzymałości. Spod knebla wydobył się zwierzęcy wizg. Potępieńcze wycie. Wołanie o koniec. Mikstura działa, pomyślała po chwili kobieta, wcierając żółty syrop wskazującym palcem w nozdrza chłopaka. Ale trzeba by dodać bielunia...tak, to ją uczyni intensywniejszą, bardziej...wyostrzającą odczucia. Kobieta myślała beznamiętnie, manewrując srebrnym narzędziem z wprawą fachowca. Krew kapała na podłogę, czerwone kropelki wpadały w szczeliny między kamieniami. Ognisty poblask z pieca pełgał po drżącej skórze ramion leżącego chłopaka. Gdzieś w górze przetoczył się grzmot lecącego samolotu. W trawie za oknem grały świerszcze. Był środek lipca.

II

Agata jechała leśną ścieżką powoli i ostrożnie - wczorajszy deszcz pozostawił na błotnistej drodze głębokie kałuże. Jedno poślizgnięcie się i będzie wyglądać jak umorusana świnia. Opony głęboko orały miękką ziemię i mlaskały przejeżdżając po grząskich bajorkach. Las oddychał, pachniał świeżością i życiem, tętnił energią. Wszystko brzęczało, śpiewało, coś szeleściło, w oddali szumiał wiatr. Szumiał po polsku. Wbrew wszystkim i wszystkiemu nie chciał inaczej, tylko po polsku. Daleko w górze załomotał odrzutowiec, lecąc gdzieś na zachód, pewnie do Górnej Faktorii. Tak, na pewno. Wiozą broń dla Angoli... Agata pomyślała ze smutkiem o tacie, który umarł lata temu oddając się w usługi tym świniom zza Odry. Koloniści zabrali nam go, mnie i mamusi. Przysyłał paczki, a jak...miałyśmy pierwszeństwo w Komisjach Prewencji Zdrowotnej...ale jego nie było. Umarł. Dla nas umarł. Opony roweru zazgrzytały pewniej, gdy skończyły się kałuże, a droga trochę się wzniosła. Drobny żwir uciekał spod kół. Jechała w stronę ZeNBio - Das Zentrum der Nuklearbioenergie. Jechała lasem, starą drogą obozową. Nikt tutaj się nie zapuszczał. Miejscowi - bo ponoć straszyło. Bo die verlorene Geister rozszarpywały każdego, kto śmiałby tędy przejechać. Duchy tych, którzy zostali martwi - lub prawie martwi - porzuceni w lesie, w czasie wywózki do obozu, albo z niego. A Koloniści - cóż, mieli te swoje samoloty, śmigłowce, kolejkę - czemu mieliby chcieć włóczyć się po mokrych zaroślach. Na kolejkę albo samolot nie miała Agata szans. A w duchy nie wierzyła. Rozmięknięte błoto znów zamlaskało, wypełzając spomiędzy małych kamyków, którymi wysypano drogę. Dookoła las cicho wzdychał z każdym podmuchem wiatru. Było spokojnie. Gdyby nie odór, straszny zapach rozkładu, w ogóle by tego nie zauważyła. Ale smród był okropny. Oczywiście, ciągle jeszcze należało się liczyć z tego typu niespodziankami podróżują starą „Obozówką”. Rozgrzebane mogiły, rozkopane przez zwierzynę groby nie były tutaj czymś niecodziennym. Trzeba było mieć silne nerwy i mocno zaciskać nos, żeby niektórymi ścieżkami w pobliżu obozu przejść. Nawet teraz, gdy obóz stał zarośnięty i opuszczony, jego woń wciąż tutaj trwała. Ale teraz ten odór był inny. Był taki strasznie makabryczny, jakby ociekający strachem. Każda cząstka powietrza dotknięta tym zapachem, każdy atom wibrujący w przestrzeni wpadał w panikę, w szał przerażenia. Czujnym wzrokiem Agata omiotła okoliczne krzaki i drzewa. Ostrożnie położyła rower na żwirowej drodze i zeszła z nasypu. Nie wiedzieć czemu, spojrzała na podnóże grobli, gdzie co dziesięć metrów umieszczono rowy odwadniające. Ot, żeby szlak nie zapadł się w mokradle olchowych lasów. W betonowej rurze porośniętej zielonym szlamem grzyba coś bielało niewinnie. Podeszła bliżej, serce kołatało jej jak szalone, niemalże próbowało przebić mostek, wyrwać się na zewnątrz. Stała już na wprost szerokiej rury. Grzyb zwieszał się zielonymi girlandami z brzegu betonowego walca. Ostrożnie, żeby nie pochlapać się mazistą masą zarodników, odsunęła zmutowane grzybnie na bok. Takie betonożerne albo na przykład świecące niespodzianki biologiczne były na terenach takich jak te tutaj, gdzie w ziemi ciągle jeszcze zakopane były metalowe zbiorniki radioaktywnych odpadów, sporadycznie raczących otoczenie żółtą, lśniącą zupą. W ścieku leżał zwitek szmat. Ale gdyby to były szmaty - nie rozszerzyłyby tak oczu Agaty przerażeniem. Bo te tutaj miały twarz. Bez oczu, skrzywioną przerażeniem, karykaturalną i groteskową, z pustymi dziurami oczodołów obramowanych brwiami zrośniętymi nad nosem... Dziewczyna stała zmrożona przerażeniem, a pusta powłoka, zwiotczały strzęp skóry uparcie wwiercał nieistniejące spojrzenie w Agatę. W głowie, gdzieś w głębi czaszki uporczywie pulsowała irytująca tętnica. Serce trzepotało się spłoszone w piersi. Las cicho czekał za jej plecami. Z gąszczu wzbiła się w powietrze chmara ptaków. Ciasno związane, siwe włosy nie poruszyły się, gdy mała, zgarbiona staruszka zmaterializowała się za placami dziewczyny. Jej postać drgała, chwiała się i falowała jak obraz w źle ustawionym telewizorze. Jak niepewna fatamorgana w pustynnym pyle. Czarne szkła w okularach chłonęły każdy błysk światła. Były jak kosmos. Nie...one były kosmosem. -Kim...kim jesteś? - zapytała Dziewczyna, powoli odwracając głowę, patrząc badawczo na nieznajomą, sama zdziwiona ponurym tembrem swego głosu. Wciąż dygotała, nie mogła tego opanować. Całe otoczenia zastygło w makabrycznej bezczynności, zupełnie jakby ktoś wcisnął pauzę. -Pewnie...hmm...nie... - powiedziała kobieta, a jej usta wypowiadały słowa jakby z opóźnieniem. - Pewnie byś mnie nazwała czarownicą...tak sądzę. - ważyła każde słowo z precyzją złotnika odmierzającego uncje metalu. - Albo...konstruktorką. Takie usłyszałam kiedyś słowo. I ono było dobre...będzie? Jest? Usłyszałam je? Będę? -Czego chcesz? - zapytała sucho dziewczyna. W uszach krew szumiała, pchana przez kapilary przerażeniem. Skurczone ze strachu palce drżały. Czuła na sobie pusty wzrok trupa. Jeżeli można to było nazwać wzrokiem. -Odnajdziesz... --- wiatr zawył gdy staruszka wypowiedziała te słowa i znikła. Dokładnie tak, jak znika ulotna fatamorgana w pustynnym pyle. Zgarbiona postać rozpadła się w strzępach cienia zalegającego pod rozłożystą olchą. Czas ruszył z miejsca i nabierająca tempa rzeczywistość chlusnęła dziewczynie w twarz. Las szumiał. Na niebie płynęły czarne chmury, jeszcze sekundę wcześniej zamrożone w bezruchu. Zbliżała się burza. Potężna zawierucha, która nie pozostawia świata takim, jakim był przed nią. Zmięty strzęp ludzkiego ciała patrzył pustymi oczodołami. [*] Agata była roztrzęsiona. Ledwo trzymała kierownicę roweru, gdy zbliżała się do ściany powietrznej. Wysoki gwizd sprężonego powietrza, wyrzucanego pod górę pod ciśnieniem setek tysięcy atmosfer słychać było z daleka. Ale ona nie słyszała. Prowadziła rower przed sobą, idąc sztywno, bojąc się zrobić nieuważny krok albo spojrzeć nie tak jak trzeba. Strażnicy byli wszędzie. A to co zobaczyła, czego była świadkiem w zakazanych lasach ZeNBio, na pewno nie przysporzyło by jej miłych wspomnień. Więc tak szła, starając się ukryć i stłumić strach, przerażenie. Cumulonimbusy pieniły się wściekle na horyzoncie letniego nieba. Rozjarzały się co kilka sekund niebieskim światłem błyskawic. Grzmotów nie było jeszcze słychać. Globalne ocieplenie zrobiło z burz potwory pożerające wszystko na swojej drodze. Wysoka ściana powietrzna już wyrastała zza horyzontu. Wizg sprężonego powietrza słychać była dookoła, tłumił nawet najdonośniejsze odgłosy życia otaczającego i z wolna rzedniejącego lasu. Takie ściany budowano wszędzie, gdzie cywilizacji stykała się z dziką przyrodą. Po zakrojonej na szeroką skalę dezurbanizacji ziem Europy, pozostało kilkadziesiąt miast---kolosów. Prawdziwych potworów, betonowych placków wielkości dawnej Sycylii. Poza nimi nie było nic tylko nasadzona wszędzie, genetycznie napakowana puszcza. No i może nieliczne niewielkie miasta, takie jak Ahornwald, zbudowane w newralgicznych punktach, dające schronienie pracownikom. Paradoksalnie, chociaż mieszkańcy Ahornwaldu zdychali na raka płuc i pylicę, to dzięki tajnym kopalniom rud niklu miasto istniało. Żeby biologiczna zupa, upstrzona genetycznymi śmieciami, nie wlewała się każdym porem do miast, tych małych i tych gigantycznych, stanęły ściany. Skuteczne, znacznie szczelniejsze niż graniczne posterunki. Agata wracała właśnie do tej, tak znienawidzonej, cywilizacji. W wewnętrznej kieszeni kurtki wiozła cenny skarb. Częściowo z ciągle jeszcze obejmującego ją zimnymi mackami przerażenia, częściowo ze zdenerwowania, cała drżała. Modliła się w myślach zakazanymi słowami, żeby tylko nie zechcieli jej przeszukać. Żeby nie chcieli... Nie chcieli. Miała szczęście - posterunek dotknięty był jedyną już chyba społeczną ułomnością, której Kolonia nie wytępiła. Alkoholowym delirium. Strażnik wstał chwiejnie w wąskiej budce, spojrzał przez zbrojone szkło na dziewczynę, potem na rower, potem na dziewczynę. Chwilę ciężko myślał, potem ostrożnie manewrując ręką nacisnął przycisk otwierający śluzę. Agata przejechała przez huczący od opływającego powietrza tunel. Droga wiodła prosto, w kierunku święcącego kolosa zbudowanego u podnóża lasów, które niegdyś podobno rosły tutaj prawie wszędzie. Jechała do Ahornwaldu, a puste oczy trupa i nieobecny głos staruchy nie opuszczały jej myśli ani na chwilę. Odnajdziesz... [*] Miasto krzyczało. Jak zwykle o tej porze, nie zważając na nadchodzącą burzę. Wrzeszczało. Kolorem, mimo usilnych wysiłków władz nie dającym się stłumić. Hukiem maszyn, pracujących ku chwale Kolonii. Smrodem spalin. Stękaniem samochodów. Rykiem klaksonów. Miasto krzyczało i szamotało się na wszystkie strony, przykryte kołdrą smrodliwego smogu z niklowych hut. Agata szła ponuro ulicą w kierunku głównego placu. Wbijała wzrok w asfalt rozgrzany i miękki jak ciasto. Co jakiś czas przejeżdżający samochód zostawiał w nim płytką bruzdę. Wyrównywano je po wielu tygodniach, gdy koleiny były tak głębokie, że niechybnie każdy skręcał w nich kostkę. Kierowała się do Urzędu Kontroli Przemieszczania. Jeżeli nie zda przepustki, będzie miała problemy. Daleko w przedzie, za szarymi kikutami drzew miejskiego parku, błyszczało pole siłowe otaczające malutką dzielnicę rządową. Wysoka na kilkadziesiąt metrów wieża Prefekta Północnego Okręgu straszyła jak gigantyczna igła wbita w barwną, ruchliwą plamę miasta. Niklowe zagłębie było ważne, kluczowe dla gospodarki Kolonii, stąd zaszczyt posiadania swojego prefekta. Zawartość kieszeni - cel jej wyprawy do lasu - już dawno zostawiła w tajnej skrytce przy dworcu. W UKP i tak ją przeszukają. Skazali by ją na Karę Kodeksu za przemycanie czegoś z Otaczających Lasów. Skręciła w ulicę Drugą. Wysokie bloki mieszkalne - bardziej przypominające ponure baraki ustawione jeden na drugim - kończyły się po kilkudziesięciu metrach. Dalej stała już tylko pionowa, gładka jak płynny ołów ściana Budynku Urzędów. Urząd Kontroli Wywozu, Przemieszczania, Nadzoru Ideologicznego, Słusznej Kary, Języka i kilka innych właśnie tutaj miały swoje siedziby. Urząd Złodziei, Skurwysynów, Kłamców, Przekupnych Gnoi i Bełkotu, wyliczyła cicho Agata i sama zadrżała przed śmiałością swoich myśli. Odegnała te okropne hasła daleko, poza świadomość. Musiała być czysta, oni wszystko dostrzegą, wszędzie znajdą winę, wydłubią ją nawet z zakrętów świadomości. Głęboko odetchnęła. Podeszła do głównego wejścia. Czerwony laser zeskanował jej kod, wytatuowany na odsłoniętym nadgarstku. -Witaj obywatelko Petrus - sztucznie odezwał się syntezator mowy. - Masz trzy nieopłacone kredyty karne. Kolejno, gest trzeciego stopnia, gest trzeciego stopnia, zwłoka spłaty podatku. Przepustka kończy się za dwie godziny. Dziewczyna weszła powoli do ponurego wnętrza. Nienawidziła Urzędu. Czuła się tutaj jak w więzieniu. Z każdej ściany wystawały lasery skanujące i kamery rejestrujące każdy ruch. Tutaj nie była człowiekiem. Była seryjnym numerem przemieszczającym się z pokoju do pokoju. Kodem kreskowym. Rzędem czarnych linii odciśniętych na przegubie dłoni, niczym więcej. Zresztą w ciągu całego swojego życia niewiele było chwil, gdy tak naprawdę w pełni czuła się wolnym człowiekiem. Bardzo niewiele. Szła długi korytarzem w kierunku wielkiego atrium, wypełnionego gwarnym, szarym tłumem. Na środku stał wielki pomnik. "Ora et labora" głosił napis. A pod spodem mniejszymi literami "Arbeit gibt Freiheit". Ten drugi każdemu kojarzył się tylko z jednym. I to jedno zawsze wszystkich przerażało. Pochodzenie skojarzenia i groźba kary za samo myślenie w ten sposób. Wszystkim natychmiast od razu przychodziły na myśl obozy. Obozy formacyjne. Znaczy, hektarowe pola egzekucji. Unicestwiania. Degradacji człowieczeństwa. Całkowitego, zupełnego zniesienia wartości jaką człowiek jest. Jaką był. I jaką już nigdy nie będzie. Agata stała chwilę, patrząc na napis, słuchając szeptów ludzi, płaczu matek tracących synów, wrzasków więźniów politycznych prowadzonych na przesłuchania. Słuchała tego wszystkiego i drżała. Drżała z powodu trupa, którego widziała. Drżała z powodu strachu i przemęczenia. Drżała z obrzydzenia na myśl o rzeczywistości, o trwaniu w tym chorym miejscu, w tym absurdalnym miejscu czasu i przestrzeni. Ten budynek, dokładna kopia innych, stojących w stolicach innych Prefektur. Tak w sumie, Prefektura była fikcją. Wysoka iglica siedziby Prefekta była tylko przykrywką. W tych wysokich wieżowcach siedział, jak jakaś pieprzona, uśpiona księżniczka, klon Przewodnika. Klon takiego niemalże Boga na tej Ziemi. I on ową Prefekturą rządził, otrzymując polecenia od prawdziwego Przewodnika. Tak, że niemal klon Boga stawał się Bogiem. Oto moc człowieka! Kopiowanie ziemskiej boskości! Tak w sumie to cała ta rzeczywistość to było jedno wielkie udawanie. Kopiowanie jednych rzeczy gdzie indziej. Powielanie schematów. Schemat. To była idea wiodąca. Jeżeli coś wpasowywało się w jakiś schemat, jeżeli istniał wzór opisujący coś, zależność, z której można było przewidywać własności czegoś innego, to to coś było dobre. Bo widziano o tym wszystko. Bo schemat oznacza jednolitość. Jednolitość to brak wyjątków. Brak wybryków. To kontrola. Agata oderwała z trudem wzrok od pomnika. Od rozpostartych w szumie niewidzialnego wiatru, miedzianych skrzydeł Przewodnika, otaczających opieką każdego zbłąkanego. Czyli nikogo. Bo któż mógłby się błąkać w tak doskonałej rzeczywistości, tak przewidywalnej, o niemalże zerowej entropii? Minęła wielką statuę, weszła w przeciwległy korytarz. Odruchowo spoglądając na tablicę znalazła aktualne położenie Urzędu Kontroli Przemieszczania. Siedemnaste piętro, druga sekcja, szósty przedział. Wsiadła do windy i wybrała kod miejsca. Pamiętała dokładnie pierwszy raz w Urzędzie. Chwilę, gdy uświadomiono jej jego niezwykłe własności. Otóż Urząd nie był zwykłym budynkiem. Był strukturą. Takim żyjącym pałacem cudów. Jeśli społeczeństwo to równanie, Urząd był zmienną. Takim iksem rzeczywistości. Zmieniającym swą wartość aby umysł nie spał, aby nie zwalniał, aby nie ustawał w formacji. By równanie się nie zrównoważyło. Bo brak równowagi to też kontrola. Kontrola nad jej przywracaniem. Położenie każdego elementu w Urzędzie zmieniało się każdego dnia. Ci, którzy dostawali nocne przepustki, mogli czasami znaleźć się nocą pod ciemną taflą frontowej ściany urzędu, a wtedy słyszeli ten zgrzyt. Ten huk. Brzęczenie przemieszczających się komponent, przesuwających się boksów i pokoi. Cały gmach dygotał zmieniając się, by następnego dnia otworzyć swoje podwoje. Podwoje do nowego świata. Urząd miał być symbolem zmienności ludzkiego umysłu. Symbolem zmienności ludzkiego postrzegania. Stał się symbolem władzy doskonale przystosowującej się do zmian. Tłumiącej każdy przejaw samodzielności. Wolnej woli. Dobrowolności. Stał się pomnikiem zniewolenia. Tym boleśniejszym, że żywym, ruchliwym. Niemożliwym niemalże do zabicia. Jedynie piwnice, podziemne komnaty zawsze tkwiły zagłębione w czeluści ziemi, nigdy stamtąd nie wyjeżdżając, nigdy się nie przemieszczając. Wiele pięter pod ruchliwą, kolorową, rozwrzeszczaną i brudną ulicą. Bo wrzaski torturowanych, krzyki tych, z których ciał niemalże wywlekano duszę nie mogły zakłócać perfekcyjnego życia metropolii. Nie mogły zagłuszać ekspedientki wydzielającej kartofle pomarszczonej staruszce, która już wie, że nie starczy jej kwitów na jedzenie na ten miesiąc. Urzędnika zdzierającego ostatnie pieniądze z głodującej rodziny. Łagodnego głosu recytującego Kodeks przez głośniki umieszczone niemalże wszędzie. Przecież to nie byłoby...ludzkie! Nie byłoby to normalne słyszeć w codziennym zgiełku wrzask maltretowanych ciał. Zgrzyt zdzieranych gardeł. Zawodzących w piekle na Ziemi, wyjących o ból, o zwykły, normalny, kojący ból. To byłoby z całą pewnością nieludzkie... Stalowe ściany kabiny lekko dygotały gdy przemieszczała się w trzewiach wielkiego molocha. W wielkim lustrze Agata widziała swoje odbicie. Żałosny cień młodej dziewczyny, twarz przezroczysta, jakby utkana z siwej mgły. Wodniste oczy. Wiedziała, że to była ona, ale jednocześnie nie rozpoznawała siebie. Nie potrafiła oderwać oczu od tej obcej siebie. Winda stanęła z cichym sykiem. Zainstalowany w niej głośnik właśnie zaczynał recytować kolejny rozdział Kodeksu. "O Bezgranicznym Szacunku dla Przewodnika". Wyszła z windy z obrzydzeniem, z trudem kryjąc niechęć na sam dźwięk tych słów. Korytarz rozciągający się przed nią był długi i jasny. Rozświetlony setką lekko brzęczących świetlówek. Czysty i sterylny, pozbawiony wszelkich znamion prywatności, przytulności. Zimny jak śmierć, jak tunel w rozstępującym się morzu rtęci. To był jeden z elementów taktyki - świetlane więzienia. Otaczanie człowieka zakamarkami rozświetlonymi, odsłoniętymi, wydartymi z mroku. Nie pozwalającymi na ukrycie się, na schowanie skrzywionego wyrazu twarzy, na ukradkowe poirytowanie, na potajemne złorzeczenie. Zresztą istota tak doskonała jak członek idealnego społeczeństwa nie potrzebuje ukrycia, bo niczego się nie obawia. Kroki Agaty odbijały się od pustych, szarych ścian pociągłym echem. Mijała szereg pomieszczeń oznaczonych kolejnymi numerami. Wreszcie minęła czarną szóstkę wymalowaną na ścianie. Stanęła przed metalowym skrzydłem drzwi z numerem 1675. Nawet nie pukała. To jest Urząd - tutaj jesteś poddawany działalności urzędników. Tutaj się nie puka - już samo wejście do Urzędu oznacza groteskowe "puk puk". Gotowość na podjęcie formalności. Na zmierzenie się z urzędowym subiektywizmem. Weszła bez wahania. -Chciałam zwrócić przepustkę. - rzuciła od progu, gdy tylko drzwi za nią się zamknęły. Kodeks: "Załatwiaj wszystko przy zamkniętych drzwiach". Ot, taka parodia prywatności. - Przepustka numer dwieście trzydzieści. -Pani Kod. - wyrzuciła z siebie urzędniczka tak bezosobowo jak nawet inteligentna lodówka by nie potrafiła. Wzięła od dziewczyny plastikowy prostokąt i wsunęła w szczelinę w ścianie. - Potwierdzenie. - powiedziała po chwili obojętnie. Jej nastawienie oscylowało dość ciasno wokół emocjonalnego pH 7. Agata posłusznie spojrzała na niebieską kropkę na ścianie. Czytnik siatkówki. - To wszystko, obywatelko Petrus. Nagle komputer zapiszczał niepokojąco. Na tafli ekranu wyskoczyło kilka okienek. Agata nie dostrzegła, co wyświetlały. Ale już poczuła gdzieś pod mostkiem to znajome ukłucie zwierzęcego strachu. Tego, który się czuje, gdy ukradkiem się przeżegnasz i odwracając się stajesz twarzą w twarz z Porządkowym. Urzędniczka nerwowo manipulowała okienkami na displayu, próbując dociec przyczyny alarmu. Drgała jej brew. -Konieczność zgłoszenia się w skrzydle szesnastym. - powiedziała niespodziewanie, zaszczycając Agatę spojrzeniem. W martwych źrenicach tańczyły lekko widoczne, niebieskie iskierki. Jak u każdego składaka. - Wydział Kontroli Zdrowia -Dobrze, zrobię to natychmiast. - odruchowo odpowiedziała Agata. Podświadomość podsunęła jej tą odpowiedź jeszcze zanim pomyślała. Tak odpowiadało się urzędnikom, jeśli chciało się załatwić daną rzecz samemu, a nie będąc wleczonym przez "obsługę" na docelowe miejsce. - Gdzie mam się udać? - spytała trochę bardziej przytomnie. -Sekcja szesnasta. Poziom minus trzy. - wyrecytował składak monotonnie, modulowaną mantrą formalizmu. Agatę zmroziło. Poziom minus trzy, dwa poziomy nad kazamatami. Znaczy, siedzibą Urzędu Pozyskiwania Informacji, poprawiła się w myślach. Podświadomie czuła, że coś będzie, lub już jest nie tak. I bynajmniej jej to nie cieszyło. [*] Winda na poziom minus trzy jechała niemiłosiernie długo. Po drodze dosiadł się tłusty staruch. Miał brudne paznokcie, śmierdział acetonem i formaliną. Z kieszeni białego kitla wystawał mu oftalmoskop. Wysiadł na poziomie zerowym. Widna pojechała dalej w dół, temperatura wyraźnie spadła. Na najniższych poziomach panował nieprzyjemny chłód. Na szczęście, dzięki Miłosiernemu, nie miała okazji tam być. I bardzo wierzyła, że nigdy takiej okazji mieć nie będzie. Poziom minus trzy nie różnił się niczym od innych. Ten sam zimny, jałowy korytarz. Te same ściany, drzwi z numerami. Tylko było chłodniej. I buczenie podziemnego reaktora miejskiego było tu donośniejsze. Na sektor szesnasty wpadła zupełnie przypadkowo. Ot, po prostu weszła do pomieszczenia, które zdawało się być kolejnym elementem korytarza i już wyskoczył na nią jakiś facet, już ktoś na nią napadł. Kaskada głosów, poklepywanie po plecach, uprzejme dłonie próbujące ją usadzić na krześle przy stalowym, bezwzględnym biurku. Ciągłe "Czekaliśmy na Panią", "Nie jest dobrze, pani Petrus", "No teraz to pani już przesadziła". A Agata siedziała oszołomiona naprzeciwko biurka, zdezorientowana, jak łowna zwierzyna zagoniona przez ogary w zakątek bez ucieczki. Jakiś bardziej normalny urzędnik uciszył jednym gestem dłoni ten zgiełk. Usiadł przy biurku i jednym szybkim ruchem wydobył z szuflady plik papierów, opieczętowanych niebieskimi stemplami, przewiązanych sznurkiem. Powoli rozwiązał pakunek, rozdzielił papiery na kilka kupek. Większość była pokryta czarnymi tabelkami, wykresami. Na niektórych widniały czerwone adnotacje. -Pani Petrus. - powiedział powoli urzędnik, zerkając to na Agatę, to na papiery. - Jak pani widzi, coś tu nie gra. Krótko mówiąc, od pewnego czasu ilekroć korzysta pani z przepustki, nasze identyfikatory biochemiczne notują wzrost stężenia jednego i tego samego związku. Digitalina. Wiem, że pani matka jest chora. - powiedział nagle łagodniej. Po chwili jednak ton głosu nabrał poprzedniej twardości. - Ale dobrze pani wie, że przemycanie z Otaczających Lasów czegokolwiek jest przestępstwem. Czy zdaje sobie pani, jakie zagrożenie sprowadza pani na miasto? Na ten pozostający w subtelnej, precyzyjnie utrzymywanej równowadze ekosystem? Jedna taka roślina, jeden ekspansywny gatunek może to wszystko obrócić wniwecz. -Ale...ja naprawdę -Proszę pozwolić mi dokończyć. - uciął urzędnik. - Zdaję sobie sprawę z trudnej sytuacji pani matki. Ale proszę zdać się na naszą medycynę. Zaprzestanie pani zbioru nielegalnych gatunków spoza Ściany. - powiedział trochę głośniej, jakby ogłaszał wyrok. - Wszystkie dziś zebrane okazy Digitalis purpurea proszę złożyć w najbliższej niszczarni. Brak potwierdzenia uznam za umyślne złamanie drugiej dyrektywy Kodeksu o posłuszeństwie wobec Urzędu. Zostaje pani zawieszona w prawie przepustki na okres trzech miesięcy bez możliwości odwołania. Przyjmij orzeczenie Urzędu obywatelko, jako logiczną konsekwencję stojącego w jawnej sprzeczności z Kodeksem postępowania. - urzędnik zakończył monolog i odszedł od biurka, zostawiając rozrzucone papiery na blacie. Szara pieczęć Urzędu przybita na każdym zwitku drążyła nieznośnie mózg Agaty. Dwie mrówki sunące po wstędze Möbiusa - symbol Urzędu. Powoli wstała, lekko się zatoczywszy. Nie do końca dotarło do niej to, co się stało. Jedyne, co teraz kołatało się w jej myśli to jaskrawo rozświetlone słowa. Matka. Choroba. Bezradność. Nienawiść. Desperacja. To był właśnie jeden z efektów ubocznych życia w doskonałym społeczeństwie. Irracjonalny strach przed formułowanie pełnych myśli, przed obnażaniem swoich własnych obaw i pragnień w zaciszu swego własnego ego. Przyspieszyła kroku, zostawiając za sobą mlaskające trzaskanie mijanych drzwi. Numery sektorów, przedziałów, pokoi - wszystko zlewało się w czarno - srebrną kakofonię szalonego wrzasku. To wrzeszczały ściany, wrzeszczał urząd, wrzeszczała rzeczywistość. To był wrzask samego sedna. Sedna bezsensu, sedna bezradności. Ten wrzask ogłuszał Agatę. Wybiegła w miasto, czując na sobie dotyk ochroniarzy, którzy ją przeszukiwali przy wyjściu. Dygotała z wściekłości i bezradności. Z nieba spuszczały się kurtyny wody, czarne chmury toczyły przed sobą szaloną nawałnicę. Zygzaki błyskawic szatkowały niebo na kawałeczki. Zdawało się, że cięte błyskami szklane sklepienie zaraz posypie się deszczem odłamków. W tym deszczu, w strugach letniej ulewy biegła Agata. Nie patrzyła na mijane wystawy, na ludzi chroniących się w sklepach, na żelazną bryłę hali widowiskowej, zasypującą przestrzeń hologramami Przewodnika. Biegła przed siebie i tylko jej usta poruszały się w tym biegu zastygłego w wściekłości ciała. Cicha inkantacja. Zaklęcie nienawiści. Na chwilę deszcz ścichł, a ci, którzy nieśmiało wyszli na ulicę, mogli zobaczyć przemoczoną dziewczynę, wściekłą i zrozpaczoną. Mokre włosy lepiły się do twarzy, skrzywionej grymasem jak morda nienawidzącej Erynii. I tylko usta się poruszały niemo. Biegła w kierunku Starego Podłęża. Do Fausta.

III

Milczące bloki, stare, sprzed kilkudziesięciu lat, stały na obrzeżach Starego Podłęża. Były jak strażnicy z wyłupionymi oczami - szare giganty, odarte ze skóry, pozbawione wnętrzności. Wybite okna cicho skrzypiały na ledwo uchwytnym wietrze. Olbrzymy skazane na powolne umieranie w kurzu i zgiełku świata. Agata szła przed siebie na oślep, jedynie chyba jakaś podświadoma siła prowadziła ją ciągle dalej i dalej, w kierunku serca osiedla. Siedemnaście wielkich iglic - nowoczesnych wieżowców mieszkalnych - strzelało tam w niebo. Szkło i stal. Przezroczyste klatki, zero prywatności. Co przezorniejsi zaopatrywali się w lniane zasłony - udrapowane płachty zwisały wzdłuż szklanych tafli boksów ustawionych jeden nad drugim. Na takie zasłony mogli sobie pozwolić tylko dobrze sytuowani, z kontaktami. Tylko takich stać było na załatwienie pozwolenia na jawne naruszenie zasady Kodeksu. A ten mówił: "Nie musisz się kryć. A jeśli musisz - jesteś przestępcą." Faust miał zasłony. Grubo plecione, ciężkie, pachnące tkalnią kotary, wiszące w każdym wielkim przeszklonym oknie. Ostre w dotyku, surowe i ciepłe zarazem. Przejście przez bramki wejściowe jak zwykle pozostawiło nieprzyjemny dotyk męskich łap. Cholerne składaki - przeszukują cię niby tak bezosobowo, niby tak oficjalnie, a czujesz się, jakby przeszukiwali twoje bebechy. To przez ich oczy. Dziwne, wytatuowane tęczówki. I mglisty wzrok, w którym widać gigabajty danych przepływających przez ich mózgi. Agata zostawiła bramkę za sobą i skierowała się do trzeciej iglicy. Poznała Fausta przypadkowo. Miała kiedyś okazję wziąć udział w bankiecie Departamentu Skarbu. Niepowtarzalną okazję. I jak każdą niepowtarzalną okazję, i tą wykorzystała, świadoma, że nigdy drugiej nie będzie. Wszystko dzięki jej tatusiowi - chciał się wykpić, chciał przekupić głupim zaproszeniem. Załatwił wejściówkę na bankiet. Agata ubrała się w najlepsze co miała w szafie. I poszła. Z zamiarem wrócenia najedzoną i zadowoloną. Wróciła ze spłonionymi policzkami. Bo spotkała Fausta. Miał wszystko. Przystojny. Bogaty. I co najważniejsze - zwrócił na nią uwagę. Na dobrą sprawę bardzo się sobie dziwiła. Zawsze czuła nieodpartą nienawiść do wszystkich rządowców, zawsze obrzydzał ją ich tryb życia. Społeczeństwo było nękane, tłamszone, zastraszane, terroryzowane, upodlane. Ludzi bito, głodzono, więziono, upokarzano. Na ludziach się testowało, eksperymentowało, wypróbowywało. Ale rządowcy to byli nadludzie. Po praniu mózgu, które nazywali szkoleniem wstępnym, pławili się w luksusie, używali przywilejów, rozkoszowali się władzą, pieniędzmi. Prawie państwo w państwie, ustrój w ustroju - tylko że ustrój pozorny, wirtualny. Bo wyprani z poglądów nie byli zdolni do buntu. Bo surogat wolności i swobody, jakim ich odurzano, krępował ich ułomne pojmowanie świata. A jak ktoś się wychylił? Cóż... Trafiał, przy odrobinie szczęścia, albo dzięki czyjejś protekcji, z powrotem do tej upodlonej społeczności, do ludzi będących szlamem tego świata, szlamem brudzącym lśniący monolit absolutnej władzy Kolonii. Ale szlamem niezbędnym - bo czymże byłby ów lśniący połysk, gdyby nie brud owo lśnienie uzmysławiający? Przy braku szczęścia, względnie niewystarczającej protekcji trafiało się w jedno miejsce. Trupiarnia. Dlatego tak ich nienawidziła, szydziła z nich w myślach, wyśmiewała ich pokraczność. I dlatego tak bardzo sobie samej się dziwiła. Zaczęła przyjeżdżać do jego mieszkania. Rozmawiali, śmiali się. Aż do tamtego wieczora. Kochali się. Dziko i zapamiętale, niwecząc cały wysiłek, jaki w wychowanie Agaty włożyła gorliwa lektorka Kodeksu w szkole elementarnej, za nic mając wszelkie ideały skromności, czystości, abstynencji, rozwleczone w Kodeksie na kilkuset stronach w formie niemalże kaznodziejskich peanów na cześć celibatu. On dawał jej wszystko co mógł. Ona to brała i oddawała po stokroć. Wtedy, w skotłowanej pościeli, w parnym powietrzu pachnącym potem i wanilią, wtedy się tego dowiedziała. Chciała widzieć co robi, co na co dzień wyczynia jej książę z bajki. Był wahrheiterem. Czymś jak składak, ale nie do końca składakiem. Normalnym człowiekiem z jednym malutkim wszczepem pod przysadką, wytrenowanym psychicznie, wykorzystującym zawirowania pola elektromagnetycznego wokół głowy do odczytywania cieni myśli. Do śledzenia, do wydawania zdrajców w ręce władz. Tak jak dziś Agata szła automatycznie do Fausta, tak wtedy powoli, metodycznie jak zombi odchodziła od jego wieżowca. Tłumaczył się, zarzekał, że rzuci pracę. Kochała go, ale nie potrafiłaby być ze zdrajcą, choćby takim, który tego nienawidzi, który taką robotą pogardza. Nie umiałaby zostać z kimś, kogo słowo skazało na męki w obozach setki

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych