Wróć do katalogu

I właśnie dlatego

Próba mikrofonu

worek kości, opublikowano , 26 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

-...i właśnie dlatego, rozumiesz, Piotrek? Rozumiesz? -Słucham? -Jezu...z tobą to jak z małym dzieckiem... -Przepraszam...Zamyśliłem się. Może pani powtórzyć? -Lepiej zamyślaj się nad tym, że jeżeli nie będziesz... To będziesz w niebędzie, niebytem-sznytem. Jak mnie nie będzie to będę w urzędzie, składał podanie o pranie i sranie. Boskie skaranie, zasługujesz na lanie za życia olanie, w nagrodę cię czeka przedmiotu oblanie, oj tak la la la, titiriti, u-ha! -Co ci tak wesoło? Jeszcze będziesz się śmiał baranim głosem. -Nie...to raczej taki nerwowy grymas. -Nie opieraj się o ławkę. Z tych ocen ma ci wypadać? -Chciałem jeszcze odpowiedzieć z historii... -Sama zadecyduje, z czego cię będę pytać, chociaż nie wiem czy to coś da? Zobacz, jeden stopień, drugi stopień, trzeci stopień...Ze średniej to nie bardzo wynika...

W klasie pociemniało. Nad szkołą zebrały się chmury burzowe. Deszcz jest tylko kwestią czasu. Dzieci biegają, dorośli chodzą, psy robią na trawnik. Narrator jest wszechwiedzący. Wie, jaki jest sens życia i co was czeka po śmierci. Jest mistrzem tej gry.

-No dobrze, powiedz mi...-Żeby to nie był angielski, tylko nie angielski-...Bo nie wiem czy wiecie, że generał Malinowski, który notabene był nekrofilem i odprawił stosunek seksualny z większością królów Polski...-Nie angielski, nie angielski, nie angielski-...Znał doskonale język angielski?- Aaaa! Koszmar na jawie!- What is your name, Peter? -Słucham? -Eanglish! Speak Eanglish! Please! -My name... have... nie...did, was, were…Ja wiem, pani profesor… -Idź stąd! Normalnie chorzy ludzie! Nie mamy, o czym więcej rozmawiać! Kolory trochę zbladły. Jarzeniówki powodują łzawienie. Za plecami słychać jeszcze komentarze pierwszych ławek. Pocieszające kpiny. Czuję się skrzywdzony i jest mi żal. Wracam na swoje miejsce stawiając kroki i mrugając oczami. Jakiś wiersz cyniczny, albo maz demoniczny. Otwieram i kartkuję, szukam wolnych stron. -Co tam?- Cz. -...No, co tam..?- Gdzie?! Gdzie?! -...Wczoraj byłem, zrobiłem, zjebało się, obczajasz?- Tik tak... tik tak.. tik tak...- Obczajasz? -Nom, lipa, nie? -Hyyyyy...co tam? -Mój pies... -Co z nim? -Zdechł. -Hyyyyy...tak? -Normalnie, wstał, ziewnął i zdechł. -Gram przez neta w gry. -W co teraz? -Teraz w to, bo w tamto już nie, ale może jeszcze będę. Chwila wyczekującego milczenia. Jeszcze jedna chwila, oj tak, oj tak, ciężka sprawa, itd. Czy mam gdzieś napisane, że potrzebuje towarzystwa, że jestem śmietniczką na śmieciowe zwroty, co słychać, jak leci, co powiesz, co tam, jak tam, gdzie tam... Podrapał się w szyję, wstał i odleciał. W przejściu między ławkami miną się z O., który mrucząc chodził i mlaskał. Mmmmm...Cz., Hyyyyy...O.

Klasa jest jednolitą formą. Jednostki połączyły się w zbiory, jak wymieszane kawałki plasteliny. Ciężko rozróżnić poszczególne kolory, gdy się obserwuje z odległości. Te same gatunki tworzą własne ekosystemy. Folwark zwierzęcy. Ogród zoologiczny. Sala podzielona na sektory. Z tyłu rośnie drzewo dla człowiekowatych. Stamtąd przylatują kokosy i banany odprowadzane salwami śmiechu. Środek, to zagródki dla kóz i owiec. Zakolczykowane, z dzwoneczkami pod szyją, skubią papier i gładzą sierść. Odgłosy wsi, zapachy laboratoriów. Pomiędzy, przycupnęły rzadkie gatunki. Mamut, o nienawistnym spojrzeniu, nietoperz wiszący obojętnie na opak, leniwiec, papuga, żaba i chomik. Z boku popiskują myszki i szczurki, a na grzędach gdaczą kury. Czuję się jak wysłannik programu przyrodniczego, chociaż wiem, że i mnie można gdzieś zakwalifikować. Książe ciemności, demon zniszczenia, wysłannik piekieł, daj mi teraz marzyć daj... Czekam na dzwonek jak na zbawienie. Czasem modlę się o dzwonek, Panie Boże spraw żeby dzwonek, będę lepszym człowiekiem i zacznę chodzić do kościoła, tylko spraw żeby dzwonek. I dzwonek dzwoni a ja zapominam o obietnicach pakując zeszyty i książki. Pierwszy wyskakuje na korytarz, a tam tłum. Mieszany i zróżnicowany. Wielopłciowy i wielobarwny. I wnikam z impetem, byle szybko od ścisku, od wrzawy, od smrodu, wymijam, szturcham, uważaj!, o Jezu!, przepraszam!, i ściana i schody i w lewo i prosto, i noga i łokieć i głowa i ręka i ucho i szyja i plecy i dupa i dupa i dupa i sala - ławka - krzesło i siedzę...

Siedzę, i nie wiem czy siedzę tak jak należy, czy naturalnie, czy teatralnie. Przerwa trwa, ja się wiercę, garbię, opieram łokcie o blat, prostuję, noga na nogę, nogi wyprostowane, ręce skrzyżowane, a co ze wzrokiem? Jak mam witać wchodzących do klasy, przyjaźnie czy pogardliwie? Uśmiechać się czy wzgardzać? Miłość czy nienawiść? Zobojętnienie, złoty środek, po równo dla każdego. Więc czekam, a hałas przerwy ciągle dudni. Wchodzi Ł. Stoi przez chwilę wahając się, rozważając coś w sobie... -Koniec alienacji!- wesoło, przyjaźnie, przełamując lody pakując się w moje towarzystwo, z pełnią życia, z garściami szczęścia, z brakiem podręcznika- Masz książkę? Prezentuję bezgłośnie posiadany elementarz. Wypada powiedzieć jeszcze jakąś bzdurę, najlepiej śmieszną: - Wczoraj widziałem przedśmiertne drgawki potrąconej przez samochód staruszki. -Sssy sssy sssy... -Zebrał się tłum gapiów... -Sssy...I ktoś wrzucił między nich granat?! Sssy Sssy... -Nie...tylko się patrzyli... Siedzę przy oknie i obserwuję zachmurzone niebo. Zerwał się wiatr, a oderwana gałąź przygniotła jakieś dziecko. Zagrzmiało i zaczął padać deszcz. Sala się wypełnia uczniami. Najpierw wchodzą pojedynczo, w milczeniu, niektórzy skarżą, że burza, że zmokną, nie mają biletu, nie mają domu. Następnie grupa na obcasach, w landrynkach i pastelach, żując gumy w równym tempie, trochę nerwowo. Później, nasi dzielni chłopcy, zwycięscy w konfrontacji z matematykiem w toalecie, zjednoczeni, w oparach swojego ducha, z okrzykami i pieśnią na ustach, zajmują bezpieczne pozycje na palmach i bananowcach. Na końcu wchodzą niewierząca, Jezu, można powiedzieć, że jestem poganką, ale szanuję papieża, papież jest fajny, oraz nadwierząca, która od nadmiaru roślin sama zamieniła się w drzewo i teraz swoją koroną zdziera farbę ze ścian. Szuranie krzesłami, szeleszczenie, chodzenie, wstawanie, siadanie, smarkanie, rozmawianie i dzwonek na lekcje. Robi się cicho i strasznie, ale na krótko, bo znowu szuranie, smarkanie, siorbanie...zgrzyt w klamce...napięcie...to pawian się spóźnił, więc ulga i krzyki, i śmiechy... -Zaczęła się już lekcja.- nauczyciel, profesorka, nagła śmierć, zaniemówienie-Co mamy na dzisiaj? Gdzie jest twój zeszyt?..że co? Pies ci na niego nasikał? Masz mądrego psa, w sumie mu się nie dziwię.- na razie nikt się nie uśmiecha, trwa wyczuwanie intencji.-A!.. dzisiaj bierzemy wierszyki. Poezja pana Rysia spod budki z piwem, spisana przez panią Zdzisię z czwartego piętra. Kto tu umie czytać? Masz...czytaj, ale głośno.- Ktoś z końca, szuka odpowiedniej strony albo dopiero pożycza od kogoś podręcznik. Czyta, a głos jego zachrypnięty, w rytmie lojalnego fana hiphopu, wydobywa się ze zniszczonego gardła. Za oknem błyska. Huk grzmotu niesie się echem nad miastem. Czerwona łuna świadczy o pożarze jakiegoś budynku. Ktoś wzywa pomocy. Zamykam okno, bo zrobiło się zimno. Słyszę nieśmiałe podziękowanie od zmarzniętej koleżanki z przodu. Nie słuchałem wiersza, dzisiaj nie będę aktywny. -O czym mówi podmiot liryczny?- Pytanie rzucone w próżnię, deszcz stuka o parapet.- Posłuchajcie, najebany idę przez ciemną ulicę, potykam się o krawężnik i wpierdalam się w śmietnik, co chce nam przekazać? -...że totalitarny system...zniewolenie... -Tobie wszystko się kojarzy z komunizmem, Cz.? -To może, że życie jest pełne pułapek, rzuca nam kłody pod nogi, nie wiem...-Teraz ja próbuję swoich sił. -Czy, aby na pewno? A tak naprawdę? -Forma...-W. trzeci raz z rzędu popisuje się znajomością jednego wyrazu. -Oj, chyba nie. Wpierdalam się w śmietnik, a później jest...rzygam na swoje spodnie... -To jest infantylne?..-Teraz Ł., bardzo sprytnie, uniwersalnie... -Miałeś bardzo nieciekawe dzieciństwo Ł., skoro masz takie skojarzenia.-Pudło, profesorka do tego poszła jeszcze w upokorzenie. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta. Deszcz nasilił bombardowanie na szyby i parapety, wiatr wyrywa drzewa z korzeniami. Na dworze rozległo się stłumione wycie syren. Nerwowe wyczekiwanie. Tylko deszcz i wiatr. Nagle trzask i gasną światła. Drgnąłem. Właściwie wszyscy podskoczyli w miejscu. -Uuuu...ale ciemno...-Szturcham Ł. On odpłaca się tym samym, może trochę za bardzo... -Kontynuujemy lekcję po ciemku, i tak niczego godnego zapisania jeszcze nie ustaliliśmy. E., a tobie jak się wydaje? -Ja naprawdę nie wiem pani profesor... -Boję się ciemności- J. jak zwykle zwraca na siebie uwagę w idiotyczny sposób. Tym razem nie ma jednak salwy śmiechu, ponieważ wszyscy czują się nieciekawie. E. bezceremonialnie: -Mogą cię zgwałcić!- Na zewnątrz znowu zagrzmiało. Nikt się nie odzywa, da się odczuć ogólne przygnębienie. Burza odcisnęła na nas swoje piętno. -Muszę wyjść. Wracam za pięć minut. Siedzieć cicho.- Profesorka zamknęła za sobą drzwi. W pogrążonej w mroku klasie odeszła wszystkim ochota na rozmowy. Zaczęły przychodzić mi do głowy dziwne myśli. Myśli o końcu. Myśli o śmierci. Wydawało mi się, że jakiś cień posępnie sunie między ławkami. Niektórzy, wsłuchani w odgłosy burzy zaczęli zapadać w sen, a może to tylko złudzenie. Poczułem się strasznie samotny. Kwiaty paproci na parapecie. Coś mi szeptało do ucha, że to już ostatni dzień, ostatnia chwila straconego czasu, że już nie będę miał drugiej szansy. Wewnętrzny głos jęczał w spazmach żalu. Domagał się, błagał abym zebrał się na odwagę, abym przyznał się do samego siebie i wyznał wszystko zanim zachłysnę się łzami... Tymczasem burza rozszalała się na dobre. Rozbłyski gromów rozświetlały kopułę gęsto zachmurzonego nieba. Gdyby ktoś teraz spojrzał w górę ujrzałby wszechogarniające oblicze Stwórcy, który przypomniał sobie o swoim Dziele, i postanowił dokonać inspekcji. Pozostawieni samym sobie nie spodziewaliśmy się, że Sąd dokona się właśnie dzisiaj. Podczas gdy pogrążeni byliśmy w swoich smutnych refleksjach, przedzierając się przez rozmiękczoną ziemię, umarli zaczęli powstawać z grobów...

-Ciężka masa, co?- Orangutan zaszczycił mnie swoim współczuciem pełnym empatycznego patosu –Żyj trochę. -Burza...- Zabulgotałem -...Zbiera krwawe żniwo... Magiczny nastrój wytworzony w klasie zaczął rozpadać się na kawałki. Granatowa płachta ciszy i ciemności, jednocząca nas, wiążąca we wspólnej apatii, rozdarła się w atmosferze szeptów. Ze smutkiem obserwowałem jak niesamowitość wywołana przez deszcz i wiatr na zewnątrz okazuje się tylko złudzeniem. Zniekształceni, zdeformowani w mrocznej klasie poszczególni uczniowie, jeden po drugim zaczęli wynurzać znad ławek swe głowy... -Film ci się zjebał, Piotrek, o czym ty mówisz? -Mówię, że... uuaach...- przeciągłe ziewnięcie świadczące o zmęczeniu, usprawiedliwiające popełnioną gafę, uspokajające rozmówcę, normalizujące dziwność sytuacji...-... ale pogoda... -No, bez kitu... – Nadął policzki i profilaktycznie odskoczył saltem do tyłu wyczuwając instynktownie odmienność, z którą zbyt długi kontakt zagroziłby jego pozycji w stadzie. Odprowadzałem go wzrokiem dopóki nie wsiąknął w szarą masę swojego społeczeństwa.

Niewolnicy narzuconego sobie stylu. Walczą z systemem ograniczającym ich wolność, tworząc jeszcze bardziej surowe zasady. Nowe religie. Nowy folklor. Każda grupa ma własna tradycję, mundury, pieśni i hymny czczące zmarłych idoli, oraz rygorystyczne kodeksy honorowe. Wyznawcy kroczący tą samą drogą, zbici w ciasną gromadę zaczynają powoli zlewać się w jedną całość. Zakapturzone postacie w obwisłych strojach łączą się w jeden organizm, asymilując przy okazji otaczającą ich materię, chodnik, ławki i barierki wraz z żywopłotem. Po drugiej stronie ulicy równie bezpłodna masa, czarny glut złożony z naszywek i łańcuchów bezskutecznie gwałci śmietnik. Przemykam cicho, główny bohater, obserwując te ciekawe zjawiska, atomy tworzące pierwiastki, kultury bakterii tworzące pleśń. Zastanawiam się, czy gdy po skończonej kopulacji, taki pulsujący twór zacznie odrzucać zrośnięte wcześniej ciała i dzielić pomiędzy nie, zjednoczoną przedtem świadomość, każda powłoka odzyskuje własną osobowość, czy jest to całkowicie przypadkowe. Uśmiecham się mimowolnie na myśl, że poszczególne jednostki nie rozróżniają siebie od innych, i po zakończeniu bezowocnej orgii, obdarzone nowym ciałem wracają do nowych domów i nowych rodzin.

W szkole nie ma prądu. Gęste chmury całkowicie pozbawiły świat widziany przez okno dostępu do słonecznych promieni. W sali jest ciemno i zimno. Gwar rozmów tłumi odgłosy z zewnątrz. Tylko błyski gromów coraz częściej rozświetlają nasze twarze...

Gwar rozmów. Jak oddać dokładne brzmienie gwaru? Hałas. Wszyscy coś mówią, ale nikt nie hałasuje dla hałasu. Pojedyncze wypowiedzi składają się na bełkot, uporządkowane wiązki logicznych zdań puszczane ze wszystkich stron tworzą gwar. Pulsujący, wzbierający, zapadający się w sobie i rozrastający się pomiędzy ścianami klasy. Bijące serce. Szum płynącej krwi w tętnicach. Organizm…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych