Inferno nuovo
Trochę straszno, bardziej śmieszno
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Inferno nuovo
Tej nocy obudziłem się z poczuciem niezwykłej lekkości, tak jakbym unosił się w powietrzu… Obróciłem się na brzuch i otworzyłem oczy. Rzeczywiście unosiłem się pod sufitem swojego pokoju. Dostrzegłem leżącą na łóżku postać. Przyjrzałem się bliżej. To przecież ja! Zaraz, zaraz… Jeśli tamto na dole – to ja, to kim JA jestem. A jeśli JA jestem ja, to kim jest ten ktoś na dole? Dziwna sprawa… Wygląda na to, że jest mnie dwóch, ale przecież nigdy nie było mnie dwóch. Chciałem się podrapać po głowie, lecz stwierdziłem, że nie mam się podrapać czym, ani po czym. Wtedy, jak grom z jasnego nieba dotarła do mnie prawda. UMARŁEM!. To na dole to moje ciało, a ja jestem duchem. Duchem!? Zatrzęsło mną ze strachu. Od dziecka potwornie bałem się duchów. Szybko jednak doszedłem do siebie. Niby czego mam się bać? Samego siebie? Paranoja. Ciekawe też, dlaczego na mnie padło… Zawsze zdrowy jak ryba, a jeśli kiedykolwiek chorowałem, to z przepicia. Tryb życia to w ogóle prowadziłem niezbyt higieniczny, ale żeby tak ni stąd, ni zowąd… Moje rozmyślania przerwał jakiś dziwny dźwięk. Dzwon? Nie, nie dzwon. Ale jednak dzwoniący. Kojarzył mi się z moimi pobytami na wsi. Tak, to jest dźwięk studziennego łańcucha. Ale przecież tutaj nie ma żadnej studni. Pokój zwolna zaczęło wypełniać dziwne światło, które zaczęło formować tunel. Naczytałem się o takich sprawach, więc wiedziałem, że muszę podążyć nim. Ale… Coś nie tak… Tunel ma być ciemny, a na jego końcu powinno być światełko, a tu jest na odwrót. Albo ci wszyscy, którzy gadali o życiu po życiu zmyślali, albo… O, nie! Mam to w dupie! Nie idę! Jednakże jakaś siła zmusiła mnie, bym wstąpił w jasność. Zacząłem się poruszać – zrazu wolno, potem coraz szybciej, aż w końcu z zawrotną prędkością zbliżałem się do ciemnego punktu na końcu świetlistego szlaku. Gdzie tu jest hamulec? – pomyślałem. A poduszki powietrzne? Okazało się, iż te wszystkie urządzenia nie są potrzebne, zacząłem bowiem zwalniać, aż zatrzymałem się przed rozsypującą się ze starości drewnianą bramą, nad którą mrugał wielki neon
LASCIATE OGNI SPERANZA VOI CH’ENTRATE.
Może trochę przekręciłem, ale niektóre litery nie świeciły. Co to może znaczyć? Łaciate ognie… nie, liściate ognie. Aha! Liściaste ognie. Znaczy się, palą ogień z drewna drzew liściastych. A dalej… szperanka… szperaczka. Nie, to chyba szperka, czyli słonina, albo boczek. Na tym ogniu pieką boczek. Mniam! Voi… voi. Może wio!? Entrate, to jak enter w komputerze. Czyli: wejdź, a przypieczemy ci boczek na ogniu z drzewa liściastego. Fajnie. Czuję głód – przecież nie zdążyłem zjeść śniadania. Zastukałem w bramę. Nic. Zastukałem mocniej. Nadal nic. Zacząłem pięściami walić z całej siły i krzyczeć, by mi otworzono. Na koniec, ktoś od-chylił nieco jedną, źle przymocowaną deskę. – Czego!? – warknął. – Jak to czego? Otwórz! – Po kiego diabła żeś tu przylazł? – Wyglądasz na debila i gadasz jak debil. Nie przylazłem, tylko jakaś wasza diabelska poczta mnie tu przysłała. Ja się wcale nie wpraszałem, ale teraz ten tunel, którym przybyłem zniknął. – No, dobra, – uchylił jedno skrzydło bramy – właź! Gdy tylko przekroczyłem piekielną bramę, podeszło do mnie dwóch podobnych do siebie, jak dwie krople wody diabłów. Różnili się tylko strojami – jeden miał na głowie czapkę „krakuskę” i tradycyjne, krakowskie spodnie, drugi zaś – cylinder i porcięta w łowickie pasy. Diabły – bliźniaki… Bracia Kaczkowscy? Bracia Gołodupce? Widać diabły potrafią czytać w myślach, jeden z nich odezwał się bowiem: – Rokita i Boruta, do usług. Chwycili mnie pod ramiona i zaczęli gdzieś prowadzić. – Gdzież to mnie prowadzicie, panowie? – No, patrz – Boruta zwrócił się do Rokity (a może na odwrót) – wygląda na inteligenta, a głupi jak anioł. Na sąd, baranie. {i}Ten baran, to niby mam być ja…{/i} – Ja baran? Coś mi się zdaje, że to nie ja mam baranie rogi, tylko wy – zakute łby. Wkurzyli się. Jeden z nich (Boruta, lub Rokita) przywalił mi w szczenę, a drugi (Rokita, albo Boruta) dał kopa w klejnoty. Poczułem ból. Skoro mnie boli, to chyba jednak nie umarłem. Nic już nie rozumiem…Kiedy jednak opuściłem wzrok i dojrzałem kopytka, w miejscu moich stóp – pojąłem. Ale nie ma tego złego, co nie wyszłoby na dobre – przynajmniej pozbyłem się grzybicy paznokci. No tak, powoli zamieniam się w diabła. Powlekli mnie dalej, aż doszliśmy do jakiejś wielkiej, jakby fabrycznej hali. – Co to za budynek? – Nie widzisz, że hala? To znaczy – gmach sądu. – Widzę, ale chodzi mi o to, że odnoszę wrażenie, jakbym go już gdzieś wcześniej widział. – Patrzajcie diabły! – zaśmiał się Boruta – On ma jeszcze jakieś resztki świadomości. To była jedna z hal w hucie Lenina. – To skąd się tu wzięła? – Huta Lenina, to byłpiekielny wynalazek, więc jej miejsce jest w piekle. Wciągnęli mnie do środka i zamknęli w klatce. Zająłem miejsce na ławie, a moi „diabły stróże” zasiedli po bokach. Po chwili do ławki znajdującej się przed klatką podszedł jakiś diabeł, o dostojnym wyglądzie, wsunął pomiędzy pręty klatki swą szponiastą łapę i rzekł: – Jestem Benignus Asheroth – advocatus diaboli. Będę pańskim obrońcą z urzędu. Dodam nieskromnie, iż najlepszym – jedynym zresztą obrońcą w piekle. Podałem mu rękę. – Miło poznać, mecenasie. Skoro jest pan jedynym obrońcą, to jak pan sobie radzi z całą zgrają dusz potępionych, które niewątpliwie tutaj trafiają. Przecież to musi zajmować sporo czasu? – I tak, i nie. Czas jest relatywny. To, co pozornie zdaje się trwać długo, jest w stosunku do wieczności tylko mgnieniem oka. – Rozumiem – odrzekłem, choć, prawdę mówiąc miałem taki mętlik w głowie, że nic nie rozumiałem. Asheroth zajął miejsce na swojej ławie i zaczął przeglądać stertę papierów leżącą na stole, ja zaś rozejrzałem się wokół. Hala wypełniona była diabłami i diablicami. Te ostatnie różniły się od samców tym, że nie miały rogów. Niektóre unosiły w górę transparenty z napisami o różnej treści. Jedne głosiły, że zasługuję na dno piekieł, inne, bym się stąd wynosił, a jedna mała, dosyć urocza diabliczka nieśmiało podtrzymywała w rękach klubowy szalik z napisem: LESZEK JEDYNYM PRAWDZIWYM MĘŻCZYZNĄ W PIEKLE!!! Nie udało mi się z oddali rozpoznać barw klubowych, ale wyglądało to na szalik „DOTYŁU” Kacze Dupy. Dotknąłem ramienia Asherotha. Odwrócił się ku mnie. – Tak? – Jakie mamy szanse, panie mecenasie? – Prawdę mówiąc, nieduże. Oskarżycielem w pańskiej sprawie jest Konstantin Siemionowicz Rudkin. Z tym draniem ciężko jest wygrać. – Co to za jeden? – Mówię przecież. Oskarżyciel Publiczny. – To już wiem. Ale kim był kiedyś, kiedy jeszcze…no… – …kiedy jeszcze żył? Był prawą ręką i lewa dupą towarzysza Lenina. Skład sędziowski też nie jest dla pana optymalnie dobrany: sędzią głównym jest rehabilitowana doktor bezprawia – Ailatan, profesor cyrografii praktycznej Uniwersytetu imienia Belzebuba w Damaszku. Sędziami liniowymi są: magister sztuk tajemnych J.J Kohl, oraz Robertus Cannibalus – mistrz sztuk katowskich, a zarazem były rektor Akademii Katowskiej w Bieczu. Delegatem – obserwatorem (z doradczym prawem głosu) z ramienia PFSO jest Wielki Akwizytor, Ramon d’Aquilaporta-Elpeer. – A co to takiego, to PFSO? – Piekielna Federacja Sądów Ostatecznych. W wolnej chwili poinformuję pana o składzie przyzby krzywoprzysięgłych, ale i tu nie ma powodu do zadowolenia. – Dziękuję. Wlał pan we mnie trochę otuchy. Serdeczne dzięki – ironizowałem. – Niech pan nie wpada jednak w minorowy nastrój. Przyjmujemy następującą linię obrony: zwalamy wszystko na błędy pańskiego katolickiego wychowania. Jest pan katolikiem? – Tak, jakby. Trochę... – Dobrze. Znajomości pacierza sprawdzać nie będą. – No, to mi ulżyło. Naszą rozmowę przerwał głośny okrzyk jakiegoś obwiesia w mundurze SS-mana. – Na pyski! Jego Wysokość Arcyksiążę Piekieł – Lucyfer. Cały motłoch, z moim adwokatem włącznie padł na twarze. Ja usiłując się pochylić walnąłem czołem w pręty mojej klatki, aż poczułem, że zaczynają mi rosnąć rogi, więc się na powrót wyprostowałem. Uchyliła się klapa w podłodze podestu znajdującego się po przeciwległej stronie hali i z otworu, na ruchomej platformie zaczęła się wysuwać budząca grozę postać Księcia Ciemności. Nie wiem, czy tu, u nich właśnie nadchodziła zima, czy wiosna, ale nawet z tej odległości zauważyłem, że linieje. Ale, może – po prostu ze starości... Powoli przeszedł kilka kroków i zajął miejsce na przeznaczonym dlań tronie. Zgromadzeni podnieśli się i chórem wyskandowali: Antychrist bless the Prince. Ja natomiast postanowiłem pójść na całość – i, kiedy umilkł gwar diabelskich głosów zawołałem: – Cześć Lucek! Jak się masz? Lucyfer zazgrzytał zębami, zaryczał straszliwie i wyrwawszy widły z rąk jednego z gwardzistów (jak potem się dowiedziałem – szwabskich) cisnął nimi w moją stronę. Widły w jakiś niepojęty sposób prześliznęły się pomiędzy prętami klatki, chybiły jednak celu, strąciając jedynie cylinder z głowy jednego z bliźniaków. Dojrzałem na niej dodatkową parę – dla odmiany – jelenich rogów. Gawiedź wybuchła gromkim śmiechem, a ja nie mogłem sobie darować odrobiny szyderstwa i, trącając go w bok, rzekłem: – Ty, jednojajowiec! Te rogi, to jeszcze z ziemi, czy dopiero tutaj przyprawiła ci je twoja ukochana? – Czekaj no ty! Tylko wyjdziemy z sądu, to tak ci dam popalić, że mnie na całą wieczność zapamiętasz. – Nie strasz. Przy twoim ptasim móżdżku, za pięć minut zapomnisz o wszystkim. A propos, masz może co zapalić? Pogrzebał w kieszeni portek i wyjął z niej duże pudło pełne skrętów. – Masz, jaraj. Może ci zaszkodzą... – Zaszkodzą? – zarechotałem. – Przez całe życie mi nie szkodziły, a teraz, gdy już nie żyję miałyby mi zaszkodzić. Puknij się w ten swój pusty łeb, to może kolejna para rogów ci wyrośnie. Zwróciłem teraz wzrok w kierunku, stołu, za którym zasiadał skład sędziowski. Środkowe miejsce zajmowała diablica ze szczątkowymi śladami przekwitłej przed setkami lat urody. Na oczach miała dwie pary okularów, a z jej szyi zwisał łańcuch, jakim zwykło się przywiązywać krowy. Na końcu łańcucha był przymocowany, wykonany z jakiegoś dziwnego lśniącego luminescencyjnym światłem, przypominającym blask starego, czarno – białego telewizora wisior, w kształcie pentagramu. Na głowie miała spiczasty kapelusz czarownic, przyozdobiony cekinami, sowim piórem, oraz rozpostartymi skrzydłami nietoperza. Między zębami trzymała wielką fajkę, kopcąc z niej niemiłosiernie. Aż na mój koniec sali dochodził smród marychy. Jej dwaj pomagierzy wyglądali, jakby dopiero co wyleźli ze śmietników, w których poszukiwali czegoś mocno nadpsutego do zeżarcia. Asheroth objaśnił mnie szeptem, że mały, to J.J.Kohl, a wielki – Robertus Cannibalus. Spojrzałem jeszcze w kierunku oskarżyciela – elegancki wymuskany, pod krawacikiem, ale w jego ślepiach dostrzegłem błyskawice, mordę zaś wykrzywiał ironiczny uśmiech – o ile ten grymas w ogóle możnaby określić mianem uśmiechu. Chyba jako jedyny spośród obecnych na sali nic nie palił, co chwilę natomiast demonstracyjnie rozpylał z ciśnieniowego pojemnika wokół siebie chmurkę jakiejś substancji. – Odświeżacz powietrza o zapachu krowiego łajna – zwrócił się do mnie Asheroth. Sędzina uderzyła młotem w stół. – Zamknąć mordy! Głos ma prokurator. Rudkin wstał ze swojego miejsca, wysmarkał się na podłogę i rozpoczął swoją przemowę: – Pierdolony trybunale i ty, ochujała przyzbo krzywoprzysięgłych... W oczach sędziów, oraz dwunastu gniewnych diabłów dostrzegłem wyraz uznania. – No widzi pan – zwrócił się do mnie Asheroth – od razu uzyskał przewagę. Trudno mi będzie wymyślić bardziej efektowne wejście. Może pan ma jakiś pomysł? – Coś pokombinuję. – ...celem niniejszego posiedzenia trybunału – kontynuował oskarżyciel – jest osądzenie i skazanie tego marnego oszusta, którego widzicie siedzącego w naszym Homoo... Przestałem słuchać. Zacząłem analizować całe swoje życie. Jaki właściwie byłem? Na co swoim postępowaniem zasłużyłem? Z za-myślenia wyrwał mnie głos Asherotha. – Człowieku, ważą się twoje losy, a ty śpisz!? – Nie, nie śpię, tylko rozmyślam. – Wychodzi pan za kaucją. – Kaucja? Ale ja przecież nie mam ani grosza. – Nie ma sprawy. Założę za ciebie – nieoczekiwanie przeszedł na „ty”. – Dużo? – Milion hellarów, to w przeliczeniu na ziemskie pieniądze, około sześćset sześćdziesiąt sześć tysięcy dolarów amerykańskich. – To kupa forsy! Skąd pan weźmie tyle kasy? – Człowieku, czy ty masz pojęcie ilu fałszerzy siedzi u nas? Z nudów, nieustannie produkują fałszywki w dowolnej walucie. – I co, sąd przyjmie kaucję w lewej forsie? – Oczywiście, że przyjmie. Tutaj wszystko jest diabła warte. Nabierałem coraz większego szacunku do tego człowieka. Tfu... – diabła. – Przepraszam, panie mecenasie. Gdzie pan studiował prawo, jeśli wolno mi zapytać? – W Uniwersytecie imienia Zaułka Łgarza. – Nie słyszałem, ale to chyba musi być piekielnie dobra uczelnia... – Najlepsza. – Padać na pyski! – rozległ się głos woźnego – Jego Wysokość Arcyksiążę Piekieł wychodzi. Rytuał z początku rozprawy powtórzył się, tyle że w odwrotnej kolejności. Ja jednak postanowiłem się nie podporządkować. – Do zoba, Lucek! Tym razem się nie zdenerwował, a nawet uniósł nieznacznie lewą rękę na pożegnanie, czego oczywiście wszystkie diabły trzymające mordy przytulone do posadzki nie mogły zauważyć. Po chwili sala zaczęła się opróżniać. Mój adwokat chwycił teczkę. – No to nara, panie Leszku – wrócił do formy „pan”. – Zaraz, zaraz. Mówił pan, że wychodzę za kaucją! – Niech pan nie będzie taki w gorącej smole kąpany. Muszę najpierw wpłacić kaucję. Za jakąś godzinkę będzie pan wolny. – No to w porządku. Czekam. Rzeczywiście, po mniej więcej godzinie Asheroth przyszedł z nadzorcą, który otworzył klatkę, wypuszczając z niej mnie, wraz z Borutą i Rokitą. Moi diabli – stróże pożegnali się dosyć serdecznie, życząc pomyślności. A nie mówiłem, że szybko zapomną? – Panie Leszku – powiedział Asheroth – ma pan tutaj adres hotelu i trochę gotówki. Jutro o dziesiątej proszę przyjść na dalszy ciąg rozprawy. Będzie pan siedział obok mnie. Wręczył mi zwitek banknotów i chciał odejść. Aha, niech pan koniecznie kupi jakieś ubranie – przecież nie będzie pan przez cały proces występował w piżamie. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie jestem odpowiednio ubrany. Całe szczęście, że nie sypiam nago... – Fałszywe? – zapytałem, trzymając w garści pieniądze. – Coś pan? Tam fałszywek nie biorą. – Dziękuję, panie mecenasie. Będę pana dozgonnym dłużnikiem. – Dozgonnym?... – uśmiechnął się jakoś dziwnie i odszedł. Wyszedłem przed halę sądu. Przed bramą stał jakiś diabeł w mundurze, więc zapytałem go o drogę do hotelu. – Zapomniałem – odrzekł. – Ale mogę sobie przypomnieć... – spojrzał na mnie wyczekująco. – Ile kosztuje twoja pamięć? – Jak od ciebie... – otaksował mnie spojrzeniem – pięć hellarów. Wręczyłem mu piątaka, po czym uzyskałem dokładną informację, jak mam tam trafić. Udałem się więc we wskazanym kierunku i po chwili znalazłem się na ruchliwej ulicy. Kręciło się na niej mnóstwo diabłów i diablic – wszyscy pijani, lub na chaju. Awantury i bijatyki trwały na każdym prawie rogu. Wtedy ujrzałem tych dwoje: stali trzymając się za ręce i wymieniając pocałunki. Nagle rozległ się głos syreny i po chwili do kochanków podjechała cysterna z migającymi na czerwono kogutami. Z kabiny wyskoczyło trzech mundurowych, w pasiastych krawatach Samoochrony, którzy natychmiast spałowali zakochaną parkę, po czym wrzucili ich do cysterny. Jeden z łapsów podszedł do mnie. – Dokumenty! – Nie mam. – A, to w porządku. – Jak to, w porządku? – zdziwiłem się. – A gdybym miał dokumenty, to nie byłoby w porządku? – Widać, że jesteś tu nowy. Oczywiście, że nie. Tutaj nikt nie ma dokumentów. Tylko szpiedzy stamtąd – wskazał kciukiem w górę – mają. Fałszywe, oczywiście. Czyli ktoś, kto ma dokumenty jest szpiegiem. – Jak to, szpiegują was? Po jakiego czorta? – No, wiesz, tam bez przerwy wybuchają jakieś rebelie. Anioły ciągle narzekają na nudy i na nienadążanie za trendami mody. Wkurza ich ponadto nieustanne śpiewanie, granie na harfie, a brzmiący cymbał doprowadza ich do anielskiej białej gorączki. Ich szefostwo postanowiło przeprowadzić gruntowną modernizację systemu, ale nie potrafią nic wymyślić, usiłują więc wykraść nasze know-how. Pełno tych szpiegów teraz odsiaduje w naszych więzieniach. I, wyobraź sobie, nawet specjalnie nie narzekają. No, to trzymaj się. Życzę ci przesranej nocy. Załapałem styl i odrzekłem. – Ciebie niech też szlag trafi, głupi popierdoleńcu. Samoochroniarz zasalutował i wsiadł do szoferki. Cysterna odjechała, a ja zacząłem rozglądać się za jakimś sklepem. Nie musiałem szukać zbyt długo. Po przejściu kilkudziesięciu zaledwie metrów, Ujrzałem neon: SZ_ATY. Wszedłem do wnętrza i miałem ochotę uciec z niego jak najszybciej z powodu zaduchu, ale sprzedawca zagrodził mi drogę do wyjścia, rozejrzałem się więc się wokół. Na wbitych w ściany gwoździach, na porozwieszanych we wszystkich kierunkach sznurach, lub po prostu, na podłodze wisiały, lub leżały niezliczone sztuki wszelkiej maści, fasonu i rozmiaru garderoby. Widząc te ciuchy zapytałem diabła – sprzedawcę. – Jaja sobie z klientów robicie? Neon nad wejściem obiecuje szaty, a co oferujecie? Sprzedawca ujął w rękę kij od szczotki, wychylił się na zewnątrz i postukał nim w reklamę. Neon przygasł na moment. Gdy rozbłysnął na nowo, można było odczytać słowo „SZMATY”. – Przepraszam – rzekł sprzedawca – on często robi takie kawały, ale stali bywalcy mają to gdzieś, a pan, widzę – nowy w tej okolicy. Czym mogę służyć? – Muszę kupić coś do ubrania. Najchętniej jakiś garnitur, kilka koszul, no i dżinsy. Sprzedawca wyłożył na ladę całe naręcza rzeczy. Koszule, na oko były dobre, wziąłem więc do przymierzalni tylko jakieś dżinsy i dwa garnitury. Zasunąłem za sobą zasłonkę i zacząłem wkładać spodnie. Jakoś tak dziwnie mi się je zakładało, a kiedy już je ubrałem do końca stwierdziłem, iż z przodu nienaturalnie odstają, w tyle zaś są jakby zbyt wąskie. Przywołałem sprzedawcę. – O co chodzi? – zapytał, lecz spojrzawszy na mnie, nie czekając na odpowiedź roześmiał się na całe gardło. – Co cię, do diabła, tak śmieszy!? – Szanowny pan założył tyłem do przodu. – Jak to? Przecież rozporek jest z przodu. – Ha, ha, ha. Rozporek z przodu – a którędy moglibyśmy wówczas wystawiać ogon? – No, niby tak, ale ja nie mam ogona, a rozporek służy do czegoś innego. – Do czegóż to ma służyć rozporek? – Jak to, do czego? Do sikania. – A, po co? Nie można sikać po nogach? Wszyscy tak robimy i jest dobrze. Chcąc, nie chcąc założyłem spodnie na sposób diabelski. Okazało się, że leżą znakomicie. No cóż, sikał będę na sposób damski i po sprawie. Garnitur też leżał całkiem nieźle, a sprzedawca, dodał mi dwa gratisy w postaci t-shirtów z nadrukami. Na jednej: J. D. GERENATKA MUSI ODEJŚĆ, a na drugiej: NIECH ŻYJE J. D.GERENATKA. Cena jaką mi podał wydała mi się dość przystępną, ale i tak udało mi się wytargować trzydzieści hellarów. Ze sklepu wyszedłem w dżinsach i podkoszulku, a garnitur i piżamę włożyłem do reklamówki. Zapytałem jeszcze, gdzie mógłbym kupić buty. Sprzedawca spojrzał na mnie jakoś dziwnie i powiedział: – Pójdzie pan w prawo, na drugiej przecznicy skręci w lewo, na ulicę Pacanowską i w trzeciej kamienicy po prawej stronie przejdzie pan przez sklepioną bramę na podwórze. Tam znajdzie pan to, czego potrzebuje. Podziękowałem i opuściłem sklep. Jak zdążyłem się zorientować, tutaj nawet w ciągu dnia panuje półmrok, a teraz zapadła całkowita ciemność, rozjaśniana przez nieliczne latarnie, oraz płonące na ulicy koksiaki i metalowe beczki po olejach. Poszedłem zgodnie ze wskazówkami sprzedawcy i znalazłem się na podworcu. Na jednej ze ścian widniał wielki szyld: „BLACKSMITH & HARDWARESTORE – McUSHINSKY”. Natychmiast dopadły mnie dwa obnażone do pasa diabły i zaprowadziły do pomieszczenia, które okazało się być kuźnią. Zanim zdążyłem zaprotestować, zostałem podkuty. Po uiszczeniu zapłaty udałem się do hotelu. Z daleka dojrzałem neon: „ HOTEL POD UPADŁYM ANIOŁEM”. Widoczne z bliska liszaje na tynku i powybijane szyby w oknach świadczyły niezbicie, że sam hotel też jest „upadły”. Cóż jednak miałem czynić? Szukać Ritza? Wszedłem do holu. Za kontuarem recepcji stał stary, chudy diabeł z chytrymi oczkami. Na przyczepionym do kamizelki identyfikatorze przeczytałem: Starszy Recepcjonista J.U. d’Ash. Szlachcic – pomyślałem, a wygląda jak ostatni oprych. – Dobry wieczór. Chciałem wynająć pokój. – Na długo? – Na razie na jedną noc. – Z klimatyzacją, czy bez? – Z klimatyzacją. – Trzydzieści. Z góry. Wyciągnąłem z kieszeni banknot stuhellarowy. – Mowy nie ma. Przyjmuję tylko w brzęczącej monecie. Wysupłałem z kieszeni garść monet. Szybko odliczył trzydzieści hellarów, po czym wręczył mi klucz. – Trzynastka. Pierwsze piętro, po lewej. Wspiąłem się po trzeszczących schodach na piętro i odszukałem swój pokój. Gdy otworzyłem drzwi, w pierwszym odruchu chciałem uciec, ale w końcu przekroczyłem próg. Nie będę szczegółowo opisywał tej nory, ale skojarzyłem ją z kubrykiem na czternastowiecznym statku. Poszukałem ręką włącznika i zapaliłem zwisającą na kablu żarówkę. Rzuciłem zakupy na wyro i zacząłem bezskuteczne poszukiwania klimatyzacji. Zszedłem więc do recepcji i wyskoczyłem z mordą na d’Asha. Recepcjonista zaklął szpetnie i udał się ze mną na górę. Gdy weszliśmy razem do pokoju warknął: – Jak to nie ma? A to co? – wskazał łapą na pozbawione szyb okno. – To jest klimatyzacja? To jak wygląda pokój bez niej? Skinął na mnie i opuściliśmy pokój. Zaprowadził mnie do jakiegoś innego i otworzył drzwi. Bijący z wnętrza zaduch, niemal mnie zabił.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil To_Ya
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…