Interior
Morderczy wyścig przez pustynię. Zmaganie głównego bohatera nie tylko z trudami wyścigu, ale ze swoimi słabościami i przerośniętym ego. Największą przeszkodą do zwycięstwa okazuje się niebanalna dziewczyna.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Interior
Całą noc nie zmrużyłem oka, zastanawiając się, czy aby na pewno wszystko mam spakowane. Perspektywa przebycia prawie dwóch tysięcy kilometrów przez pustynię z rzadką opcją tankowania i zerową opcją dokupienia tego, czego nagle zabraknie lub się zapomniało, nagle jawi się niczym plan na pewną porażkę. Rok planowania i przekonywania samego siebie, czy to wszystko w ogóle ma sens, miał mi zapewnić pewność, że jestem w stu procentach przygotowany i przekonany do swojej szansy na sukces, a teraz na kilka godzin przed startem, zamiast łapać każdą godzinę snu, toczę nocną potyczkę z wątpliwościami, które obsiadły mnie jak muchy gówno i za nic nie mogę ich przegonić. Do punktu startowego dotarłem spóźniony, bo świt przyniósł mi krótki, choć głęboki sen, bardzo odporny na wezwania budzika. Dopiero scena, w której mój jeep zapada się do połowy w jakiejś błotnistej mazi, postawiła mnie zlanego potem na nogi. Piach, który czułem pod powiekami, był idealną zapowiedzią pustynnej scenerii, w której niedługo miałem się znaleźć. Ostatni podpis na umowie udziału w imprezie sportowej, którym zrzekam się pretensji do jakiejkolwiek pomocy na trasie i biorę pełną odpowiedzialność za swój los, ostatecznie uwolnił mnie od rozważań, czy aby nie powinienem się jeszcze wycofać. Wygram ten wyścig i wreszcie dostanę to, na co od dawna zasługuję: uznanie. Nagroda najmniej mnie interesuje, bo pieniędzy mam pod dostatkiem, ale wreszcie zostanę zapamiętany i należycie uhonorowany. Przestaną o mnie mówić: „dorobkiewicz”, czy „synek znanego tatusia”, będę ZWYCIĘZCĄ. Wychodzę z niewielkiej kanciapy, bo trudno nazwać budynkiem kilka wiórowych płyt, zbitych ze sobą naprędce. Zanurzam się w tłum podobnych do mnie szaleńców i ich pojazdów. Jesteśmy niczym wybryk natury: stado składające się wyłącznie z samotnych wilków. Rozmowy toczone są szeptem, jak przed jakimś nabożeństwem. Prawie każdy robi coś przy swoim pojeździe lub sprawdza broń. Wolałem nikomu zbyt długo się nie przyglądać, za to ciekawiły mnie auta. Były tu chyba wszystkie liczące się marki samochodów terenowych, doposażone w co się dało, żeby zyskać przewagę na trudnej trasie. Kątem oka zauważyłem wysoką blondynkę, grzebiącą pod maską swojej toyoty. Pewnie uzupełniała płyn do spryskiwaczy, bo co innego mogła niby robić? Widziałem wcześniej kilka kobiet przygotowujących się do wyścigu, ale większość wyglądała jak babo-chłopy. Można założyć, że są tu też jakieś ładne dziewczyny, ale ta jest zdecydowanie inna. Nie pasuje do tego miejsca. Mój pojazd stał jakieś dwadzieścia metrów od niej, więc mogłem jej się bezkarnie przyglądać. Gęste, długie włosy uplotła w gruby warkocz. Za każdym razem, gdy schylała się pod maskę samochodu, niesfornie spływał po jej drobnym, ale zgrabnym biuście, niczym górski potok wśród wzniesień. Właśnie taki typ urody lubię najbardziej: delikatne rysy i wysportowana sylwetka. Tylko po co taka dziewczyna pcha się do typowo męskiej rywalizacji? Pewnie liczy na to, że w razie kłopotów, jej uroda zapewni jej męskie wsparcie. To, że wpadnie w kłopoty, jest tak samo pewne, jak to, że nikt jej nie pomoże. Stawka jest zbyt wysoka, a reguły gry twarde. Ciekawe skąd jest? Z tej odległości nie mogłem odczytać numeru rejestracyjnego. Za to jej samochód, zupełnie irracjonalnie budził mój niepokój. Może dlatego, że też początkowo chciałem wybrać land cruisera? Ma renomę auta nie do zdarcia, na każdy teren i pogodę. Ostatecznie mój przyjaciel Kazik, spec od terenowych aut, przekonał mnie do zakupu dwuletniego, grafitowego wranglera z wbudowaną wyciągarką i dodatkowo wzmocnionym zawieszeniem. Oba auta mają podobną pojemność silnika, ale jeepy ma większą moc, co powinno zapewnić lepsze osiągi. Auto testowałem cały rok w najgorszych z możliwych terenów i za każdym razem był niezawodny. Toyota blondynki miała ceglastoczerwony kolor. Szminkę mogła sobie taką wybrać, ale auto? Nie zauważyłem wbudowanej wyciągarki, co oznaczało, że zabrała przenośną, która według mnie może sobie nie poradzić z dwutonowym autem i dodatkowo niepotrzebnie zajmuje miejsce w bagażniku. Moje rozważania przerwał wzmożony ruch, kierowcy wsiadali do samochodów i kierowali swoje pojazdy w stronę wysokiej, zadaszonej bramy. Tak naprawdę jest to urządzenie skanujące samochód pod kątem wyposażenia i bagażu oraz notujące co do sekundy moment startu, który nie odbywa się jednocześnie, tylko w kilkunastominutowych odstępach. W aucie może znajdować się dowolna ilość broni i nie ma ograniczeń, co do jej rodzaju, można zabrać działko laserowe, karabin maszynowy, ale równie dobrze łuk i strzały. Zabronione jest jakiekolwiek urządzenie zapewniające łączność ze światem. Każdy jest zdany tylko na siebie, a jedynym, dozwolonym przyrządem, bez którego niemożliwe jest przemieszczanie się w tym praktycznie niezbadanym terenie, jest nawigacja satelitarna. Na jej ekranie nie wyświetla się jednak tradycyjna mapa z jakimikolwiek punktami orientacyjnymi. Śledzisz tylko ciągłą linię, która prowadzi od startu do mety. Nie ma oznaczonych zapadlisk, sezonowych bagnisk, czy torujących drogę stad zwierząt. Żadnych podpowiedzi lektora, co do dróg alternatywnych, bo ich po prostu nie ma. Lektora zresztą też nie. Interior to nazwa jednocześnie wyścigu i terenów, po których się odbywa. Wiedzie przez niezaludnione, podzwrotnikowe obszary niewielkiego kontynentu i jest jedynym na świecie tego rodzaju wielowymiarowym testem wytrzymałości auta i człowieka. Liczy się w nim nie tylko kondycja fizyczna, nerwy ze stali, ale i odporność na samotność. Zwłaszcza, gdy brakuje snu. Przejechanie niespełna dwóch tysięcy kilometrów nie jest niczym szczególnym, jednak przebycie tego dystansu z najwyższą możliwą prędkością po czymś, co trudno nazwać drogą, w zupełnie nieznanym i nieprzewidywalnym terenie jest zgodą na balansowanie na granicy życia i śmierci, wielkim testem wytrzymałości dwóch maszyn: tej zbudowanej z tkanek i narządów oraz tej mechanicznej, tak samo zawodnej. Na trasie może zdarzyć się wszystko, a nie można liczyć na nikogo. Nie ma żadnych kategorii ze względu na rodzaj pojazdu, wiek czy płeć. Jest tylko jeden zwycięzca i jedna nagroda – milion dolarów amerykańskich lub jego równowartość w euro. Organizator w żaden sposób nie angażuje się w pomoc rannym, czy zabranie z trasy i oddanie rodzinom zwłok zawodników. Bliscy tych pechowców muszą później na własną rękę organizować misje ratunkowe, które najczęściej zamieniają się w pełnowartościowe posiłki dla wygłodniałych drapieżców. Wydawałoby się, że wszystko to powinno odstraszać od udziału w tak ryzykownej grze, z tak niewielką szansą na nagrodę. Jednak wbrew logice z roku na rok śmiałków jest coraz więcej, bo w większości przypadków to nie pieniądze są lepem, do którego lgną, tylko sława. Cały wyścig jest relacjonowany na żywo z dronów i helikopterów, które towarzyszą rajdowcom non stop, nawet przy najtrudniejszych warunkach pogodowych. Stojący przede mną srebrny land rover defender ruszył z miejsca. Czas na mnie – pomyślałem i odpaliłem silnik. Uwielbiam ten dźwięk. Za każdym razem brzmi jak zapowiedź nowego wyzwania i melodia wolności. Po przejechaniu punktu startowego od razu dodałem gazu. Plan był prosty, przynajmniej na początku: jechać z maksymalną możliwą prędkością, tak długo, jak tylko warunki na trasie na to pozwolą. Pędziłem prawie sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę w chmurze piachu, którą wznieciło kilkaset aut. Widoczność była prawie zerowa, ale i tak zauważyłem, że w ciągu niespełna godziny krajobraz zmienił się nie do poznania. Zieleń stopniowo ustępowała brązom i brudnej czerwieni z każdym przejechanym kilometrem. Miejsce okazałych drzew i krzewów zastąpiły rachityczne krzewinki rozrzucone pojedynczo na coraz bardziej piaszczysto – skalistym terenie. Drobny żwir pod kołami zamienił się w ostre kamienie, które coraz uważniej trzeba było omijać. Już na dziewięćdziesiątym kilometrze minąłem leżące na boku suzuki, chyba samurai, nie miałem czasu dobrze się przyjrzeć. Co wyrzuciło je z drogi? Zastanawiałem się przez dłuższy czas, bo oprócz coraz głębszych nierówności i co jakiś czas wystających skał, niczego innego nie zauważyłem. No cóż, jeden przeciwnik mniej – pomyślałem i sięgnąłem po napój izotoniczny z solidną porcją kofeiny. Tylko przez kilka sekund trzymałem kierownicę jedną ręką i właśnie w tym momencie jak spod ziemi wyrosła przede mną … krowa?! Nie miałem czasu ani na zdziwienie, ani na złapanie kierownicy oburącz. Nie wiem jakim cudem, ale w ostatniej chwili ominąłem cielsko z prawej strony, ale mój jeep i tak wypadł z drogi i niebezpiecznie przechylił się na jeden bok. Skontrowałem kierownicę w przeciwną stronę i dodałem gazu, licząc na to, że samochód odzyska przyczepność wszystkimi kołami. Zakręciło mną gwałtownie wokół osi i zatrzymałem się tyłem do kierunku jazdy. W kabinie sprawnie działała klimatyzacja, a i tak byłem cały zlany potem. Oddychałem głęboko, próbując uspokoić walące serce i patrząc, jak krowa niespiesznie oddala się w stronę większego stada, które stało nieopodal, a którego wcześniej nie zauważyłem. Zagadka wypadku suzuki dość szybko się rozwiązała. Pewnie zbyt późno zareagował i zderzył się z wołowiną – pomyślałem. Odpaliłem z powrotem silnik i schyliłem się po walający się po podłodze napój, który wypadł mi w czasie manewru z ręki. Odkąd wyruszyłem niczego nie piłem i nie jadłem, więc nie mogłem oderwać się od butelki. Napięcie ze mnie zeszło i byłem gotowy, żeby kontynuować jazdę. Wrzuciłem bieg i już miałem zawrócić, gdy oślepiły mnie światła zbliżającego się samochodu. Nie mogę pozwolić, żeby mnie wyprzedził – pomyślałem i dodałem gazu. Niestety zanim wróciłem na drogę, z dużą prędkością minęła mnie znajoma toyota. Gdyby nie światła, można jej było w ogóle nie zauważyć. W jednej chwili zrozumiałem, że wybór koloru jej auta nie mógł być przypadkowy. Dominującą barwą, w którą przyodział się interior, był ceglastoczerwony, dokładnie taki, jaki miał land cruiser blondynki. Niczym kameleon wtapiała się w tło, doskonale udając część krajobrazu. Przyspieszyłem do granic możliwości nie licząc, że ją od razu przegonię. Miałem nadzieję odczytać tablicę rejestracyjną, póki błoto i kurz jej całkiem nie zakryją. Wreszcie podjechałem na tyle blisko, że udało mi się dostrzec, zupełnie zresztą niezrozumiały dla mnie, napis: S2CZIGA. Zamiast zaspokoić swoją ciekawość, jeszcze bardziej ją rozbudziłem. Musiałem dowiedzieć się, z jakiego jest kraju, więc gdy tylko trochę zwolniła, znowu dodałem gazu i tym razem wyraźnie zobaczyłem okrąg dwunastu gwiazdek, a pod nim znajome dwie litery: PL! Tego się nie spodziewałem. Fakt, że kobieta, która wpadła mi od razu w oko, jest Polką, wytrącił mnie z równowagi. Jeszcze ten dziwaczny napis, czyżby jakieś imię? - Szcziga – powiedziałem na głos, jakby miało mi to pomóc w zrozumieniu sensu tego słowa, ale nie pomogło. Zwolniłem, bo stwierdziłem, że takiego tempa ona też nie wytrzyma i jak tylko pozwoli sobie na jakiś błąd lub chwilę odpoczynku, wtedy ją wyprzedzę. Właściwie nie powinienem być zdziwiony. Wszystkie części układanki doskonale do siebie pasowały: była bardzo ładna i miała typowo słowiańską urodę, a przecież Polki są najpiękniejsze. Już Rosiewicz śpiewał: „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”, a ja się z tym zawsze zgadzałem. Szkoda, że spotkałem ją w takim miejscu i w takich okolicznościach. Skoro zdecydowała się wziąć udział w wyścigu, musi mieć nierówno pod sufitem. Zresztą, osiągnie sukces, jeśli wyjdzie stąd żywa. Do końca dnia nie udało mi się jej dogonić i wszystko wskazywało na to, że zostałem znacznie w tyle. Zbliżała się noc, czułem głód i coraz większe zmęczenie. Postanowiłem, że będę jechał tak długo, jak tylko dam radę, a potem zatrzymam się na godzinną drzemkę. Gdy zaszło słońce, znalazłem się w całkowitych ciemnościach. Już od dłuższego czasu jechałem na długich, żeby z wyprzedzeniem zareagować na możliwe pułapki na drodze. Czułem, że muszę odpocząć. Musiałem zmienić specjalną bieliznę, do której oddawałem mocz, żeby nie robić niepotrzebnych przerw i chociaż trochę się zregenerować. Widziałem, że niektóre samochody miały zamontowane na dachu specjalne namioty do spania, ja postanowiłem, że będę rozkładał siedzenie i to mi musi wystarczyć. Uważałem, że wszystkie dodatkowe elementy na samochodzie zwiększą opór w czasie jazdy. Nastawiłem budzik, przebrałem się, pochłonąłem tubkę pełnowartościowego posiłku i natychmiast zasnąłem. Po krótkiej chwili, która okazała się godziną, dźwięk budzika brutalnie wyrwał mnie ze snu. Z trudem podniosłem dwie ołowiane powieki, a ból zesztywniałego karku uświadomił mi, że tak szybko zasnąłem, że nawet nie zdążyłem rozłożyć fotela. Najgorsza była próba wyjścia z samochodu. Po kilkunastu godzinach jazdy, nogi miałem całe zdrętwiałe i w pierwszej chwili musiałem złapać się drzwi, żeby nie upaść. Już miałem wyjąć z bagażnika kanister z paliwem, gdy usłyszałem jakiś skowyt za swoimi plecami. Gwałtownie odwróciłem się w stronę dochodzącego dźwięku i zobaczyłem kilkanaście par święcących w ciemności oczu. Widziałem, że zaczynają się zbliżać i otaczać mnie ze wszystkich stron. Nie miałem pojęcia, co kryje się w ciemności, ale nie zamierzałem czekać, aż mnie zaatakuje. Szybko wróciłem do kabiny po broń, którą nieopatrznie zostawiłem na siedzeniu pasażera. Od razu poczułem się pewniej, gdy mój nowoczesny sztucer, wyposażony w termowizję i noktowizję trzymałem w rękach. Oddałem strzał w ciemność i usłyszałem skowyt. No i co gnojki? Który następny? Stałem przez chwilę i patrzyłem, jak żółte ślepia jedne po drugich znikają w noc. Nie rozstając się z bronią, zatankowałem do pełna. Wrzuciłem pospiesznie puste kanistry do bagażnika i wyjechałem na drogę, zastanawiając się, ile czasu inni kierowcy przeznaczyli na sen. Godzina w moim odczuciu była absolutnym minimum, na które na pewno niewielu się zdobyło. Byłem pewien, że inni spali dłużej i dzięki temu zyskam sporą przewagę. Nie mogłem jechać zbyt szybko. Już osiemdziesiątka wydawała się szaleństwem przy nierównościach, które wyrzucały z fotela i zerowej widoczności, w której poruszanie się było tylko możliwe dzięki niebieskiej strzałce, przesuwającej się po ekranie nawigacji. Kilka razy wydawało mi się, że widzę światła stopu przed sobą, ale nie byłem pewien czy to auto, czy moja wyobraźnia. Z ogromną ulga przyjąłem jaśniejącą szarość nad horyzontem. Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyłem się ze wschodu słońca, czułem się jak ślepiec, któremu wrócono wzrok po życiu latami w ciemnościach. Ze zdumieniem stwierdziłem, że otacza mnie morze piasku i skał ciągnące się ze wszystkich stron po horyzont. Brudna czerwień gleby przechodząca miejscami w czerń i brąz, z której co jakiś czas wystawały ostre srebrzyste skały. Wyglądały, jakby spadły z przestrzeni kosmicznej i powbijały się z impetem w ziemię. Pełne ostrych krawędzi, kierowały swe spiczaste szczyty w stronę coraz bardziej parzącego słońca. Już o szóstej rano pokładowy termometr pokazywał trzydzieści pięć stopni Celsjusza. Na szczęście klimatyzacja utrzymywała przyjemne osiemnaście wewnątrz kabiny. Pochłonąłem kolejną tubkę, którą nazwałem wzniośle śniadaniem i popiłem kawą z kartonika. Teren wydawał się znacznie równiejszy niż poprzedniego dnia, więc rozpędziłem jeepa do stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego od momentu startu widziałem do tej pory tylko dwa inne samochody. Przydałby się jakiś punkt odniesienia, porównanie, jak inni sobie radzą. Czułem się, jakbym ścigał się ze swoimi słabościami. Musiałem sam wyznaczać sobie cele do osiągnięcia i przesuwać granice wytrzymałości, sam ze sobą negocjować długość odpoczynku i trzymać w ryzach ryzykowne posunięcia. Jeden błąd mógł mnie kosztować bardzo wiele. Moje rozważanie przerwała nagła zmiana pogody. Dosłownie w ciągu kilku minut zrobiło się całkiem ciemno i niebo zaczęły rozdzierać potężne błyskawice. Autem niebezpiecznie zaczęły kołysać wzmagające się powiewy wiatru. Cicha do tej pory pustynia zaczęła wyć. Zwolniłem do trzydziestu kilometrów na godzinę i wiedziałem, że niedługo będę musiał się zatrzymać. Ogromne masy poderwanego przez szalejący wiatr piachu coraz bardziej napierały na samochód. Zjechałem z drogi, licząc na to, że za chwilę wiatr ucichnie i wszystko się uspokoi. Bardzo się jednak myliłem. Na kilka minut wszystko zamarło. Ciemność jednak nie ustąpiła i czułem, że to zapowiedź czegoś gorszego. Wiatr zerwał się ze zdwojoną siłą, a w dach samochodu zaczęły walić spadające kamienie. Tak przynajmniej to brzmiało, tylko że to nie były kamienie, a masy wody, które lunęły z ogromnej, czarnej chmury. Zawisła tuż nad pustynią i zalewała wszystko potężnymi strugami. Jedyne, co mogłem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Izabella
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…