Ja, potwór za SPACE FLOWER
Horror horrorem, lecz kto jest potworem? Kogo zabije, a kto przeżyje? A obietnica zbawienia, czy warta poświęcenia?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Byliśmy daleko od Ziemi. Tak daleko, że praktycznie nie istniała ona dla nas. Dopiero za jakieś kilkaset tysięcy lat dotrze do tego miejsca światło, zwiastujące powstanie naszej ojczystej planety. W sterówce siedzieliśmy tylko ja i Liz. Reszta spała już w swoich kabinach. Liz też była zmęczona i dotrzymywała mi towarzystwa tylko z grzeczności. Nasza ekspedycja przewidziana na trzy miesiące, przedłużała się. Było to głównym powodem złego nastroju, jaki panował wśród pasażerów. John Pollak i ja - Henry Martz stanowiliśmy stałą załogę "SPACE FLOWER". John był właścicielem prawie całego statku. Mój udział wynosił zaledwie 10%, tak więc on pełnił tu rolę kapitana, a ja byłem tylko mechanikiem i nawigatorem. Poza nami na pokładzie znajdowała się czwórka naukowców, którzy przybyli tu by przeprowadzić badania fauny i flory na nowo odkrytej planecie, nazwanej Ai, nawiasem mówiąc najmilszym zakątku wszechświata, jaki widziałem. Byli to: zoolog prof. Ronald O'Conney ze swoją asystentką Liz Conery, botanik dr James Jones i lekarz wyprawy dr Nancy McArthur. Niestety, nowoodkrytymi planetami interesuje się nie tylko nauka. Tuż za nami przybył tu statek wojskowy, gotowy do założenia na Ai bazy wojskowej. Miejsce było ponoć idealne do obserwacji poczynań Papunów, którzy ostatnio dawali się we znaki ziemskim koloniom położonym w tym rejonie. Pod koniec ekspedycji, gdy przygotowywaliśmy się do "skoku", dostaliśmy depeszę od wojskowych, że z ważnych, im tylko znanych przyczyn, muszą wykorzystać nasz termin powrotu. Nie mieliśmy tyle paliwa, by ponownie lądować na Ai, byliśmy wiec skazani na dwa tygodnie pobytu w kosmicznej pustce. Wprowadzenie terminów powrotów było konieczne z tego względu, że wokół Ziemi zaledwie kilka miejsc utrzymywano w dostatecznej czystości, aby dokonać tam "skoku". Gdy jakiś statek udawał się w nieznane rejony kosmosu, zmuszony był wyłonić się z nadprzestrzeni z dala od układu gwiezdnego, w miejscu, w którym prawdopodobieństwo spotkania obcego ciała było dostatecznie małe. Dotarcie do celu zajmuje wtedy miesiąc, a czasem dwa. W przypadku powrotu na Ziemię lepiej więc poczekać na następny termin, niż marnować czas i paliwo. Z tych dwóch tygodni pozostało nam jeszcze około 50 godzin. Nasi naukowcy byli już znudzeni tą wyprawą. Przyzwyczajeni do wygód, męczyli się w ciasnych pomieszczeniach statku. Johnowi i mnie "SPACE FLOWER" zastępował dom, jemu było więc wszystko jedno kiedy wrócimy, ja natomiast cieszyłem się z każdej nadprogramowo spędzonej tu chwili. Dobrze wiedziałem, że wraz z powrotem nadejdzie moment rozstania z Liz. Polubiłem ją podczas tej wyprawy i myślę, iż nie będzie to zbyt śmiałe, jeśli powiem, że i ona trochę mnie polubiła. - Idź lepiej spać - powiedziałem, widząc, że walka z sennością sprawia jej coraz więcej trudu. - Chyba masz rację - odpowiedziała. Wstała ziewając i przecierając oczy, pocałowała mnie na dobranoc i poczłapała do wyjścia. Zostałem sam na sam z gwiezdnym pejzażem za iluminatorem głównym. To dla tego właśnie widoku postanowiłem kiedyś poświęcić wszystkie moje oszczędności i wejść w spółkę z Johnem przy zakupie "SPACE FLOWER". Uwagę mą przyciągnęły dwie plamy, symetrycznie rozmieszczone względem środka iluminatora. Z początku myślałem, że to wina zmęczenia, ale mimo ruchów głowy plamy tkwiły cały czas w tym samym miejscu. Zaczęły nawet nabierać ostrości, aż wreszcie przybrały kształt pary zamkniętych oczu. Komputer upewnił mnie, że w pobliżu nie ma żadnego obiektu. Nie wykazał też obecności żadnego promieniowania, oczywiście poza normalnym w tym obszarze radiacją gwiazd. W promieniu kilkuset tysięcy kilometrów była tylko próżnia. A jednak oczy były realne, jak wszystko inne wokół mnie. - To już palma - stwierdziłem z ironicznym uśmiechem. "A może nie" - pomyślałem. "Może to jakaś sztuczka Papunów. O ich zdolnościach do stwarzania iluzji krążą liczne legendy." Wyciągnąłem rękę, by za pomocą interkomu połączyć się z Johnem. I nagle zaczęło się. Oczy, teraz już otwarte, świeciły metalicznym blaskiem. Potworny ból rzucił mnie na podłogę, a przenikliwy dźwięk, gdzieś we wnętrzu mojej głowy, odebrał mi zdolność logicznego myślenia. Stan ten, trwający dla mnie wieki, skończył się równie nagle jak zaczął. Podniosłem się mimo zdrętwiałych mięśni. Gdy stanąłem niepewnie na nogach, kabina zawirowała mi przed oczami. Resztką świadomości włączyłem alarm. Obudziłem się w izolatce. Nade mną stała Liz. Całą swą siłę skoncentrowałem na tym, by pokonując ból głowy uśmiechnąć się do niej. Widocznie niezbyt mi się to udało, bo Liz z niepokojem zawołała stojącą obok Nancy. - Co to było? - spytała Nancy badając mi puls. - Osłabienie... zwykłe... - powiedziałem, choć nie byłem pewny czy mnie słyszą. Po godzinie czułem się już lepiej. Byłem nadal w izolatce. Przy mnie siedział kapitan. - Henry, wiem że nie łatwo zwalić cię z nóg, więc do cholery powiedz co to było. Opowiedziałem mu wszystko, ale po wyrazie jego twarzy widać było, że trudno mu w to uwierzyć. Tej "nocy" nie mogłem zasnąć. Leżałem cały spocony. Miałem dreszcze. Zadzwoniłem po Nancy. Przyszła po jakimś czasie, ale wrócił także ten dźwięk. Poczułem jak coś drąży mą świadomość. Ciało moje zalała potężna fala bólu, docierając do każdej komórki nerwowej. Nancy próbowała mi pomóc. Jak przez mgłę widziałem jak stara się wetknąć mi coś w zęby, abym nie odgryzł sobie języka. Wymachiwałem rękami jak spadający, który rozpaczliwie szuka czegoś, czego mógłby się złapać. W końcu moja dłoń natrafiła na szyję Nancy, zaciskając się tak, że jej krtań nie wytrzymała naporu palców. Ból ustąpił pozostawiając odrętwienie. Nancy leżała na podłodze we krwi. Jej krtań była rozszarpana. Poczułem obrzydzenie do samego siebie. Zabiłem. Po raz pierwszy w życiu zabiłem. W dodatku kogoś, kogo jako członek załogi powinienem otoczyć należytą opieką. Powoli opanował mnie strach, zajmując miejsce wyrzutów sumienia. "Nie mogą jej tu znaleźć..." Zwłoki Nancy wyciągnąłem na korytarz. W izolatce zatarłem ślady. "Powinienem usunąć ją ze statku..." Za późno. Na korytarzy usłyszałem czyjeś kroki, potem krzyk. To była Liz. Nie mogłem tego znieść, zasłoniłem uszy i zacisnąłem oczy z całej siły. Minęło parę godzin. Byli u mnie. Pytali. Udawali, iż wierzą, że to nie ja. Kłamali, widziałem to w ich oczach. Włączyłem interkom, tak, by słyszeć rozmowę w kabinie sterowniczej. - To straszne. O Boże... - to była Liz, płakała. - Nie spotkałem się z czymś takim. On wydaje się być w pełni władz umysłowych, a jednak wierzę, że nie zrobił tego z premedytacją - głos prof. O'Conney'a. - Widzieliście jej ciało? Do tego trzeba nadludzkiej siły - głos kapitana. - To nie mógł być Henry... Nie on - głos Liz. - Niech mi pani wierzy, znam Henry'ego od wielu lat, ale ta osoba w izolatce to już nie on - głos kapitana. "Muszę stąd uciekać. Zaraz tu przyjdą, żeby mnie zabić. W sterówce nie ma Jamesa, a więc jest tu, za drzwiami. Pilnuje mnie." Otworzyłem drzwi. James obejrzał się. Szybkim ruchem zasłoniłem mu usta. Poczułem jak pękają mu szczęki. Opadł bezwładnie na podłogę. Obok była moja kabina.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil arti
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…