Wróć do katalogu

Jadeitowy Pałac

Zwykły dzień stopniowo staje się coraz bardziej szalony i nieprawdopodobny. Political fiction.

Artorias, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Samochód mknął po autostradzie z dużą prędkością mijając miasteczka i zjazdy, wyprzedzając niemal wszystkich innych uczestników ruchu. Warunki pogodowe były doskonałe: ciepły, powoli kończący się dzień idealnie nadawał się na szybkie przejażdżki; jednak pośpiech nie był spowodowany nagłą potrzebą dawki adrenaliny kierowcy – jego przyczyną był telefon, jaki pasażer, znajdujący się na tylnym siedzeniu i pogrążony w myślach otrzymał kilkadziesiąt minut wcześniej. - Musisz coś zobaczyć, przyjedź szybko – powiedział do niego dzwoniący, po czym na kurtuazyjne i niemal bezsensowne pytanie „coś ważnego?” dodał – coś ciekawego. Zatem wezwał swojego kierowcę i instruując go o pośpiechu i punkcie docelowym podróży pojechali. Cóż mógł zrobić – znał swojego rozmówcę, Krzysztofa Hallera, pełniącego funkcję Dyrektora Służb Wywiadowczych, od lat i zdecydowanie nie był to człowiek, który wzywałby go bez powodu. Zdarzało się to rzadko i zawsze było to coś ważnego. Tym razem jednak było nieco inaczej: po pierwsze jako miejsce spotkania podał tajny ośrodek szkoleniowy swoich podopiecznych z wywiadu, po drugie zaś w jego głosie można było wyczuć dziwną mieszankę fascynacji i… strachu. Co mogło ją wywołać? Co mogło przestraszyć człowieka, który znał tajemnice, mogące wstrząsnąć politycznych światem? Nad tym właśnie zastanawiał się siedzący na tylnym siedzeniu minister spraw zagranicznych, Konrad Lapo. - Daleko jeszcze? – zapytał swojego kierowcę, a jednocześnie agenta SOP-u, przydzielonego do ochrony, Wojciecha. - Zostało trzydzieści kilometrów, Panie Ministrze. Za 15 minut zjedziemy z autostrady. Konrad ponownie popadł w rozmyślenia. Przez myśl przemknęła mu cała linia czasu znajomości z Krzysztofem: ich pierwsze spotkanie ponad dwie dekady wcześniej, kiedy on był jeszcze początkującym studentem zaś Krzysiek analitykiem Agencji Wywiadu, przez wspólne wystąpienia na konferencjach, aż po prywatne spotkania razem z resztą przyjaciół przy grillu. Tworzyli zgrany duet na gruncie zawodowym i on, jako MSZ, nie raz podejmował decyzje lub prowadził negocjacje w oparciu o dane dostarczone bezpośrednio przez arcyszpiega. Bywały też sytuacje o jakich nie można było mówić publicznie, a także takie, o których lepiej po prostu zapomnieć – taka już jest specyfika współpracy z tajnymi służbami. Zgodnie z zapowiedzią kierowcy po kilkunastu minutach zjechali z autostrady gdzieś na Podlasiu. - Staraj się teraz nie przekraczać znacznie prędkości – nie chcę, żeby policja nas złapała na nieoficjalnej wycieczce na państwowym paliwku… a już tym bardziej, żebyśmy mieli stłuczkę… - zwrócił się do swojego kierowcy. Ten potwierdził, iż zrozumiał krótkim „tak jest”. Po chwili jednak, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać, wypalił uśmiechając się: - Nie wierzy Pan w moje umiejętności? Kondrat spojrzał na lusterko, w którym odbijała się twarz mężczyzny. Nie miał problemu z tym, że jego podwładny zwraca się do niego w ten sposób – od dawna pracowali razem i obaj wiedzieli, gdzie kończą się granice profesjonalizmu, a zaczyna spoufalenie; z drugiej jednak strony Wojciech musiał być w pobliżu niemal całą dobę, często spędzając dnie w towarzystwie ministra. Biorąc to pod uwagę, trudno byłoby im obu zachować czysto zawodową relację: Konrad znał rodzinę Wojciecha oraz starał się poznać jego samego, ten zaś stanowił dla swojego szefa kogoś w rodzaju człowieka od mokrej roboty; nie znaczy to, iż Wojciech zabijał dla niego jego przeciwników politycznych, był po prostu często wykorzystywany w roli posłańca lub innej, w zależności od potrzeby. Z czasem dowiódł swojej lojalności, stając się również kimś w rodzaju powiernika. A na pewno bliskim współpracownikiem. W każdym razie obaj znali wspomnianą granicę. Ta wypowiedź nie była jej przekroczeniem. - Wierzę bezgranicznie w twoje umiejętności prowadzenia, Wojtku – powiedział dosadnie. – Obawiam się jednak, że jeśli ktoś wymusi pierwszeństwo i nie zdążymy wyhamować, to media nie będą zainteresowane sprawcą kolizji, a naszą obecnością tutaj w ogóle. Jedź ostrożnie, proszę. Kilkanaście minut podziwiania widoków tego pięknego województwa i znaleźli się pod szlabanem pilnowanym przez uzbrojonych żołnierzy. Ci widząc zbliżające się BMW już od kilkunastu sekund trzymali ręce na karabinach. Teraz jeden z nich podszedł do okna kierowcy, widząc jednak legitymacje Konrada odsunął się i nakazał podniesienie szlabanu. Podjechali pod kompleks budynków i zatrzymali się na parkingu przed czymś, co mogło stanowić wejście do środka. Kierowca zgasił silnik, minister zaś wyszedł z samochodu. Ledwo zdążył zapiąć guzik marynarki, gdy podeszła do niego formalnie i elegancko ubrana kobieta, po czym powitała go słowami „dzień dobry, panie ministrze” i poprosiła, aby szedł za nią. Weszli po schodach i przeszli przez drzwi, aby znaleźć się w obszernym holl-u. Kobieta ruszyła korytarzem biegnącym z lewej strony. Szła szybko, nie wypowiadając żadnych słów. Na końcu korytarza, po skręcie w prawo przewodniczka otworzyła jedne z wielu drzwi wpuszczając go do środka. Znalazł się w niedużym gabinecie, zaś przy biurku siedziała i spoglądała na niego dobrze znana mu postać. Był to minister obrony, Tomasz Maras. Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna z ciemnoblond włosami i lekkim zarostem, ubrany w ciemnoniebieski garnitur i z krawatem w podobnym kolorze. Uśmiechnął się i wstał z fotela. - Konrad, witaj… mogłem się spodziewać, że Krzysiek też po ciebie zadzwoni! – powiedział wyciągając dłoń na przywitanie. Konrad uścisnął dłoń odwzajemniając uśmiech. - Mi tez nie powiedział, że tu będziesz… ani czemu tu jesteśmy – zwrócił się podejrzliwie do towarzyszącej im kobiety. Ta odparła: - Pan dyrektor zaraz do Panów przyjdzie, proszę chwilę poczekać – ukłoniła się w geście szacunku i wyszła z pomieszczenia zostawiając ich samych. Spojrzeli na siebie. - Mam nadzieje, że nie potrwa to długo… Julia mi robi wyrzuty, że wracam o nieludzkich porach do domu i nigdy nie jem z nimi kolacji… ponoć dzieciaki się zastanawiają, czy się rozwiedliśmy, bo nie widują mnie kilka dni pod rząd – rozpoczął dyskusję Tomasz. W jego głosie można było wyczuć zniecierpliwienie i lekką irytację. Konrad pomyślał, że to i tak niewiele; był pełen podziwu dla Julii, iż niechęć wobec ciągłej pracy swojego męża maskuje tak dobrze. Zwłaszcza ostatnie kilka miesięcy musiało być ciężkie – sytuacja geopolityczna zmieniała się z dnia na dzień i ich grafik (często razem prowadzili rozmowy i negocjacje z innymi podmiotami stosunków międzynarodowych) był zapełniony ciągłymi podróżami. Prawdę mówiąc dopiero poprzedniego dnia wrócili z kilkudniowej wizyty w Turcji i po uporaniu się z konieczną dokumentacją obaj liczyli na wolny wieczór (o ile coś takiego w ogóle może istnieć w ich profesji). - Krzysiek na pewno nie ciągnąłby nas przez pół kraju po nic… to na pewno coś ważnego – uspokoił swojego kolegę Konrad. – Wyczułeś strach w jego głosie? Założę się, że chodzi o coś z zakresu aktywności Rosji albo Korei… - Ja stawiam na nowy wirus. Od Stuxnetu minęło już… hoho, ile to lat… Przez chwilę dyskutowali jeszcze o bieżących problemach politycznych, podczas czego drzwi otworzyły się i wszedł Krzysztof. Mężczyzna kilkanaście lat starszy od ministrów, średniego wzrostu, całkowicie przeciętnej urody – twarz z kategorii „zobaczysz i zapomnisz”. Ciemne włosy z zaznaczonymi zakolami, schludnie zaczesane, aby maksymalnie i dość skutecznie je zamaskować. Okrągłe okulary dopełniały wygląd powoli, lecz nieubłagalnie, zbliżającego się ku sześćdziesiątce księgowego. Wyróżniającym akcentem była kamizelka noszona pod marynarką. Na jego twarzy nie było uśmiechu. Podszedł do nich i przywitał się. Wymieniając parę słów z każdym: ministra obrony zapytał, co u żony, zaś spraw zagranicznych, czemu ma okulary, skoro miał nosić soczewki. Następnie rozkazał im iść za nim, uprzednio jeszcze odpowiadając na pytanie Konrada o przyczynę nieobecności pozostałych dwóch członków ich najbliższych „współpracowników-przyjaciół”, iż nie było potrzeby ich zapraszać. Powiódł ich ku pobliskiej windzie, gdzie kliknął jeden z dolnych przycisków oraz autoryzował wybór kciukiem oraz kartą magnetyczną. Winda ruszyła w dół. - Krzysiek, cholera, po co nas tu ściągnąłeś? – zapytał zniecierpliwiony Tomasz. Ten spojrzał po nich wzrokiem, z którego nie dało się nic wyczytać i odpowiedział krótko: - Zaraz zobaczycie. Winda zatrzymała się, zaś dyrektor powiódł ich korytarzem, po czym wprowadził do sporego pomieszczenia. W środku panowała ciemność: jedynymi źródłami światła były lampy służące do podglądu prześwietleń rentgenowskich oraz duży ekran wyświetlający jakieś zagadnienia medyczne. Z tego względu trudno było określić dokładne rozmiary pomieszczenia oraz co znajduje się w środku. Powód zaciemnienia szybko jednak urzeczywistnił się: pokój w którym się znajdowali sąsiadował z innym pomieszczeniem – rozdzielała je szyba, tak aby można było obserwować, co dzieję się po drugiej stronie. Ta druga sala znajdowała się nieco niżej, tak, że patrząc przez szybę wzrok skierowany był w dół. Sala ta była doskonale oświetlona. Po środku niej zaś znajdowało się coś, co mogłoby przypominać łóżko szpitalne – metalowe podwyższenie w kształcie prostokąta z materacem i poduszką. Na nim leżał człowiek podpięty do aparatury podtrzymującej prace organów oraz monitorującej ich stan. - Oto macie powód dzisiejszej wycieczki… Cieszcie oczy – rzekł gospodarz wskazując niedbale ręką człowieka i patrząc w innym kierunku. Ministrowie podeszli do szyby i spojrzeli na pacjenta. - Kto to jest? – spojrzał na dyrektora minister obrony i zapytał. Ten odparł: - Wy mi powiedzcie… co widzicie? Ponownie wpatrzyli się w człowieka. - Wygląda jak terminator… wystaje poza łóżko; musi mieć ze 2 metry – powiedział Tomasz (dokładnie 214 centymetry wzrostu, wtrącił Krzysztof). – Mięśni ma tyle, że wygląda jakby jadł sterydy garściami… oczywistość to spore uszkodzenie w rejonie łydki: coś, prawdopodobnie mina, oderwało mu lewą stopę, potwierdza to wiele niedużych ran na nodze. Wyżej brak widocznych uszkodzeń poza głową – okrągła rana w okolicy skroni sugeruje postrzał z broni palnej – zakończył analizę minister obrony. Minister Konrad nie miał nic do dodania – zgadzał się całkowicie z analizą kolegi. Jednak jedna rzecz go frasowała tak bardzo, iż…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych