Wróć do katalogu

Jazz Club 'Smooth'

Rozważania o ludzkiej egzystencji i wartościach w naszym życiu, przy akompaniamencie dobrego jazzu.

SQNX, opublikowano , 9 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jak zawsze o tej porze w Smoothie panował zaduch wspierany nikotyną z dziesiątek wypalanych papierosów. Nie czyniło to jednak z atmosfery przytłaczającego odczucia, lecz nadawało to klimatu. Smooth nie byłby sobą gdyby nie urokliwe dymki puszczane z ust klientów. Nie można było wyobrazić sobie obojętności i surowości gdyby nie charakterystyczna mgła sięgająca swoimi ramionami wszędzie gdzie tylko było to możliwe. W rzeczy samej owa szarość, czy wręcz ciemnota, jaka panowała zarówno na scenie, jak i przy stolikach, które subtelnie okalały podświetlony występ, ukrywały grający zespół tworząc przed widownią magiczną chmurkę, zdającą się być nie do pokonania. Muzyka przyjemnie łechtała uszy swoimi nutami. Nawet gwałtowne szarpnięcia strun kontrabasu były łagodzone poprzez dźwięki saksofonu. Orkiestra uzupełniała się nawzajem. Szczypta basu nadawała charakteru i figlarności, która przechodziła momentami w drapieżną kakofonię. Sympatyczny rytm wybijany przez strzelanie palców ciemnoskórego wokalisty wprawiały w uśmiech oraz skinienia głów zebranych. Chrapliwe słowa wydobywające się z ciała mężczyzny podkreślały zaostrzający się z sekundy na sekundę temperament granego utworu. Co mocniejsze i silniejsze dźwięki rozbrzmiewały przy akompaniamencie chwilowych uderzeń o tułów kontrabasu. Po sali rozległy się gwizdy aprobaty, połączone z oklaskami. Te ostatnie jednak momentalnie ucichły, ustępując miejsca muzyce, która świadomie zmierzała do swego końca. Nagle światła opadły, sprawiając, że kapela znikła w ciemnościach. Przez długi czas jeszcze głos saksofonu rozlegał się po widowni we wspaniałym solo. Brawa rozbrzmiały na dobre.

- Cudownie! W dalszym ciągu nie wiem, jak ty to robisz skurczybyku! – Michael objął go w nader wylewnym geście, ściskając, przesadnie mocno, jego szyję Czekał na niego, wiedział o tym. - Też się cieszę, że cię widzę. – jego głos brzmiał chłodno, lecz nie odpychająco. Wiedział jak rozmawiać z ludźmi po tylu latach spędzonych wśród wychuchanych warstw, które rzekomo były śmietanką towarzyską Nowego Yorku. Brednie! Sceptycy, egoiści, a w dodatku bezkompromisowe i nieszczere dranie. Nie oszczędziłby podobnego komentarza przy najbliższej nadarzającej się okazji. Był tego pewien. - Czemu zawdzięczam twoją wizytę? Nie zrozum mnie źle, cieszę się, że tu jesteś. - Wiem, że nie masz nic podobnego na myśli. Znam cię nie od dziś. – uśmiechnął się, jakby ów grymas był wymuszony. Nic bardziej mylnego. Michael był jego wiernym przyjacielem, kompanem, na dobre i na złe. Może to płytkie i banalne. Nie. Coś jednak w jego oczach go przerażało. Nie mógł dokładnie tego określić ni nazwać. Było to przeczucie oparte na niebezpiecznym przeczuciu. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Może to wiek posunął go do tego, aby wrażenia odbierać jako zachowania i słowa? Miał już swoje lata. Miał również wyrobiony pogląd na system, na władzę, na miłość i… Może właśnie czegoś mu brakowało? Tylko czego? Michael krążył wzrokiem wokół jego postaci, jakby bał się spojrzeć swemu rozmówcy prosto w oczy. Każde (być może przypadkowe) łypnięcie powodowało jego widoczny ból – namiętność, która go paliła od wewnątrz. Całkowicie mimowolnie i bez opanowania, niczym osobna część jego ciała. Rozmowa przebiegała rutynowo i arkuszowo. Zdawkowe i lakoniczne pytania, na które padały oschłe odpowiedzi, układane, aby pominąć jakiekolwiek szczegóły, które mogłyby rzucić choć cień podejrzenia czy spowodować rozwinięcie się myśli płodnej w kolejne zagadki, dla kontynuowania dialogu. Nie chodziło tu o strach. Nie bał się uzewnętrznień. Zachowywał po prostu dystans do siebie samego, jak i otoczenia. Działało to jak zasłona, bariera chroniąca go od uzależnienia się od świata i bycia mu podległym. Najskuteczniejszym narzędziem do tego była ironia. O tak! Ironia, która dawała mu komfort i poczucie bezpieczeństwa. Przed czym? Przed samym sobą? Być może. Właściwszym wyrażeniem było: ‘przed kim’? Otóż przed zranieniem. Nie lęk, nie bojaźń, lecz paniczne i powolne w swym działaniu drżenie, aby…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych