Jutrzni, której nie było
surrealistyczna historia prostego życia
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
(…)Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko.
1 Kor 13; 11
Rozdział 1
…
Abrakadabra, na zalanej słońcem pustyni, snuje swoją opowieść skorpion. Pająk ma najsilniejsze szczęki i najdłuższą nić czasu zawija wokół czyjejś śpiącej szyi. Tuli się do niej, jednocześnie siedmioma parami oczu dokładnie obserwuje, czy biała jak śnieg szyja nie zrobi jakiegoś niespodziewanego ruchu. Rozważa również atak innych zwierząt i w obronie swojej zdobyczy jest gotów stanąć do walki, poświęcając własne życie. Pająk przewiduje o kilkaset lat do przodu. Powoli wydobywa z siebie matczyne instynkty, owija szyję nicią czułości, czujnie zakręcając w powietrzu jadowym kolcem, umieszczonym na końcu odwłoku. Wyczuwalny spokój, kropla jadu zawisa przez sekundę w powietrzu po czym znika jak bańka mydlana rozpuszcza się, ginie. Mama może pracować dalej, dzielnie mumifikując wydaną jej przez naturę czyjąś szyję. Piasek jest popołudniowy, gładki, falami przemieszcza się pod wpływem drgających promieni słońca. A szerokie strugi promieni napływają na uśpioną szyję, tworząc jej grób coraz głębiej i głębiej. Szyja zaszywa się pod ziemią, wraz z wiecznie żyjącym skorpionem, nosząc w sobie lekki zapach trucizny, abrakadabra.
…
I
Wiele wieków temu, zanim przyszedł na świat prorok Chrystus, nauczono się mówić „Pochwalony” i zaczęto na nowo odmierzać czas, tym razem nie zaczynając, a dążąc ku nieskończoności, moja nienasycona w ambicjach matka spadła mi z nieba i skryła się pod powieką mojego snu. W istnieniu, którego jeszcze nie było, nie zdążyło wydać pierwszej iskry – objaśniła jak rozpłomieniona świeca, to kiedy się narodzę i gdzie spocznie moje ciało. Nie słyszałem tego, bo nie mogłem, ale jestem pewien, że gdzieś te informacje gnieżdżą we mnie do dzisiaj. Dalej, w tym samym śnie, moja matka wyciągnęła do mnie otwartą rękę i śpiewała o tym, żebym pytał o co tylko zechcę, a ona na wszystko znajdzie odpowiedź - nie bój się, pustynia uczyniła cię szlachetnym, a w samotności odkryjesz wiele zapomnianych pytań, one dodadzą ci sił, bo jesteś kimś wyjątkowym. Starała się mnie przytulić, jednak nic nie czułem, ponieważ istniałem tylko w jej pierwotnej świadomości, w której nie mogła wyzwolić się z rozumowania wyłącznie czułego, ale jednocześnie najgroźniejszego na ziemi pająka. Byłem zupełnie pozbawiony ciepła, spokoju pewności, że jestem gdy jeszcze mnie nie ma. Moja pochowana żywcem szyja jeszcze nie nauczyła się instynktownie zadawać pytań, nie – istniejąc w oderwaniu od reszty własnej skóry. Ale mama nadal snuła swoje wizje, w tym opowieści z gorącego kraju, w którym to z gleby wyrastają nagie płomienie – żywy ogień. To w nim miało nastąpić poczęcie i miała narodzić się moja śmierć. W sumie to dobrze, bo nie stracimy ani kropelki czasu, powtarzała ciągle, najmniejszego łyczka. Jak odległe okazały się jednak jej odpowiedzi, od przeżytej prawdy.
Czy polubię wydalone miasto ze Statuą Wolności (już będzie czekała), czy poszukam czegoś bliżej tej ziemi? Ponoszę w sobie odpowiedzialność za wrażenie, że wyśniono nie mnie tylko kogoś innego. Moja mama nie powiedziała mi, do którego momentu mam się wpatrywać w okruch kamienia, aby w końcu – dojrzeć - co lub kogo? - tego nie wiem, ale nieustanne wpatrywanie się w drobinkę kamienia wyzwala tajemniczy płomień, który co prawda spowalnia dostrzeganie szczegółów ale ma największy wpływ na bieg spraw kardynalnych. Jeden ze znaków trygonu ognistego był więc moim fatum, a oplątany płomieniami, znacznie trudniej zrzucałem jarzmo, aby wyrwać się z sideł przeznaczenia. Jeszcze w czasie tej wizyty, mama zdążyła wczesać w moje niewidzialne, przezroczyste strugi włosów - cień, który wlał się we mnie z otchłani wieczności i został wierny, doświadczając dwóch żyć i jednej śmierci.
Wiele wieków temu, śpiąc i przewracając się na drugi bok, zrobiłem więc swój pierwszy wdech. Wszystko, co wraz z nim zaczerpnąłem i zmagazynowałem było wczoraj. Widziałem jak energia emanuje ze złotego jednorożca, dziedzica lasu. Drzewa nie wyrosły, stały przecież wrośnięte od samego Początku. Nieposłuszeństwo zostaje dokonane za ich pośrednictwem. Pierwsi zostają wyrzuceni z Raju, a wielki Eden wyszumiają stare korony. Rozpaczliwe echo jeszcze odbija się od pojedynczych pni i z wołaniem - zaczekajcie, idziemy z wami – wpada do morza.
Wydech pojawi się dopiero w Wielkim Jutrze, no jeśli w ogóle tam trafię.
II
Pozostał czas przejściowy, stan zawieszenia w oczekiwaniu na narodziny. Słońce wjechało już na samą górę, tuż pod nim dziesiątki drobniejszych pustyń zostały otoczone półkolem rozpiętych ramion, wchłaniając jak najwięcej piasku. Za nimi przypadkowe kamienie porastał mech, aż do pasa zieleni, który wiódł na północ do wypełnionej bujnymi trawami nadrzecznej doliny. Wody i możliwości również ustaliły swoje granice. Rozdzielono dobre pory od złych, wypośrodkowane wieczory i srebrne świty zrównoważyły - dni - i - noce - . Ale najważniejsze odkrycie – zalążek indywidualności powstał dzięki zaimkom, które pomału wymuszały coraz silniejszą potrzebę oderwania od pierwotnej gromady.
Ktoś też, być może Wielki Astrolog zawczasu ukartował spisek Zodiaku.
…
Mama jest więc Skorpionem, bytem wiele widzącym, potrafi np. dostrzec organiczny ból swoim czułym światłem oka. A gdyby tak perska noc pulsowała jednostajnym rytmem, potrafi widzieć również w nocy. Widzi kadź, w której pienią się smaki i wytrąca się zapach trucizny, z pływającym w środku okiem. Mama to wyraz sacrum, której spryt przezwycięża gady, takie jak kameleon, atawistyczny odwłok wciąż może sparzyć.
Czy uniosę ciężar tego słowa na swoich najdelikatniejszych barkach świata? - lekkich jak świadomość słów nie było? Na barkach prześwitujących jak zapach, Gdzie ledwie słyszalny świst powietrza, rezonuje w nich historią opowiedzianą pod skrzydłami majestatycznego lotu drapieżnego ptaka ?…
Rozdział 2
III
Ukrywałem się przez tysiące żółtych lat. Nie - przeżyłem ich zbyt szybko, aby oczy mogły zarejestrować jakikolwiek obrazek. W tym stanie dotrwałem do roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego. Tylko ciemne zaułki wyłaziły spod oczu na powierzchnię, próbując panować, panoszyć się to tu, to tam, aby odnieść swój największy sukces i stanąć w jasny dzień na placu centralnym.
Teraz, cicho - skryłem się, chowając w brzuchu mojej mamy. Schowałem - się, i naprędce zebrane migawki. Coś kopie mnie w brzuch, więc oddaję, zaciśnięte pięści rwą się do przodu, a na zgięciach palców słyszę debaty kilku lekarzy, doktorów. Deszcz szumi za oknem, a wzmagający się wicher zagina aluminiowy parapet. Kładzie się mama. – Ratunkuuu!!!
nieświadomie z wód płodowych coś wypycha mnie w kierunku jarzeniowego światła. wypełzam, aby wpłynąć na jezioro białe i nieświadome - jeszcze większe. właśnie skończyła się ostatnia zmiana, lekarze wyszli i noc za oknem cyknęła zdjęcie.
Urodziłem się o świcie, gdzieś między nocą, a dniem. Stąd też do dziś, tą samą miarą odmierzam i przewiduję. To co żywe; ludzie, zwierzęta, rośliny, kamienie, pomysły – rodzi się – musi – o świcie.
Taty nie ma w domu. Spotykamy się w pojedynczej celi. Aluminiowy garnuszek wala się po ziemi, jest ciemno, on nie chce go podnieść. Wilgoć wszędzie rozłożyła pleśń i na ściany nie ma co liczyć. Nie dadzą oparcia. Tak właśnie rósł, wdychając zatęchłe powietrze prawdziwej samotności mój ojciec. Braki, których nie tolerował wypełniał tłustymi fałdami, przerobionymi na zwoje mięśni. To zodiakalny Byk, często strzelał, ale zabijał jak twierdził humanitarnie. Podobnie później, gdy mnie bił, uczył nie tylko perfekcji, ale dążył do stworzenia pełno-wartościowego Człowieka. Po omacku, ścierając pleśń, moja świadomość opiera się jednak o ścianę. Słyszę, że podobne dążenia kierował do żyjących z nim kobiet. A kiedy one odchodziły, umierały, bądź zawiązywały sobie na supeł języki, wszelkie więzy między nim, a innymi ludźmi rozkładały się i natychmiast pękały jak zmurszałe włókna holowniczej liny.
Podtrzymywany za ręce wychodzę z celi na zewnątrz. Zapala się światło, na jaw wychodzą okoliczności i przyczyny. Ludzie wysypują się z domów, warsztatów, dworców i bram. Sączą się po ulicach równym strumieniem, bez wyraźnego powodu, tuż obok trzepotu skrzydeł każdego poranka. Najtwardsi z nich rozkruszają się na chodnikach lub jeszcze - przedzierają się do wyjścia z łon. He, ale to Nie jest odkryciem.
łono, łono, łono – wyżej - bło- no, bło- no, no, no jeszcze wyżej błonie – błono - błądzę – ommo – ommo …
Rodzimy się z mantry, powtarzając pewien cykl. Ale może być lepiej, bo zamieszkiwanie próżni, wyzwala potrzebę uczenia się i zaludniania świadomości. Jedyna możliwość doświadczenia wyciągania z dołka pod – świadomości – za – ręce do góry. Mocą własnej siły, co dziwne, kiedy sami sobie podajemy rękę, czyniąc to wbrew stwierdzeniu, że jest to możliwe. Siła własnych przekonań jest prawdopodobnie jedną z najgroźniejszych broni jakie stworzyła pod - świadomość.
IV
Pierwsze obciążenia umysłu, za - raj – a - nie wspomnieniami. Na początku przychodnia pamięci przyjmuje chorych pacjentów w postaci kropek, kreski, jakiegoś światełka, melodii – prostej, kurzu, akcentu, waloru – wyraźnego. To pierwsze objawy. Zapamiętane wrażenie, kołyska to klatka za którą świeci się piekiełko. Ściany od podłóg do trzeszczących sufitów, dalej strych, dach, komin i niebo. Widziałem chmury, nie śpiąc, nie potrafiąc choćby ich nazwać. Ślepnący wzrok bez celu przylepiał się do tego, czego widzieć nie mógł, dokładnie tak jak teraz, po dwudziestu ośmiu latach, tylko, że wtedy na widok pewnego mężczyzny zapalało się czerwone światełko. Udawało się, że śpi. Kołysałem zawiniętym w sześć kocyków ciałkiem, dopóki nie przewróciłem kadłubka do napływającej z prawej burty ściany. Dzień i noc malowałem na niej swoje sny. To były Iskry, które zapełniają niebo. Wydawało mi się, że wypełnione gazem bezludne niebo, imituje gazowe światło, a z jego kieszeni wyciągnąć można co najwyżej krzyk osamotnienia i - zaschnięty palec boży.
V
Na pierwsze imię mam klatka. Ja, klatka ślizgam się i pełzam, niezdarnie i bez wyrazu, jeżdżę po podłodze i ze wszystkich żołnierzyków najbardziej lubię Napoleona, ja klatka nie jestem czuły, nie współodczuwam, nie jestem mądry i nigdy nie mam własnego zdania. Ja zapraszam do klatki aby się wspólnie męczyć. Ja klatka mam ponad dwa lata za pasem i w głowie pierwsze rymy. Z powodu niesubordynacji do znaczenia pewnego, kierowanego w moją stronę słowa, odbijam; syneczku – kubeczku, syneczku – jajeczku – oby nie - syneczku. Zbyt często choruję, no cóż, ale to nie są efekty nawału pracy, więc nie zawały serca. Ani wylewy do mózgu, który potrzebuje więcej danych, więcej tlenu, ja całymi miesiącami leżę w łóżku i notuję. Klon kwitnie po to, żeby opadły z niego liście, w kącie jest ponuro i chłodno, na kolanach staje się za karę, trzeba podpatrywać wróble. Dwie krople zjeżdżając po szybie, sczytują obraz mojej choroby. Nic mi nie jest, tylko drewno zaczynają drążyć korniki. Stop Klatka. Wciąż śnią mi się koszmary. …
Nie jest jasne, cykle dusznych dni, które stawiają stopę w drzwiach nocy, a noc jest zamknięta w hinduskiej szkatule. Tę noc użyźnia rzęsisty, zielony deszcz…Zielony deszcz wciąż próbuje ożywić martwą naturę, nasycić chlorofilem. Martwa natura nie reaguje, co daje efekt taki, że kraj w dalszym ciągu jest koloru brązowego i pachnie starymi wydeptanymi na piachu ścieżkami. Nomadzi podróżują bez odpoczynku, a skrajne zmęczenie zaczyna wywoływać halucynacje. Można np. podłożyć głos do tysiąca i jednej baśni. To tyle samo ile razy można wybaczyć. Chociaż kolejne rozczarowanie spływa z nieba nieoczekiwanie i zawisa jasno, jak pełnia księżyca. Podobnie gdy refren przeprawia zwrotki w pieśni, aż do ostatniej;
czarna tabletka rozpuszczona w ustach Wielkiego Reżysera, noc z Jego ust wylewa się na cały kraj, ulicę, nasz dom. reflektor Wielkiego Reżysera rzuca światło przed siebie. widać, jak pod osłoną nocy moja mama zdejmuje z półeczki skarbonkę. teraz wybiega, trzaskając drzwiami, które od uderzenia w futrynę tracą zęby. garść zębów wymiera więc w progu, a mama zatrzymuje się przy stuletnim spalonym domu naprzeciwko. dom z brodą, z którego dachu wyrastają strąki starych, nie mytych nigdy wcześniej włosów. w pobliżu snują się pręgowane ostatecznością hieny, co widać wyraźnie gdy Reżyser zatacza reflektorem łuk. wychodzą tu nocą na łów, najpierw dokładnie sprawdzając czy nie ma w pobliżu starego lwa, jeszcze nie wiedzą, że jest chory i wygrzewał na słońcu rozdrapane rany. instynkty poruszają tym tajemniczym miejscem, to dom pozbawiony ducha, a zaczepiony kilka śmierci wcześniej wisielec chroni jak talizman. dziewicze nienaruszenie, jak dziewiczy koszmar senny, który przeszedł sam siebie i wpadł mi do głowy. a jeszcze między śladami i zapachami z południa, biega skundlony piesek. trzyma w zębach odgryzioną nogę, budowa się chwieje. jest to miejsce wyklęte. odwagę aby tam wejść mają jedynie niczego nieświadome, pragnące mieć za sobą pierwszą sztukę kochania dzieci. i właśnie w tym miejscu, moja mama zaciskając zęby rozbija moją drewnianą, inkrustowaną jedynie skromnym, zielonym kwiatkiem skarbonkę. wyciąga z niej pieniądze i tryumfująco podnosi rękę. czyż nie wie, że przecież tym odbiera mi życie? ale oto nie w porę postawione pytanie zlewa się z innymi konsekwencjami. mama z forsą w ręce przemienia się wpół kobietę - wpół węża, tryskając królewsko - jadowitym wzrokiem. ja widzę to stojąc naprzeciwko w oknie naszej kuchni. nagle mama patrzy na mnie i obezwładnia, hipnotyzując wzrokiem,
broniłem się najlepiej jak umiałem, jak zwierze, zamierałem …
Szarpnięcie budziło mnie i wiedziałem, że kolejną złą noc mam już za sobą. Wstawałem niewyspany, ale szczęśliwy. Na moją główkę z popularnym kogutem na czubku, waliły się ściany, spadał sufit, a okno uciekało z kąta w kąt, bo kręciło mi się w głowie po każdym śnie. Co prawda drabina do nieba, którą wy-roiłem sobie zbić, każdorazowo skracała się o jeden szczebel. Bo kiedy gasły noce, drabina robiła się krótsza i krótsza, aż wylądowała z głową w kosmosie i tam zaginęła. Moja drabina dzieciństwa jak rakieta fruwa gdzieś między białymi planetami, całkiem nie w intymnej sferze, a jedna część mnie wraz z nią, wraz z nią.
Wtedy kowbojskie jeansy sprawiały, że czułem się lepiej. Ale czy w zakurzonych czasach mogło się przytrafić coś gorszego niż koszmarny dziecięcy sen?
VI
Różowe pory ze stygnącą na werandzie herbatą i czymś zwykłym jak piłka do kopania. Coś ulotnego i przyziemny sport, korytarze w powietrzu tworzą tysiące przecinających się linii. Przez to życie nabierało konkretnych, geometrycznych kształtów. Chociaż ciepła widokówka z pejzażem wciąż zanikałaby i szybko stygła pokazywana nawet z niewielkiej odległości.
Mój ojciec jest artystą, maluje na szybie liniami równymi jak maszyna. Na jego nadzwyczajną precyzję składa się autonomiczna, ucięta przy samym ramieniu ręka, która wędruje dokładnie za wskazaniem jego nieruchomego, ptasiego oka. Oko i ręka stworzyły monolit, mogą przerysować konstrukcję, w której najmniejszy szczegół będzie stał na swoim miejscu, idealnie równo, potrafi na rozpiętym na długość kilometra moście dostrzec pęknięcie szerokości włosa.
Wyszedł z celi, a jego precyzja znajduje także ujście w perfekcyjnym modelu wychowania. Ideałem jest syn nieoceniony, w lot pojmujący i chwytający dokładność. Syn mechanizm cykający równiutko jak zegarek, a jeśli nie, to nakręca go pasem. Szerokim i grubym, z którym i przez którego rosłem z wygarbowaną skórą, z łatwością odnajdując kontakt z własnym wnętrzem. Zapach łez, smak krwi i gorących, zranionych od zasłaniania bitej dupy palców.
Wieczór raczkował wraz ze mną, gdy pewnego razu odkryliśmy krainę strzykawek, tuż za rozklekotaną szafą ubraniową w przedpokoju. Strzykawki rosły wszędzie, była to łąka pełna zużytych strzykawek z granatową podziałką. Nalałem sobie wody, usiadłem po środku i do woli wstrzykiwałem wszystko co mi przyszło do głowy; - kształt morskich fal do nosa, lub niedościgłe gepardy i malownicze zebry do lewego ucha, - koczkodany do nosa, bądź też wesoło spacerujące z podniesioną trąbą jeden za drugim słonie, do prawego ucha. Ach czułem się jak Wielki Odkrywca, do głowy przychodziły mi marzenia o tym, żeby nabrać wody w usta i nie tłumaczyć się więcej nikomu i z niczego. Moją zabawę wyniuchał w końcu on. Jego ptasie, nieruchome oko wyśledziło mnie, to gdzie siedzę i co wstrzykuję sobie do wnętrza. Tym razem moje barwy nie były jego barwami, a nowe głosy, które nawiedziły mnie od środka nie zostały reglamentowane jego głosem. Ojciec autonomiczną ręką podkręca wąsy jakby przez sekundę jeszcze wahał się, co ma zrobić. Czuję jednak, że on to wszystko widzi, przeniknął mnie skubaniec, jak zresztą wcześniej pozostałe sprawy żywych, czy umarłych. Na żelaznym haku od stu lat wiszą stare, nikomu niepotrzebne spodnie. Tylko między szlufkami kwitnie roznosząc swój zapach świńskiej skóry czarny, gruby pas. Obcięta, posiadająca autonomiczną władzę ręka ojca, sięga do spodni i wysuwa pas. Szum jaki wywołuje zagłusza wiatr pędzący ponad taflą jeziora, czesząc przybrzeżne zakola tataraków. Słyszę podrywający się do lotu sznur perkozów, mała łódeczka wplątuje się w szuwary, szukając gniazda.
Zamykasz oczy kiedy się boisz, schodzisz do piwnic swojej wyobraźni. Te kazamaty są ciemne i głuche i nie zawierają odpowiedzi. Ale bywa też tak, że gdy do stracenia nie masz już nic, to otwierasz swoje wewnętrzne oko, a tuż za jego powieką - zaczyna sypać śnieg.
widnokrąg zasypuje się bielą, prawie jak w przebudzeniu. najpierw szczyty, potem chmury i nasza, płonąca dolina. śnieżna gałka rzucona w oko zabielonego nieba, które tym razem puszcza parę z ust. stary koń prowadzi senne sanie. różowe koleiny wyglądają jak niezabliźnione rany wieczoru. z wielkich chrap konia, wraz z każdym wydechem powietrza widzę porzucone obrazki maleńkich domów z kolorowymi dachami. domy szybko giną pod kopytami i niknął mi z oczu. tylko okna zostają nienaruszone, świeże. widząc w nich swoje odbicie, czuję rozciągającą się nić czasu i nawołującego bezkresu, pozostając pod ich wrażeniem znacznie, znacznie dłużej. oko przerzuca obiekt do przodu. tłusta grzywa konia jest ciężka od wspomnień i zlepia się z moimi. moje wspomnienia z czasów przed narodzeniem Boga, w których zapisywałem w księdze krwi zdania proroków. krew roznosiła owe zdania do każdej części ciała, a ciało rosło uwarunkowane nie tylko biologią, ale głównie cudzymi wizjami. pośród tych widzeń, czemu ani razu nie było obrazu – rozsypanych much na śniegu?. koń wspina się i sanie zostawiają ślady coraz wyżej, mijam kolejną przystrojoną choinkę, kolędników, świętujące od pokoleń rodziny, jestem otoczony gęstym zapachem zielonych świerków. nawołuję nieobecnych, których ślina przyniosła mi na język, dla kurażu chuchając jeszcze w ręce. jednak droga coraz bardziej zwęża się i nie zostaje wiele miejsca, które inspirowałyby do poszukiwań. nadstawiam ucha i wciąż słyszę tylko łomot walącego w dupę pasa, więc podczołguje się wyżej i zaczynam już tylko śpiewać. tylko, że ten śpiew od czasu do czasu zagłuszał gwar życia nieżyjących, zagłębionych w filozoficznej zadumie, przykrytych zimową porą poszycia. trochę to dziwne, że w obliczu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lew
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…