Wróć do katalogu

Kamienica

Meg Malkovich wprowadza się do małego mieszkania w starej Kamienicy. Nie wie, że czyha na nią nieproszony gość. Co się jej przydarzy i czy znajdzie swoją miłość? Tego dowiecie się po przeczytaniu tego opowiadania!

Qventhill, opublikowano , 1 godz. 11 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

KAMIENICA PROLOG Był mroźny, styczniowy poranek. Kamienica przy ulicy Jeziornej stała od 60 lat w tym samym miejscu. Przed budynkiem zatrzymał się samochód z nazwą firmy przeprowadzkowej. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn i kobieta. - Tędy panowie! - Jasne szefowo, który to numer? - 16, proszę to klucze do mieszkania. Robotnicy zaczęli wnosić pudła i meble na dziedziniec budynku. Była to stara powojenna kamienica. Dawniej szara i nieciekawa, teraz dzięki niedawnemu remontowi odzyskała swój dawny blask. Kobieta spojrzała na budynek i przez chwilę wydawało się jej, że zobaczyła kogoś w oknie. - Przewidziało mi się - pomyślała - Gotowe szefowo Dziewczyna wzdrygnęła się. Nie zauważyła jak szybko jej rzeczy zostały wniesione do mieszkania. - Tak szybko? To świetnie. - Tak, ale musi pani jeszcze podpisik złożyć – uśmiechnął się czarująco jeden z mężczyzn, ukazując swoje żółte zęby. - Och oczywiście. – odpowiedziała kobieta ze sztucznym uśmiechem przylepionym do twarzy. Wzięła długopis podany przez mężczyznę i złożyła podpis:

Megan Sheila Malkovich

ROZDZIAŁ 1

- A więc to jest moje nowe mieszkanie... – Meg rozejrzała się krytycznie po wnętrzu. Mieszkanie było niedużą kawalerką, z kuchnią i mikroskopijną łazienką. Wszystkie ściany były pokryte szarym tynkiem, na podłodze leżało okropne linoleum, a wszędzie walały się śmieci. Meg przedostała się przez ścianę pudeł, przeszła pod stołem, przemierzyła cały pokój i wreszcie dotarła do drzwi balkonowych. Otworzyła je, a jej twarz owiało świeże zimowe powietrze. Otuliła się szczelniej płaszczem i wyszła na balkon. Spojrzała w dół i dopiero teraz ujrzała, że całą dolną kondygnację kamienicy zajmują sklepy. W rogu dziedzińca znajdowała się restauracja ‘’Żarełko’’, jak głosił neon nad drzwiami. Dopiero teraz poczuła straszny głód. Nie namyślając się dłużej zeszła na dół, kierując się w stronę lokalu. Otworzyła drzwi. - Jest tu ktoś? – zawołała po pustym wnętrzu. Była to średniej wielkości sala. Meble, nieco już wysłużone, stały w równych odstępach od siebie. Ściany pokrywał ciemnoczerwony kolor. Po prawej stronie znajdował się bar ze stołkami, a w rogu pomieszczenia stał stół do pokera. Nikt nie odpowiedział, więc ponowiła pytanie. - Już idę! – odkrzyknął głos. Po chwili za barem pojawił się wysoki, dobrze zbudowany czarnowłosy mężczyzna. Jego bystre, zielone oczy spojrzały na dziewczynę. - Mogę coś tutaj zjeść? – zapytała Meg - Jasne, siadaj zaraz podam kartę. Po chwili jadła naleśnika ze szpinakiem. Facet przyglądał się jej, po czym zapytał: - Jak masz na imię? Nie widziałem cię tutaj nigdy wcześniej. - Jestem Megan, dla znajomych Meg. – uśmiechnęła się dziewczyna i dodała – właśnie się tu wprowadziłam. - Miło mi cię poznać, jestem John. - To twoja restauracja? – spytała Meg. - Częściowo tak, a częściowo nie. - To znaczy? - To jest rodzinna restauracja, właścicielem jestem ja i mój ojciec, ale jego chyba nie obchodzi co się tutaj dzieje. - Ile płacę? – niespodziewanie odezwała się Meg, która właśnie skończyła jeść. - Nic, taka sąsiedzka przysługa. - Słuchaj, pewnie uznasz to za głupi pretekst, żeby cię uwieść czy zrobić coś innego, ale moje mieszkanie nie jest zbyt... mógłbyś pomóc mi je odmalować? – zapytała w końcu. - Jasne, ale mogę dopiero jutro. - Nie ma problemu. Na razie! Meg wyszła z ciepłego wnętrza, i skierowała się w stronę klatki schodowej. Już miała otwierać drzwi na schody, gdy wepchnęła się jej kobieta o blond włosach. Jej włosy ciężkie z nadmiaru lakieru, przyklapnęły, a ona sama stała na niebotycznie wysokich obcasach, przez co była wyższa od Meg o pół głowy. - Może tak trochę kultury, co?! – spytała szorstko Meg - I kto mi to mówi? - A co cię to obchodzi? - Dla twojej wiadomości jestem... - Sztuczną barbie, w której nic oprócz jej głupoty nie jest prawdziwe. Nie musisz powtarzać sama się domyśliłam. – wtrąciła się Meg w pół zdania. Bez słowa wepchnęła się przed kobietę i zniknęła we wnętrzu budynku. Była już w przed drzwiami do mieszkania, gdy zobaczyła jakąś staruszkę przyglądającą się jej. - Dzień... – chciała powiedzieć, ale kobieta przerwała jej - Jesteś inna niż te wszystkie, przed tobą. Przeszłaś zbyt wiele. Moje dziecko... – zbliżyła się do niej i chwyciła ją za rękę – Nie poddawaj się... Meg spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na staruszkę. Nagle zrobiło jej się bardzo ciepło, poczuła, że musi się położyć. Wyswobodziła dłoń z uścisku. Otworzyła drzwi i osunęła się na stary materac z wystającymi sprężynami. Zapadła ciemność.

***

- Meg... - Gdzie ja jestem...? – słabym głosem powiedziała dziewczyna - W twoim mieszkaniu, mieliśmy je przemalować. Zapomniałaś? - Ta staruszka, mówiła coś. Ja jestem inna – mamrotała. - Na pewno wszystko OK.? -Nie, to znaczy tak. Poczekaj na mnie..., przebiorę się i możemy malować. Meg poszła do łazienki i ubrała pierwszą bluzkę i spodnie z brzegu. Już miała wychodzić, kiedy zauważyła, że ma na sobie najlepsze ciuchy. Szybko się przebrała i wróciła do pokoju. John już malował ścianę z oknem. - Mogę jakoś pomóc? - Możesz pomalować tą ścianę – wskazał na ściankę odgradzającą kuchnię od pokoju. - Dobra... – Meg rozejrzała się po wałkach, puszkach z farbą i wszystkich innych ‘’dziwnych’’ przedmiotach. - No tak zapomniałem... – powiedział John, widząc pytającą minę dziewczyny – pomogę ci. Delikatnie złapał ją za nadgarstek i zaczął posuwać ręką w odpowiedni sposób. - Dzięki – powiedziała Meg i mimowolnie spojrzała w zielone oczy Johna. Odwzajemnił spojrzenie, ale po chwili speszył się i nazbyt intensywnie zaczął jeździć wałkiem po ścianie. Po południu mieszkanie było pomalowane. - Proszę – powiedziała Meg, podając Johnowi kubek z herbatą ,a sama umoczyła usta w parującym płynie. - Dobra ta herbata. - Dzięki. Zaraz wrócę, muszę iść do łazienki. Po chwili jedli ciastka wygrzebane z torebki Meg. Coś było jednak nie w porządku. John patrzył na Meg dziwnym wzrokiem, jakby na coś czekał. Po chwili dziewczyna powiedziała: - Jakoś słabo się czuję, pozwolisz, że się położę? - Jasne, ja też już wracam do siebie. Do zobaczenia! - Cześć! Po chwili sen zamknął oczy zmęczonej dziewczynie.

***

Meg spała głęboko. Obudziła się nad ranem. Chciała wstać, ale mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa. - Co do jasnej... – nie zdążyła dokończyć Meg, bo niespodziewanie fala wymiocin zalała jej łóżko. Udało się jej wydostać spod kołdry i dostała się do łazienki, ale organizm nie był przygotowany na taki wysiłek. Nachyliła się nad sedesem i zwróciła zawartość żołądka. Nie mogła zrobić najmniejszego ruchu. Jej głowa wisiała nieruchomo nad muszlą klozetową i co kilka minut wyrzucała zawartość. Kiedy już nie miała, czym wymiotować, opadła bezsilnie na zimną podłogę. Poczuła się trochę lepiej i już chciała wstać, ale usłyszała wołanie: - Halo! Drzwi były otwarte i... – urwał, gdyż ujrzał Meg leżącą na podłodze. Był to szczupły, młody na oko 25 letni mężczyzna. Miał rude, prawie czerwone włosy i ciemnozielone oczy. - Nic ci nie jest? – zapytał przerażony - Nie. Tylko nie najlepiej się czuję. - Chodź pomogę ci. Meg próbowała wstać, ale nie udało się jej. Mężczyzna bez namysłu wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju. Widząc stan pościeli, szybkim ruchem zgarnął ją na bok, a Meg nakrył kocem. Chwilę krzątał się po mieszkaniu i po chwili wrócił z filiżanką pełną parującego płynu. - Wypij to. Meg upiła łyk, ale skrzywiła się z niesmakiem i odepchnęła naczynie. - To jest okropne. - Wiem, ale musisz to ci pomoże – nalegał nieznajomy. Dziewczyna przemogła się i wkrótce filiżanka była pusta. - Rzeczywiście lepiej się czuję. - To świetnie, więc nie przeszkadzam... - Zaczekaj! Jak się nazywasz? - Nazywam się, Bill Whitlow. Mieszkam pod 20. - Ja jestem, Meg i dzięki za wszystko... - Nie ma za co, no to ... na razie. - Na razie. Meg przeszła do przedpokoju by zamknąć drzwi, ale jej uwagę przykuło coś innego. Na wycieraczce leżał list. Meg przez chwilę wahała się czy otworzyć kopertę, ale ciekawość zwyciężyła. Rozerwała kopertę i zaczęła czytać:

Droga Meg

Miło mi Cię znowu spotkać. Minęło już pięć lat od naszego ostatniego spotkania prawda? Mam dla Ciebie wspaniałą informację. Uciekłem z pierdla. Cieszysz się prawda? Jestem ciekawy jak tym razem będziesz próbowała wsadzić mnie za kratki. Jestem niezrównoważony, a może zgwałciłem cię? Może jestem tylko zwykłym pedofilem co? Teraz już nie będzie tak łatwo. Teraz zabiję Ciebie. To chyba mała różnica między twoją starą matką? Teraz już tak łatwo nie uciekniesz. Zniszczę Cię rozumiesz? Zabiję! To cudowna niespodzianka. Daję Ci tydzień. Chyba, że... No właśnie... Zastanawiam się co by było dla Ciebie najgorszą rzeczą w życiu. Na pewno chętnie byś to dla mnie zrobiła. Mam rację, czyż nie? Już wiem co by mnie uszczęśliwiło. Zabij swojego zapchlonego (prawda, że to dla niego cudne określenie?) ojca. Jeśli w ciągu tygodnia tego nie zrobisz, to już możesz szykować swój pogrzeb. Naturalnie jeśli twoje ciało zostanie znalezione. Zdecydowałaś się umrzeć? To cudownie, ale daj mi znać w jaki sposób mam to zrobić. Kulka w łeb nie jej zbyt oryginalna. Może ‘’betonowe buty’’ i rzeka? Będę tak miły, że utopię Cię w rzece obok Twojego rodzinnego domu. Twój tatuś, będzie miał cudowne przedstawienie przed własną śmiercią. Bo oczywiście i tak go zabiję czy tego chcesz czy nie. Nie myśl sobie, że będę aż tak brutalny i nie zapewnię ci rozrywki przed zgonem (te moje medyczne uprzedzenia...). Co powiesz na kolacyjkę przy świecach ze mną. W menu jakieś karaluszki w sosie własnym i może jakiś deserek. Pozwolę Ci wybrać. I pamiętaj, że mam Cię na oku kotku. Składam Ci serdeczne życzenia z okazji śmierci. Do zobaczenia!

Ron

Meg nie wierzyła w to co przeczytała. On wrócił. On czyli zabójca jej matki. Chory fanatyk śmierci. Zabił ją bo obwieściła publicznie jego testy na ludziach. Próbował zabić też Meg. Nie udało mu się. Dostał dożywocie, ale jakimś cudem uciekł z więzienia. Teraz znowu jest w pobliżu. Może nawet w tym budynku. Meg postanowiła: musi się stąd wynieść. Teraz. Jej myślami zawładnęła panika. Miotała się po mieszkaniu, wrzucając do walizki co się da. Pochłonięta pakowaniem nie zauważyła jak w mieszkaniu pojawił się John. Zauważyła go po chwili. Stała z torebką w jednej ręce i szczoteczką do zębów w drugiej. Patrzyła się na niego nie wiedząc co powiedzieć. Milczenie przerwał John: - Wyjeżdżasz? - Tak, do mamy – dodała po chwili. - Na pewno wszystko w porządku? - Nic nie jest w porządku! – wybuchnęła. Nie mogła tego dłużej dusić w sobie i opowiedziała o wszystkim Johnowi. O zabiciu jej matki, o liście i o zadaniu. - Musisz iść na policję – stwierdził krótko. Czy ty nie rozumiesz ?! On mnie zabije! Mnie i mojego ojca! Nie wiesz jak to jest stracić jedyną osobę jaką się ma! - Rozumiem... - Nie! - Tak! Moja matka zginęła w wypadku samochodowym razem z ojcem... - John ja naprawdę... - Nie będę ci przeszkadzać. Meg chciała jeszcze coś powiedzieć, ale John opuścił mieszkanie. Usiadła na łóżku i schowała twarz w dłoniach. Ciszę przerwał dźwięk telefonu. Meg podniosła słuchawkę: - Słucham? - Czy rozmawiam z panią Megan Sheilą Malkovich? - Tak, w czym problem? - Dzwonię ze szpitala przy ulicy Magnoliowej 45. Pani ojciec nie żyje. - Słucham?! - Przykro mi. Halo! Jest tam pani? Meg nie odpowiedziała. Jej świat legł w gruzach.

ROZDZIAŁ 2

Nie mogła wytrzymać. Wybiegła z domu i udała się do pierwszego sklepu monopolowego w okolicy. Sięgnęła po butelkę i pociągnęła łyk. To koniec. Upije się, a potem o wszystkim zapomni. Nie na długo, bo następnego dnia wszystko wróci, a ona znowu będzie wyglądała jak siedem nieszczęść. Znowu, to dobre słowo. Meg znowu będzie alkoholiczką .

7 dni później...

Meg leżała na łóżku z głową opuszczoną w dół. 3 dni temu była na pogrzebie. Jej myśli zaprzątał fakt, że Bill był na nim. Skąd on znał jej ojca? Zresztą, co ją to obchodzi. I tak nie ma dla kogo żyć. Jest nikim. Nikim to znaczy zwykła pijaczką nie pamiętającą jak się nazywa. Wczoraj w nagłym ataku poczucia winy wypiła 2 butelki. Teraz ma kaca jak morze długie i szerokie. - Dlaczego ja? Dlaczego ja mam tego cholernego pecha? – szepnęła sama do siebie. – Dlaczego nie mogę być jak inne? Szczęśliwa, u boku swojego jedynego. Bez zmartwień, problemów i trosk. Zła na siebie samą, chwyciła kieliszek i rzuciła nim o ścianę. Odłamki szkła posypały się jak śnieg. Zapanowała dziwna cisza. To była cisza przed burzą. Meg usłyszała niewyobrażalny huk. Zadziałał na nią jak kubeł zimnej wody. Wybiegła na dziedziniec. Z jednego z okien unosił się dym. Powoli na dziedzińcu zaczęli się pojawiać kolejni mieszkańcy kamienicy. Ktoś krzyknął: - To mieszkanie Billa Whitlowa! Meg sparaliżowała ta informacja. W oddali usłyszała syreny. Jednak nie na długo. Niespodziewanie poczuła cios w plecy. Zemdlała.

***

Meg obudziła się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Leżała na podłodze. Usiadła i rozejrzała się. Znajdowała się w schowku na miotły. Próbowała wyjść, ale drzwi były zamknięte. Jej jedyną szansą było małe okno pod sufitem. Nie miało klamki, więc Meg wzięła kij od mopa i uderzyła nim w szybę. Pękła, ale nie rozbiła się. Kilka mocniejszych ciosów rozbiło szkło. Dziewczyna wspięła się na wiadro w wygramoliła przez okno. Zamurowało ją. Stała w samym centrum miasta. Przed nią wznosił się gmach gotyckiego ratusza, a wokół stały kamienice i sklepy. Nagle zdała sobie sprawę, że ludzie oglądają się za nią. Przypomniała sobie, że ma na sobie powyciąganą i poplamioną bluzkę, puchate kapcie z głowami królików i majtki. Pobiegła ulicą w stronę domu, ale drogę zagrodziło jej dwóch mężczyzn. - Przepraszam, spieszę się – wymamrotała Meg, i już miała ich wyminąć, kiedy nagle bezceremonialnie wepchnęli ją do stojącego na chodniku czarnego BMW. - Co panowie robią?! Proszę mnie zostawić! – wykrzyknęła Meg. - Zamknij się. – powiedział jeden z mężczyzn nawet nie patrząc na wystraszoną dziewczynę. Ruszyli ulicą i po kilkuset metrach skręcili w boczną uliczkę. - Ron nas przysyła. Ma dla ciebie zadanie. - Jakie zadanie? - Nie przerywaj mi. Jak chcesz uratować skórę, to dostarcz 20 000 funtów do czwartku, pod ten adres. – rzucił Meg karteczkę, którą złapała – Ja Ron ich nie dostanie to możesz szykować się na śmierć. Zrozumiałaś? - Tak – powiedziała cicho Meg. - I żadnej policji. Samochód zatrzymał się gwałtownie i jeden z mężczyzn wyrzucił Meg na chodnik przed jej kamienicą. Auto odjechało, a Meg udała się na dziedziniec. Po drodze zerknęła na kartkę z odręcznym napisem:

Ulica Napoleona 14/7

Meg była zaskoczona. To był adres jej rodziców. Patrzyła na kartkę i nie zauważyła, że na dziedzińcu stoi Bill i rozmawia z policjantem. - Chwileczkę! To ona! Meg odwróciła się Bill wskazywał na nią palcem, a policjant podszedł do niej i zapytał: - Czy nazywa się pani Megan Sheila Malkovich? - Tak to ja. Jakiś problem? - Teraz już żaden. Zgłoszono pani zaginięcie, ale widzę, że odnalazła się pani... ekhm cała i zdrowa – mówiąc to zmierzył Meg spojrzeniem – Do widzenia pani! Meg chciała zapytać o coś Bill, ale tego nie było już na dziedzińcu. Weszła do mieszkania, jednak tam odkryła straszną prawdę. Ktoś się do niej włamał. Wszędzie porozrzucane były rzeczy Meg. W kuchni walały się odłamki szkła. Pokój dzienny był zawalony papierami i ubraniami. Niestety kiedy przejrzała swoje rzeczy zdała sobie sprawę, że ukradziono wszystkie oszczędności. Miała 5000 funtów w plecy. Zaczęła sprzątać, myśląc skąd wytrzaśnie tyle pieniędzy. Nagle coś przykuło jej uwagę. Na dywanie leżała zaklejona, czarna koperta. Meg otworzyła ją wyjęła z niej przedartą na pół kartkę. Niestety w kopercie znajdowała się jedna połowa. Meg zaczęła czytać.

...Nie interesuje mnie skąd to weźmiesz, ale chcę dostać szyfr do skarbca Banku Północnego. Sugeruję mały napadzik, choć wątpię, czy dasz sobie radę. W końcu nie jesteś już taka jak kiedyś... Jeżeli nie dostanę go w ciągu trzech tygodni to pożegnaj się ze swoim kochanym...

W tym miejscu atrament rozmywał się. Meg po kilku próbach ze strachem odkryła, że jest tam napisane:

... Billem. Przesyłam najgorsze pozdrowienia. Do zobaczenia

Podpisu nie było, ale Meg wiedziała, że to od niego. - Mało mu było? 20 000 nie wystarczy? Teraz jeszcze mam napaść na bank. Musze to zrobić, żeby nie zabił kolejnej niewinnej osoby. Meg usiadła na fotelu i ukryła twarz w dłoniach. Z zamyślenia wyrwał ją krzyk. Wyszła na klatkę schodową i doznała strasznego odkrycia. Na schodach, w kałuży krwi leżała staruszka. Ta staruszka, która pierwszego dnia Meg w kamienicy zaczepiła ją na schodach. Pochyliła się nad nią i chciała sprawdzić czy żyje. Nie zrobiła tego. Usłyszała strzały.

ROZDZIAŁ 3

Ten odgłos zadziałał na nią jak kubeł zimnej wody. Wiedziała, że przyjechali tu po nią i nie zawahają się, gdy przyjdzie im kogoś zabić. Musiała ratować innych mieszkańców kamienicy. Chwyciła zimną rękę nieżywej już staruszki. Pociągnęła ją za sobą. Słyszała kroki na schodach, krzyki ludzi. Wepchnęła ciało kobiety do składzika na podeście schodów. Gdy tylko zamknęła drzwi na korytarzu pojawił się zamaskowany mężczyzna z pistoletem. Zauważył ją. - To ona! – krzyknął za siebie, zapewne wołając innych ‘’kolegów’’ Meg nie czekała. Pobiegła schodami w górę. Skierowała się w prawą stronę korytarza. Słyszała kroki goniących ją mężczyzn. Dotarła do końca korytarza. Mogła wejść do czyjegoś mieszkania, ale było mało prawdopodobne, aby drzwi były otwarte. Gorączkowo próbowała otworzyć jedne z nich, ale były zamknięte, kolejne też. Zostały jedne do sprawdzenia. Były otwarte. Meg wbiegła na znajdujące się za nimi schody. Były bardzo strome i bardziej przypominały drabinę. Meg dotarła na ich szczyt. Znajdowała się na poddaszu kamienicy. Przed sobą miała wąskie drzwi. Były zamknięte na kłódkę, ale ktoś zapomniał zabrać klucza. Meg próbowała otworzyć drzwi, ale trzęsące się ręce uniemożliwiały jej to. Nareszcie się udało i weszła na stryszek. Przełożyła kłódkę na drugą stronę drzwi i zamknęła je od środka. Dla pewności podparła je krzesłem. Kłódka była mała i nie powinna wytrzymać zbyt długo. Dopiero teraz dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu. Był to długie i wąskie poddasze ze skosem po jednej stronie. Składowane tu od wielu lat niepotrzebne meble i rzeczy tworzyły pokryte kurzem sterty w kątach. Była tam też stara spróchniała kanapa i kilka stolików. Meg rozejrzała się za jakąś kryjówką, lecz żadne miejsce się do tego nie nadawało. Zza drzwi słyszała przekleństwa. One same zaś łomotały od uderzeń mężczyzn. Jedynym ratunkiem dla Meg było małe wykuszowe okno, wychodzące na dach. Podjęła decyzję. Podbiegła do okienka, otworzyła je i w tym samym momencie kłódka wyskoczyła. Drzwi się otworzyły i na stryszek wbiegło trzech mężczyzn. Meg wychodziła już przez okno i usłyszała za sobą strzał. Był niecelny i musiał trafić na poduszkę leżącą na kanapie bo w górę wystrzelił obłok pierza. Meg stanęła jedną stopą na szczycie dachu, starając się nie patrzeć na dół zrobiła dwa kroki. Nie widziała tego, ale wiedziała, że tuż za nią przez okno wychodzi jeden ze zbirów. Usłyszała szczęk ładowanej broni i kolejny strzał. Uchyliła się kilka centymetrów, na tyle na ile pozwalały jej prawa fizyki. Tuż obok ucha świsnęła jej kula. Rozejrzała się za drogą do ucieczki i kilka metrów dalej, zauważyła balkon jednego z mieszkań. Zrobiła jeden krok i tak niefortunnie stanęła na jednej z obrośniętych mchem dachówek, że poślizgnęła się i zjechała połacią dachu jak na zjeżdżalni. W ostatniej chwili złapała się rynny, hamując upadek. Rynna wygięła się i dziewczyna spadła na balkon. Szybko podniosła się, wbiegła przez otwarte balkonowe drzwi i zamarła w bezruchu. Tuż przed nią stał Bill. Nic nie powiedział, tylko pociągnął ją za siebie w głąb mieszkania. Usłyszeli brzdęk tłuczonego szkła, krzyki bandytów i syrenę policyjną. Wybiegli na korytarz i schodami zbiegli w dół, na dziedziniec. Ich oczom ukazał się okropny widok. Szyby w większości mieszkań były powybijane, z jednego z okien unosił się dym, wszędzie leżały odłamki szkła. Tymczasem na dziedziniec wjechał, uderzając prawie w rosnące na jego środku drzewo policyjny samochód. Wysiadło z niego czterech policjantów i w jednej chwili rozbroiło i zakuło w kajdanki, wbiegających na dziedziniec gangsterów. Wpakowali ich do właśnie podjeżdżającego drugiego auta i odjechali. Meg była w szoku. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że czuje w ustach słodki smak krwi. - Meg, chodź. Muszę cię opatrzyć. – odezwał się niespodziewanie Bill. Dziewczyna posłusznie dała się zaprowadzić do jego mieszkania. Wcześniej powiedziała mu o ciele kobiety zamkniętym w składziku i po 20 minutach zabrało je pogotowie. Meg siedziała na kanapie w salonie Billa i bezmyślnie patrzyła się w przestrzeń. Nagle odezwała się. - Bill, ja ci wszystko wyjaśnię... - Nie musisz ja rozumiem. Meg zdziwiła się. Czy on wszystko wie? ‘’Nie to niemożliwe’’, pomyślała. - Gotowe! – powiedział Bill. - Dzięki..., a tak na marginesie, kto cię nauczył robić opatrunki? - Jestem lekarzem.-uśmiechnął się. - Jeszcze raz dzięki, to na razie. Meg spojrzała w ciemnozielone oczy Billa. To był impuls. Pocałowała go. Mężczyzna odwzajemnił pocałunek. Meg już wiedziała - to jest ten jedyny. Rozpięła mu koszulę, on zdjął jej bluzkę, nie przerywając jej całować. Zdjął buty, spodnie. Ich ciała połączone wspólnym uczuciem pieściły się na zielonym dywanie. Zrzucili wazon ze stolika kawowego, nikt nie zwrócił na to uwagi. - Bill... – szepnęła Meg – kocham cię... - Nic nie mów – mężczyzna położył jej palec na ustach. Niestety nagły hałas przerwał całą atmosferę. Rozbijając szybę, wpadł do mieszkania kamień owinięty papierem. Kolejny list. Meg i Bill podnieśli się zdumieni. Dziewczyna podniosła kartkę.

Kochana Meg!

Widzę, że zanadto się rozbrykałaś. Minęła już Twoja żałoba? Szkoda, ale masz szansę do kolejnej. Nie będę przedłużał życia Billowi zabiję go. Cieszysz się? Tak ja też. Oczywiście dam Ci szansę do uratowania go. Wystarczy mi, że dostarczysz pewną mała paczuszkę. Znajdziesz ją jutro pod swoimi drzwiami. Dostarcz ją na Wiśniową 89. Do mojej kochanej koleżanki. Jeżeli będzie miała klientów to poczekaj (zawód prostytutki jest bardzo dobrze opłacalny). Masz cały dzień na zastanowienie i drugi na dostarczenie paczki. Jeżeli jutro o 18:00 przesyłka nie będzie u adresata Twój kochaś zejdzie z tego świata. Prawda, że to cudowna informacja? Pamiętaj, że widzę każdy Twój ruch, a w tej zakurzonej kamienicy jest jeszcze dużo ludzi do zabicia. Co powiesz na Johna. Szkoda by było takiego mięśniaka na kotlety. Osobiście uwielbiam ludzinę, a ty? Może zaserwuję Ci ją podczas naszego spotkania. Wierz mi, że ono odbędzie się szybciej niż Ci się wydaje... Do zobaczenia kotku!

Twój Ronald

- Co to jest? – zapytał Bill. - Nie nic takiego... ja już pójdę na razie! Meg podniosła kartkę, szybko się ubrała i pobiegła do swojego mieszkania. Zamknęła drzwi i usiadła, opierając się o nie. Po jej policzku popłynęły łzy.

ROZDZIAŁ 4

Meg siedziała w bezruchu. Wydawało jej się, że mijają godziny, tymczasem po kilku minutach podniosła się i weszła do pokoju. Minęła stertę podartych ubrań, śmieci i potłuczonego szkła i usiadła na fotelu. Wytarła twarz, ubrała się i wyszła z mieszkania. ‘’Chciał to dostanie te 20 000. Dostanie też ten kod do banku i dostarczę mu tą cholerną paczkę.’’, rozmyślała tak, gdy szła samotnie ciemnymi ulicami. ‘’A może sama się zabiję? Nie byłoby nikomu szkoda. Może po za Billem...’’ Dziewczyna sama nie wiedziała, gdzie i po co idzie, lecz ze zdziwieniem odkryła, że zbliża się do domu swoich rodziców. - Skoro już tutaj jestem to warto się rozejrzeć – szepnęła sama do siebie Przeszła ostatnie 300 metrów i stanęła przed budynkiem. Był to średniej wielkości, parterowy domek. Cokół domu był obłożony cegłą klinkierową, a pozostała część ścian pokryta kanarkowo żółtym tynkiem. Drzwi wejściowe osłaniał daszek wsparty na dwóch kolumnach. Do drzwi dopasowane były, drewniane, brązowe okna. Dom otaczał ogród zasypany śniegiem. Meg przedostała się przez zaspę, na ścieżce i stanęła przed drzwiami. Spróbowała je otworzyć i nie zdziwiła się, kiedy okazało się, że są zamknięte. Zajrzała przez okno. Wnętrze było ciemne i nie mogła nic zobaczyć. Wzięła spory kamień i wybiła nim szybę. Dom stał nieco na uboczu, więc nikt nie powinien był tego słyszeć. Włożyła rękę w dziurę, poszukała klamki, przekręciła ją i otworzyła okno. Wspięła się na stertę drewna na opał leżącą pod ścianą i wskoczyła do wnętrza. Znajdowała się w dużej, wygodnej kuchni. Trzy ściany otaczały dębowe szafki kuchenne, czwartej nie było, gdyż zastąpiło ją szerokie przejście do salonu. Meg na ten widok zakręciła się łezka w oku, kiedy przypomniała sobie dziecięce lata i pomoc mamie w przygotowywaniu obiadu i wspólne zabawy z tatą. Udało jej się powstrzymać płacz i zagłębiła się do wnętrza. Salon był sporym pomieszczeniem z wyłożonym piaskowcem kominkiem, wygodną kanapą obitą kwiecistą tkaniną i starymi, chyboczącymi się fotelami. W oknach wisiały ciężkie zasłony z mięsistej tkaniny, a na ścianach można było dostrzec rodzinne fotografie. Na wielu z nich była sama Meg. Piknik nad rzekę, urodziny babci, zabawa nad jeziorem. Te wszystkie wspomnienia uwiecznione na nich, doprowadziły dziewczynę do płaczu. Próbowała hamować łzy, ale całkiem się rozkleiła. Odwróciła się tyłem do ściany i skierowała się do przedpokoju. Stamtąd prowadził wąski korytarz do sypialni. Meg celowo ominęła drzwi do swojego dawnego pokoju, żeby uniknąć kolejnego potoku łez. Naprzeciwko znajdowały się drzwi do sypialni rodziców. Dziewczyna ostrożnie przekroczyła próg, a jej oczom ukazał się straszny widok. Pokój był opróżniony z mebli, a na jego środku, skrępowany i zakneblowany siedział John. - John! O Boże... – mamrotała Meg rozwiązując węzły – wszystko OK.? – zapytała, kiedy odkleiła taśmę zalepiającą mu usta. - Meg! Co ty tu robisz?! Ze mną wszystko w porządku, ale jak się tu znalazłaś? - To długa historia..., ale co ty... - Dzisiaj po południu, kiedy przyjechały te zbiry do naszej kamienicy, akurat wyrzucałem śmieci. W tym momencie wpadli jak burza na dziedziniec, popchnęli mnie na na ziemię. Potem dostałem od kogoś w głowę i obudziłem się tutaj. - Jak długo tu siedzisz? - Trudno mi powiedzieć, ale od czasu, kiedy się ocknąłem minęło jakieś pół godziny – wskazał ręką na zegar ścienny - Chodź – powiedziała dziwnym głosem Meg – wracajmy do domu. Wyszli przez okno w kuchni i ruszyli w stronę centrum. Przez całą drogę panowała cisza, ale pod koniec, gdy byli już prawie pod kamienicą John zapytał: - Miałaś mi powiedzieć jak ty się tam... - Nie chcę o tym rozmawiać – ucięła rozmowę Meg. - Rozumiem. Meg! – przystanął i poczekał, aż zawołana odwróci się do niego – uważaj na Billa. Może na to nie wygląda, ale jest strasznym kobieciarzem. Skrzywdził już wiele kobiet. – chwilę się wahał, po czym dodał – Do zobaczenia... Wyminął zdziwioną dziewczynę i zniknął w bramie kamienicy. Meg stała przez chwilę w bezruchu, rozważając to co powiedział jej John. W końcu również weszła do kamienicy. Weszła i zamknęła drzwi do swojego mieszkania. Zegar wskazywał pierwszą w nocy, więc dziewczyna zgarnęła tylko z łóżka stertę śmieci i wsunęła się pod kołdrę. Zasnęła.

***

Promienie porannego słońca padały na bladą, zmęczoną twarz Meg. Kruczoczarne włosy rozrzucone na poduszce, przypominały jadowite węże. Dziewczyna ocknęła się i usiadła na łóżku. Był wtorek. Zostały dwa dni do przekazania pieniędzy. Wiedizałasi je jakoś zdobyć, tylko że w ogóle nie wiedziała w jaki sposób. Ubrała się, zjadła śniadanie i ruszyła w drogę. Na początek postanowiła wybrać się do banku. Dostała w spadku po ojcu 10 000 funtów, więc miała już połowę wymaganej kwoty. Stanęła przed gmachem Banku Północnego. Był to ogromny, wysoki na 10 pięter budynek. Elewacja pokryta do 2 piętra granitem i liczne przeszklenie dodawały mu szyku. Meg skierowała się do drzwi i otworzyła je. ‘’Może przy okazji uda mi się zdobyć ten kod’’, pomyślała z przekąsem. Znalazła się w przestronnym holu. Podeszła do jednej z lad pod ścianą, przywitała się z recepcjonistką i powiedziała: - Chciałabym wypłacić z mojego konta pieniądze. Półtora tygodnia temu, wpłacone zostało na nie 10 000 funtów. Chciałabym je wypłacić. - Oczywiście. Pani imię i nazwisko? - Megan Sheila Malkovich. - Przepraszam, ale nie mogę wypłacić pani tyle pieniędzy. - Dlaczego? - Bo nie ma ich pani na koncie. - Co?! - Proszę spojrzeć – odwróciła ekran komputera w stronę Meg – ma pani tylko 8500. Wypłacić je? - Tak. Po dziesięciu minutach Meg szła z rozwścieczoną miną przez miasto. ‘’Mało mu było? Na pewno nasłał jakąś laskę, żeby podszyła się pode mnie.’’, myślała. Skierowała się do siedziby banku, udzielającego kredytów gotówkowych.

***

Pół godziny później...

Meg wyszła z obskurnego budynku, przy ulicy Jabłonnej. Dostała ‘’jedynie’’ 5000 funtów pożyczki, gdyż, jak powiedziała kobieta, która ją obsługiwała ‘’nie miała wystarczająco dużych stałych dochodów’’. Dziewczyna szła więc z 13 500 funtów, przez mokre od nagłego deszczu ulice. Śnieg roztopił się, a na chodnikach i ulicach powstała mokra maź. Przeszła przez ulicę i weszła na dziedziniec kamienicy. Czekał na nią tutaj przykry widok. Pod drzwiami klatki schodowej stał Bill i ... całował się z wysoką blondynką. Była nią ‘’sztuczna barbie’’, jak nazwała ją Meg. Czerwona ze złości podeszła do pary i krzyknęła: - Ty świnio! Jak mogłeś! Nie udało się nam, a ty dzień później masz już inną?! John ma rację muszę na Ciebie uważać. - Ale Meg to nie tak... – próbował załagodzić sytuację, zdziwiony Bill - Nie wykręcaj się sianem! – podeszła bliżej mężczyzny i spoliczkowała go – dobrze Ci tak! – krzyknęła jeszcze zanim pobiegła po schodach do swojego mieszkania. Ze złością rzuciła pliki banknotów na podłogę. - Jaka ja byłam głupia! Myślałam, że on jest inny, że się mną zaopiekuje, a tymczasem okazał się jak każdy facet! – Krzyknęła sama do siebie. Zaczęła szukać czegoś, czym można by walnąć Billowi w głowę. Od zrobienia czegoś głupiego odwiódł ją dzwonek do drzwi. Podeszła i otworzyła je. Za drzwiami stal listonosz. - Dzień dobry! – powiedział wesoło – czy to pani Megan Malkovich? - Tak to ja. - Mam list do pani. Proszę – rzekł, podając dziewczynie kopertę – Proszę pokwitować. Meg złożyła podpis i zamknęła drzwi. Szybkim ruchem rozerwała kopertę. Wypadł z niej plik banknotów. Jak głosiła karteczka do niego załączona zawierał 6 500 funtów. Meg nie wierzyła własnym oczom. Ktoś jej pomagał. Gorączkowo przeliczyła pieniądze i stwierdziła, że naprawdę jest tam tyle pieniędzy. Chciała wyrzucić kopertę, ale wypadł z niej skrawek papieru. Podniosła go i przeczytała :

Kod : 784028593934

Otworzyła usta ze zdumienia. Niemalże z czcią włożyła papierek do czystej koperty, razem z wszystkimi pieniędzmi. Wybiegła na ulicę. Dochodziła 12, a więc ulice pełne były ludzi, mających przerwę na lunch. Dziewczyna przepychała się przez zatłoczone chodniki. Wsiadła, a raczej wepchnęła się do zatłoczonego autobusu. Przejechała trzy przystanki, wysiadła i przeszła kilkanaście metrów do furtki ogrodu swoich rodziców. Zbliżyła się do wybitego okna i przeszła przez nie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że Ron o niczym nie wie. Kilka sekund późnej okazało się jak bardzo się myliła. W salonie na kanapie siedział, jakiś łysy oprych. Na ok. Meg uśmiechnął się okropnie i powiedział niedbale: - Nasza kochana Meggi nas odwiedziła. Jak cudownie! – zaśmiał się, a z tyłu wynurzyło się jeszcze dwóch zbirów. - Masz pieniążki? Ron nie może się doczekać. - Mam. – powiedziała sucho Meg i rzuciła mu kopertę – w środku jest kod do skarbca banku – dodała. - Jaki ko... – zmieszał się mężczyzna, lecz po chwili powiedział stanowczo – to świetnie, mam dla ciebie nagrodę. - Jaką nagrodę? Bandyta skinął na swoich towarzyszy, jeden wyszedł z domu, a drugi podał mu czarne pudełko. - To jest twój prezent mała. My spadamy. Do zobaczenia! Wyszedł z budynku zostawiając Meg samą na środku pokoju. Podeszła ona do stolika, na którym stało pudełko. Kiedy przyjrzała mu się lepiej, zauważyła, że jest to bomba. Zegar na niej odmierzał 10 minut. Meg pobiegła do kuchni, okno zabite było deskami, okna w salonie, jak i wszystkie inne też. Nie zdziwiła się, kiedy okazało się, że drzwi wejściowych tez nie można otworzyć. Nagle dostała olśnienia. Piwnica. Było w niej małe okienko, przez które wrzucało się węgiel. Zbiegła po schodach. Weszła do niskiego pomieszczenia. Czekała ją niemiła niespodzianka. Okienko było zasypane. Rozejrzała się i chwyciła za łopatę, stojącą w kącie. Śnieg był zbity i ciężko się go wybierało, lecz po trzech minutach w piwnicy usypała się spora zaspa śniegu. Meg od wolności dzieliło już kilka centymetrów, kiedy nagle niefortunnie wbiła łopatę w śnieg, a ta wygięła się. Odrzuciła ją do tyłu i zaczęła wybierać śnieg rękami. Otworzył się przed nią otwór. Wspięła się na półkę, a stamtąd do ogrodu. Biegła ile sił w nogach. Usłyszała za sobą niewyobrażalny huk i krzyki ludzi. Straciła przytomność.

ROZDZIAŁ 5

- Słyszy mnie pani? W sali nr. 6 oddziału wewnętrznego Szpitala Okręgowego przy ulicy Magnoliowej nr. 45 leżała kobieta. Pochylało się nad nią dwóch lekarzy, po pomieszczeniu krzątała się pielęgniarka. - Gdzie ja jestem...? – spytała cicho leżąca w łóżku. - Jest pani w szpitalu. Kiedy prawdopodobnie wybuchła bomba w domu przy ulicy Napoleona 14, była pani w pobliżu. Siła wybuchu odrzuciła panią do tyłu i uderzyła pani głową w kamień. Proszę się nie denerwować, wszystko jest już w porządku. Jak się pani czuje? - Bywało lepiej – mruknęła, wyraźnie niezadowolona, lecz, gdy zobaczyła zegar ścienny wskazujący godzinę szesnastą, zapytała – jaki dziś mamy dzień? - Dzisiaj jest środa, ale musimy panią na trochę zatrzymać. - Dobrze... powiedziała Megan Malkovich i nieco podenerwowana – chciałabym się zdrzemnąć, mogą panowie mnie opuścić? - Oczywiście, niech pani odpoczywa. Po tych słowach wyszedł z pokoju z drugim lekarzem. Po chwili wyszła też pielęgniarka, zamykając za sobą drzwi. Meg tylko na to czekała. W nagłym przypływie sił zrzuciła z siebie kołdrę, odłączyła się od aparatury, ubrała się i rozejrzała za drogą do ucieczki. Najpierw sprawdziła drzwi. Przez dziurkę od klucza widziała tylko brązową plamę, czyli spodnie jednego z lekarzy. Zostawało więc okno. Wyjrzała przez nie. Była na drugim piętrze. Na szczęście ucieczkę ułatwiał daszek nad wejściem do budynku. Skok na niego byłby zbyt niebezpieczny, toteż Meg podarła prześcieradła. W biurku pielęgniarki znalazła nożyczki, więc pocięła też koc. Wszystko razem związała i spuściła z okna. Prowizoryczną linę przywiązała do słupka, dzielącego okno na dwie części. Wdrapała się na parapet i chwyciła się liny. Powoli zaczęła się zsuwać. Była już w połowie drogi, kiedy nagle sznur zaczął puszczać. Nie był zbyt mocny i jeden węzeł, zaczął się rozwiązywać. Meg nie pozostawało nic innego jak tylko skok. Udało się jej zejść jeszcze pół metra i puściła linę. Niestety nie poleciał tak jak chciała i zboczyła nieco na bok. Na szczęście złapała się krawędzi daszka. Zeskoczyła na dół i wybiegła na chodnik. Ulicę Magnoliową od mieszkania Meg dzieliły dwa kilometry, więc dziewczyna żwawym krokiem ruszyła w drogę. Wszystko szło dobrze do czasu, kiedy kobieta natrafiła na roboty drogowe. Pół kilometra ulicy i chodnika było całkowicie rozkopane. Ze środka rowu fontanną wysoką na dwa metry tryskała woda z rurociągu. Z ust robotników, próbujących opanować sytuację sypały się soczyste przekleństwa. Meg spojrzała na sytuację zrezygnowanym wzrokiem i ruszyła okrężną drogą, wskazaną jej przez…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych