Wróć do katalogu

Kora.

część pierwsza serii opowiadań zebranych pod nazwą "Kora - bo na zewnątrz wszystko wygląda inaczej".

Shitzune, opublikowano , 21 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Leżała na plecach z rękami podłożonymi pod głową. Wpatrywała się w jakiś punkt na suficie i starała się nie myśleć o tym, że właśnie mijają kolejne bezsenne godziny. Cynthia już dawno przestała się przejmować sobą, własnymi uczuciami i dolegliwościami fizycznymi. W końcu to tylko ciało, pusta otoczka wokół skarbu, który nosiła pod sercem. Za każdym razem, gdy wracała do pomieszczenia, które jej przeznaczono, a następnie kładła się na niewygodnym posłaniu, starała się nie myśleć o tym, co się z nią dzieje. Starała się zapomnieć, że w ogóle istnieje.

Pozostawała bierna podczas każdego delikatnego ruchu maleństwa. Odżywiała się zdrowo, nie przemęczała, to wystarczało, nie musiała nic więcej robić. Dziecko nie protestowało, nie utrudniało jej życia, ani nie zaskakiwało nudnościami po posiłkach. Oboje byli sobie potrzebni do życia. Cynthia zapewniała dziecku opiekę, a dziecko Cynthii bezpieczeństwo.

Kolejna godzina minęła, na dworze zapadła kompletna cisza. Myśli uspokoiły się, a dziewczynę nawiedziła senność. Z pewnością był już środek nocy. Zabawne, jak niewiele trzeba, żeby oszukać samą siebie. Tyle lat męczyła się, żyjąc nocnymi koszmarami, a tutaj, w mieście Strachu, żywiła się nędznymi złudzeniami o normalnym życiu. Rzecz jasna, nigdy nie dopuszczała do siebie złych myśli. Ostatnie lata dały jej wiele do myślenia, dowiedziała się wtedy, co to znaczy nie mieć domu i nauczyła się szanować wszystko, co daje jej los. Oszczędzała i brnęła w obojętność dalej, niż ktokolwiek inny, byleby nie dopuścić do utraty wszystkiego. Nigdy. Poza tym, było jeszcze ono.

Podniosła się szybko z twardego łóżka, pozwalając na to, by resztki snu odgonił chłodny wiatr. W swoich rozmyślaniach mogłaby posunąć się za daleko, a przecież obiecała sobie, że własne życie odsunie na bok. Nie potrzebowała żalu, smutku i łez.

Powoli zabrała się za pakowanie swoich rzeczy. Nadszedł czas, by opuścić to miejsce i wszystkich jego zbolałych mieszkańców. Nie może przecież urodzić maleństwa w mieście Strachu. Nie na ziemi skroplonej łzami i krwią, na której wyrosły setki krzyży.

Kiedy wkładała jedwabną, czerwoną chustę do małego, obdrapanego kuferka, wyjęła z dna złoty medalik, który dostała kilka miesięcy wcześniej. Jedyny dowód na to, że nie straciła jeszcze rozumu.

Kiedy powtarzała ludziom, że medalik otrzymała od anioła miłości, śmiali się drwiąco. Jedynie tutaj jej uwierzyli, tak naprawdę. Widzieli jej olbrzymią nienawiść i niechęć do sprawy, za jaką z dnia na dzień umierała, ale nigdy jej nie krytykowali. Rozumieli.

- Nie zmieniaj się dla niego – mówili swoimi szorstkimi głosami, a ona im wierzyła. Cóż to jest, dziecko wybrane do ocalenia całego świata i przywrócenia słońc, ona się o nic nie prosiła.

- Przekleństwo – syczała w chwilach słabości w stronę własnego brzucha. Pokornie jednak wypełniała wolę anioła, starając się przyjmować swój los w milczeniu. Zdarzały się jednak chwile, gdy napotykała na swej drodze ludzkie zło, a wtedy zatrzymywała się i spazmatycznie łapała powietrze, wyczuwając paniczny lęk dziecka. Przemawiała wtedy do niego, czasem ostro, czasem obojętnie. Niekiedy nie zwracała uwagi na jego sygnały.

Zawsze potem dręczyły ją nocne koszmary.

*

- Jesteś pewna, Cynthio? – spytała Doreen, wstając i klepiąc Cynthię w ramię. Dziewczyna drgnęła i kiwnęła niechętnie głową. Oparła się lekko o stary, drewniany stół. Brzuch zaczynał jej już lekko ciążyć.

Rozstania nigdy nie były dla niej proste. Jej postanowienia, by ciepłe znajomości zrywać szybko i bezboleśnie, zawsze okazywały się złudne. Serce bolało rozpaczliwie, a dziecko tuliło się do niej od środka, jakby pocieszając ją w smutku. Pozwalała mu na to.

- Nie chcecie mnie tutaj – odezwała się cicho. Odwróciła wzrok, by nie widzieć zmieszania w oczach kobiety. Zacisnęła dłonie na krawędzi stołu, nie zważając na drzazgi wpijające się w opuszki palców.

- Kochana, nikt nie chce, żeby ono przyszło na świat tutaj – powiedziała Doreen, dorzucając drwa do ognia pod garem zupy. – Kiedyś byliśmy potęgą, dziś jesteśmy obiektem drwin, symbolem tchórzostwa.

Pochyliła głowę, jakby w jej głowie ukazała się wizja dawnego miasta Strachu, silnego, dumnego i zasługującego na miano stolicy Niepodległych Krain.

- Myślałam – zaczęła cicho Cynthia – że otrzymam tutaj pomoc i dowiem się czegoś więcej, myliłam się.

Doreen zrobiła taki ruch, jakby chciała ją objąć, ale rozmyśliła się.

*

Zanurzyła dłoń w rzece, żeby poczuć, jak woda przepływa przez palce. Błękitne fale delikatnie muskały jej dłoń. Po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się, przymykając oczy. Czuła jedynie chłód powietrza i słony zapach w nozdrzach. Co jakiś czas otwierała usta, żeby poczuć smak wolności.

Cynthia miała już szesnaście lat i przez te kolejne dwa miesiące nauczyła się, że jest najszczęśliwszą osobą pod dawno zgasłymi słońcami. Żadne okowy myśli już jej nie krępowały. Czuła się z tym świetnie. Nie czuła już urazy do samej siebie z powodu przeszłości, cieszyła się z każdej przeżytej chwili, nawet tej najgorszej i wstydliwej, udowadniała innym na każdym kroku, że jest lepsza, bo potrafi być wolna.

Niedawno minęły jej urodziny, co sprawiło, że poczuła się bardziej dojrzała. Opuściła kolejne, czasowe miejsce pobytu i wyruszyła w kolejną wędrówkę. Oburzeni mieszczanie nie chcieli jej wypuścić poza bramy miasta, usprawiedliwiając się opinią, iż będąc tak ważną osobistością, nie godzi jej się włóczyć bez celu. Ale Cynthia już od dzieciństwa sprzeciwiała się wszelkim konwenansom i zasadom. I tamci musieli ją wypuścić, jeśli chcieli być w łasce wybranego dziecka. Chcieli. Cynthia krzywo patrzyło na to ich wieczne skakanie wokół jej osoby. Irytowało ją to. Nie chciała żyć w obrębie ludzi-poddanych. Chciała być rozumiana i kochana. I choć zdarzało jej się spotykać ludzi, którzy rozumieli jej stan ducha, to na miłość nie mogła liczyć od nikogo, co wydało jej się dość dziwne i smutne, jeśli wziąć pod uwagę jej serce pełne czystego uczucia, które spoczywało niewykorzystane, bo nie mogła je ofiarować swojemu dziecku.

- Ale dzisiaj będę dla ciebie dobra – powiedziała głośno, otwierając oczy. Ładne oczy, duże, o lekko skośnych, zielonych tęczówkach i błyszczących źrenicach. – Dzisiaj kocham cały świat i mogę też polubić ciebie, maleństwo.

Zanurzyła rękę w wodzie, prawie do łokcia, żeby tylko zagłuszyć zmysły, które ogarnęła dziwna czułość. Po raz pierwszy od początku ciąży odezwała się do dziecka. Czuła się z tym dziwnie. Od dawna czuła przemożną chęć uporządkowania swoich relacji z tą osobną częścią siebie. Bała się jednak wypowiedzieć cokolwiek a głos – a nuż usłyszy, odpowie? Ale lęk z czasem minął. Coraz częściej szukała odosobnienia od ludzi. Coraz częściej szukała chwil dla siebie i dziecka.

- Trzeba iść. Dalej. Ale chętnie bym tu została.

Ostatnie trzy dni spędziła na ciągłej, pieszej wędrówce. Jedyne, na co mogła liczyć, to na litość biednego wieśniaka z rozklekotanym wozem. Gdyby chociaż wiedziała, dokąd zmierza! Jakaś wewnętrzna siła gnała ją ciągle naprzód.

Od czasu do czasy dręczące myśli wbijały się w serce, wyrywając kawałki duszy. Łzy same płynęły. Tańczmy, dziecinko.

Będą tańczyć. Jeszcze tylko kilka miesięcy razem. A potem ono się urodzi, a jej już nie będzie.

Była już gotowa ponieść tę ofiarę dla całej udręczonej ludzkości. Chciała walczyć i poświęcić się dla wolności. Czekała ją śmierć. Tylko ona była zwycięstwem. Dwa słońca znów wstaną, opłakując jej życie. Cynthia uśmiechnęła się krzywo; nie czuła się wielką bohaterką.

Niebo przecięła błyskawica. Nawet nie zauważyła, kiedy zebrały się ciemne chmury. Ziemia pogrążyła się już w całkowitym mroku. Ciemność była znana mieszkańcom Niepodległych Krain.

Schroniła się pod drzewem, które ochroniło ją gałęziami, niczym bezpiecznymi ramionami.

- Nie bój się, dziecino, nie dam zrobić ci nic złego – szepnęła, do poruszającego się niespokojnie maleństwa.

*

- Co ty sobie myślisz?! Że możesz sobie wrócić tak po prostu, jak gdyby nigdy nic?! Nie dość dla ciebie zrobiliśmy, chcesz tylko więcej i więcej!

- Ale, mamo…

- Co, no co? – krzyknęła matka, przewracając niewielki, dębowy stołeczek. – Mam dosyć tych twoich przemądrzałych słów, zachowujesz się, jakbyś była niewiadomo kim! A ja cię urodziłam, nie zapominaj o tym!

Kopnęła mocno przestraszonego psa, który skulił się gdzieś w kącie. Zwierzę pisnęło żałośnie, pochylając łepek. Cynthia skrzywiła się boleśnie, jakby to ją uderzono.

- Jestem w ciąży – szepnęła. Matka zamarła. Potem, nagle, zaczęły trząść jej się ręce. Spojrzała na córkę srogo. Podeszła bliżej, mierząc uważnym spojrzeniem.

- Jak to?

- Po prostu.

Uniosła rękę, by spoliczkować córkę, ale zawahała się. Cynthia uniosła niepewnie wzrok, nie wiedząc, czego się spodziewać. Poczuła silny uścisk na ramieniu, a potem ból w całym ciele, kiedy uderzyła mocno o ścianę.

- Do niczego się nie nadajesz. Znowu nas zawiodłaś. Matka obróciła się i szybkim krokiem wyszła z kuchni. Cynthia zaczęła płakać.

*

Siedziała na tym samym dębowym stołeczku z głową opartą na rękach. Jasne, lekko wysuszone włosy otaczały jej głowę i oplatały dłonie; w oczach wciąż błyszczały łzy. Nie raz musiała znosić akty agresji ze strony rodziców, ale mimo wszystko nadal ich kochała.

Tak było już od najwcześniejszych lat, ale łudziła się, że może coś się zmieni po tym, jak tak długo jej nie było. Jednak matka wciąż miała cięty język, a ojciec twardą dłoń. Kiedyś myślała, że tak jest wszędzie, że tak trzeba, że jej się należy. Potem dotarło do niej, że w rodzinie potrzeba też miłości, ciepła, oddania. Dlatego potem tak bolało. Gorzkie przywiązanie, źródło nieustających cierpień.

*

Dwudziestoletni mężczyzna zmierzał powoli przez spokojne uliczki małej, zapomnianej przez Boga wioski. Miał ciemne, lśniące włosy ułożone gustownie zgodnie z panującą modą. Średniego wzrostu, szczupły, lekko blady. Spowity w czerń – nosił skórzane spodnie, szorstką kamizelkę i ciemną koszulę, rozpiętą przy kołnierzyku.

Wioska była tak cicha, że wyglądała na niezamieszkaną. Lecz tylko z pozoru. Theron powoli szedł do drzwi niewielkiej i dość zapuszczonej chatki, w której miał nadzieję spotkać tę, o której mówiono…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych