Wróć do katalogu

Kreegan: łowca nieumarłych

Część pierwsza opowiadania fantasy o łowcy i nie do końca pospolitym nieumarłym.

Specter, opublikowano , 23 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Burzowe chmury już od dłuższego czasu otulały gęstym płaszczem Zielony Wzgórek, u podnóża którego rozciągało się miasteczko. Na szczycie wzgórka znajdowała się posiadłość z wielkim budynkiem wyrastającym ponad wianuszek otaczających go drewnianych domków. Posiadłość była wielka. Cała ogrodzona czarnym jak węgiel ogrodzeniem. Brama była tak szeroka, że dwóch otyłych troli bez problemów przeszłoby ramię w ramię. Dzisiaj stała otwarta, skąd delikatna serpentyna obok, obok której rozciągały się gryfony i himery wyrzeźbione w krzakach, wiodła ku bogato zdobionemu budynkowi. Za oknami paliły się liczne świece. Drzwi rozwarły się z impetem, niemal zagłuszając huk błyskawicy. Blade światło wdarło się do holu ukazując w przejściu ciemną sylwetkę. Postać zamknęła drzwi i obróciła się zamaszyście do obecnych, pewna swego szarmanckiego wejścia. Kilka osób spojrzało na Kreegana z nieukrywaną pogardą gdyż ubiorem kontrastował z ciemnym, eleganckim odzieniem. Długi, brązowo-żółty płaszcz jedynie dzięki grubym podeszwom sięgających do kolan butów nie poniewierał się po ziemi. Szerokie rondo kapelusza zaś, ze względu na lekko pochyloną głowę właściciela, okazywało jedynie wąskie usta i duży nos, gdzie ciągnęła się blizna od lewego policzka po jego koniuszek. Kreegan odgarnął swoje czarne, sięgające łopatek włosy i dyskretnie zaczął przedzierać się przez tłum by dotrzeć do głównej sali. Przekroczywszy bogato zdobiony łuk ujrzał liczne stoły nakryte różnymi potrawami. Mimo że stało tam wiele osób w sali panował ponury pomruk. Nikt nie zanosił się szlochem, lecz rozmawiał pełnym szacunku szeptem. Przygnębiającą atmosferę znacząco podkreślał ubrany w zamożne szaty szkielet siedzący na tronie w głębi sali. Szkielet... To właśnie jego Kreegan szukał przez czas tak długi iż pomimo swego chłodnego profesjonalizmu zaczął odczuwać pogłębiającą się niecierpliwość. Z umiarkowanym entuzjazmem przecisnął się przez obecnych by stanąć przed martwym obliczem. - Tu jesteś – rzekł półgłosem, sam nie wiedząc czy do siebie czy już raczej do trupa zwracając swe słowa – Wytrawny z ciebie uciekinier, lecz nie łudź się że uciekniesz na dobre. Wpatrywał się przez chwile w puste oczodoły, jakby chciał uchwycić w nagiej kości grymas strachu i zagubienia, świadomości nieuniknionej porażki jaka miała spotkać nieruchomy szkielet. Kreegan zaczął się spokojnie rozglądać po wielkiej sali. Za oknami padały już strugi deszczu wyciśnięte z grzmiących chmur, toczących się po ciemnym niebie. Obrócił się nagle w stronę kościotrupa, jakby w przestrodze że wykorzysta on jego chwilę nieuwagi. - Nie wiem jak długo plugawisz te ziemie, ale ze mną nie wygrasz – rzekł tonem pełnym bezwzględności, uchylając przy tym rąbek płaszcza, odsłaniając rękojeść miecza zwisającego mu u pasa. Szkielet przyjął ten widok bez większego entuzjazmu – Poczekamy sobie przyjacielu, sala wkrótce pozostanie pusta i dopełni się twój nieprzyjemny los. Odczujesz takie zaklęcia, że będziesz przeklinał dzień w którym nieumarłeś. Pomimo tych mocnych słów, kupka kości wciąż siedziała niewzruszenie wbijając swój pusty wzrok w przestrzeń. Kreegan zakrył szczelnie rękojeść miecza i oddalił się w głąb sali. Ma czas. Poczeka na dogodniejszą sytuację. Zdjął z dłoni skórzane rękawice i urwał kawał mięsiwa z jakiejś świnki leżącej na stole. Po chwili zastanowienia wyrwał jej również jabłko z pyska i schował do kieszeni. Gdy tak korzystał z gościny gospodarzy, dyskretnie zaczął wsłuchiwać się w rozmowy zebranych. Starsza kobieta z chustą w dłoni, chyba bardziej na pokaz niż do ocierana policzków, wyrażała współczucie dla wdowy, rozmawiając z pewnym zamożnym panem. Ludzie zdawali się być przerażeni faktem że zastała swego męża w formie szkieletu siedzącego na sofie na której widziała go ostatnio. Kreegan uznał to raczej za dramatycznie prostackie sfingowanie śmierci, lecz dlaczego miałby to robić zamożny hrabia, tego nie wiedział. Kościej jest sprytny. Zaskakiwał Kreegana na każdym kroku, od samego Halantimu gdzie rozpoczął swój pościg. Bezpośrednim dowodem na to jest fakt, że ugania się za tym truposzem już drugi tydzień. I to było dziwne. Pod względem nienaturalnej przebiegłości czyniło go to nietypowym nieumarłym. Fakt, był sprytny. Jednak nie tym razem. Tym razem kryjówka była zbyt banalna. Zabić zamożnego domownika i sfingować jego metamorfozę w kupę gnijących kości? Nie... Zadanie zbyt trudne jak na tak nikłe korzyści. Gdy tylko sala opróżni się, zostanie podany jak na srebrnej tacy. Kreegan rozmyślając o swym zbliżającym się tryumfie sięgał po kolejny kawałek ciasta, gdy nagle zaczepił go starszy mężczyzna z niemiłym wyrazem twarzy. - Mógłbym wiedzieć co pan tu robi? – wydusił ze sfatygowanego gardła. Kreegan skrzywił się na widok ziemi którą wniósł na butach do pięknej sali. - Jestem starym przyjacielem zmarłego – zaczął, strzepując okruchy z płaszcza – przybyłem z bardzo daleka dowiedziawszy się o jego tragicznej śmierci. - Hrabia Radloch nie miał przyjaciół – odparł mężczyzna – A jeśli nawet, nie może pan tu przebywać bez pisemnego zaproszenia. - Ach, oczywiście – zdjął kapelusz z głowy udając zakłopotanie – Zostawiłem je... w karocy, zaraz po nie pójdę. Odszedł pośpiesznie, jednak nie w stronę wyjścia lecz tronu. Starszy mężczyzna rozszerzył oczy ze zdumienia, po czym nabrał w płuca tyle powietrza ile zdołał - Straż! Już po chwili rozległ się ciężki tupot z głównego holu. Dwóch uzbrojonych w miecze zbrojnych przeciskało się przez zdezorientowanych gości. Kreegan będąc zaledwie trzy metry od tronu, wyciągnął swój miecz z delikatnym piskiem nasyconym magią. Dźwięk równie piękny jak i sam miecz. Długi na ponad metr o szerokości zaciśniętej pięści połyskiwał srebrzystym blaskiem. Uniósł go lekko, co spowodowało przewrócenie się z przerażenia jednego z obecnych, po czym ciął z góry w tron. Świst miecza został zagłuszony przez okrzyki oburzenia wobec tak jawnej profanacji szkieletu zmarłego. Gdy jednak miecz rąbnął głucho w grube drewno tronu, myślał że ogłuchł. Taka cisza zapadła gdy ów szkielet uchylił się przed ciosem. Kilka osób zemdlało, a wśród pozostałych zapanował istny chaos. - Tu cię mam – szepnął Kreegan wpatrując się w oczodoły emanujące gniewem. Szkielet nie myśląc długo, zerwał się do biegu próbując utonąć w tłumie, lecz ten, rozszalały i krzyczący tak iż zdawać by się mogło że cała armia orków wparowała do pomieszczenia, usuwał mu się z drogi. Kreegan wyrwał miecz z oparcia i podążył korytarzem które wydrążył Kościej. Niesamowite z jaką gracją ten zlepek kości osiągał prędkość zdrowego młodzieńca, pomijając nawet fakt, że przy każdym kroku robił tyle hałasu co tancerz w drewnianych chodakach. Biegł właśnie w stronę wyjścia a dwóch drabów nie pofatygowało się nawet by choć mieczem „podstawić mu nogę”. Kreegan nawet nie rejestrując obecności łapiących się za serca, przerażonych ludzi, wyciągnął przed siebie dłoń i wyszeptał pod nosem. - Bonemortum Były to słowa pobudzające magię skupioną w jego palcach, z których niczym strzała błyskawica wystrzelił czerwony strumień godząc kościeja w plecy. Odrzucony z siłą rozpędzonego młota dwuręcznego zatoczył się upadł na kolana. Nie rozpadł się jednak. Nie rozpadł mimo iż powinien, tak samo jak każda ofiara tego zaklęcia. Ten kościej jednak podniósł się szybko i wybiegł w strumienie rzęsistego deszczu. - Co za głupiec otworzył drzwi!? – Kreegan warknął gniewnie gdy również wybiegł z budynku – Bonemortum! – krzyknął, dokładnie w chwili gdy lewym butem poślizgnął się na błocie i przewrócił. Wsparł się szybko na łokciu, lecz jego cel był już na granicy widoczności. Ze zrezygnowaniem leżał w błocie obserwując grube krople deszczu rozpryskujące mu się na czole. W ostatnim geście buntu walnął pięścią w ziemie, rozchlapując naokoło błoto. - Bądź przeklęty! – krzyknął w pustkę – Teraz ci już nie odpuszczę.

* * *

Drzwi zaskrzypiały beznamiętnie gdy Kreegan przekroczył próg karczmy. Zanim zdążył usiąść przy najbliższym stole, mężczyzna stojący za ladą rzucił jego zabłoconym butom pełne dezaprobaty spojrzenie. Spojrzał później wyżej, na chłodną twarzy właściciela oraz przecinającą ją szramę i doszedł do wniosku że nie ma ochoty zwracać mu uwagi Starał się nawet nie krzywić gdy przybysz zdjął swój kapelusz rozlewając nagromadzoną na rondzie wodę i położył zchlip9otem na niedawno mytym stole. Kreegan przeczesał swoje czarne włosy i uśmiechnął się do siebie krzywo. Od wielu lat polował na stworzenia bez których świat byłby piękniejszy. Polował na wampiry, zombi, a nawet licze i okazyjnie wilkołaki. Polował dla zamożnej szlachty, baronów a nawet ambasadorów. Polował by zabić, by pozbyć się niepożądanych wypaczenia świecie. Nie… w zasadzie polował dla pieniędzy, ale puentą zwykle okazywała się śmierć ofiary. Lecz nie tym razem. Wyjątkowym zrządzeniem losy, zleceniodawca chciał swą ofiarę „żywą” jeśli tak można powiedzieć o nieumarłym. Po co? Tego Kreegan mógł się tylko domyślać. Jego największym zmartwieniem był fakt, że znowu mu się to nie udało! - Kreegan Garetan? – usłyszał ponad sobą. Stał nad nim starszy mężczyzna w długiej, błękitnej szacie. Miał krótką, białą brodę i tegoż samego koloru wąsy spod których wykwitł szeroki uśmiech – Mogę się przysiąść? I nie czekając na odpowiedź usiadł naprzeciw zdziwionego tą samowolką Kreegana, który miał nawet spytać skąd zna jego imię, ale uznał że wieści o jego heroicznych wyczynach rozchodzą się szybciej niż sądził. - O co chodzi? – spytał bez ogródek - Pan wybaczy – rzekł starzec plaszcząc się w czoło – Nazywam się Atul Lubast i… i chciałbym zaoferować swoje usługi – zakończył niepewnie Kreegan zabębnił palcami o blat stołu. Milczał przez chwilę, nawet nie po to by rozpatrzyć tą propozycję, lecz raczej odgadnąć intencję mężczyzny - Nooo… nie. Pracuje sam. - Ależ panie Garetan! – jęknął starzec niemal wstając ze stołu – Moje zdolności są nieocenione w zakresie aur jaki i zaklęć dystansowych. Po za tym ja… ja mogę panu zapłacić. Gdy dostrzegł Zachęcający błysk w oczach Kreegana, odpiął od pasa małą sakiewkę i z miłych dla ucha brzękiem położył na stole. Gdy Kreegan niby od niechcenia zbadał jej zawartość, uznał że jego zasady mogą ustąpić drobnym „przysługom”, o ile były one w cenie.

* * *

Sam nie wiedział czemu się zgodził. Widocznie tam gdzie powinien mieć ośrodek rozsądku, miał pustą sakwę na monety. Inaczej te tłumaczenia chęci obserwowania pracy zawodowca i poczucia zewu przygody, wydały by mu się mocną naciągane. Lecz gdy tak szli przez ten stary, ponury las, musiał przed sobą przyznać że pragnął czyjejś pomocy. Nie zniósłby kolejnego pościgu, w razie nie pochwycenia kościeja. Szli już dobrą godzinę i Kreegan zauważył że to miejsce przyprawia Atula o gęsią skórkę. Nie mógł mu się dziwić. Gdyby pierwszy raz miał styczność z miejscem w którym wszystko zdawało się ciebie obserwować, też by miał. Nie znaczy to jednak, że czuł się jak na spacerze w kwiecistym parku. Grube pnie drzew, niemal szarych i zupełnie pustych w środku, skrzypiały miarowo, jakby nie mogły już znieść ciężaru swych gałęzi, które nie pamiętają kiedy ostatni raz zrodziły liście. Trawa zaś, jeśli już jakąś napotkali, była sucha i zżółkła, bowiem wiecznie zalegająca tu mgła nie ofiarowywała jej ani promienia światła. Mówiono, że ten las wyrósł na ofiarach jakiejś wielkiej bitwy, bowiem z oddali, wydawać by się mogło, dochodziły często szczęk broni i okrzyki poległych.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych