Wróć do katalogu

Kroniki Białogórskie cz. 3

Część która pozwoli czytelnikowi poznać kilka aspektów życia Białogórzan - co należy robić w krzakach, jak się to robi na centuriona i czy Maria to kobieta? I nie chodzi o to o czym myśleliście. Komentujcie i oceniajcie, proszu was oczeń...

Ciemnogrodzianin, opublikowano , 46 min czytania, 3,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział III.

- Dobra, Marek: co to za sensacja? Alicja odłożyła torebkę na zawalony książkami stół. Wystające z niej dyskietki niemal spadły na podłogę, zdążyła je jednak chwycić w locie. Na szczęście pomoc ze strony pana Juliusza pozwoliła umieścić sporą część ich rzeczy na swoim miejscu. Znaczy się – według Marka wszystko było na miejscu, ale Alicja w mig wychwyciła z tuzin rzeczy do przestawienia. Ponadto z jednego okna zniknęła krata, doszła za to klamka po jego zewnętrznej stronie. - Czytałaś aneksy? - Marek powyciągał kilkanaście dokumentów z teczki z napisem „Dokumenty rodowe”. Były to odpisy oryginałów sprzed nawet kilkuset lat – najstarszy liczył ich sobie już tysiąc dwieście siedemdziesiąt dwa. Leżał on na samym wierzchu - akt nobilitacji Verga Triariusa, któremu generał Publiusz Juliusz Scilavius nadawał nazwisko Canem i ziemie pod miastem Monteblanco. Był też list cesarza Tytusa X anulujący ten akt i akt przywracający akt poprzedni poprzez anulowanie aktu późniejszego. - Szczególnie ten o losach powstańców po jego upadku? Znaczy, po upadku powstania... - Nie... A to coś ważnego? Pomógł jej zdjąć palto i wskazał jej krzesło. - Piekielnie... - oznajmił poważnym tonem. - Do tej pory uznawaliśmy, że to bujda, profesor miał nie po kolei w głowie, a wilkołaki występują w co drugim opowiadaniu science-fiction... - Raczej fantasy... - poprawiła Alicja. - A ty znalazłeś coś, co każe ci sądzić inaczej? - Usiadła i spojrzała na pokreślony ołówkiem aneks. Marek wskazał palcem jedno wyróżnione zdanie: „Generał Slawiusz nobilitował jednego z oficerów odpowiedzialnych za obronę Kvartii, nadając mu nazwisko Wilczarz.” - Profesor datuje wybuch powstania na rok siedemset dwudziesty – dopowiedział, wertując jakiś podręcznik - Trwało według niego pięć lat... - W książce była mowa o roku osiemsetnym, a… - Alicja cieszyła się, że zapamiętała chociaż tę datę, a teraz okazała się ona błędna. - Profesor wspomina o drugim roku panowania cesarza Tytusa Chciwego, - przypomniał de Marcia, podtykając jej pod nos jakąś tabelę - czyli Lucjusza Tytusa Aureliusza Ferrencjusza. Czyli rok siedemset dwudziesty po upadku Imperium. Tyle, że w wydawnictwie ktoś się pomylił i pod przypisem podali nazwisko jego prapraprapra-i-jeszcze-parę-pra-dziada - Aulusa Tytusa Ferrrencjusza. I wyszedł rok osiemsetny po założeniu Miasta. Takich byków jest znacznie więcej. To zresztą logiczne, że nie mogło być o nim mowy, bo to on bezpośrednio panował po zamordowanym Buciku, założycielu Rezerwatu Wideł. A jest wyraźnie powiedziane, że Straż Rezerwatu była w czasach Lupusa sprawowana od pokoleń. - Wracając do rzeczy... - Alicja czuła się jak na jakimś wykładzie. Markowi wiele osób wróżyło karierę na Uniwersytecie, ale nawet w zwykłej rozmowie potrafił tak odbiec od meritum sprawy, że potem nikt już nie pamiętał o co poszło.. - Rok siedemset dwudziesty czwarty to rok oblężenia Kvartii... - Wiem już o co ci chodzi – odparła Alicja. - Myślisz, że ten Wilczarz, to założyciel rodu Canissi. Ale tu jest luka w rozumowania... - Gdzie? - Marek zadał to pytanie zachęcającym tonem, jak nauczyciel, chcący wyciągnąć z ucznia właściwe rozwiązanie równania. - Tamten ród Canissi wymarł – przypomniała Alicja. - Mój prapradziad, ostatnio prawdziwy Canissi, był bezpłodny i adoptował jakiegoś przybłędę. Więc jeśli chodzi o jakieś powiązania rodzinne, to się mylisz. Zresztą, w przypadku nobilitacji nadaje się nazwisko auriańskie. Jak Pisci, albo Valentinus... - Zajrzyj na drugą stronę, kochanie... Zajrzała. Najpierw wpatrywała się chwilę, potem położyła książkę na stole. - Nic nie widzę – odparła, zadziwiona zamiłowaniem do teorii spiskowych u płci mniej pięknej. - Data wydania, autor, tytuł oryg... Nagle zaskoczyła. - ”Lupi di Monteblanco” to tytuł oryginalny. - Marek poczuł dumę z faktu, że wychwycił coś, co umknęło uważnemu oku Alicji. - Profesor pisał po auriańsku, bo łudził się, że pisze dzieło naukowe dla poważnych ogólnoimperialnych wydawnictw. I dopiero „Fantasmagoria” przetłumaczyła to na widlański. Imiona, tytuły i nazwiska też – widać mieli tłumacza-pracoholika. A teraz zajrzyj do słownika i zobacz, jak brzmi „Wilczarz” po auriańsku. Alicja zbladła. - Niedawno, przypadkiem widziałam. - Jak przypadkiem? - zdziwił się Marek. - Dla żartów na uczelni sprawdzaliśmy tłumaczenia na widlański nazwiska profesorów i studentów... - I co znalazłaś? - Wilczarz to Canemi. To jedna z pierwszych form mojego nazwiska. Nie wiem, znaczy: teraz już wiem, czemu przez kilka pokoleń tak się zmieniało. Jeśli tego Lupusa naprawdę zwano Białogórskim Wilkiem, to ludzie z wilkiem w nazwisku pewnie nie byli lubiani na odbitych mu terenach... Teraz też wielu ludzi zmienia nazwisko, gdy kojarzy się z jakimś znanym zbrodniarzem. - Na pewno pamiętasz te zmiany... - Marek znowu zaczął się zachowywać belfrowato. - Canemi, Canem, Canisi, Canissi - wyrecytowała dziewczyna, przypominając sobie surowego nauczyciela historii rodowej, pana Witeliusza. Marek znalazł kolejny zaznaczony fragment. - Wilczarz, Wielk, Wlek, Wlicz... - przeczytał. - Tłumacz musiał mieć gorszy dzień. Ale w każdym razie ten cały Wilczarz miał być oficerem armii rebelianckiej. A jest wspomniane, że wyższe szarże były zarezerwowane dla weteranów z Wideł. - Czyli krewnych tego wilkołaka... - dopowiedziała Alijca. - Pewnie takich samych jak on. Pełna sprzecznych uczuć wstała od stołu i wyjrzała przez okno. Gromadka dzieci biegała wokół trzepaka i śpiewała o żabie z archaiku. Marek tymczasem kontynuował wywód: - Może to totalne tłumaczenie to tylko efekt pracoholizmu... A może wydawnictwo bało się pozwu... W każdym razie są powody, by uznać za możliwe, że profesor spotkał się z podobnym przypadkiem... Bo w końcu szczegóły, które podał, zgadzają się w niemal stu procentach z naszym doświadczeniem... Czas, w jakim to następuje, stan umysłu po przemianie, to co się dzieje z ubraniami... Alicja spojrzała na niego z wyrazem lęku w oczach. Badali przez pewien czas wszystkie możliwe podania o wilkołakach i zawsze znajdowali ileś tam niezgodności z ich doświadczeniem. Książka Starobrzeskiego była zaś rzeczywiście bardzo bliska prawdy. - Że niby takich jak ja... jest więcej? Że ktoś z moich krewnych może być... Bo przecież jakoś do tego dojść musiał – moje nazwisko nie jest ani znane, ani często spotykane. A forma, w jakiej je podał w książce, nie jest używana od blisko czterystu lat! - Pamiętaj, że mówimy o profesorze siedzącym na co dzień w tej epoce. Mogło mu się pomylić. Mógł, badając tę epokę, skorzystać z dokumentów w Archiwum Cesarskim i nie skojarzył wojaka z ósmego wieku z nielicznym Wielkim Rodem. Alicja pokręciła głową i usiadła. Przewertowała książkę i znalazła dział z podziękowaniami. - Czego szukasz? - Znajomego nazwiska, jakiegoś wydziedziczonego krewnego, kogoś, kto mógł mieć powód, by rozpowszechniać jakieś konfabulacje na nasz temat... Muzeum Historii Imperium, Instytut Historii Wojskowości... Profesor van Clyde... - Marcellino van Clyde? - Marek zerknął jej przez ramię. - On ma jutro wykład u nas na uczelni. O metodach lepienia garnków między Wojnami Wschodnimi - Wiem, idę tam. - Ja idę z musu... - Marek nienawidził obowiązkowych letnich wykładów. Nie wiedział kto postanowił odebrać studentom wakacje w imię wyrobienia normy, ale chętnie by go dorwał. - Ale ty? Po co? Co ma garncarstwo do medycyny? Wyjaśniła mu sprawę z Mercatorem. Nie był zachwycony. Chciał przejrzeć płytkę, nim obejrzy ją van Clyde. - Gdybym nie miał do czynienia z tak zawiłą sytuacją, darowałbym sobie – wyjaśnił, nieco zakłopotany. Nie chciał za bardzo naciskać na Alicję, miała swój rozum i nieraz robiła z niego całkiem dobry użytek. Nie znaczyło to niestety, że zawsze. Czasami starała się być tak święta, że było to aż absurdalne. - Ale wszystko wskazuje, że „Wilki z Białogóry” to nie bajki zbzikowanego staruszka tylko coś mającego związek z tobą. Spaliłbym to wszystko, gdyby to miało sens. Ale ten długowłosy pacan już pewnie wszystko zeskanował. Wycofanie się z tego biznesu oznaczałoby tylko i wyłącznie tyle, że mamy coś do ukrycia. A już wyobrażam sobie, jak do tej książki dorywa się jakiś miłośnik teorii spiskowych, który wynajdzie całą historię z twoim nazwiskiem i jeszcze się do nas doczepi. Płytka cicho wsunęła się do czytnika komputera. Znaleźli tylko jakiś filmik o nazwie „15 Com '96 Titus Cvartius”. Marek zerknął pytająco na Alicję. - Kojarzy ci się coś? - Tytusa Kwartiusza... To ta uliczka idąca przez park... Ale co znaczy te „Com”? - Komputery podają datę w języku auriańskim, tak by było tak samo dla całego Imperium. Piętnasty Commodius, czyli sierpień. Dziś mamy piętnasty Septembr, po widlańsku wrzesień. Miesiąc temu. Ta płytka ma udowodnić prawdziwość tezy Starobrzeskiego? - Chyba nawet już wiem, co tam jest... - Alicja pobladła i zagryzła wargi. - Ja tam się... - Nie zrobiłaś chyba tego przed kamerą... - Marek zakrył twarz dłońmi. Nie wiedział czy śmiać się, czy płakać. Facet obsługujący monitoring musiał mieć niezły ubaw. Najpierw piękna dziewczyna rozbiera mu się do naga, a potem obrasta kudłami i odbiega na czterech łapach (choć były to raczej nieco zezwierzęcone ludzkie kończyny, ale nigdy nie zajmowali się nazewnictwem). - Myślałam, że jest jeszcze nie podłączona, że to tylko puszka na postrach... - Jej tłumaczenia zdawały się Markowi tak absurdalne, że nie mógł zapanować nad głosem. - Skąd niby miałaś to wiedzieć? - Z ledwością udało mu się nie krzyknąć. - Spytałam się Merca... - zaczęła Alicja, czując jak bardzo się zbłaźniła. - Włącz to! Może to tylko jakieś niewyraźne coś... Może nic nie widać. - sama nie wiedziała, kogo chce uspokoić: siebie czy jego. Niestety, było widać wszystko. Tyle dobrego, że Mercator ocenzurował niektóre fragmenty czarnymi paskami. Marek zmniejszył okno z filmem i przetarł oczy. Gdy rok temu zdecydował się nie przerywać znajomości z Alicja pomimo jej „wyjątkowości” (raczej utrwaliło to ich związek – sfrustrowany wilkołak ze złamanym sercem może być nieprzewidywalny), nie spodziewał się podobnych kłopotów. Owszem, rozważał możliwe problemy z nawiedzonymi potworobójcami – ale nie z programem komputerowym. Znowu zasłonił sobie oczy dłonią, by ukryć rozbawienie. Nagle Alicja pisnęła radośnie i zaczęła tańczyć na środku pokoju. „Zwariowała. Za dużo stresów jak na jeden rozum, w dodatku kobiecy.” - pomyślał - „Teraz mam do czynienia nie ze sfrustrowanym, ale szurniętym wilkołakiem...” - O co chodzi? - spytał na głos, lekko wstydząc się swych myśli. Przyskoczyła do monitora i lekko zarysowała paznokciem ekran. - Patrz! Czy to nie cudowne?! - spytała Alicja, radosna niczym dziecko. Nagranie kończyło się apelem:

PANNO CANISSI! Z DOŚWIADCZENIA APELUJĘ O ROBIENIE TEGO W KRZAKACH – MNIEJ ZWRACA UWAGĘ. NA SZCZĘŚCIE BRAK MIEJSCA NA DYSKU (CHWDP) ZMUSIŁ MNIE DO USUNIĘCIA STARYCH NAGRAŃ. PŁYTKA DLA PROFESORA ZAWIERA FOTOGRAFIE I TRÓJWYMIAROWE SKANY MONET Z NAPISEM „RX LPS 347 AD” DOKOŁA HERBU BIAŁOGÓRY. PROFESOR CI WSZYSTKO WYJAŚNI. NIE BÓJ SIĘ: „WILKI Z BIAŁOGÓRY” TO ŚWIETNY BIZNES – MYŚLĘ, ŻE W TEN SPOSÓB JAKOŚ CI SIĘ ODWDZIĘCZĘ.

PS. PEWNE INTERESUJĄCE I ABSOLUTNIE PEWNE OSOBY WYRAZIŁY ZAINTERESOWANIE NAGRANIAMI Z TEGO OKRESU I TEJ OKOLICY. MOGĘ CIĘ Z NIMI SKONTAKTOWAĆ. JEŚLI CHCESZ. UWAŻAJ NA SIEBIE.

Marek nie podzielał radości Alicji. - Starczy mi to post scriptum. A ten drań jeszcze się chwali swoją wiedzą. - Ważne, że nie puszczają tego w telewizji... - Alicja zaczęła nawet nucić coś pod nosem. - Tylko że nie wiemy czy naprawdę usunął to z dysków. - Marek próbował sprowadzić ją na ziemię. - A może usunął z dysków pretorii i trzyma gdzieś w folderze „Materiały do szantażu”. Alicja czuła, że nawet tak pokrętny program, jak Mercator ma jakieś zasady moralne. - Zaufajmy mu. - Jej propozycja wydawała się Markowi tak absurdalna, że w ich sytuacji niemal sensowna. - Chociaż raz. Co do tych „interesujących i absolutnie pewnych osób” także. Kierowała się po części tym „doświadczeniem”, na które powoływał się Mercator. Widać, już kiedyś namierzył podobny przypadek, choć równie dobrze, mogło chodzić o ogólnie nietypowych rzeczy. Pewnie naoglądał się w ciągu miesiąca tylu dziwaków, że lokalny szpital psychiatryczny byłby pełen po dwóch dniach. - Jak chcesz. - Marek pokręcił głową z powątpiewaniem – To ty ryzykujesz, że ktoś cię wypcha i ustawi koło kominka. - A ty? - spytała, gotowa się trochę poprzekomarzać. - Ja ryzykuję, że go zastrzelę przy próbie wprowadzenia tego planu w życie – zażartował, spoglądając na Alicję. Nagle spoważniała i spojrzała na niego z wyrzutem. Nie było jej do śmiechu – raz widziała zastrzelonego człowieka. I nie potrafiła się z tego otrząsnąć przez długie lata. Dlatego rewolwer Marca został w jego rodowej rezydencji – w szklanej, muzealnej gablocie. Tam zdaniem Alicji już dawno powinien się znaleźć cały ten złom. - Przepraszam. - Marek uświadomił sobie, co palnął. - Nie ma za co... To miło, że chcesz mnie bronić... - rzeczywiście, łechtało lekko to jej dumę, ale wolałaby, żeby nikt przy tej „obronie” nie ucierpiał. - Trzeba przygotować na jutro prywatkę dla sąsiadów. Pojutrze następną. Musisz mi pomóc, bo nie chce mi się nosić tych ławek koło paleniska. Tylko powiedz mi jedno. - Co? - Marek westchnął, wiedząc, że gdyby chciała, poprzestawiałaby je sama i nawet by się nie spociła. Ale sąsiedzi długo by nie wyszli z szoku po tym, jak kobieta wzięłaby na plecy dwumetrowe betonowe ławy. - Co to znaczy te „CHWDP”? - Stuknęła paznokciem w ekran, zostawiając małą ryskę na kineskopie. - Ops! Przepraszam! - Nie szkodzi. - Nauczył się już, że raz na miesiąc paznokcie Alicji robią się wyjątkowo skutecznym narzędziem. Zaproponował jej nawet, żeby spróbowała ryć nimi w metalu, ale wtedy się obraziła. - Ogólnie, czy w tym tylko kontekście? - Ogólnie? - Ogólnie to byś się oburzyła, skąd ja znam takie słowa. A w tym kontekście: „Chyba Wypadałoby Dofinansować Pretorię”.

Turski opuścił Park Zamkowy z niekłamaną radością. Woda z całego parku zdawała się spływać w jedno miejsce, niezbyt szczęśliwie wybrane na miejsce zbrodni. Ale raczej całkiem z rozmysłem, bo rozmyła wszystkie istotne ślady. Ponadto skwer tonął w czerwono-czarnym błocie zmieszanym z psimi odchodami. Sposób, w jaki zginął denat, wyjaśnił się wraz ze znalezieniem dwóch młodych drzew z uwiązanymi do nich wierzchołków połówkami zwłok. - Metoda „na centuriona”. - Technik wskazał Turskiemu strzępy lin wiszące u wierzchołków młodych sosen Ktoś litościwie dla oczu komisarza odciął połówki denata. - W legionach robili tak kiedyś z gwałcicielami i dezerterami. Naginali drzewka, przywiązywali delikwenta i pozwalali drzewkom się wyprostować. Nic dziwnego, że facet jest prawie pusty w środku. Ale zrobili to gdy był już martwy. Ponadto ktoś naciął mu jamę brzuszną. Dla efektu zapewne. Mnie to wygląda na chęć postraszenia wspólników. Mżawka nie zakryła wszystkich śladów, wyręczyła ich za to parka, która zwłoki odkryła. Wracali ze spaceru, gdy poczuli wstrętny odór. Chłopak chciał pokazać swoją odwagę i zajrzał w krzaki. Zaczął jednak panikować, rzucać się – ściągnęło to przerażoną dziewczynę. Zemdlała, a on przeciągnął ją po całej polance, szukając miejsca, gdzie nie byłoby jelit. Ponadto nie znaleziono nic ciekawego poza jakimś kłakiem sierści zaczepionym na złamanej gałęzi. Hoża z radością by to pominęła, ale czerwona, lepka substancja na kłaku mogła być krwią, być może sprawcy. Do akt sprawy doszedł w tym momencie trzystronicowy wynik analizy DNA, trochę cieńsza analiza materiału i pięciostronicowa opinia biegłego psychologa. Za to cenne źródło informacji stało tuż obok samochodu Turskiego. Pięciu młokosów w szarych mundurach Straży Monteblanco z Giordano Pisci na czele właśnie tłumaczyło jakiejś staruszce, dlaczego nie można teraz wejść do Parku. To komando było akurat dobrze znane komisarzom – było chyba jedynym (z ponad dwudziestu działających na terenie miasta), które nie ignorowało taśm z napisem „miejsce zbrodni”, nie zadeptywało śladów i nie wrzeszczało o honorze szlacheckim. Choć tak właśnie zaczynali. Na szczęście błogosławiony wpływ aresztu tymczasowego nauczył ich, że lepiej zrobią, jeśli będą trzymać postronne osoby (z sobą na czele) z dala od miejsc gdzie można przez nieuwagę splunąć. A komisarz może uznać to za materiał zostawiony przez kogoś zamieszanego w sprawę. Mordercę na przykład. I doskonale wiedzieli, dlaczego ratlerek imieniem Pikuś nie mógł teraz zrobić kupki pod swoim ulubionym drzewkiem. Komisarz gwizdnął w kierunku młodego Pisci. Ten zaraz zrzucił obowiązek uspokajania staruszki poruszonej wieścią o morderstwie (choć jej emocje mogły wynikać bardziej z radości o tak wspaniałym temacie do plotkowania niż z obawy, że zbrodniarz jest jeszcze na wolności) na kolegów. - Witam, panie komisarzu... - Szczurza twarz Pisciego nabrała wazeliniarskiego wyrazu. - Pani nadkomisarz, ładnie pani w tym... - Cicho bądź i gadaj, co tu robisz. - Turski wiedział, jaki z młodego szlachetki kobieciarz i wątpił w to czy takie gadanie zmiękczy Hożą. Ale gdy Pisci chodził z jego córką, nasłuchał się takich tekstów za wszystkie czasy i teraz był na to wyjątkowo wyczulony. - Szukałem pana, panie komisarzu - przyznał Giordano, porzucając próby znalezienia sojuszniczki. - Słyszałem o tym, że prowadzi pan sprawę nagonki na Teratosso. Znaczy tej jatki tutaj. Pretorianie spojrzeli po sobie zdumieni. - Kto ci to powiedział?! - Turski obiecał sobie, że jak się dowie, to dorzuci drania do listy Osób, Które Zasłużyły na Solidne Manto. - Kuzynka. Lidia Brutus. Pani prokurator Lidia Brutus - oznajmił z dumą Pisci, mając nadzieję, że to uspokoi stróżów prawa. - A, to dobrze – rzucił Turski, spokojny o aktualność listy. Pani prokurator była na niej od bardzo dawna i to na dość wysokim miejscu. - Lizus. - burknęła Hoża, nie pojmując żartu. Może dlatego, że komisarz swoją listę prowadził w tajemnicy, przynajmniej od czasu, gdy kolega, który miał podobną rozpiskę, został zatrzymany za planowanie masowego mordu na połowie urzędników miejskich – No i co z tego? Tajemnica śledztwa to tajemnica śledztwa. Chyba że wiesz coś ciekawego. W co watpię. - Jasne jak słońce! - Pisci wyciągnął z kieszonki na piersi złożoną w pół fotografię. - Proszę. Turski wziął fotografię do rąk i uśmiechnął się. Na pierwszym planie dostrzegł kilku łysych byczków wznoszących toast szklankami pełnymi przejrzystej cieczy. Był tam i Camillo Teratosso (trzymający szklankę czterema palcami), Giordano i kilku innych. Komisarzowi w oczy rzuciła się ciemna karnacja i twarz tego najbliżej Pisci. - To ten imigrant z Równin? - spytał, zastanawiając się, czy zdjęcie syna może pomóc stworzyć portret pamięciowy ojca. - Ten to... chyba... Bill Hankson - wyjaśnił Giordano – A właściwie Will Hankson Junior. Ale mnie chodzi o to zdjęcie z tyłu. Na tarczy, w samym środku. Seweryn wbił wzrok w tło fotografii. Typowa melina – stół zastawiony pustymi flaszkami (jedną rozpoznał – wino „Kiteron”, piekielnie drogie, piekielnie rzadkie, piekielnie znane), ściana pomalowana sprayem i kilka fotek przyszpilonych rzutkami do tarczy. Ta w centrum była niewielka i komisarz nie zdołał określić nawet płci sportretowanej osoby. - I kto to niby jest, Pisci? - spytał, czując, że traci czas. - Jak tu widzę tylko ciemną plamę. Pisci cmoknął zrezygnowany, ale zaraz wróciła mu werwa. - To zdjęcie pewnie nadal wisi w pokoju Camilla w rezydencji rodowej Teratosso – zapewnił. - Tej w Balach Wielkich. - Ale kto to jest nie wiesz? - spytała Hoża, zerkając nerwowo na zegarek. - No, szczerze mówiąc: nie wiem. - Pisci grał tak dobrze, że Seweryn aż pomyślał, że naprawdę mu zależy na pomocy w śledztwie. - Camillo nie powiedział nam nic poza tym, że to największy skurwysyn jakiego zna. I że to przez niego stracił palec. Podobno strasznie cięty na cały ród Teratosso. Niby maczał palce w tym wypadku Guliano, a może i jakoś poszczuł psami Leona. A jak się dowiedziałem, jak skończył ten tutaj, to sobie przypomniałem, jak Dziewięciopalcy mówił, że typ jest zdolny rozerwać człowieka na pół. Wtedy nie wierzyłem... - To dlaczego nikt z Teratosso nam o tym... - Turski przez chwilę wymyślał bardziej kulturalne określenie, ale wena go opuściła - ...sukinsynie nie powiedział? - Bo podobno wie sporo o jakichś ich interesach. - Pisci obejrzał się czy nikt z jego znajomych nie podsłuchuje. Szlachecka solidarność nie pozwalała zbyt swobodnie opowiadać plebejuszom, choćby w służbie pretorii o sprawach innych wysoko urodzonych. - Wolą go sami sprzątnąć. Ale to nie ja wam to powiedziałem. - Chcą go sprzątnąć? - Turski wiedział, że fortuna Teratosso nie została zbudowana na ciężkiej pracy czy chociażby drobnych machlojkach, ale nie wierzył, że tak potężny ród daje się wodzić za nos pojedynczemu świrowi. - Ale to on ich tak wymiata? Kto za nim stoi? - Nie wiem. - Pisci rozłożył ręce i wytrzeszczył oczy, czym jak zwykle podniósł ciśnienie komisarza. - Wiem tylko, że był cięty na Camillo. I że podobno znają się od małego. - Osobisty wróg? - Hoża zaczęła rozważać różne możliwości. Dotąd informacje Pisciego były bezwartościowe: gadanie pijaka, jakieś wspominki z dawnych lat, niejasne podejrzenia. Ale JEŚLI to prawda, mają nowego podejrzanego. Szczerze mówiąc, wyjaśniałoby to niektóre jej wątpliwości. Podejrzewała, że gdyby śmierć Bartnika miała zastraszyć Teratosso, to atak na Camillo nastąpiłby później. - Był dla nich bardzo groźny? Pisci znowu się obejrzał. Jego koledzy jednak zajęli się jakimś paparazzo. Turski pomyślał, że pewnie skubaniec jedzie za nimi od „Melanżu”. Ale jakiś dziwny był. Nawet nie było mu szkoda deptanej właśnie rolki z filmem. - Podobno na tyle, że od kilku miesięcy prowadzili jakieś rozmowy na temat sprowadzenia jakiegoś łowcy nagród. Niby, żeby schwytał jakichś złodziei, ale to pewne, że nie o to chodzi. Facet jest za drogi na takie głupoty jak paręset tysięcy. - Aha... - Turski przyjrzał się jeszcze raz fotografii. Twarz Billa Hanksona zdradzała, iż był wycieńczony fizycznie, może od używek. - Ten imigrant to dużo brał? - Kto? Bill? - Pisci pokręcił głową – Nie. Raczej pił jak szalony. Podobno ci zza Oceanu strasznie szybko się uzależniają. Nie to co my, zdrowa krew aureliańska... A Bill zmarł, jak zrobił sobie mixa. Znaczy drinka z herą i jakimiś tabletkami. Szkoda go było, bo fajny świrus nawet na trzeźwo... - Czy dzisiejsza młodzież może bawić się bez wspomagaczy? - westchnął komisarz, pamiętając, jak za młodu szalał całą noc przy jednej flaszce. Giordano nieco go pocieszył. - Jak chce się pan przekonać, to coś panu powiem. Jutro na Łęgach odbędzie się parapetówka. Adres prześlę panu na telefon. Starczy tylko się przewinąć i powołać na prawo gościnności. A jak ich znam to jedyny

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych