Krople anamnezy
Wredny, sprośny pijak.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Unosząc z trudem mrówki dwie powieki w górę, rodzisz się znowu w krainie zegarów. Ustalając sobie zabawki, które w okrutnej chwili pobudki znajdują się w polu rżnięcia naszych źrenic, wybierasz interpretację świata. Ja głosuję na wyblakłą fotografię Shoavinne, próbującej utrzymać wyślizgujący się srebrny rondel. Wyginające się w zakamarkach uśmiechu wargi, niepowstrzymany zachwyt nad codziennością, nawet chwytaniem patelni, tworzy iluzję, że otwarcie oczu było właściwym kominem ruletkowych alternatyw. Wysączyłem zdjęcie naprzeciw barłogu, wśród kręcących się okularów o zapachu zgniłych jabłek tworząc własną sztukę użytkową. Pogaduchy z prywatnym słońcem to wyjące pragnienie zwolenników kulturowych norm. Ale przywilej jest mój. Pozostali mają zabrać swoje rzeczy i niezwłocznie wyjść. Kiedy kasuję już bilet, pozwalający mi zadomowić się po tej stronie umywalki, wyzwalający mnie z jarzma hydraulicznych rur i splugawionej wody, a może właśnie wiążący mnie, nadający mi ciało i wpychający w ucho świadomość, homoseksualiści wiedzieliby to najlepiej, kiedy już go kasuję, staram się pierwszych kilkanaście wniosków tworzyć w pozycji leżącej. Tamtego poranka, poranka, gdy ujrzałem kontemplujące oczy, rozpocząłem od wspominania kaprala Targabagne, który za drobne przewinienia skazywał nowicjuszy na kolorowanie państwowych godeł i podejrzewał mnie ponad dwa miesiące o zgwałcenie pielęgniarki, pracującej jako wolontariuszka w naszych koszarach. Blaszany kubek, który odkładał jedynie podczas srania i który pobazgraliśmy mu różowym, niezmywalnym flamastrem, był niejako symbolem utraty autorytetu w naszych oczach, gdy twarda, samcza powłoka podległa nieodwracalnej feminizacji. Wściekłe kłucia manekinów bagnetem nie zwrócą szacunku generałom, wprowadzającym pryszczaty stan wojenny. Poranne refleksje to zgrzytające dziwadło, uderzające jawnie w bęben skondensowanej wiedzy, wypluwające z siebie myśli, których powiązanie przypomina mi wyłamane szczeble drabinek na ścianach sali gimnastycznej. Pamiętam lata szczeniaka, gdy natchnione poduszkowymi planami lędźwie snuły całymi lekcjami pajęczą nić, w którą chwytano wyśnione gracje. Po spostrzeżeniu, że dźwięki klawiszy kaleczą wszystkie nieba, a znalezienie rydwanu w pudełku od okularów nie wydaje się bardziej niezwykłe od nieodmiennej suchości w ustach, naturalnego budzika nas, przeklętych przez państwowy przemysł monopolowy, po spostrzeżeniu, że jazgoczące konkluzje zachowują się jak sekretarki komisji wojskowej, wysyłające maltretowanych poborowych do innych pomieszczeń, z których ponownie zawracają do pierwotnego miejsca, po takiej obserwacji podnoszę się z posadzki, by wypełnić swój gorzki kielich kolejnym dniem, nazwanym pewnie przez mikroskopy nieuchronnym następstwem mej choroby. Decyzja wyjścia do „Belvederre” podjęta zostaje na poziomie niżej. Goryle nie zaprzyjaźniają się z człowiekiem świadomie, to długotrwały proces, który dla statystyk jest wciąż niedostępny. Najpierw pozwalają na zredukowanie odległości do pięciu metrów, pod warunkiem, że nie otacza się ich zwartą grupą, używając hałaśliwych, fotograficznych fleszy. Po trudnym do liczenia, zależnym od wielu czynników okresie, ostrożnie podchodzą na mniejszy dystans i badają nieśmiało ludzkie zwyczaje. Proces oswojenia zachodzi podstępnie, nowotwór, którego objawy widać, gdy na leczenie jest za późno. Dopiero, gdy definitywnie opuszczam piwnicę, w której od kilkunastu lat udaje mi się sypiać bez przeszkód, po raz kolejny stwierdzam, że już przepadło, że to nie dziś, że dziś znowu będę pił, a odpocznę sobie jutro. Na klatce schodowej myśl o powrocie bez wizyty w „Belvederre” (oszukuję sam siebie, że chodzi tylko o odwiedzenie Madame Monisse) jest nielogiczna, to jak urwanie przed metą figli z pościelą w chłodny, letni wieczór. I wtedy przypominam sobie, że znam tą drogę, byłem tu przecież więcej razy niż w wannie, że do tej drogi sprowadza się całe moje życie i że nie umiałbym zboczyć już w bok, do sklepu zoologicznego, w którym wiele lat temu namiętnie przesiadywałem, obserwując zwyczaje pająków i skorpionów. Zawsze pijany. Ostatnie kroki, wyzwalające mnie z objęć klatki schodowej, uruchamiają nagły najazd dźwięków i obrazów. Mimo codziennego nakręcania zegarka, poruszanie się w neonowej dżungli stanowi egzotyczny taniec po balustradzie wypełnionej betonowym budynkiem Nawet odgłosy wystrzałów, wybuchów bomb i wrzasków przerażonych żółtodziobów są dla mnie bardziej harmonijne niż mroczne zakamarki, skażone szeregami oślepiających latarni, wściekle ujadających psów i demonicznego śmiechu dzieci. Ale niedługo potem skręcam za róg i widzę „Belvederre”. Jaskrawe światła przyciągną uwagę od razu, migocąc w oddali. Migocąc w oddali blaskiem fatamorgany. Rozważałem wielokrotnie, czy to nie jakiś manewr wrogich sił, czy to nie starannie pracujący wywiad próbuje zwabić mnie do siebie, by torturami wyciągnąć zeznania. Zboczenie byłych wojskowych, ale żaden owad schwytany przez dzbanecznik nie wyzwoli się z pułapki. Jest w tym miejscu coś przerażającego, coś skrzeczącego głosem kruka nad ciałem wisielca, wwiercającego się w belkę tkwiącą w moim oku. Zawodzące głosy tego sklepu aktywują mój niekwestionowany zachwyt, podziwianie spadających z radości czapek zakochanych, ale naprawdę słyszę w nich złowieszczą nutę. Jakby za tymi ciepłymi neonami i eleganckim przedsionkiem kryła się jakaś straszliwa moc. Niektórzy dostrzegają to w nocnym lesie, są przekonani, że las to wrogie stworzenie, że włada nim zły duch, chcący podstępnie wyssać z nich sok życia. Ja lubię las nocą, jest wtedy cichy i słychać każdy trzask, ale takiego zgrzytającego demona widzę w „Belvederre”. Efekt ten znika wraz z widokiem mleczarek w szlafrokach, kontemplujących odkurzacze w hotelowych pokojach, wytłoczonych na sklepowym szyldzie. Potem ukazuje się eleganckie, bogato wyposażone wnętrze, a ze środka dobiegają odgłosy starego radia, które najmłodsza z ekspedientek, Madame Monisse, nosi zawsze ze sobą, wyrzucając za siebie pomarszczone skórki pomarańczy. Przyjemna czystość czy czysta przyjemność? Przekraczając drzwi mojej katedry, pozwalam rosnąć gwałcącemu paranoje poczuciu zbliżającego się orgazmu, świdrującemu między wszystkimi strachami. I nikt już nie patrzy na mnie z pogardą, nikt nie odwraca spojrzenia na ulicy w stronę śmietnika, z każdej półki zerkają na mnie obezwładniające skrzynie skarbów, skrzywiające mój cyniczny dystans do świata w empatyczny uśmiech. Po raz kolejny szczerzę zęby w ironicznym uśmiechu, którego pełne znaczenie odgaduję tylko ja. Koło zamknięte. Wpatrywanie się w wystrój półeczek odpręża, czasem zdecydowanie zbyt mocno, bo Madame Monisse pyta pomocnym tonem, czy coś podać, prężąc za ladą swój koci grzbiet. Widząc jej dostojne, wręcz arystokratyczne ruchy, pozbawione jednak cienia wyniosłości, formułuję (o zgrozo!) optymistyczne wnioski dotyczące rzeczywistości. Dzieci będą dostawać kolorowe bukiety drażetek z rąk kobiet, których kibić potrafi każdym drgnięciem pociągnąć za sobą wszystkie myśli, a przecież działających w dobrej sprawie. Udających, że ich percepcja nie rejestruje sytuacji, w których zmuszony byłem ongiś do haniebnych kradzieży bułek drożdżowych. Madame Monisse wie, o co chodzi. Wydostaję się na ulicę, stukając o płyty chodnika przyspieszonym krokiem, z trzymanym w przezroczystej siateczce litrem spirytusu, paliwem dwudniowym, nie wliczając w to poranków. Dusiciel zjeżdża z mojej klatki piersiowej, przerywając okrutne i powolne skazywanie mnie na męki. Staram się wtedy nie oglądać za siebie. Bo gdy spojrzę do tyłu, grające na pianinie koleżanki zmykają z salonu i znów widzę tego samego demona, śmiejącego mi się w twarz i chełpiącego się wygraną bitwą z nędzarzem. Tego dnia zatrzymałem się tradycyjnie koło krzaków róży, cygańskiego magicznego terytorium, w którym wprowadzam do krwioobiegu pierwsze krople spirytusu. Czerwona barwa tego miejsca zupełnie nie pasuje do otaczających go zielonych roślinek i wnosi pewien bajkowy element w ten siwy krajobraz, element spotęgowany przez przemianę z zakresu chemii organicznej, determinującą moje posunięcia. Często zastanawiałem się, czy nie spotka mnie przez ten krzak coś niezwykłego, kiedy zakręcę już butelkę i skręcę w stronę klatki schodowej. Ale dopiero wczoraj, kiedy zakrztusiłem się nadmiarem palącego napoju, schwytał nas wszystkich na spostrzeżeniu dziwactw w miejskiej bibliotece zdarzeń. Obok kłębowiska spadających liści przy drewnianej ławeczce, młodzieńcza para przeglądała z odrobiną znudzenia ulotki zachwalające słowniki elektroniczne. Nieudane zestawienie oczu z szelmowską fryzurą tego chłopaka łudząco przypominały mi schwytanego jelenia, którego śmiech przeczesuje okolicę jak szpieg. W swej jeleniej nikczemności nie pasował do ławeczki, był zmarszczonym błędem zegarmistrza, ale dziewczyna tym specyficznym trzymaniem kartki papieru miała błyskotkę, która od razu przyciągnęła w stronę starej wierzby. Zbliżyłem się do nich, udając miotanie przez kauzalny przypadek przy wyborze trasy, rzut kostki nie będący w zależności z moimi chęciami. Szurając kosmatym buciorem po szorstkim podłożu, spojrzałem tam mimochodem i zobaczyłem oczy. Kontemplujące. Widziałem je kiedyś, tak! Ja wiem, kto miał takie oczy i nagle poczułem syberyjskie dreszcze płynące wpław poprzez moje państwo. Zimne dreszcze zmieniające się co chwila w podpustynne fale, oblewające wszystko kropelkami potu. Przez kilkanaście sekund serce tłukło filiżanki z całej siły, czułem się błędnym bębnem pod złym perkusistą. Patrzyli z ciekawością, wskazując mnie sobie palcem, widocznie pociągały ich takie atrakcje, jak refleksje kloszarda na środku podwórza. Niewyrośnięte cielęta, pewnie nadal oglądali przygodowe romanse z happy endem, zajadając się prażoną kukurydzą w kinowych fotelach i chichocząc wśród łaskotek. Ale wtedy nasze spojrzenia spotkały się i poczułem, że nie mogę się tak po prostu oddalić i pozwolić jej na domysły, że muszę spełnić obietnicę, jaką złożyłem patrząc na nią dłużej, niż zapisano w
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Idsele
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…