Wróć do katalogu

Krótki przegląd moich facetów

hmm... taka bazgraninka. Niby siedlecka, a jednak uniwersalna ;]

poomacku, opublikowano , 13 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Mówi się, że w Siedlcach nie ma fajnych facetów. Nieprawda. Są. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Ale ja tam szukać nie musiałam. Może i niewielu, ale sami się nawijali. Pomimo tego że jestem naturalną, niebieskooką, jasną blondynką, która ubiera się na różowo, bo naprawdę lubi ten kolor. A może właśnie dlatego?

Osiedle Warszawska ****

Rafał, rocznik 1987. Liceum ekonomiczne. Mieszka w jednym z szarych bloków na Pomorskiej. Ubiera się jak typowy British Loverboy, ale zawsze ze smakiem. Zielonawa, rozpięta na górze koszulka w kwiatki, wyświechtane dżinsy, dosyć długie blond włosy postawione na żel. Oczy rzecz jasna niebieskie. Typ: laluś.

Rafał śpiewał w Novemberze, zespole Aśki Witka. W ogóle poznaliśmy się w Ultrze, na koncercie Novembera. Aśka mnie wyciągnęła, mówiła, że sama z Witka się brechtać nie będzie. No i poszłam. W klubie jak zwykle dużo znajomych, większość z Królówki. I na dodatek chyba wszyscy z tabli przyszli, bez kitu. Jadzia, Bereska, Piasecki... No i Aśka, rzecz jasna. Oczywiście każdy w jakiejś czarnej skórce, piwkiem w ręce itd. Aśka tylko po swojemu, dama w starym stylu – elegancka sukieneczka za kolana. Swoją drogą, kto by pomyślał, że kujonki się tak rockują? Przed koncertem Witek pokazał Aśce i mi cały skład zespołu. Rafał – wokal, gitara, Sałata – bas, Gruby – perkusja i Portas – klawisze. Wicio zapodawał na gitarce. Grali różne utwory. Większości coverów, od Kultu po Linkin Park, trochę kawałków własnych. Sprzęt za dziesięć tysięcy, pożyczony. Koncert jak koncert, rozrywka nawet niezła, jak na wakacje oczywiście. Po jakichś 40 minutach grania nadszedł czas na wyczekiwaną przerwę. Kiedy reszta zespołu zeszła ze sceny, Witek wyciągnął zza bębnów akustyczną gitarkę, i do mikrofonu zapowiedział specjalny numer dla Aśki. No... teraz się zacznie, pomyślałam. Witold usiadł sobie na koleś na stołeczku, zarzucił parę akordów... Nie, to nie może być... „What Can I Do?”?! “What Can I Do?” Corrsów? Ulubiony kawałek Aśki, racja, ale nie dość, że taka nierockowa, cukierkowata pioseneczkaka, to na dodatek śpiewana przez faceta? Porażka. Ludzie patrzyli na Witka ze zgorszeniem, niektórzy zaczęli powoli wychodzić. Nie ma się zresztą czemu dziwić. A Aśka nic. Tylko maślane oczy. Wpatrzona w swojego pana i władcę. A on w nią. Bleee... Stałam tak, gapiąc się na nich z opuszczoną w dół szczęką, kiedy ktoś dotknął mojego ramienia i szepnął do ucha: – Miód, chociaż słodki, nadmiarem słodyczy tłumi apetyt... Szekspir? Tutaj? – ...i sprowadza mdłości. Kochaj z umiarem – dodałam odruchowo. Odwróciłam się. Przede mną stał uśmiechający się tajemniczo, średnio wysoki blondyn. Kojarzyłam tę twarz. Koleś przed chwilą był na scenie. Rafał, wokalista Novembera. – Gratuluję znajomości Szekspira – zagaił. – Ja również – nieświadomie poprawiłam sobie włosy. I tak oto zaczęło się najbardziej burzliwe 6 miesięcy mojego życia. Rafał był w moim wieku. Uczył się w Ekonomiku, mieszkał na Warszawskiej. Szekspira znał w całości. Ubierał się jak typowy British Loverboy, ale zawsze ze smakiem. Laluś? A jakże... Już po 2 tygodniach od pierwszego spotkania chodziliśmy ze sobą. Uczył mnie życia: jak przekraczać różne granice, co robić, gdy zabrnie się za daleko. Przede wszystkim jednak pokazał mi, jak bardzo człowiek może poświęcić się swojej pasji. Kiedy grał, absolutnie nic go nie obchodziło. Nawet ja, i to chyba najbardziej mnie irytowało. Patrzył się gdzieś daleko w przestrzeń, a palce same przesuwały się po strunach... Co innego, gdy śpiewał. Zawsze musiał mieć konkretnego adresata. Tak się składało, że przez pewien czas większość kawałków była dla mnie / do mnie / o mnie. Miał motor. Pamiętam, jak jeździliśmy. Bez kasków, setką. Najbardziej lubiłam odcinek z Siedlec do Żelkowa. Wieczorami, przy zachodzącym słońcu. Przytulona do Rafała, z rozwichrzonymi blond włosami, w zwiewnej, pastelowej sukience... Jak w starym amerykańskim filmie. Był typem zdobywcy. Impulsywnego, żyjącego chwilą, nieustannie flirtującego zdobywcy. Ale nie przeszkadzało mi to wcale. Wiedziałam, że nie umie kłamać. Kiedy był ze mną, był naprawdę. Kiedy mówił, że kocha, kochał. Miał tylko jedną wadę. Nie lubił, żeby to dziewczyna przejmowała inicjatywę Czuł się, wtedy nieswojo, jakby włożył rękę do pudełka z czekoladkami i wyciągnął obślizgłego ślimaka. I chyba tak właśnie zaczęło się między nami dziać, bo pewnego lutowego dnia przyszedł do mnie do domku i ni z tego, ni z owego sucho oświadczył: "Nie będziemy już razem, to koniec". Wyszedł, nic nie tłumacząc. Szok. Najpierw myślałam, ze to znowu jakaś gra. Wysyłałam meski, dzwoniłam, błąkałam się po jego osiedlu, chodziłam pod szkołę, niczym gówniara z pierwszej gimnazjum wysyłałam jakieś żałosne listy... ale... Nic się nie działo. On po prostu nie odpowiadał. Głucha cisza. Czułam się jak zbity pies. Przez lata kochany i pieszczony, nagle niepotrzebny, wyrzucony na jezdnię z pędzącego samochodu przez udających się na wakacje właścicieli. Bez celu w życiu, bez sensu życia. I rzeczywiście, parę razy chciałam iść na drogę, rzucić się pod nadjeżdżającego tira i mieć wszystko z głowy. Ale to wyjście byłoby chyba zbyt proste... Nie wiem, co by się stało, gdyby nie Aśka. Wspierała mnie przez cały czas. Codziennie dziesiątki razy wysłuchiwała mojego płaczu, pocieszała. Pilnowała, żebym nie zarywała szkoły. Praktycznie przez miesiąc u niej mieszkałam. Mój kundelek...

Pułaskiego **

Maniek, wysoki, napakowany brunet, rocznik 1986. Mieszkaniec dwupiętrowej kamienicy przy Pułaskiego. W chwili rozpoczęcia naszej, ehm, przygody w pierwszej klasie technikum w Samochodówce (nie zdał rok). Typ: dresik. Dzięki niemu pojęłam, że różnica poziomu intelektualnego między kobietami i facetami jest równa amplitudzie MtEverestu i Rowu Mariańskiego. Na korzyść tych pierwszych, rzecz jasna ;]

Maniek i jego dresiarska, pułaska filozofia. Uwielbiałam ją. Jesteś ziomek, dobrze się napierdalasz, to baza. Srasz w gacie, uciekasz, no to wpierdol. Nie jesteś za Legią to wpierdol. W ogóle, nie jesteś laską ani ziomalem, wpierdol. No. Jak to się stało, że z nim chodziłam? Sama nie wiem. Znałam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych