Wróć do katalogu

KSIEGA SMOKA II

Tylko tutaj znaleźliśmy spokój i mogliśmy odbudować naszą tradycję i kulturę.Nasi wojownicy polują na trawiastych łąkach tej krainy,nasze kobiety piorą w czystych rzekach,a nasze dzieci strzelają z łuku i jeżdżą konno

LILLITH, opublikowano , 50 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

AKT V Święte gaje

Gdzieś nad ranem przebudził mnie odgłos gaszonego ogniska. Otworzyłam oczy i przetarłam je wierzchem dłoni. Przez uchylone wejście do namiotu zobaczyłam Owena pochylającego się nad dy-miącymi pozostałościami po wczorajszym ognisku. Kiedy zauważył, że się obudziłam uśmiechnął się do mnie szeroko. - Jedziemy dalej? Kiwnęłam głową zrzucając z siebie bluzę i ubierając na siebie szybko sukienkę. Mój brat poszedł nie-bawem w moje ślady. Na śniadanie zjedliśmy kanapki i wypiliśmy trochę wody, potem złożyliśmy na-miot i ruszyliśmy w dalszą drogę. I mi, i Owenowi spało się doskonale, nie mieliśmy żadnych proble-mów z zaśnięciem... Dzień się już zaczął. Bo trzy Słońca stały wysoko na horyzoncie. Nie było nam jednak gorąco, bo upały w tej Krainie nie po prostu nie istniały. Jedynym takim miejscem były pustynie, to tam najmoc-niej przygrzewały Słońca. Ponownie podjęliśmy zagadkową wędrówkę jadąc prosto w stronę tajemni-czych drzew rysujących się na horyzoncie. Na razie widzieliśmy tylko czarne, proste konary drzew. Ale były one bardzo podobne do naszych ziemskich roślin... - Myślisz, że tam coś jest? - Nie mam pojęcia. Ale nie podoba mi się to- odparł zastanawiając się nad czymś - Widzisz to? Na gałęziach tych drzew nie ma ani jednego liścia. One są zupełnie suche i obumarłe, a wokół też brakuje trawy. Jakby coś to wszystko zabiło. - Omińmy ten gaj lepiej. - Wątpię, żeby nam się to udało... I Owen miał rację, kiedy wjechaliśmy na małe wzniesienie dostrzegliśmy, że drzewa te ciągną się bar-dzo daleko i że nie jest to tylko mały lasek tak jak nam się to na początku wydawało. Owen chwilę się wahał, ale w sumie nie pozostało nam nic innego jak wjechać do lasu. Nasze Jednorożce zeszły na dół i ruszyły kłusem pomiędzy drzewa. Kilkanaście metrów przed nimi osadziliśmy nasze wierzchowce na tylnich nogach. Z przerażeniem patrzyliśmy na potężne drzewa, o ogromnych konarach, na których wisiały długie... długie włosy...! Były już wyblakłe i bez połysku, wisiały powiewając na lekkim wietrzyku tuż nad drogą prowadzącą przez las, w którym nie było nawet tej wszechobecnej trawy. Następnie z mroku drzew wyłoniły się szkielety zwierząt zawieszone na gałęziach drzew podobnie jak te włosy. - Czy to są włosy...?- spytałam dławiącym się głosem- ... I szkielety...? - Na to wygląda- odpowiedział trochę zastraszony Owen- Te kępki włosów, jakby mi coś przypomina-ły... Jakby jakieś... Jasne! To przecież tak Indianie oznaczali cmentarzyska. Inaczej zwane świętymi gajami... - Cmentarzyska?- jęknęłam krzywiąc się- Tylko nie to... - Hmmm... Ciekawe skąd to się tu wzięło... Sądziłem do tej pory, że to ma związek tylko z Celtami... - A może to jest coś więcej niż Sid? - Gdyby tak było... Gdyby tak było mielibyśmy niezłe trudności z dotarciem do celu. - Nie mów tak... Ruszyłam za Owenem, którego Jednorożec niezbyt był zadowolony tym, że chcemy wjechać do tego przerażającego lasu. Mój Pegaz także nie był tym zachwycony, ale nie stawiał większego oporu. - Owen...- rozglądałam się wkoło dość niepewnie. W niektórych miejscach las był bardzo rzadki, tylko czasami gdzieniegdzie stały wielkie, czarne drze-wa, a następnie natrafialiśmy na niezwykle gęsto porośnięte tereny. - Nie podoba mi się tu... Wiatr zaszumiał poruszając szkieletami zawieszonymi na drzewach. - Mi też...- przytaknął szeptem, bo oboje nie mieliśmy odwagi mówić tu głośno. Niestety już niebawem przekonaliśmy się, że coś jest nie w porządku. Wiatr zamiast słabnąć wzmagał się na sile z każdą chwilą. Zatrzymaliśmy podenerwowane wierzchowce, które parskając zaczęły kręcić się wokół własnej osi. - Spokojnie...- szeptałam, by je trochę uspokoić- Spokojnie! I nagle cały ten wiatr ustał. W jednej jedynej chwili nastąpiła kompletna cisza i bezruch. Jakby nigdy do niczego podobnego nie doszło. Kiedy tumany kurzu trochę opadły zobaczyliśmy, że na środku, przed nami stoją cztery tajemnicze postacie. Trzech wysokich, potężnych mężczyzn i kobieta. Mieli oni wszyscy długie włosy, w które wpletli białe pióra podobne nieco do orlich. Ubrani byli w skórza-ne, czarne ornaty, które spływały do samej ziemi. Były one przyozdabiane zarówno ptasimi piórami jak i zwierzęcymi pazurami. Kobieta miała na twarzy dziwne, czarne tatuaże przedstawiające Mandale i ziemskie znaki zodiaków. Mężczyźni zaś mieli tylko na czole wytatuowaną jakby opaskę, która miała przedstawiać znaki wszystkich planet Układu Słonecznego. Zeskoczyliśmy z naszych wierzchowców i uczyniliśmy ten sam znak powitania co Peorth, kiedy witał Mitrę. Nieznajomi odpowiedzieli nam tym samym. - Wybaczcie nam- odezwał się pierwszy Owen- Nie mieliśmy zamiaru naruszać spokoju tego miejsca. Pragniemy tylko przejechać. Jedziemy bowiem do Jyxaboru. - Witajcie, przybysze. To dla nas zaszczyt gościć was w świętym gaju indiańskim - odezwała się kobieta stojąca pomiędzy trzema ogromnymi mężczyznami- Wiatr przyniósł nam wieści o was, potomkowie wielkiego Henryka! Witajcie. Kamień spadł mi z serca, dlatego też uśmiechnęłam się z ulgą, gdy okazało się, że nic nam nie grozi. - Na pewno chcecie nas poznać. Przyjmiemy was na noc. Dłużej tu bowiem nie możecie pozostać- odezwał się jeden z mężczyzn. - Prowadźcie. Ruszyliśmy za czterema tajemniczymi postaciami, które poruszały się bezszelestnie, chyba nawet nie dotykając ziemi. Byliśmy oszołomieni ich promieniującym autorytetem i powagą. Już niebawem zeszli-śmy z głównej drogi i ruszyliśmy przez las, w którym jedynymi rzeczami, które istniały, były drzewa... Niebawem otoczyła nas jasna, mleczna mgła, której przed chwilą jeszcze tu nie było. Kiedy znów opadła tak niespodziewanie jak się pojawiła, zobaczyliśmy indiańskie totemy. Przedstawiały one niedźwiedzie, orły, lisy i inne zwierzęta zazwyczaj pokazywane przez Indian. Wokół rozkładały się też indiańskie wigwamy, pośrodku najprawdopodobniej wioski, paliło się zielonym ogniem duże ognisko, przy którym siedzieli jacyś Indianie. Oni dopiero wyglądali na Indian, mieli białe, a raczej siwe włosy, z piórami w nie wplątanymi. Skórzane ubrania ozdabiane dziwnymi rysunkami i zupełnie charaktery-stycznymi twarzami, jak to kiedyś oglądaliśmy w filmach... Kiedy nas spostrzegli pokłonili się nam i zaprosili nas do ogniska. Usiedliśmy bardzo chętnie, ze zdzi-wieniem stwierdzając, że nasi dostojni towarzysze znikli... - Witajcie, przybysze - oznajmij chyba wódz, bo miał wielki pióropusz na głowie i siedział po środku półkola, który utworzyli nieznajomi nam ludzie. Indianie. - To dla nas zaszczyt- powiedziałam cicho. - Przybywacie zatem, by studiować zachowania mieszkańców Avinlionu. A jednocześnie jesteście wiel-kimi potomkami naszego władcy i króla, Henryka. Zatem tylko wam przysługuje to prawo. Oto co mamy wam do powiedzenia... Wódz wrzucił miękkim ruchem ręki, garstkę czegoś do ognia, który z trzaskiem wzbił się ku górze i przedstawił nam historię Indian... Jednocześnie słyszeliśmy dudnienie bębnów, których głos dochodził nas z jakby bardzo daleka i nawet na chwilę nie przestawał dudnić miarowym tempem. W pewnej chwili podano nam jakieś ziele, które mieliśmy powoli rzuć. Wtedy też usłyszeliśmy męski, oddalony od nas głos... - Byliśmy plemieniem żyjącym spokojnie na równinach Ziemi, błękitnej planety Układu Słonecznego. Nigdy nie prowadziliśmy wojen, żyliśmy szczęśliwie i spokojnie. Nasze totemy były nam święte. Czcili-śmy bogów natury i nigdy nie było nam z tego powodu źle, gdyż duchy Ziemi chroniły nas... Pewnego fatalnego dnia przybyli do nas biali ludzie. Z całą swoją mądrością i cywilizacją i tak długo nas gnębili, tak długo nas namawiali, aż zmieniliśmy naszą wiarę. Wszystko, w co wierzyliśmy, cała nasza moc i Magia, którymi władaliśmy poszła w zapomnienie. Jako prawdziwi Indianie przestaliśmy istnieć. Praw-dziwymi Indianami nigdy już nie byliśmy. Wszystko, co z taką miłością uczyły nas nasze matki, było tylko małą częścią tego, co potrafiliśmy kiedyś... Nie było przed nami przyszłości... A jednak... Jednak wciąż marzyliśmy o kraju, w którym moglibyśmy spokojnie zajmować się naszymi zdolnościami, po-nownie się ich nauczyć. Pragnęliśmy wrócić do łaski bóstw natury, potrzebowaliśmy tego... Zaczęliśmy się bowiem zatracać. Nie było już między nami harmonii, niszczyliśmy sami siebie. Ginęliśmy jako Indianie pośród huku maszyn, pośród ogromu wieżowców i szumu aut... Potrzebowaliśmy wszystkich naszych mocy, by wezwać nasze Bóstwa natury. Błagaliśmy ich o to, by nam przebaczyły tak haniebną zdradę i przyjęły nas z powrotem do siebie. Łaskawe nam Bóstwa postanowiły nam pomóc widząc naszą niedolę. Jednak wiedzieliśmy, że powrót na nasze dawne ziemie jest niemożliwy, gdyż tam już dawno wyrosły miasta, a drzewa wycięto, by nie przeszkadzały i nie zaśmiecały asfaltowych dróg... Bóstwa uprowadziły nas na nasze własne życzenie do Avinlionu i dlatego teraz tu jesteśmy. Tylko tutaj znaleźliśmy spokój i mogliśmy odbudować naszą tradycję i kulturę. Nasi wojownicy polują na trawia-stych łąkach tej krainy, nasze kobiety piorą w czystych rzekach, a nasze dzieci strzelają z łuku i jeżdżą konno. Nie mieliśmy szans na Ziemi, dopiero Avinlion dał nam poczucie bezpieczeństwa i spełnienia, bez niego wyginęlibyśmy zniszczeni przez teraźniejszość. Jesteśmy w domu, Avinlion jest naszym do-mem. W swej wędrówce spotkacie z pewnością jeszcze wiele plemion ziemskich, które by ratować się przed teraźniejszością właśnie tutaj znalazły swą przystań. Nie ma innej krainy, która pomogłaby nam tak bardzo jak Avinlion, Kraina bóstw natury, Kraina Magii i energii. Nie ma nic potężniejszego ponad Miecz Słoneczny, to on uchroni Avinlion przed zagładą, to on nas chroni przed teraźniejszością... Nasza Magia nigdy nie opierała się na czymś innym jak na podstawowych energiach przepływających przez ziemię. Wierzymy, że tylko natura ma wpływ na nasze życie, ona jest najważniejszym bóstwem, to ono nas karmi, daje nam schronienie, ubiera nas i pozwala żyć. Bez natury nie byłoby przyszłości. Dzięki naszym Bóstwo nauczyliśmy się pokonywać naszych wrogów przez zatruty łuk i strzały. Nasze moce ponownie odżyły, ale nie na Ziemi, lecz na Avinlionie... To nasza historia, historia nowych In-dian... W tym momencie nastąpiło jedno wielkie uderzenie wszystkich bębnów i wszystko znikło. Znów sie-dzieliśmy przy ognisku, a nie szybowaliśmy wśród polujących na bizony wojowników, wśród bawią-cych się dzieci i innych widzianych wcześniej obrazów. - Musiało wam być ciężko- westchnęłam . - Tak, ale już nie mamy tych wszystkich problemów. One się już się skończyły. - Bóstwa natury...- myślał głośno Owen- Jak je nazywacie? - Są to Płonący Niedźwiedź, duch- strażnik ognia. Leśna Sarna duch- strażnik wszelkiej roślinności. Płynący Łosoś duch- strażnik wody. Jastrząb Chmur, czyli duch i strażnik powietrza. - To nasi najważniejsi bogowie, są oni nam święci i każdego wieczora składamy im ofiary, by nie spro-wadziły na nas nieszczęść. - A na co wy polujecie?- spytałam zdziwiona- Nie ma tu przecież żadnej zwierzyny. - Oczywiście, że jest. Musicie jednakże dopiero mieć znak. - Znak?- spytaliśmy jednocześnie. - Tak. W każdym miejscu, w którym się zatrzymacie otrzymacie znak, dzięki, któremu poznacie coraz więcej rzeczy Avinlionu, na razie wasze oczy zamknięte są na wiele rzeczy, ale nadejdzie dzień, w któ-rym wiedzieć będziecie wszystko. Tak samo jak wasz dziadek. Popatrzyliśmy po sobie zdziwieni. - Słońca już zachodzą, wojownicy wracają z łowów. I tak jakby przepowiedział przyszłość. Pojawili się niebawem wychodząc z mgły wojownicy. Ubrani w tradycyjny sposób, z długimi włosami, pomalowanymi twarzami i ciałem, mieli ze sobą łuki i strzały, oraz zabite bizony. Patrzyliśmy chwilę na powitanie wodza i wojowników. A potem przyszły drobniutkie kobiety, wzięły łuki i strzały od wojowników i zabrały się za obróbkę mięsa, kiedy mężczyźni usiedli wokół ogniska przy którym siedzieliśmy i zaczęli rozmawiać. Niektórzy poszli do swoich namiotów inni znowu udali się do dzieci. Nie umiałam wprost uwierzyć, że bierzemy w tym wszystkim udział. Patrzyłam na nich i patrzyłam, ale nie umiałam się temu wszystkiemu nadziwić. Kiedy na niebo wystąpił wielki czerwony księżyc wszyscy nagle wstali, my także podnieśliśmy się ze skór bizonów. - Chodźmy- powiedział wódz. I wszyscy mężczyźni wraz z nami udali się na polanę, gdzie wśród suchych drzew stał wielki bizon. Wojownicy okrążyli dwa razy całą polanę, kiedy my staliśmy zdziwieni na jej środku. Zaraz potem usiedli i wtedy usłyszeliśmy bębnienie wielkich bębnów. Przerażało mnie to. Mocno uchwyciłam się ręki brata, który sam ze zdziwieniem patrzył jak jedna po drugiej każda pochodnia zawieszona w ca-łym lesie zaczynała płonąć czerwonym płomieniem. Mężczyźni wstali i poderwali się do tańca, ale nie wchodzili na środek koła. Tańczyli wokół niego, jakiś przedziwny taniec zwycięstwa. W tej samej chwili wódz wręczył nam wielki, srebrny nóż, z rączką z jeleniego rogu. Popatrzyliśmy na niego zdzi-wieni. - Zabijcie teraz bizona, a potem umalujcie się jego krwią. Kiedy usłyszałam takie coś, nie mogłam uwierzyć, że oni naprawdę od nas to oczekują. Popatrzyłam niepewnie na bezbronnego bizona, przestraszonego całym tym krzykiem i uderzeniami bębnów i cofnęłam się o jeden krok od brata. On także był bardzo zdziwiony. - To zwierzę ofiarne. Nie możecie obrazić bogów, nie zabijając go. - Po co?!- wrzasnęłam nie poznając swojego głosu- To jest niepotrzebne! - Nie ma rzeczy niepotrzebnych, wszystko ma swój sens. Także zabicie tego zwierzęcia. Ostrzegam was! Jeżeli tego nie zrobicie, duchy natury będą na was zagniewane. Długo patrzyliśmy na bizona uwiązanego na środku polany. - Owen...- popatrzyłam na niego niepewnie. Mój brat zmarszczył brwi i popatrzył na mnie przenosząc oczy ze zwierzęcia. - Chodź. Zgodziłam się. Nie wiem dlaczego, bo przecież gdybym była gdzie indziej, to na pewno bym tego nie zrobiła. Ale te uderzenia bębnów, okrzyki wojowników i zapach płonących pochodni miały widocznie swoje magiczne znaczenie. Oboje chwyciliśmy nóż w obie ręce i przesunęliśmy nim po gardle zwierzęcia, które z rozpaczliwym rykiem opadło na ziemię. Krzyki ustały i zaczęło do nas dochodzić już tylko ich echo. Owen zamo-czył dłoń w krwi zwierzęcia i przejechał dłonią wzdłuż mojego czoła, ja także uczyniłam to samo, co on i już niebawem znaleźliśmy się z powrotem przy ognisku. Nie było wojowników, ani kobiet przy mięsie, nie było nikogo oprócz nas i wodzów, a raczej Rady Plemienia. Popatrzyliśmy po sobie zdzi-wieni i poczuliśmy, że z naszych prawych ramion coś spływa. Podniosłam rękaw mojej bluzki i zoba-czyłam dziwny znak na moim ramieniu. Był on dość duży i przypominał mi kwiat wpisany w koło. A po moim ramieniu ciekła nic innego jak krew... Mój brat miał identyczny znak, w tym samym miejscu. - To pierwszy znak waszej władzy. On pozwoli wam dostrzec wszystkie totemy wokół was, które wznieśliśmy na cześć naszych bóstw. A także zobaczycie teraz bizony i wilki, oraz nasze Bóstwa, choć wezwać ich i tak nie będziecie mogli. - Dziękujemy wam. –powiedziałam wzruszona. - Mamy dla was coś jeszcze - powiedział teraz jeden ze starszych w Radzie. Wyciągnął przed siebie kołczan ze strzałami o czerwonych lotkach z ptasich piór, oraz śliczny, ma-sywny drewniany łuk. - Strzały te są zatrute, powinniście dlatego na nie bardzo uważać. A magiczna moc, którą obdarzyliśmy ten łuk i kołczan sprawi, że nigdy wam się one nie skończą. Ze ściśniętym gardłem odebrałam mu z wielkim szacunkiem łuk i strzały. - Już wschodzą Słońca. Musicie już iść... Popatrzyliśmy za siebie i w tej chwili z mgły wyłoniły się cztery postacie, te same co wcześniej nas tu przyprowadziły. Ognisko i cała wioska znikły w jednej chwili i znaleźliśmy się we mgle. Powoli pod-nieśliśmy się z ziemi i ruszyliśmy za tajemniczymi postaciami. Niebawem dotarliśmy do drogi i tam zatrzymaliśmy się. Nasze Jednorożce stały niedaleko, tak jak je zostawiliśmy. - Dziękujemy wam, za przewodzenie- powiedział z wdziękiem Owen. Cztery wspaniałe postacie ukłoniły się nam nisko i każda po kolei podeszła do nas i dotknęła naszego tatuażu. Ten stał się czarny jak noc i nie bolał już tak bardzo jak wcześniej. Podziękowaliśmy im jesz-cze raz i wtedy znikli rozmywając się przed nami w powietrzu. Po raz kolejny dosiedliśmy naszych wierzchowców i ruszyliśmy drogą przez straszliwy las, tylko, że tym razem nie był on już tak zagadkowy jak wcześniej. Wiedzieliśmy już, że mieszkają tu i ludzie. Cał-kiem normalni ludzie... No nie, pewnie tak ich nazwać nie możemy, bo przecież oni znali się na Magii lepiej niż my. No na pewno lepiej, bo my nie znaliśmy się na niej wcale. Byli to indiańscy Szamani ze świętego gaju, którzy obdarowali nas jakby trzecim okiem dzięki, któremu byliśmy w stanie zobaczyć to, czego dotychczas ani nie widzieliśmy, ani nie słyszeliśmy... Już niebawem wyjechaliśmy z lasu i rozpostarł się przed nami niesamowity widok. Z wrażenia chwyci-łam w płuca mnóstwo powietrza i tam je przytrzymałam. W dodatku zatrzymaliśmy w miejscu nasze Jednorożce, by przypatrzeć się temu wszystkiemu lepiej. W miejscu, w którym staliśmy, było wysokie wzgórze mimo, że jadąc z drugiej strony, droga wcale nie prowadziła pod górkę. Było ono w miarę wysokie, ale wznosiło się dość łagodnie. Cały krajobraz przed nami porośnięty był jak zwykle trawą, ale teraz wzdłuż tej drogi poustawiane były wielkie, wręcz olbrzymie totemy. A wśród kęp trawy pasły się niezliczone ilości czarnych bizonów. Pasły się one zu-pełnie spokojnie, kiedy nad nimi górowały trzy, albo czterometrowe indiańskie totemy, bowiem także na łąkach były one gdzieniegdzie poustawiane... - WOW!- wydusiłam z siebie wypuszczając z płuc wszystkie powietrze. - To wygląda jak w jakimś niesamowitym filmie. - To jest piękniejsze niż każdy film!!!- wykrzyknęłam ruszając galopem prosto na stado bizonów. Spłoszone zwierzęta zrobiły półkole i ruszyły biegiem w dół zbocza. A ja wśród nich, wreszcie mia-łam okazję poczuć ich siłę na własnej skórze. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam jak Owen galopuje tuż za mną, co rusz popędzając swojego Pegaza. Po krótkiej chwili galopowaliśmy pośrodku wieloty-sięcznego stada wielkich bizonów i czuliśmy się naprawdę szczęśliwi. Potem stado skręciło omijając jeden z wielu totemów, a my pogalopowaliśmy prosto w stronę, w którą wiodła nas droga. - Dzięki wam! Dziękuję!!!!- wykrzyknęłam za stadem machając mu przyjaźnie dłonią. Było wtedy już zupełnie ciemno, no może nie zupełnie, bo czerwony, wielki księżyc dawał nam mnó-stwo światła, ale była już noc, a my byliśmy wyczerpani gonitwą za wolnością i wiatrem. Byłam szczę-śliwa, że wraz z tak wspaniałymi zwierzętami mogłam galopować przez step... W dobrych humorach rozłożyliśmy nasz namiot i rozpaliliśmy ognisko. Tym razem na horyzoncie widzieliśmy ogromne stado bizonów pasące się spokojnie wśród traw. Nasze Pegazy napoiliśmy resztkami wody i następne-go dnia postanowiliśmy koniecznie zdobyć nowe zapasy. W naszych jukach, które były przewieszone przez koński grzbiet było jeszcze trochę miejsca. Zrobiliśmy sobie kolację i poszliśmy spać... Byliśmy wyczerpani dzisiejszymi wrażeniami. AKT VI Podwodna przygoda

Następnego dnia potrzebowaliśmy trochę czasu, by wygrzebać się spod śpiworów. Ogień płonął bez-trosko w ognisku, wstałam więc i rzuciłam do wody, która została nam po wczorajszych zupkach, kolejne porcje. Stada bizonów już nie było. Pewnie przemieściły się dalej... - Już niebawem nie będziemy mieli co jeść. - Jak spotkamy ludzi czy inne rasy to spytamy, co tu możne jeść.- powiedział ubierając się Owen. - A może ta trawa także jest jadalna? - Ona? No w sumie całkiem możliwe, jeżeli jedzą ją bizony... - Wczorajsza gonitwa wyczerpała nieco Jednorożce. - Nic dziwnego, galopowaliśmy tak długo...- westchnął klepiąc zwierzę po pysku- Dzisiaj pojedziemy powoli. Poskładaliśmy namiot i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wciąż podążając tą samą drogą, która nie miała żadnych rozgałęzień, prowadziła cały czas na wschód. Dzień mijał bardzo powoli, nic, absolutnie nic się nie działo. W dodatku cały czas otaczał nas ten sam krajobraz, ta sama trawa, to samo niebo. Zu-pełna cisza wydawała mi się nie do zniesienia. I nagle... Nagle przed nami rozpostarło się wielkie jezioro. Tak ogromne, że w pierwszym momencie wydawało mi się, że to morze. Ale w rzeczywistości ono nim nie było. Pojechaliśmy szybko nad jego piaszczysty brzeg porośnięty trawiastą trzciną. Do wody podbiegliśmy na nogach i łapczywie zaczęli-śmy pić wodę, nie miałam sił już na nic innego. Jednorożce także piły wchodząc do wody po same kolana. Kiedy już się napiliśmy rozłożyliśmy się na trawiastym brzegu patrząc w to niesamowite niebo rozpostarte nad nami. Nawet nie sądziłam, że kiedy człowiek nie pije cały dzień, to potem mógłby cały taki staw na raz wypić... Nasze Jednorożce stały wciąż jeszcze w wodzie pijąc zachłannie. Nie chcieliśmy im na razie przeszkadzać, dlatego usiedliśmy na ziemi i zaczęliśmy się zastanawiać. Co mie-liśmy bowiem teraz zrobić? - Jeżeli okrążymy całe to bajorko to zajmie nam to kilka dni. Tego jestem pewien... - Zauważyłeś, że droga prowadzi aż do samej wody? Tak jakby pod wodą można było normalnie po-dróżować...- myślałam głośno. - To niemożliwe. Nie z naszymi... Mamy przecież Pegazy!!!- wykrzyknął uszczęśliwiony Owen. - Właśnie- ucieszyłam się- Tylko bardzo zmęczone Pegazy...- dodałam smutniejąc. Nagle przeraziła nas reakcja naszych jednorożców. Stanęły w wodzie dęba rżąc przeraźliwie, chciały się wzbić w powietrze, ale nie mogły, bo woda przytrzymywała ich szyje. Oboje bez zastanowienia rzuciliśmy się im na pomoc. Musieliśmy być szybsi. Z całej siły starałam się wyszarpnąć jednorożca z wody, ale było to niemożliwe... Niestety także i ja dostałam się w wir wodny i zanurzyłam się pod wodą. Owen zanurkował za mną i wtedy zobaczyliśmy uśmiechnięte przyjacielsko twarze... Oceanów. Odetchnęłam nierówno i wtedy do moich ust dostała się woda. Jednak nie dusiłam się, bo byliśmy pod ich opieką. - Nic wam się nie stanie- usłyszeliśmy- Jesteście bezpieczni. Weźcie Jednorożce, niech idą z nami... Mieliśmy trochę problemów z wierzchowcami, tak całkiem dobrowolnie nie chciały one wejść pod wodę, ale potem całkiem spokojnie szybowały na swoich ogromnych skrzydłach pod wodą... Z wielkim zainteresowaniem patrzyliśmy na piękne rośliny i korale rosnące na dnie tego jeziora. Było tu też mnóstwo płaskich skał ułożonych warstwami na sobie przypominały trochę stożki i piramidy. Daleko przed nami widzieliśmy zamek. Przypominał on mi wielką szklaną kopułę, która była ozdo-biona wielkimi koralami i wyglądało to tak jakby wielkie korzenie jakiegoś drzewa obejmowały całą półkulę. Wpłynęliśmy do niej i stanęliśmy na suchej, marmurowej posadzce. Byliśmy co prawda mo-krzy, ale szczęśliwi. - Witajcie w podwodnym zamku Polguz. Cieszymy się z waszego przybycia. Uśmiechała się do nas typowa dziewczyna tej rasy. I wysoki młodzieniec. Kiedy tak mówiła przyszła do nas jeszcze jakaś starsza para. Najwidoczniej pełnili tu rządy. Pokłoniliśmy się im w typowy avin-lioński sposób i oni skinęli nam łaskawie głowami. - Witamy was! - Jest nam bardzo miło, że możemy być z wami- odezwałam się. - Jednorożce zostawcie tutaj, zostaną odpowiednio zaopatrzone. Nasi pobratymcy zajmą się nimi od-powiednio, a wy chodźcie z nami. Przechadzaliśmy się spokojnie po imponujących salach, z których okien widać było przepływające obok ryby i było to dla mnie bardzo dziwne uczucie. Myślałam, że kiedy wyszłabym za ten pałac nie miałabym problemów z oddychaniem, ale nie byłam zbytnio przyzwyczajona do takich wyczynów i wolałam zrezygnować. Wszystkie niesamowite ściany wymalowane były ta przepiękny kolor błękitny, najczęściej były na nich piękne delfiny i podwodne stworzenia, których jeszcze nigdy w życiu nie wi-działam, ale były bardzo ładne. Gdzieniegdzie stały tu bardzo miękkie sofy i przytulne fotele. Kwitły tu kwiaty o czerwono różowych kwiatach, a okna zasłaniały wielkie białe girlandy. Pod sufitami wisiały zaś ogromne żyrandole ze świecami przyozdabiane muszelkami. Wszystko to wywarło nas wielkie wrażenie. Kiedy usiedliśmy w małej sali przy okrągłym szklanym blacie, który podtrzymywał błękitny, marmu-rowy delfin, byliśmy jakimś dziwnym przypadkiem już susi. - Jak minęła wam podróż?- spytał starszy mężczyzna. - W porządku- skinął głową Owen- Jak na razie wszystko mija zgodnie z planem. - Bardzo nas to cieszy - powiedział młodzieniec uśmiechając się. - Wybaczcie nam, że was tak przestraszyliśmy- odezwała się dziewczyna- Ale musieliśmy wystawić was na próbę. Kolejną bodajże, tym razem dostaniecie nasz tatuaż, który pomoże wam wyczuć wodę, a także ją widzieć... - Wspaniale!- wykrzyknęłam spontanicznie- A już tak się martwiliśmy o picie dla zwierząt! Wszyscy uśmiechnęli się z powagą. - Także my…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych