Wróć do katalogu

Kurz

dramat z kurzem w roli głównej.

morfalka, opublikowano , 12 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Wyzwolić się z jednej namiętności, aby poddać się innej, szlachetniejszej... Ale czyż to również nie jest forma niewoli? Poświęcać się dla idei, dla rodzaju ludzkiego, dla Boga? A może im dalej znajduje się pan, tym dłuższy sznur na szyi niewolnika? Możemy wtedy bawić się i dokazywać na szerszej arenie i umrzeć nie naciągnąwszy sznura do końca. Czy nie to właśnie nazywamy wolnością?”*

Wszystko płonęło, a ona zobaczyła nagle oślepiające, białe światło. Przez krótką chwilę jeszcze słyszała wrzaski i krzyki. Hałas był tak piskliwy i rozpaczliwy, że podniosła dłonie i zakryła nimi uszy. Patrzyła w światło, mimo, że bolały ją od niego oczy. Patrzyła bo zobaczyła w nim, to, co od kilku dni pragnęła zobaczyć…

Weszła do windy i od niechcenia nacisnęła przycisk z cyfrą 8. Przebiegła wzrokiem po pięciu twarzach obecnych współtowarzyszy krótkiej podróży w górę, po czym spuściła głowę i czekała na swoją kolej opuszczenia schludnej, czystej i w miarę dużej windy. Była godzina 17:45. Jak prawie co dzień wracała wtedy z pracy i jak co dzień spotykała w windzie prawie te same twarze. Pomimo tego, że nigdy nie rozmawiała z tymi osobami, to czuła z nimi pewną więź. Znudzenie monotonią i brakiem jakiejkolwiek ekscytacji w życiu, które dzień w dzień, godzina w godzinę się nie zmieniało. Drzwi windy otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem, ukazując ósme piętro. Joan wyszła, zostawiając w środku swoich codziennych niemych ‘przyjaciół’ i brzęcząc wyciąganymi z torebki srebrnymi kluczami podeszła do drzwi z napisem „331. Wayne”. Weszła do mieszkania, które należało do jej narzeczonego. Było skromne, ale przytulne. Dwa pokoje, salon z sypialnią, kuchnia i łazienka. Na zewnątrz drobny balkon z grillem i praniem. Joan zamknęła drzwi, opierając się ciężko o nie plecami. Zdjęła buty i zrzuciła torebkę z ramienia. Była sobota. Zazwyczaj w te dni tygodnia Peter był w mieszkaniu i witał ją z uśmiechem na ustach i otwartymi ramionami, w których mogła odetchnąć. Dzisiaj jednak powitała ją cisza i połyskujące w popołudniowym słońcu drobinki kurzu, które unosiły ze sobą wczorajszy chaos i kłótnię. Ostre słowa i krzyki unosiły się jeszcze spokojnie obijając o kanty mebli i szybując dookoła Joan. Jak na złość wcale nie kierowały się w stronę otwartego okna na zewnątrz. Strasznie dobrze im było w salonie. Widziała je, takie spokojne i słyszała jeszcze ich stanowczość. Odpędziła kilka tych, które dryfowały w powietrzu obok jej ucha i poszła pod prysznic. Stany Zjednoczone 8 września zalewało upalne słońce z temperaturą 35 stopni, a komunikacja miejska oszczędzała na klimatyzacji. Wszystko się gotowało. Peter po wczorajszej kłótni wyjechał do rodzinnego domu, a Joan została sama z sumieniem i kurzem. Nienawidziła samotności. Było to jej przekleństwem już od najmłodszych lat. Była sama gdy wybuchł pożar w jej kamienicy. Była sama, gdy płomienie pochłaniały jej pokój i wtedy, gdy ją znaleźli, na wpół przytomną. Na szczęście wiele z tego nie zapamiętała, ale uraz pozostał. Nie do ognia…. do samotności. I teraz tez jest sama. Kurz bezlitośnie unosił się nad kanapą, na której leżała. Jej spojrzenie, pozornie spokojne, obserwowało jedną najbliższą, osłonecznioną drobinkę. Nagle zerwała się impulsywnie i pobiegła do łazienki. Może kiedy odkurzy mieszkanie, urazy i słowa, które niestety zostały wypowiedziane również znikną… ten kurz… wszystko przez ten cholerny kurz! Wróciła do salonu z ociekającą od wody ścierką i zaczęła nerwowo szorować meble. Miała jeszcze mokre włosy, które przeszkadzały jej, wpadając do oczu. Czarne meble po chwili zaczęły połyskiwać czystością. Joan zaczęła się zastanawiać dlaczego odkurzanie nigdy wcześniej nie sprawiło jej takiej przyjemności. Ulga jaka napłynęła na nią w chwili skończenia czynności pozwoliła jej zasnąć po chwili spokojnym snem. Nieprzespana noc, ciężki, upalny dzień w pracy i później udręka samotności uleciały z niej, robiąc miejsce odpoczynkowi. Nie spała jednak długo. Obudziła się w środku nocy. Spojrzała na sufit, potem na otwarte okno. Zobaczyła blask nocnych świateł, na jednej z głównych ulic. Po chwili stwierdziła, że w dłoni trzyma jeszcze ścierkę, brudną od kurzu i jeszcze wilgotną, która zostawiła jej na bluzce mokry ślad. Gdzieś w oddali, pośród nocnego, miejskiego hałasu, usłyszała dźwięk jadącej karetki. Ten dźwięk, nie wiedziała czemu, przyprawił ją o dreszcze. Znowu nie mogła zasnąć. Przewróciła się na drugi bok czując jak mokra bluzka klei jej się do ciała i klnąc na swojego szefa z pracy, jakby bezsenna noc była właśnie jego winą, że każe jej pracować w soboty. Potem jej myśli znowu wróciły do karetki. Zasnęła z nimi, biorąc je za zły znak. Niedziela minęła jej na roztrząsaniu kłótni z Peterem i jedzeniu lodów czekoladowych przy głupich programach telewizyjnych. Nie dała się wyciągnąć jednej przyjaciółce na popołudniową kawę i wymigała się od spaceru z drugą. Potem trochę z bezczynności, a trochę z wyrzutów sumienia, że nic nie zrobiła, zaczęła znowu odkurzać mieszkanie, patrząc z nadzieją w oczach na telefon, który mógł przynieść jej jakieś wieści od Petera. W telewizji jakaś kobieta zaczęła się piskliwie śmiać, co zaczęło doprowadzać Joan do irytacji. Wyłączyła nerwowo program rozrywkowy i opadła na kanapę. Wieczór minął jej zbyt wolno przy czytaniu Kazantzakisa. Zasypiając z trudem, wydawało jej się jeszcze, że znowu słyszy karetkę. Poniedziałkowy wczesny ranek okazał się pochmurny i deszczowy. Mgliste krople deszczu owijały świat szarością. Opadały, ciesząc się swoją krótką wolnością, by po chwili zakończyć ją roztrzaskaniem o nowojorskie ulice. Kolorowe parasole spacerowały po chodnikach, lub w pośpiechu do pracy wymijały przeszkody na drodze. Jaon siedziała w żółtej taksówce i obserwowała je ze znudzeniem. Widziała oczy kierowcy w lusterku, które raz po raz przemieszczały się z widoku drogi na nią. Próbował ją zagadać, ale skończyło się to…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych