Wróć do katalogu

Kwiaty, wino, czekoladki

Romantycznego wielbiciela bolesne przypadki.

draco, opublikowano , 24 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Do wyjścia pozostały trzy godziny a on musiał jeszcze wziąć prysznic, ogolić się i ubrać. O Jezu, spóźnię się - Z tą tragiczną myślą biegł do łazienki. Gdyby potknął się w tym momencie o wleczony po podłodze ręcznik kąpielowy i przyrżnął czołem w kant mijanego w przedpokoju stolika, i nawet gdyby krwawa czerwień okryła skroń jego - wykrzyczał by to samo: O Jezu, spóźnię się!. Nic takiego nie miało jednak miejsca bo nieszablonowym postaciom nie zdarzają się wyświechtane sceny upadków z roztargnienia. On za to dwa razy wychodził z wanny i do niej wracał, przerażony na myśl, że chyba tę czy tamtą część ciała nie potraktował należycie namydloną gąbką. Taki to perfekcjonista. Odległe wędrówki myśli przy goleniu poskutkowały niestety rysą na policzku. Kurwował w niebogłosy. Rysa malutka, ale w takim dniu była niczym pryszcz na czole nastolatka, godzinę przed szkolną dyskoteką. Przypomniało się że przecie blizna zdobi mężczyznę. Uff? Żadne uff! Jaka z tej minimalnej ranki blizna... Jakby tak kawałkiem szkła nakreślić bardziej okazałą linię? Niby Wietnam. Dobry pomysł, tylko czasu nie ma. Trochę wody po goleniu i do pokoju ubierać się. Z pokoju do łazienki: jeszcze trochę wody po goleniu. Nic, że przesada w perfumowaniu to jedna z najgorszych cech podrabianych facetów z klasą i najgorszy sposób na dodanie pewności siebie. Zresztą nieważne, trzeba się ubierać. Wszystko na ostatnią chwilę, było wcześniej się wyszykować, nie dwie godziny z kwadransem do wyjścia - robił sobie wyrzuty stojąc w oknie, sprawdzając pod światło czy skarpetki są jednolicie czarne. Na szczęście były, tak jak i koszula miała wszystkie guziki, nogawki spodni jednakową długość a krawat z pitbullem zawiązany był z zachowaniem wszystkich rygorów szkoły windsorskiej. Tak, krawat, ozdobiony zaczerpniętym z pseudokibicowskich bluz motywem pitbulla - miał znaczenie zasadnicze.

Niby fajnie: biurko, laptop, telefon służbowy, robota w białym kołnierzyku. Z drugiej strony jednak panowie prezesi szukający kogoś na etat develop... cholera wie jakiego managera za 800 zł miesięcznie i ważniacy po podstawówce, co za usługi z zakresu ochrony mienia supermarketów chcą 200 zł dniówki. Konieczność włażenia do tyłka raz jednym, raz drugim. Robienia ze sprzątania tramwajów fascynującej pracy w firmie o ugruntowanej pozycji na rynku. - Tyraj człowieku w agencji pośrednictwa pracy. Ale jak nie ma co się lubi, to się zaczepia gdzie się da. Dali biurko, dali telefon służbowy, kazali przychodzić do roboty w białym kołnierzyku i powiedzieli by w razie pytań zgłaszać się to do koleżanki zza biurka naprzeciwko. No to musiał się zapytać po pięciu minutach czym internet do komputera podpiąć. - Tym kabelkiem, który nadepnąłeś. - No tak... Jasne... - Zawstydził się niewiedzy, chociaż kabel który deptał niewiele różnił się od kilku innych niewiadomego przeznaczenia, splątanych pod biurkiem. Gorliwie dał nura pod blat i pozostał pod nim ułamek sekundy za długo by uniknąć wrażenia, że zatrzymał się wzrokiem na nogach koleżanki zza biurka naprzeciwko, która nieszczęśliwie przyszła tego dnia do pracy w spódniczce. Jako postać nieszablonowa, podnosząc się z zakłopotaniem wcale nie uderzył głową w blat. Był jednak wystarczająco szablonowy by być zakłopotanym. - Masz na imię Karol, tak? - Spytała koleżanka z uśmiechem mówiącym "Przyłapałam cię niegrzeczny chłopczyku ale nie będę na ciebie krzyczeć bo sama też bym gapiła się na takie piękne nóżki." - Tak Kasiu. - Po niemiłosiernie instytucjonalnym przedstawieniu się (kilka minut wcześniej) z dziewięcioma pierwszy raz widzianymi na oczy osobami, w sytuacji gdy nowych pracowników było czterech, takie pytanie i taka odpowiedź mogły być nie tylko popisem pt. ja to mam pamięć, ale jasnym sygnałem: wpadłeś, wpadłaś mi w oko. Wchodząc na tory telenowelowe spodziewać się można było w tym momencie rychłego seksu na firmowej kserokopiarce jako wybuchu ognistego romansu. Nic z tych rzeczy. Pogawędki przy kserowaniu miały jak najbardziej dosłowny przebieg. Przy ksero, znad laptopa, z kubkiem w ręku w kolejce po wodę, pogawędki przybrały na tyle korzystny obrót, że po dwóch tygodniach kolejną areną śmichów chichów i plotek z życia firmy stała się kawiarnia biurowca, w którym miała siedzibę firma. Lunch time raz i drugi upłynął na rozmowie o upale jako jej zmartwieniu czy książkach jako jego hobby. Oczywiście, zabujał się w niej już od historii z biurkiem. Jako dwudziestosześcioletni nieśmiały chłopiec miał skłonność do zakochiwania się w każdej kobiecie, która zechce zamienić z nim zdanie. A zakochać się w Katarzynie nie byłoby ujmą dla żadnego mężczyzny, nawet takiego (szefowie korporacji, aktorzy, piłkarze), któremu wypada zakochiwać się tylko w super laskach. Prezencja smukłej blond Katarzyny oraz wyrazisty charakter zapewniały uznanie na każdym bankiecie i na okładce każdego tabloidu. I Katarzyna ze swoim codziennie nienagannym strojem i makijażem, z nie bezczelną, ale ujmującą pewnością siebie, zdawała się na adekwatne do swych predyspozycji ciacho czekać. A przy nim była wyluzowana. Przed powitaniem rano nie szukała kątem oka szyby w której można by upewnić się co do idealnego ułożenia włosów. Nie był głupi i rozumiał grozę braku tego manewru. Ale stało się: nagi konus go ustrzelił. Nagle elektryzujące stało się każde jej słowo, gest, każde drgnienie. Niepostrzeżenie dla nikogo pożerał ją wzrokiem. Kasia stała się centrum wszechświata. Wszystko inne było tylko marnym tłem; dla myśli o niej. Inne kobiety były marnym tłem, praca była marnym tłem, zwycięstwa ulubionej drużyny były marnym tłem, kłopoty wszelkie były marnym tłem bo jedyny kłopot to jak się do niej zbliżyć, wzbudzić wzajemność, urealnić chwile rozmów o wszystkim, objęć w najtrudniejszych i najpiękniejszych momentach, spacerów po beskidzkich szlakach, szaleństw w płonącym łożu... W głowie mieścił galerię jej zdjęć. Obszerną dokumentację: od stroju jaki w danym dniu ubrała do pracy, miny strzelonej jak zawsze nie wiadomo co chcącemu szefowi, uśmiechu na "dzień dobry"... Bo nie zapomina się ważnych rzeczy a wszystko co z nią związane, było priorytetem absolutnym. Każdego dnia pierwsza myśl po przebudzeniu i ostatnia przed zaśnięciem wędrowała ku niej. Oszalał? Nie zastanawiał się nad tym. Taki już był z niego wariat - jeśli kochał, to obsesyjnie. Metodycznie, ostrożnie, systematycznie - inaczej działać nie potrafił. Z ludzi pracujących w jednej firmie stali się szybko znajomymi z pracy, z miesiąca na miesiąc lepszymi. Dla niej chciał być kimś, kim nigdy się nie czuł - fajnym facetem. Wertował pisma dla fajnych facetów (nie, nie o CKM chodzi) i kupował najpierw lepszy garnitur, potem lepsze buty. U fryzjera zamówił coś bardziej wyszukanego niż tradycyjne 10 milimetrów. Poszedł do biblioteki po "Morderstwo w Orient Ekspresie" bo ona lubowała się w takiej literaturze. Denerwował się każdym wypowiedzianym przy niej słowem. Każdym ruchem też. Skutek: dwa razy wylał sobie w jej obecności kawę na spodnie, raz dziesięciokrotnie mylił się przy wybieraniu tego samego numeru telefonicznego, również jednorazowo przekręcił nazwisko poważnego klienta z Bogacz na Rogacz. A do tego często zacinał się przy mówieniu. Wcale nie chciał udawać. Tylko być sobą, z tym że takim nowym sobą. Dla niej. Przeżywał codziennie od poniedziałku do piątku osiem godzin traumy. Lubił swoją traumę bo była w niej metoda. Chodziło przecież o przysuwanie się małymi kroczkami do ubóstwianej Katarzyny. Niby głupia sprawa, takie tam marzenie o flircie. Takie tam, awansowało do roli treści życia. Inaczej niż te kilka mglisto już rysujących się w pamięci dziewczyn z czasów studiów, przelotnych przygód tylko dla spełnienia doraźnej (nawet jeśli kilkunastotygodniowej) potrzeby albo by nie czuć się gorszym od innych. Ona, jak już wspomniano, przed powitaniem z nim nie poprawiała fryzury. Na płaszczyźnie zawodowej świetnie do siebie pasowali. Z jednakowym dystansem podchodzili do korporacyjnego wyścigu szczurów, do pozerstwa. Nie umiał ukryć, że denerwują go ludzie, których kadrowe zachcianki musi spełniać. Ona raz na poważnie go uspakajała, innym razem śmiejąc się żałowała, że wkurzający go klienci nie widzą przez telefon tej groźnej miny. Pitbull normalnie... Nie trawił tej roboty, nienawidził nawet. Kiedyś zadzwonił kolega z podstawówki. Co ty robisz tam stary w wielkim świecie, tutaj w naszym mniejszym świecie jest fucha akurat dla ciebie. Pozyskiwanie funduszy unijnych. Tyle razy wspominałeś Karol, że to cię kręci. A teraz ja mogę cię wkręcić. I stary, popracujesz z pół roku a później będzie otwierany nowy oddział. I zgadnij gdzie? Tak, w twoim wielkim mieście. I ja ci gwarantuję, że wtedy cię tam przerzucą. Karol, szansa jakich mało, kiedy przyjeżdżasz? - Ogromnie ci dziękuję, ale mnie się nawet zaczyna nawet podobać w tej branży. - Co ty gadasz? Pijany czy trzeźwy, zawsze mówiłeś że nie chcesz wylądować w takim gównie. Jakie ty tam masz szanse? Ty, nie wciskaj mi tu kitu, co cię tam trzyma? - Coś trzyma. Jeszcze raz dzięki za propozycję. Nie skorzystam. Tyle na ten temat. Po trzech miesiącach kumplowali się już z Kasią na całego. Dobrze im było w swoim towarzystwie, trzymali się razem w dżungli firmowych układów i animozji. Tacy dobrzy znajomi. Tylko czy aż dobrzy znajomi? Tylko i aż. Wychodzili czasem po godzinach na małe jasne. Mówiła mu, że fajny jest. Odpowiadał że ona też fajna jest. - Mam coś dla ciebie - Stwierdziła poważnie któregoś razu w kawiarni i wyciągnęła z torebki krawat z pitbullem - nie mogłam się oprzeć. Od razu przypomniałam sobie twoje miny jak tłumaczysz jakiemuś idiocie że kopacze rowów cenią się w dzisiejszych czasach wyżej niż sobie to wyobraża. Proszę Karolu. - Uśmiechnęła się przepięknie. - Dziękuję... Hmm.. Bardzo praktyczny krawat. Taki...na każdą okazję... - Oczywiście - chichotała - możesz równie dobrze iść w nim do biura jak i na ustawkę. - Biuro, ustawka na noże... A jak myślisz, na romantyczny występ z kwiatami i winem nadaje się? - Ja bym ci się nie oparła - Zaśmiała się niewinnie. - To szykuj wazon i kieliszki - Szepnął. Chyba sam nie wierzył co mówi. Oboje zastygli w bezruchu (on ściskając krawat), celując spojrzeniami oko w oko, z poważniejszymi z sekundy na sekundę minami. - Jesteś słodki... Naprawdę bardzo cię lubię... Oj, gadu gadu a jestem spóźniona... Kolega z kursu tańca na mnie czeka. Dziś zajęcia z czaczy... Trzymaj się, do poniedziałku, pa. - Bez wyczuwalnego zakłopotania, bez jasnych wskazówek co do interpretacji swojej reakcji na wazon i kieliszki, oddaliła się. Nie zamierzał dłużej czekać. Nie miał siły dłużej czekać. Był piątek. Mówiła że cały weekend będzie siedzieć nad książkami do egzaminu na studiach podyplomowych. Gdzie mieszka też wiedział, pokazywała kiedyś w drodze na jakieś szkolenie a wcześniej wspominała jak to od zawsze trafiają się jej mieszkania nr 15. Mieszka sama, to również wiedział. Nie miał siły dłużej czekać. Zastanawiać się czy już lubi go dostatecznie. Czy uśmiecha się już w sposób zachęcający czy jeszcze po prostu uśmiecha. Jak bardzo będzie boleć gdy dostanie kosza bo życiowa statystyka prognozowała właśnie taki rezultat wycieczki. I czy kolega z kursu tańca jest kolegą z kursu tańca. Tak, facet w jego sytuacji analizuje godzinami każdą wzmiankę o kolegach z kursu tańca, kolegach ze studiów, takich tam znajomych i kumplach traktowanych jak bracia. Nic wielce niepokojącego dla siebie nie wychwycił. Kolega z kursu tańca wprawdzie raz czekał na nią po pracy, ale to jeszcze nie powód do paniki. Zresztą nawet gdyby zobaczył ich całujących się to nie uwierzyłby że "jest tak, jak myśli". Nie chciałby uwierzyć. Przecież różne układy na tych tańcach ćwiczą.

Godzina do wyjścia. Pełna gotowość i pełne skupienie. Pod ręką miał swe atrybuty romantycznego wielbiciela: pudełko…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych