la piazza
lato w alto citta sztuka niedokonana
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
LA PIAZZA (popołudnie)
Alto citta - czterysta metrów. Przeszedł obok wielkiej tablicy informacyjnej, ważnej może dla turystów, ale nie dla niego. Był tutaj już nie raz. Ile razy? Nigdy nie liczył, a i nie przywiązywał do tego żadnego znaczenia. Znał od lat każde miasto, każdą dziurę na północy kraju. Pamiętał wszystkie rynki i place, pamiętał wiele spotkań i występów. Jeśli nawet któregoś miasta nie poznawał, to i tak wiedział, czuł to, w którą stronę ma pójść. Tak, aby nieomylnie trafić na rynek lub miejsce, gdzie na pewno będzie wielu turystów. Zostawił za sobą nowoczesne kwartały, oddzielone od średniowiecznej części dawno opuszczonymi koszarami i więziennym kompleksem. Dziewiętnastowieczne zabudowania opinały się nieomal zamkniętym kręgiem wokół najstarszej części miasta, położonej na najwyższym wzgórzu w okolicy. Piął się asfaltową serpentyną, ignorując wyciąg kolejowy, który wjeżdżał z podnóża do centralnej części alto citta. Wciąż na nowo obejmował gitarę i nie zdejmował z niej rąk nawet na moment. Zabezpieczona dodatkowo szerokim pasem, zawieszonym na szyi, zdawała się być z nim zrośnięta. Przesuwał z czułością palce po strunach, pozornie nie dbając o harmonię wydobywanych dźwięków. Stary wojskowy pleck, obszyty cielęcą skórą, ściśle przylegał do pleców i zlewał się w jedno, uzupełniając jego krępą postać. Osiągnął wiek, być może równy temu, co jego plecak, pod którym wciąż wysportowana sylwetka, niegdyś barczysta i umięśniona, nabierała teraz ostrych konturów. Twarz i głowa, pokryte wieloletnim zarostem, nie zdradzały jego rzeczywistego wieku, a siwiznę włosów śmiało można było wziąć za płowy kolor, spowodowany działaniem słońca, a nie za naturalny bieg rzeczy osiągniętej dojrzałości. Szedł sprężyście i pewnie, krokiem zdobywcy, niczym konkwistador - przeświadczony, co do swojej misyjnej wyższości nad nieuświadomionymi tubylcami. Minął, nie zmieniając nawet na chwilę rytmu kroku, nieczynną fontannę, miejski wodopój, również nieczynny i dotarł wreszcie do średnowiecznej części zabudowy. Otaczającej, niczym gorset, renesansowy rynek. Miasto wydawało się być wymarłe. Wszystkie okiennice były zamknięte. Na wąskich i krętych uliczkach, mimo południowego słońca niemal tak ciemnych, jak by było już po jego zachodzie, z rzadka pojawiały się ostrożnie, ale pewnie przeciskające zaułkami wypucowane auta. Prowadzący, po zaparkowaniu bezszelestnie znikli za starymi drzwiami i bramami, uciekając przed południowym skwarem. Wysoko pod dachem, za zamkniętą okiennicą, ciszę sjesty rozrywały tępe dźwięki hardrockowej muzyki. Przemieszana z elektronicznymi akordami i kobiecą wokalizą zdawała się istnieć samoistnie i nie mieć żadnych słuchaczy. Pojawiła się znienacka i zaskoczony przyśpieszył, dopasowując krok do rytmu. Muzyka znikała i wciąż na nowo się pojawiała, można było odnieść wrażenie, że krąży wokół jej źródła. Gdyby nie to, że tępe dźwięki perkusji i gitary basowej zdawały się być coraz mocniejsze. Głos zawodzącej solistki słabł, aż wreszcie zanikł i w ciemnych zaułkach pozostał tylko dudniący dźwiąk perkusji. W słabnący rytm wtargnął warkot skutera. Wystawił gryf gitary w stronę nadjeżdżającego z górny i czekał na nieuchronne zderzenie, znieruchomiały niczym bandyllieros z piką. W wąskiej uliczce, szerokiej na wyciągnięcie ramion, nie było miejsca dla dwóch śmiałków. Kiedy dostrzegł twarz nadjeżdżającego, pod czarnym kaskiem widział tylko oczy i na wpół zastygłą ze zdziwienia twarz, krzyknął w stronę nadjeżdżającego: Olé, Olé i zawtórował sobie mocnym uderzeniem w struny. Przywarł do ściany i krzyknął przejeżdżającemu prosto pod kask: „Buon giorno, che calor! Si deve far’ attenzione!” Poprawił gitarę. Objął ją jeszcze mocniej, niczym sprawdzoną w boju broń i zadowolony poszedł pod górę, w stronę rynku, wdychając smrodliwą woń skutera. Do końca sjesty miał dużo czasu. Minął kolejny, nieczynny wodopój miejski i wreszcie znalazł się w renensansowej, centralnej części alto citta. Wszedł pod krużganki, schowane w masywnych kamienicach. Były przyjemnie chłodne, prawie zimne. Opuszczone żaluzje sklepowych wystaw nie przepuszczały żadnego światła. Długie przejście pod kamienicą, niemal tunel, było nie oświetlone. Kiedy znalazł się po środku, gdzie było najciemniej, uderzył w struny gitary i nim przebrzmiał jej dźwięk, nabrał pośpiesznie powietrza w płuca, i drżącym falsetem, na wpół krzycząc, zaśpiewał: „Hello, słuchajcie śpiewu mego, bo miłość jest nam wszystkim potrzebna! Amore mio, love me” Uderzył powtórnie w struny i odczekał, aż echo przyniosło dźwięk z powrotem. Stał nieruchomo i przez chwilę miał wrażenie, jakby dźwięk gitary, zniekształcony i przytłumiony, pochodził od kogoś innego i niczym w duecie, zawtórował do niknącego tonu. „Hej, niosę miłość, dla ciebie, dla wszystkich”. Rozmyślił się, przerwał w połowie strofy i poszedł dalej, w stronę wychodzącą na rynek. Zimne powietrze mieszało się z gorącymi podmuchami dochodzącymi z zewnątrz. Wyszedł na opustoszały rynek po ocienionej stronie i pewnie skręcił w lewo, w stronę kawiarni otoczonej cyprysami rosnącymi w drewnianych donicach. Rozsiadł się wygodnie w wiklinowym fotelu. Postawił gitarę z jednej strony, pleck położył z drugiej, zajmując wolne krzesło przy sąsiednim stoliku, było bliżej, niż to stojące na przeciwko i zabrał się za studiowanie karty. Zgłodniał po kilku godzinach jazdy, a i śniadanie, jak zwykle pośpieszne i byle jakie, było tylko wspomnieniem. Nie musiał już zastanawiać się nd tym, czy dostanie dostatecznie dużo datków, tak aby wystarczyły na następne godziny i dni. Siedział wśród publiczności, dla której jeszcze niedawno tylko śpiewał i później powracał na dół, by w markecie kupić najtańsze i bez wyjątku przeterminowane towary. Wiedział, że to jest jego miejsce i należy do tych samych ludzi, uprzywilejowanej klasy i czuł się wreszcie na swoim miejscu. Był człowiekiem sztuki, artystą, równym a może nawet lepszym od tych, tutaj siedzących. Tworzył i był niezależny. Długo czekał na ten czas, kiedy wreszcie będzie wolny i sztuka jego nie będzie zależna od gustów przebiegających mimo niego tłumów. Strażnik mieszczańskich konwenansów, wciąż na nowo obciążający kulą odpowiedzialności odszedł. Zmarł daleko od niego, zostwiając spadek i rentę. W przeszłości wracał zmuszony do miejsca, gdzie się urodził i wychował. Pokonywał setki kilometrów, by wciąż na nowo wysłuchiwać pouczeń i pokornieć każdego dnia na nowo, czekając niecierpliwie na moment, kiedy wreszcie mając czek, i będzie mógł odjechać w udawanej skrusze, nie myśląc o terminie następnej wizyty. Wybrał danie, z przyzwyczajenia, może nawet tego nie świadom, takie, które było najbardziej sycące. Gnochi, kluski kartoflane, z sosem serowym i duszoną cielęciną, nie jadł wieprzowiny - w pamięci mając swój nie tak odległy wegetarianizm. Do tego talerz sałaty. Na deser zamówił capucino i potężną porcję lodów ze śmietaną. Jadł powoli, niemal się delektował. Ściągał na siebie uwagę i wiedząc o tym, celebrował każdy ruch ręki, ostentacyjnie używając tylko widelca. Siedząca obok para turystów zerkała wciąż na niego z ciekawością i pochylając się nad słownikiem, szeptała coś do siebie. By wreszcie, kiedy już zjadł i byli przekonani, że nie będą przeszkadzać, kobieta, poprawiana przez swojego towarzysza, zauważła niewprawną włoszczyzną: „ Pan ma ładny instrument, musi pięknie brzmieć”. Zamiast „brzmieć” powiedziała: „dzwonić”. Uśmiechnął się i czystą, nadreńską niemczyzną odpowiedział: „Tak, w istocie, to jest piękny instrument”. „Och, pan mówi po niemiecku i do tego tak dobrze, gdzie pan się nauczył?” „Wychowałem się w Niemczech, a państwo pochodzą z Bawarii?”. Odpowiedź zagłuszył stukot odstawianych krzeseł i najwidoczniej wycieczka, do której należeli również pytający sąsiedzi, dostała znak od przewodnika, że czas ruszać, choć do końca sjesty było jeszcze daleko. Niewielka grupa, prowadzona przez niskiego mężczyznę, w grubych rogowych okularach, ruszyła w oświetloną jaskrawym słońcem część rynku, niektóre głowy odwracały się patrząc w jego stronę i przyjaźnie uśmiechały. Pozostał sam w opustoszałym ogródku. W myślach ulitował się nad nieszczęśnikami znikającymi w spiekocie. Wziął do ręki gitarę, uderzył kilka razy w struny, nastroił i rozczarowany odłożył instrument na zwolniony stolik. Nie miał dla kogo grać. Siedział w cieniu i spoglądał obojętnie na drugą stronę rynku, tam, gdzie w białości światła zniknęli niemieccy turyści. Nudził się. Był sam. Nawet kelner zniknął. Przymknął oczy, spuścił głowę i chyba się zdrzemnął. Słyszał odległe głosy. Nie wiedział skąd dochodziły. Odległy warkot motoru, chyba tego samego, z którym się poprzednio zderzył, był silniejszy od głosów docierających z ośnieżonej doliny, która pojawiła się, niewiadomo skąd. Nie czuł chłodu, ani puszystości śniegu. Narty przypięte do pleców były coraz cięższe i marsz do odległego szczytu stawał się coraz uciążliwszy. Doszedł do strefy pozbawionej drzew, przedarł przez ostatnie krzewy i teraz miał przed sobą stromą ścianę, pokrytą warstwą śniegu. W ciszę doliny wdzierały się dziecinne głosy, mieszające wyrazy niemieckie i włoskie. Poruszył się niespokojnie, sięgnął do nart, chcąc je przerzucić na drugą stronę pleców silnym zwodem ciała. Napiął się i – przed oczyma miał plecione nogi stolika. Leżał na prawym boku z nosem przytkniętym do wikliny, nie wiedział skąd się ona tutaj wzięła. Ktoś się nad nim pochylał. -„ Signore, wszystko w porządku, nic się Panu nie stało?” -„Nie, nie zdrzemnąłem się tylko. Dzisiaj tak gorąco. Dziękuję. Słońce już zachodzi, chyba będzie wkrótce chłodniej. Dam sobie radę. Wydawało mi się, że byłem w górach, ale tutaj nie ma śniegu, więc nie mogłem się pośliznąć, chyba jednak mi się to przyśniło. Wszystko w porządku. Napiję się kawy, proszę o capucino i wodę. Wyprawa w góry bardzo mnie zmęczyła”. -„Ta ze snu” – dodał, widząc zdziwione spojrzenie kelnera. -„Dziękuję.” Kelner przypatrywał się zdezorientowany, przesuwał stoliki, gładził serwety i wciąż spoglądał na mężczyznę, który dopiero co wrócił z zimowej wspinaczki, teraz, w pełni lata. Dyskretnie przyglądał się jego grubej skórzanej kurtce obszytej frędzlami i sięgającej niemal do kolan. Patrzył na wytarte spodnie zamszowe, traperskie buty i nie był pewny, czy gość tylko śnił. Może człowiek ten rzeczywiście wędrował po lodowcach, do których na dobrą sprawę, wcale nie było tak daleko. Niedowierzająco pokręcił głową i poszedł do lokalu. Gitara leżała nietknięta na sąsiednim stoliku, tak jak plecak obok na fotelu. Słońce zniknęło z czerwonych płyt chodnika. Cień po drugiej stronie rynku przesuwał się powoli w górę muru. Z oddali dobiegł jeszcze raz drżący rytm perkusji. Dźwięk rósł i potężniał, by nagle zamilknąć. Po chwili zastąpił go znajomy warkot skutera. Młodzieniec przejechał zwinnie między barierami zagradzającymi wjazd na piazza, dodał gazu i zniknął w zaułku obok barokowej kwtery policji miejskiej. Koło renesansowego ratusza w weneckim stylu, z nieudolnymi próbami usunięcia arystokratycznych symboli przez napoleońskich architektów, pojawiła się następna grupa turystów, pouczanych przez przewodnika w rogowych okularach. Siedział jeszcze przez chwilę nieruchomo w fotelu, nie mogąc się na nic zdecydować. W nagłym impulsie, kierując się swoją artystyczną potrzebą utrwalenia momentu natchnienia, sięgnął po plecak. Mocował chwilę z jego skomplikowanymi zapięciami, nie miał nigdy nadzwyczajnych zdolności technicznych, brakowało ich jemu tak dalece, że niemal czuł się pokonany przez skomplikowaną technikę mocowania klapy. Nie zrażony wydobył wreszcie plik kartonowych kartek i nieodłączny komplet cienkopisów. Rozsiadł się wygodnie w wąskim foteliku, odchylił do tyłu, nie zwracając uwagi na groźne trzaski. Założył nogę na nogę. Regulował przez chwilę odległość kartki, zmuszony do odsunięcia jej niemal na koniec uda i trzymał ją chyboczącą się prawie na zgięciu kolana. Wciąż uważał, że nie potrzebuje okularów. Nie używał ich nawet do czytania Biblii w kieszonkowym wydaniu, choć niekiedy, szczególnie gdy był sam, korzystał z pomocy silnej lupy. Rysował pewnie, śmiało prowadząc cienkie linie od jednej krawędzi kartki do drugiej. Czarne kreski wznosiły się i opadały, spadając gwałtownie na sam dół. Unosiły w następnej chwili sinusoidalnie, przypominając barokową katedrę biskupią, przylegającą do renesansowej ściany domu kupieckiego. Zamknął linię ostrą cięciwą, naśladującą północną część rynku i zabrał się niezwłocznie do wypełniania przestrzeni jaskrawymi kolorami. Wnętrze zamalował równomiernie cytrynową żółcią, dla kontrastu wypełnił przylegający zygzak, najbardziej podobny do morenowego jeziora, ostrym błękitem, górną część, ostro wcinającą się między dwie zamalowane powierzchnie pokrył zielenią wiosennej trawa, zaś chwiejny dół otrzymał złotą podstawę. Bogactwa kolorów i form podobne były w swojej fantazji do parafialnego kościoła, konkurującego swoją renesansową bryłą z biskupią katedrą. Nie był ani w jednym, ani w drugim wnętrzu i prawdopodobnie wyparł by się tego mimowolnego podobieństwa.Wytwór fantazji i nieskrępowany jakąkolwiek wizją rzeczywistości był wyrazem wolności ducha i ciała. Zabierał się do wypełniania następnej kartki, odpowiadającej swoją wielkością, tak jak pierwsza, pocztówkowym formatom. Zanim jeszcze nabrał pewności, jak poprowadzi linie, choć zastanawianie się nie trwało zazwyczaj długo, usłyszał obok siebie nieśmiałe: „Pardon?”. „Czy to miejsce jest wolne?”. Wysoki, szczupły młodzieniec wskazywał na stolik z gitarą. W zakłopotaniu poprawiał okulary i tłumaczył swojej towarzyszce, że nie muszą siedzieć koniecznie tutaj, koło pachnącego cyprysa. Ta uprzejmie, ale stanowczo przekonywała, że właśnie to miejsce jej najbardziej odpowiada. Chce tutaj siedzieć. Nie wszystko zrozumiał. Przez chwilę jeszcze koncentrował się nad rysunkiem i zdawł się wogóle nie dostrzegać stojąc nad nim pary. -„Pardon,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil semkozlowski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…