Wróć do katalogu

Lepszy motyw cz. I

Nieznajomy trup w mieszkaniu pewnej baaardzo roztrzepanej kobiety i nieprzyjemny pan policjant. Proszę o kometarze

czarna27opublikowano 25 stycznia 20051 godz. 42 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Lepszy motyw cz. I

Klucze, portfel, okulary… Jejku, jeszcze chwila i spóźnię się na autobus! Tak to jest być kobietą i nie mieć faceta. Chyba i tak wszystkiego nie wzięłam… Zaraz chwileczkę, zamknęłam okno? A wyłączyłam kuchenkę??? Trudno najwyżej ktoś mnie okradnie, albo pół bloku wyleci w powietrze. A na autobus i tak się spóźniłam...

Nie, no muszę zlecieć pół miasta, na piechotę… Mówi się trudno. Dlaczego akurat dzisiaj moja matka uznała, że musi zjeść obiad w towarzystwie swojej córeczki, który w dodatku ja muszę ugotować? Moja wina, że moja lodówka jest zawsze pusta?

A jeżeli już wybieram się na zakupy to kupię wszystko to, czym wcześniej nie chciałam sobie zawracać głowy, czyli milion niepotrzebnych nikomu do szczęścia rzeczy, ale paradoksalnie niezbędnych w gospodarstwie domowym.

Jak się ma za dużo wszystkiego to, to wszystko w końcu musi spotkać się z płytkami chodnikowymi… Rozwaliłam reklamówkę i stłukłam przy okazji przecier pomidorowy. Przez chwilę nawet myślałam, że są ofiary w ludziach, ale na szczęście skończyło się na kilku kroplach tego świństwa na moich białych spodniach.

Tym razem zdążyłam na autobus, ale niestety musiałam razem z tym całym nabojem stać jak nie powiem, co. Tak jakoś pomiędzy wszystkimi moimi reklamówkami znajdowały się męskie nogi w długich kremowych spodniach. Na resztę anatomii nie zwróciłam uwagi, bo patrzyłam tylko, żeby to wszystko mi się nie rozsypało po autobusie, bo raczej bym tego nie zbierała.

- Co pani, do cholery zrobiła z moimi spodniami?! - odezwał się nagle właściciel nóg w spodniach. - A co… - przerwałam jak zobaczyłam jego spodnie upaprane przecierem. - Przepraszam, ale to nie moja wina, złośliwość rzeczy martwych, grawitacja, niech pan to nazywa jak chce. - Jak ja się mam teraz w pracy pokazać?! Niech pani trzyma ten swój śmietnik przy sobie! Przez panią przejechałem swój przystanek! Idiotka. - dodał na koniec dosyć cichym głosem, tak żebym tylko ja to usłyszała. - Nieokrzesany gbur. - zrewanżowałam się. Miałam się zaofiarować, ze mu te spodnie wypiorę, ale jego usatysfakcjonowałoby chyba tylko, gdybym je zmoczyła własnymi łzami i osuszyła włosami.

W tragicznie złym humorze dojechałam na własny przystanek, doczołgałam się do domu, potem przez dziesięć minut szukałam kluczy do mieszkania, aż w końcu drzwi okazały się otwarte. Dotarło to do mnie dopiero po jakiejś pół godzinie, kiedy już pozbyłam się uciążliwych zakupów i z kubkiem soku usiadłam na fotelu. Stwierdziłam, że okradziona nie zostałam, więc poszłam się przebrać, po drodze usiłując rozmrozić skrzydełka z kurczaka, sparzyć pomidory i wysypać ziemniaki z reklamówki. Jak wreszcie stanęłam przed szafą w odbiciu lustra zobaczyłam człowieka, albo to, co z niego zostało… Trup. Sprawdziłam. W moim domu! Musze zadzwonić po policję, ale najpierw się przebiorę.

Usłyszałam, że woda się zagotowała, więc zabrałam się za obiad. - Jesteśmy! - my? No tak kochany braciszek, żeby się on jeszcze tylko na coś przydał. - Zrobiłam zakupy, tak na wszelki wypadek. W co mogę wstawić te kwiaty, przyniosłam z działki? - Wazon jest u mnie na toaletce. Krzysiek daj te zakupy, chociaż i tak nie są mi potrzebne. - Aaaaaaaaaaaa!!! - Mamo, co się stało!? - prawie dostałam zawały słysząc ten wrzask, co ona mogła zobaczyć, jakieś robactwo mi się po domu rozpełzło? - Tttrup… - wyjąkała. - Ach tak, na śmierć zapomniałam. Jak go znalazłam miałam zadzwonić po policję, ale tak mnie zajął obiad, ze w końcu tego nie zrobiłam. - odpowiedział najzupełniej bezmyślnie.

Poczekałam aż matce wrócą ludzkie kolory i wytłumaczyłam, ze nie uśmierciłam nikogo we własnym domu. A potem zajęłam się obiadem… Mamusia robiła jakąś surówkę, ja stałam nad kuchenką i cały czas coś mieszałam, a mój brat oczywiście siedział przed telewizorem i przełączał z kanału na kanał.

- Krzychu, wyrzuć śmieci. - chociaż na tyle mógł się przydać. - Te z twojej sypialni też? - zapytał chichocząc. - A co tam jest? - Nieboszczyk.

Rzuciłam w niego ścierką, co skutecznie wygoniło go z mieszkania. Dlaczego ten trup tak za mną chodzi? Nie mógłby spokojnie sobie poleżeć? Ja mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż użeranie się z tabunem policjantów. Chce najpierw w spokoju zjeść obiad. No i może pozbyć się mojej rodzinki. Swoja drogą ciekawa jestem, co się stało, że mój braciszek pojawiał się w domu, o ile mi wiadomo powinien mieć zajęcia w Warszawie, a jeżeli nie to, to wyjazd na Mazury z narzeczoną. Może chcą mi ogłosić nowinę, ze się pobierają i ja mam być świadkiem?

Na szczęście to mnie jeszcze nie spotkało, nie usłyszałam tez ani jednego złośliwego komentarza na temat mojego panieńskiego stanu, co sprawiało, ze w spokoju zjedliśmy obiad i nikt się przy tym nie udławił. Potem braciszek siłą został doprowadzony do zlewu i zmuszony do umycia naczyń. Ja zrobiłam kawę i rodzinka usiadła sobie przed telewizorem. - Jolka, trup! - krzyknęła moja matka w pewnym momencie. - Gdzie?! - zapytałam z przerażeniem. No tak, chyba trzeba zadzwonić po policję… Ale przecież on nie ucieknie. Mówi się trudno.

*

Wbrew pozorom mojej córce wcale nie brak piątej klepki. Ona jest całkiem normalna. Nie jest nawet jakaś roztargniona, roztrzepana, czy coś w tym rodzaju. Sama nie wiem, co się z nią ostatnio dzieje. Zakochał się, czy co? Prawda, że jej ojciec pracował w kostnicy i ona strasznie lubiła u niego przesiadywać. Nigdy jednak nie ujawniała żadnej podejrzanej sympatii do nieboszczyków. Córka, jak córka, co mogę o niej powiedzieć… Ma dwadzieścia siedem lat, skończyła studia, pracuje. Żadnych konfliktów z prawem. Całkiem normalna młoda kobieta. Trochę może zabiegana, ale ci młodzi to przecież teraz tylko gonią za pieniędzmi. Najpierw się ustatkować, a dopiero potem założyć rodzinę. Co ją ugryzło z nieboszczykiem? Zamordować to ona rzeczywiście nikogo nie zamordowała, ale w jej mieszkaniu trup? No cóż…

*

Teraz zacznie się polka z odciskami palców i cała reszta tym podobnych bzdur. Co ja mam im powiedzieć? Że tak jakoś mi się o tym nieboszczyku zapomniało? A tak w ogóle to, co on robi w moim mieszkaniu? No tak, główna podejrzana, jak się patrzy.

O nie! Nogi z przecierem pomidorowym. Jak na razie tylko ta część całej policyjnej anatomii do mnie dotarła… A to jest bardzo przerażająca część. Stałam sobie jak słup soli, a nogi stały w drzwiach i pewnie by się zaraz się zdenerwowały, że ich do mieszkania nie chce wpuścić. Krzysiek zainterweniował i nogi przestąpiły próg. Zdążyły jednak wcześniej mnie zmierzyć wzrokiem i obdarzyć pełnym nienawiści spojrzeniem. Czerwone plamki na spodniach bardzo spokojnie się temu wszystkiemu przyglądały. Czy już w tym momencie czeka mnie kryminał? Już słyszę akt oskarżenia: … morderstwo (dokonane na kremowych spodniach funkcjonariusza policji).

Zanim łaskawie uprzątnięto trupa, to pan funkcjonariusz, w stopniu bodajże aspiranta i o imieniu Radosław zadał mi milion pytań, dosyć skutecznie postraszył kryminałem i w zawoalowany sposób dawał mi do zrozumienia, że jestem kretynką, idiotkę i w ogóle wszystkim, co jest niezbyt rozgarnięte.

Poza tym bez pytania mnie o cokolwiek przeszukano dokładnie moje mieszkanie, nie oszczędzając niczego. Bałagan zapanował wszędzie niemiłosierny. Jakiś tam młodszy stopniem biedaczek usiłował zwrócić uwagę, że powinnam wyrazić na to pozwolenie, jednak aspirant Radosław skutecznie kazał mu się zamknąć.

Na moje nieszczęście znaleźli i to nawet bez większego trudu, tak zwaną broń palną. Obdarował mnie nią mój ojciec, pozwolenie na to miałam i nawet umaiłam się tym posługiwać, aczkolwiek nigdy tego nie używałam. Na widok czegoś, co przypominała narzędzie zbrodni wydałam z siebie cichy jęk i zapewne z winą wymalowana na twarzy usiadłam zrezygnowana. Teraz to już sobie pan aspirant Radosław na mnie poużywa, ciekawe, czy mnie od razu aresztuje…

W efekcie całego tego przeszukania moje mieszkanie wyglądało jak pobojowisko. Jedynym tego plusem było to, że zabrano wreszcie nieboszczyka. Mimo znalezienia teoretycznego narzędzia zbrodni i pobożnego życzenia pana policjanta, aby mnie jak najszybciej zamknięto, tak się nie stało. Zostałam pożegnana optymistycznie nastrajającym stwierdzeniem, ze spotkamy się w sądzie. Moja matka natomiast, żeby czasem nie pomóc mi w sprzątaniu, ulotniła się czym prędzej pod pretekstem… A właściwie to nawet bez pretekstu.

Teraz pozostawało się tylko załamać. Znienawidzona przez policjanta, który pewnie wyrobi mi opinię kobiety niezrównoważonej psychicznie i chociaż odrobinę niedorozwiniętej, podejrzana o popełnienie morderstwa, niezupełnie bezpodstawnie… A do tego ten bałagan! Ja, niepoprawna i niereformowalna bałaganiara mam to teraz sprzątać!!! Co się dzieje w moim życiu!?

No tak, jeszcze ktoś się mi do drzwi dobija… Za jakie grzechy!? Najlepiej by było, jakbym udała, że mnie nie ma… Wpuszczać kogoś do tego burdelu to aż niebezpiecznie, jeszcze się potknie o coś i poważnie uszkodzi… Cóż zwalę na policję i ich metody śledcze. - Hej! Co się u ciebie działo? Wpuścisz mnie do środka, czy mam tak stać? - zapytała z udawanym wyrzutem Julita. - Wchodź, tylko się nie potknij, nie zabij i nie pytaj o nic.

Julita mieszka naprzeciwko mnie i jest moja najlepszą przyjaciółką. Znamy się odkąd się tutaj wprowadziłam, czyli od pięciu lat. Ona zdążyła w tym czasie wyjść za mąż i nawet urodzić dziecko. Jej mąż, Błażej, to w ogóle ma dwie lewe ręce, dziecka nie przewinie, nie nakarmi, ledwo wodę na herbatę ugotuje, ale za doskonale zna się na tym co robi zawodowo, a jest informatykiem, o komputerach wie wszystko, ale za to o kuchence elektrycznej nic. Kiedyś miał dzień wolnego i chciał zrobić Julicie przyjemność, ale skończyło się na tym, że nastawił pusty czajnik elektryczny i tylko jakimś dziwnym trafem nie podpalił mieszkania, do mikrofali wsadził metalowy garnek z sosem, co również zakończyło się jedynie unicestwieniem sprzętu, nie pozbawiając całego bloku elektryczności. Przez przypadek rozmroził lodówkę, nie oszczędzając zamrażarki i na koniec zrobił pranie, o skutkach którego chyba nawet nie trzeba mówić…

Oprócz finansowego i estetycznego, bo przystojny jest cholernie, no i inteligentny, ale wybiórczo, Julita nie ma z niego za grosz pożytku i cieszy się niezmiernie jak on siedzi na tyłku, broń Boże nie wchodząc do kuchni. Jakimś cudem udało jej się teraz przebrnąć przez zaspy utworzone z całego mojego dobytku niczego dodatkowo nie uszkadzając i strasznie chciała się dowiedzieć, co tu się działo. Postanowiłam, że zaspokoję jej ciekawość dopiero, jak doprowadzę mieszkanie do porządku, więc chcąc nie chcąc musiała mi pomóc.

Ciuchy, mniej więcej poskładane upchnęłam do komody, pościel rzuciłam na łóżko, książki w nieładzie i to na pewno nie artystycznym poukładałyśmy na półkach wysokiego słupka, a mnóstwo rozrzuconych gazet upchnęłyśmy byle jak na półeczce pod stolikiem. Wszystko nadal wyglądało, jak po przejściu tornada, ale przynajmniej odblokowane były główne szlaki komunikacyjne. Cała sterta papierów do przejrzenia wylądowała na ławie. Cieszyłam się tylko, że mojej zastawy po prosty nie wygarnięto z szafek, bo wtedy to bym ich chyba do sądu pozwała o odszkodowanie.

Mimo, że było już dobrze po dziewiątej zrobiłam kawę, a z zdemolowanego barku wyciągnęłam paczkę ciastek w mlecznej polewie z orzechami. Usiadłyśmy z tym wszystkim w salonie i wreszcie mogłam się zająć jako tako mówieniem, składnym i do rzeczy.

Julita stwierdziła, że zabić, to ja go chyba nie zabiłam, ale wyraziła cichą nadzieję, ze może miałam z nim romans. Od razu sprowadziłam ją na inny tok myślenia. Kontemplowałybyśmy to morderstwo jeszcze długo, gdyby nie fakt, ze zostawiła synka sam na sam z Błażejem, co mogło się skończyć tragicznie, pomijając fakt, ze mały spał już od dobrych trzech godzin. Ja bym tego faceta od razu sprowadziła na ziemie i usadziła ze ściera do podłogi… Może dlatego jestem sama…?

Przy odgłosach jakie amerykańskiego pseudohitu zaczęłam się już na spokojnie zastanawiać nas całym dzisiejszym dniem, zaczęłam oczywiście od nieboszczyka. Nie wyglądał on zbyt reprezentacyjnie, za to wyglądał na wynik co najmniej egzekucji z dziurą po kuli w czaszce. Na szczęście nie zabrudził mi dywanu krwią. Dlaczego ktoś zamordował człowieka w środku tygodnia, w czasie mojego spóźnionego urlopu, w moim mieszkaniu??? Jakbym go jeszcze znała, to bym się może nie zdziwiła, ale go nie znałam. Nikt z moich wrogów, których nie mam, nie mógł mi chcieć zrobić na złość. Czy ja w ogóle zamknęłam mieszkanie jak wychodziłam!?

No tak, delikatnie mówiąc to moje myśli się kupy nie trzymają. Biegną sobie kilkoma krzywymi torami i od czasu do czasu, zderzają się ze sobą z wielkim hukiem… Oczywiście nic dobrego z tego nigdy nie wychodzi. Dlaczego to kretyństwo spotkało mnie akurat w ostatni dzień urlopu?! Jutro pierwszy października, muszę wracać do pracy, użerać się z wybrednymi klientami, myśleć, żeby niczego nie stłuc i nie pomieszać, ale do cholery jak mam to robić mając nad sobą perspektywę spędzenia reszty życia w więzieniu?!

Praca kelnerki, nawet w tak eleganckiej restauracji, jaką jest "Złota Delia" nigdy nie była moim marzeniem, ale z wykształceniem archeologa nie mogłam się spodziewać niczego lepszego, poza tym jak na razie satysfakcjonuje mnie ona finansowo. Żeby nie myśleć o powrocie do obsługiwania tej żrącej elity zajęłam się segregowaniem papierów na ławie. To, co było, lub mogłoby mi być jeszcze potrzebne wylądowało w szufladzie, a reszta w śmietniku. Znalazłam przy okazji jakiś numer telefonu, którego nie znałam. Zapewne był mi on kiedyś bardzo potrzebny, może nadal jest? Jutro zadzwonię na informację i się dowiem.

No tak dochodzi pierwsza, a ja muszę o szóstej wstać. Już się od tego odzwyczaiłam. Czy tego chcę, czy nie, idę spać. Ale ja nie chcę! Ja to jednak mam problemy. Jutro, a właściwie już dzisiaj rano to dopiero będę zrzędzić. Coś strasznego, ale tak to jest, jak ci się nieboszczyki po mieszkaniu plątają.

Miska płatków z zimnym półprocentowym mlekiem, potem kawa i wbrew wcześniejszym prognozom udało mi się wrócić do świata żywych. Teraz trzeba założyć czarną spódniczkę, białą bluzkę z mankietami i czarny krawat, zrobić sensowny makijaż, przejechać całe miasto i o ósmej stawić się w pracy. Jak nie usnę nad stolikiem to będę się cieszyła.

Przy jednym stoliku jakiś gruby babsztyl w kiecce w kwiatki zajada wuzetkę, przy drugim atrakcyjna kobieta koło trzydziestce pogrążona w rozmowie z młodszym od niej brunetem czeka na flaki i barszczyk z krokietem. Jest elegancko ubrana w na pewno drogi kostium, ma kruczoczarne włosy spięte w staranny kok i pomalowane na czerwono paznokcie. Ona śpi na pieniądzach… albo na swoim szefie. W samym rogu dwóch mężczyzn w zakamuflowanym wieku, należących do typu - gangster, zajada placki węgierskie z sałatką. Czegoś chcą… - Będziemy mieli już z nim spokój, interes zakończony przynajmniej częściowo, możemy sobie pozwolić na urlop. To ty laluniu, podaj nam jeszcze… a niech będą naleśniki z serem, dwie podwójne porcje. No jak ci mówiłem da nam to wszystko trochę czasu… Zawsze gadają o tym samym i zamiast iść zjeść te swoje naleśniki do baru mlecznego to stołują się tutaj. No ale kogo ma być stać na płacenie za nie potrójnej ceny, jak nie członków rodzimego półświatka.

Ludzie przychodzili, wychodzili… Cały czas był jakiś ruch, ale wieczorem to dopiero się zacznie, całe szczęście, że mnie tu już nie będzie. Moje nogi odzwyczaiły się już od eleganckich, co się równa niewygodnych butów. Pojutrze ma być jakaś konferencja, a potem wystawny bankiet na trzydzieści osób, to dopiero będzie urwanie głowy… Na szczęście zaraz wsiądę w autobus i znajdę się we własnym mieszkaniu. Wezmę ciepłą kąpiel, zjem jakieś wysokokaloryczne paskudztwo i zacznę się użalać nam moim losem kryminalistki.

Pierwsze dwa zamierzenia udało mi się od siebie samej wyegzekwować, na trzecie zabrakło mi czasu, odnalazłam bowiem świstek papieru z tym numerem telefonu, który miałam sprawdzić. Przynajmniej się czymś zajmę, pewnie sobie przy okazji przypomnę coś ważnego, co miałam zrobić i zapewne nie zrobiłam. Mam tylko nadzieję, ze nie była to sprawa życia i śmierci, bo mam już dość nieboszczyków plątających się pod moimi nogami. - 975 - 31 - 85, tak? Już pani podaję. Szkoła dla dziewcząt z internatem prowadzona przez siostry zakonne. Rągiewka Mała. - odpowiedział automatycznie kobieta z informacji.

Na co był mi potrzebny ten numer telefonu!? Miałam posłać swoje dziecko do klasztoru? Przecież ja nie mam dzieci! Może sama chciałam złożyć śluby zakonne? Będąc przy zdrowych zmysłach nigdy bym na to nie wpadła, musiałam widocznie cierpieć na chwilowy zanik pamięci, albo cierpię na niego teraz. Zadzwoniłam do mojej matki z pytaniem, czy przypadkiem nie jest jej potrzebny numer telefonu do prywatnej szkoły dla dziewcząt, jednak stwierdziła, że jeżeli nawet był to jakieś piętnaście lat temu i że ten nieboszczyk, to mi chyba zaszkodził. Dała mi nawet numer telefonu do znajomego psychiatry. * Z Jolką rzeczywiście zaczyna się dziać coś niedobrego. Nie myślałam nigdy, ze odziedziczy po ojcu zamiłowanie do zwłok. Przechowywać nieboszczyka w swoim mieszkaniu, to już jest lekka przesada. Może on tam leżał dłużej, tylko się przyznać nie chciała… Powinna sobie chyba odpocząć, bo zaczynają się z nią dziać dziwne rzeczy. A może to skutek samotności? Podobno seks dobrze wpływa na zdrowie jego brak, może więc powodować jakieś zaburzenia… Jeszcze ta szkoła dla dziewcząt… * Moja matka nigdy się do niczego nie przydaje… Jakim cudem wychowała ona dwójkę normalnych dzieci? Nie wychowała… W każdym razie chyba ja na normalną nie wyglądam, ale to chyba za sprawą ojca, który pracował w kostnicy. Zawsze po szkole szłam do niego i sobie oglądałam nieboszczyków. Pamiętam, ze jeden mi się wtedy strasznie spodobał, stwierdziłam, że się w nim zakochałam i niczym Julia zabiję się aby móc z nim być na zawsze. Byłam gotowa iść z nim nawet spać. Jak ojciec powiedział, że idzie już do domu, a ja razem z nim to słodziutkim głosikiem zapytałam: - Tatusiu, ale czy nie mógłbyś mi go chociaż wypchać? Miałam bym taką milusia przytulankę, proszę. Mimo tego, ze na tatusiu się zawiodłam, bo w końcu użył perswazji ni tylko słownej aby mnie stamtąd wyprowadzić, to miałam się i tak czym chwalić przed koleżankami, przeżyłam już przecież swoją pierwsza tragiczną miłość. Och, to było zupełnie jak w jakiejś telenoweli… Jak widać, już jako jedenastolatka prezentowałam skłonności do czynów anormalnych i chyba z wiekiem mi się to pogłębiło.

Moją pierwszą żywą miłością był sześćdziesięcioletni chirurg, który operował mój wyrostek. Miałam wtedy o ile dobrze pamiętam piętnaści lat. Stwierdziłam, że wszystkie dziewczyny będą mi zazdrościć takiego opiekuńczego, troskliwego męża, bo ma się rozumieć oświadczyłam mu się. Poza tym na jego korzyść przemawiał jeszcze fakt, ze był bogaty. Wyperswadował mi to bardzo delikatnie twierdzeniem, że abym mgła zawrzeć związek małżeński muszę być pełnoletnia. Jakiś czas później dowiedziałam się, ze to nie do końca jest prawda i przeżyłam ogromne rozczarowanie…

W efekcie tego wszystkiego tkwię nadal w szkodliwym stanie panieńskim, co na pewno źle wpływa na moją psychikę. Mam nadzieję, że są to zmiany odwracalne. Pasowałoby się dowiedzieć, jak właściwie nazywał się ten nieboszczyk i kim był. To chyba proste nie będzie biorąc pod uwagę awersję miejscowego komisariatu policji do mojej osoby… Łatwiejsze będzie, więc jednak odnalezienie szkoły dla dziewcząt, chociaż Rągiewka Mała, jest dla mnie prawdziwą abstrakcją geograficzną. Trzeba sprawdzić w atlasie, gdzież jest to zadupie.

Wiedziałam, że tak będzie! Prędzej, czy później musiała mi być potrzebna jakaś rzecz, którą wczoraj panowie policjanci łaskawie potraktowali, jak śmieć, a którą ja potem bezmyślnie upchnęłam w pierwszą lepsza dziurę. Byłam oczywiście na tyle inteligentna, ze wszystkie książki ułożyłam na półkach, ale grzbietami w stronę ściany, czyli mówiąc krótko zupełnie nie tak, jak trzeba. Teraz oczywiście muszę wyciągnąć wszystkie po kolei. Twierdzenie, że znalazłam wreszcie atlas świata, byłoby nie na miejscu. Burdel, który zrobiła mógł się równać z wczorajszym. W obliczu tego i mojej dzikiej furii leżąca blisko sto kilometrów stąd ledwie widoczna Rągiewka stała się po prostu gwoździem do trumny. Już ja pokażę tej całej policji. Już oni zobaczą, co potrafi przeciętny obywatel. Żaden konował nie będzie mi rujnował mieszkania i oskarżał o morderstwo!

Po moim domu żaden margines się nie pląta, więc ten świstek musiał należeć do nieboszczyka. Pojadę do tej Rągiewki i zobaczę czy ma ona jakieś znaczenie, a potem dowiem się o tym człowieku wszystkiego łącznie z informacją, kto go wyprawił na tamten świat i będę się śmiała w oczy szanownemu panu Radosławowi. Tylko… tylko ja muszę wcześniej wiedzieć, jak on się nazywa… Tę informację będzie mi chyba najłatwiej uzyskać od policji, gdyby tylko na jakiś czas właściciel beżowych spodni zapadł się pod ziemię… W innym wypadku to wszystko nie będzie takie proste. A jednak… Jednak spotkam się z całym organem ścigania wcześniej niż mi się wydawało.

*

- Co o tym wszystkim myślisz? - zapytał mnie Mirek. - A o czym dokładniej? O tej stukniętej facetce, która przetrzymuje trupy w swoi mieszkaniu i której nigdy niczego nie udowodnimy, bo się wymiga chorobą psychiczną? O nieboszczyku z kulą w czaszce, którego prawdopodobnie ona tak z zazdrości urządziła? Czy może jeszcze o czymś innym, co też się zapewne kupy nie trzyma? - Ej, co z ciebie taki pesymista? - Ona na czele listy podejrzanych. Nie ma alibi na czas zabójstwa, a poza tym brak jej piątej klepki. Mam nadzieję, ze mimo wszystko uda nam się udowodnić jej popełnienie morderstwa. - Dlaczego jesteś do niej aż tak uprzedzony? - Nieważne.

Pierwszego wrażenia o tej kobiecie chyba nic nie zatrze. Gdyby nie to spotkanie, gdyby nie to, że miało ono miejsce w dniu morderstwa, gdyby nie to, że przechowywała ona tego nieboszczyka w swoim mieszkaniu… Może wtedy potrafiłbym poprowadzić to śledztwo normalnie, a tak, to nie potrafię, po prostu nie mogę.

Kiedy ją widzę to po prostu dostaję białej gorączki. Po prostu mnie od niej odrzuca. Cholera! Przecież dzisiaj spotkałem ją pierwszy raz w życiu! Cieszyłbym się niezmiernie, gdybym jej w ogóle nie poznał. Co za zbieg okoliczności, jakieś fatum nade mną ciąży, czy co?! Niestety będę musiał widywać ten okaz konkursowego zidiocenia przez najbliższy czas. Może uda mi się komuś sprzedać tą chorą sprawę… - Mirek, i tak nic tu po mnie, jadę do domu. Odstawisz to wszystko na miejsce przeznaczenia, dobra? Bez wyników sekcji i identyfikacji i tak nic nie zrobimy. Jak na razie mamy bezimiennego nieboszczyka i optymistycznie to na pewno nie brzmi. Spotykamy się jutro rano.

Mirek się oczywiście wszystkim zajmie, mimo tego, że ma żonę i dwójkę dzieci, które wolałaby oglądać zamiast nieboszczyka, co jest chyba zrozumiałe. Może by tak zatrudnić tę stukniętą kobietę, jej by tam nie przeszkadzała praca w towarzystwie zwłok, poza tym nie miałaby do kogo wracać. Ciekawe czy to nekrofilia odstrasza wszystkich potencjalnych kandydatów, czy może jej osoba kryje jeszcze inne zboczenia i upośledzenia, łącznie z niedorozwojem… Jak ja pomyślę, że mam ją jeszcze przesłuchiwać… Skaranie boskie!

Nareszcie własne cztery ściany z przepięknym widokiem z okna na osiedlowy śmietnik… Jednak nie plątają się w okolicy żadne zwłoki i ich miłośniczki. Zimne piwo i porządny film powinny pozwolić mi zapomnieć. Cholera by to wzięła! "Trup w parku", "Mój przyjaciel nieboszczyk", "W krainie umarłych", "Śpiewające zwłoki", "Trupia saga"… Zwariować idzie! Zacznę robić na drutach, jeżeli w telewizji nie będzie nic oprócz filmów, w których trup ściele się gęsto! Może to: "Przeoczenie" - thriller sensacyjny z 1999 roku, młoda lekarka podczas sekcji zwłok… Nie, no nie wytrzymam!

Niech to wszystko szlag trafi! Idę spać! - Co podać? Co ta stuknięta kobieta robi w tej restauracji!? Chce zjeść spokojny obiad. Tylko bez nerwów. Tu nie zrobi nic głupiego, bo by ją z pracy wywalili. Na wszelki wypadek przykryję spodnie serwetką. Dlaczego ona robi do mnie takie krowie oczy!? - Poproszę specjalność szefa kuchni. - powiedziałem nie chcąc się zagłębiać w menu.

Odczekałem krótką chwilę i pojawiał się przede mną talerz parującej zupy w kolorze zielonym, w której pływały… o zgrozo ludzkie gałki oczne!!! To nie wszystko, zamiast makaronu wypełzały z niej jakieś kiszki! Od razu mnie zemdliło. Ledwo zdążyłem do łazienki. Spojrzałem w lustro. Wyglądałem, jak zjawa, blady z wytrzeszczonymi oczami. Oczy…

Wróciłem do stolika, ona nadal tam stała. - Co to jest? - wyjąkałem wskazując na talerz. - To, co pan zamawiał, specjalność szefa kuchni na dzisiaj: zupa na ślepej kiszce. Na drugie danie proponujemy mózg zasmażany z…

Nie słuchałem jej, wziąłem menu i zacząłem czytać. Duszone języki w sosie z migdałków, mielone z nerek z płatkami paznokci, krwisty kotlet z pośladka dziewicy… z każdą kolejną pozycją wzbierało we mnie coraz większe obrzydzenie i sięgnęło ono zenitu przy jądrach w galarecie. Zrobiło mi się znowu niedobrze, spojrzałem jeszcze na innych ludzi, jakaś tykowata kobieta wciągała spaghetti z jelit, a gruby facet zajadał się ogromna trzęsącą się wątrobą. Zaczęli się śmiać. Śmiali się ze mnie! Zacząłem wymiotować… Te głosy… Ten śmiech… Wszystko zaczęło wirować dookoła…

Obudziłem się całe zlany potem. Jakie to szczęście, że to był tylko sen… Koszmar pierwszej jakości. Chyba przejdę od dzisiaj na dietę wegetariańską… Cały się jeszcze trzęsę. To wszystko przez tą idiotkę! Zamknę ją do więzienia i będę miał spokój.

Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się zasnąć. W końcu założyłem dresy i poszedłem pobiegać. Noc była zimna. Ostre powietrze przyjemnie orzeźwiało. Złapałem zadyszkę, już dawno nie dałem sobie takiego wycisku. Mimo tego nadal biegłem. Niebo było gęsto usiane gwiazdami, a ogromny księżyc dawał dużo świtała.

W końcu dotarłem do domu. Padłem wyczerpany na łóżko. Zwlokłem się jednak i wziąłem zimny prysznic. Okazało się, że jest już piąta. Teraz już zupełnie nie chciało mi się spać, więc włączyłem sobie radio i zaparzyłem kawę. W lodówce znalazłem resztki papryki, uschniętego trochę ogórka, kapustę pekińską. Pamiętałem, że plątał się tu gdzieś jeszcze pomidor…

Z tych niezwykle urozmaiconych półproduktów zrobiłem surówkę, doprawiłem ziołami i zalałem oliwą. Stwierdziłem, że najlepiej będzie smakowała ze świeżym chlebem, a że dochodziła szósta i właśnie otwierano pierwsze sklepy spożywcze postanowiłem wyruszyć na poszukiwanie jeszcze ciepłego pieczywa.

Z chrupiącym bochenkiem mocno wypieczonego chleba wróciłem do mieszkania i zająłem się jedzeniem śniadania. Oczywiście dopiero teraz zachciało mi się spać, jednak za pół godziny zaczynam pracę, więc drzemka jest wykluczona. I tak wyglądam już jak widmo, więc nic mi nie zaszkodzi. Wolę w takim stanie nie brać samochodu, bo jeszcze będą ofiary w ludziach. Zatłoczone autobusy i tramwaje to też nie dla mnie. Najlepiej zrobię, jak się po prostu przejdę.

- Jak ty wyglądasz?! - wykrzyknął Mirek na mój widok. - Coś się stało? - W sumie to nie. Co z tym wczorajszym nieboszczykiem? - wydusiłem z siebie z trudem. - Koło południa powinny być wyniki sekcji. Jeżeli nie uda się go zidentyfikować, to na wszelki wypadek mamy już zdjęcia. Robimy coś konkretnego? - Na razie czekamy. Niech Wacek przyprowadzi nam tego Bułę, jeżeli jeszcze żaden sąd nie wypuścił go z naszego aresztu. Cztery dni temu ta strzelanina, a teraz ten trup, myślisz, że to ma jakiś związek? - Tego nie wie nikt, ale jeżeli tak dalej pójdzie to cały rodzimy półświatek wybije się nawzajem i zniknie problem przepełnionych więzień, a my będziemy się zajmować morderstwami popełnianymi z zazdrości, teoretycznej konieczności. Pomyśl, życie będzie piękne bez żadnych mafijnych egzekucji, bez strzelanin i tym podobnych. - rozmarzył się Mirek. - Ładnie to sobie wymyśliłeś. Są tu gdzieś w tym burdelu akta tego Buły?…

Widziałem już tylu nieboszczyków, wisielców, rozkładających się topielców, zwłoki wyciągane z bagien, wykopywane z ziemi, zmasakrowane ciała i nic. To zawsze była praca, uodporniłem się już od tego, więc dlaczego prześladuje mnie trup z kilkumilimetrową dziurą w czaszce!? To wszystko przez tę kobietę! Z nią coś musi być naprawdę nie w porządku. Ma jakie powiązania z zaświatami, czy co? Ciekawe czy leczyła się psychiatrycznie.

- Mirek sprawdź mi tą stukniętą kobietę. Chce wiedzieć o niej wszystko, łącznie z tym z kim chodziła do przedszkola. Poza tym uruchom nasze wtyczki i puść w miasto kilku wywiadowców, niech dowiedzą się wszystkiego o tej niedzielnej strzelaninie. Z Bułą poradzę sobie sam. Jak będą wyniki sekcji i identyfikacja to natychmiast do mnie. - Tak jest szefie. -odpowiedział uśmiechając się. - Już się robi.

Gdzie ja bym znalazł drugiego takiego pomocnika. Przydałby mu się awans. Trzeba pogadać z komendantem. Zresztą nie tylko jemu by się ten awans przydał. Gdyby nie ta wpadka…

Trzy lata temu dowodziłem obławą na jednego z członków mafii, który ostrzelał patrol policyjny. Przez mnie zginął jeden policjant, a jeden został bardzo ciężko ranny. To była zbyt wysoka cena za złapanie Bigosa. Nie wywalili mnie z policja, bo byłem najlepszy w tym, co robiłem i nadal jestem, ale o żadnym awansie do końca życia nie ma mowy.

Przeglądnąłem akta Buły. Nic specjalnego, po prostu płotka. Robią z niego zawsze kozła ofiarnego. My go łapiemy, przesłuchujemy, nie mamy żadnych podstaw do oddania sprawy do sądu, więc wypuszczamy go i tak w kółko. No i oczywiście ta jego durna ksywa. Po raz enty siedział przede mną wysoki, tykowaty, niemożliwie chudy, odrobina przygarbiony facet o ciemnej karnacji i bujnej czarnej czuprynie. Toż to Tyka, a nie Buła. Przez telefon mu tę ksywę nadali? - Znowu się spotykamy Mieciu. Znowu nic nie widziałeś i nic nie słyszałeś? - Nie, no pewnie, ze widziałem i słyszałem. Strzelanina była pierwsza klasa. Ładnie ich załatwiliśmy. - Uważaj bo jeszcze mi powiesz coś ważnego. Hamuj się. - powiedziałem kąśliwie.

Mietek roześmiał się. Jakim cudem trafił on do tej całej bandy degeneratów. Wzorowy uczeń, absolwent pedagogiki specjalnej. Młode toto i głupie, od kilku lat siedzi w tym cholernym biznesie i tyle razy już go przesłuchiwałem, że można by napisać książkę. Jeszcze nigdy mi nie powiedział niczego istotnego, potrafi tak lawirować pomiędzy faktami, że do końca życia nic z niego nie wyciągnę. - Dali ci w końcu ten awans? - zapytał z ironią. - Ty się lepiej zainteresuj kiedy ci kulkę sprzedadzą. No to jak porozmawiamy sobie o pogodzie? Do cholery powiedz mi chociaż gdzie mamy szukać. Mietek zlituj się. Jesteś patologicznym kłamcą, czy co? - znowu się roześmiał, zabłysły mu te jego czarne, chytre oczka. Co ja mam z nim zrobić!? - Ja po prostu nie mówię całej prawdy. Zlikwidowaliśmy Szynkę, Baloerona, tego upierdliwego Kaszankę… - Obrobiliście sklep mięsny, czy co? Trupów się doliczyłem chyba siedmiu. Powiedz mi kto strzelał. - Tajemnica służbowa, ale jeżeli już tak bardzo chcesz wiedzieć to Calineczka. - Nie mieszaj w to Calineczki! Może jeszcze Kopciuszek tam był i Królowa Śniegu!? - walnąłem pięścią w biurko. - Ja się pytam poważnie. Jakim cudem, dlaczego, po co? Mietek uważaj bo ja się w końcu przymknę na poważnie! Ciebie, Grocha, Dzika i tą całą resztę! Zejdź mi z oczu. Wacek, zabierz to ścierwo ode mnie!

Z kim ja muszę pracować!? Mam nadzieje, ze chociaż Mirek się spisze. Gdzie on się w ogóle podziewa? Czyżby wpadł w jakąś mafijną pułapkę? Niech on już wróci, bo nie mogę patrzeć na tych wszystkich jełopów. Przyślą takiego, młodego, nierozgarniętego, dadzą mu stanowisko i się potem dziwią, że nic nie idzie, jak potrzeba.

Chociażby taki kierownik wydziału. Mateuszek. Sierota jedna. Skończył studia i się uważa za niewiadomo co. A jak ma przyjechać wojewódzki na kontrolę, to tylko trzęsie portkami i do dupy bez mydła mu włazi. Ile on się nie nagada ileż to ma zasług dla naszego wydziału, dzięki niemu to, dziki niemu tamto. Ta sierota nos ze swojego biura nie wyściubia, bo przez przypadek trafiłaby mu się jakaś sprawa, a on nie potrafiłby odróżnić topielca od wisielca i dziury od noża po dziurze od kuli. Taka oferma wydaje mi polecenia…

Mirek pojawił się dopiero o drugiej po południu. - Mam wszystko. - oznajmił z satysfakcją. No, wreszcie będzie można zacząć działać. - Czytaj. To protokół z sekcji. Tutaj są jego akta. A tutaj wszystko o Jolancie Kaznar i wyniki badań batalistycznych, podburzę trochę ten twój pesymizm i powiem od razu, że to z tej broni zastrzelono faceta. Mam nadzieje, ze to ci trochę poprawi humor, bo marnie wyglądasz, Edyta dała mi dzisiaj bigos, zaraz zgrzeje.

Wyszedł, a ja zagłębiłem się w przyniesione przez niego dokumenty. Denat nazywał się Marian Złoty. Urodzony 27 VIII 1960 roku. Zamieszkały Skłodowskiej 17/94. Żona, trójka dzieci. Bezrobotny. Z wykształcenia elektryk. Zatrzymany 17 IX za… To trzeba sprawdzić. Żadnych powiązań ze światem przestępczym. Zgon nastąpił o godzinie dwunastej. Spowodowany strzałem z odległości około dwóch metrów w plecy. Kaliber broni: siedem milimetrów. Ogólnie rzecz biorąc trzeźwy, zdrowy, trochę zagłodzony. Broń już jest, odciski tej kretynki, innych brak. Potrzebny jeszcze motyw. Co za chora sprawa.

Z tych papierów wynika, że jest ona całkiem normalna. Nie karana, nie hospitalizowana w zakładach zamkniętych. Wzorowa uczennica, studentka, pracownica. Gdyby nie to, że jej ojciec pracował w kostnicy… - Mirek, przesłuchamy ja dzisiaj. Chcę to już mieć za sobą. Powiedz Basi, że wspaniale gotuje. - Wstąp do nas w sobotę na kolację. Posiedzimy, pogadamy, co będziesz robił sam w taki wieczór. Nie wywiniesz się, poza tym Edyta się ucieszy. Wypuszczamy Bułę? - A mamy inne wyjście? Tradycji stało się zadość. Puść za nim kogoś, chociaż on każdego zgubi, no ale. No i niech ta kretynka się tu dzisiaj pokaże. - Nie pojedziemy do niej?

Niech się sama pofatyguje na komisariat. Jak ją zobaczę to chyba mnie od razu zemdli. "Złotą Delię" od dzisiaj będę omijał szerokim łukiem. Nigdy mnie nie było stać na stołowanie się tam, ale teraz to już na pewno moja noga tam nie postanie.

Pomyślmy logicznie. Faceta zamordowano w jej mieszkaniu, używając jej własnej broni, czy ona jest na tyle głupia, żeby nawet nie okryć narzędzia zbrodni!? Istnieje jeszcze jedna opcja, mianowicie, ze ona też jest jakoś wplątana w tą całą mafię. Restauracja, w której pracuje już od dłuższego czasu jest obserwowana, stołuje się tam cała mafijna śmietanka. Właścicielka jest czysta, ale kto wie, co ta idiotka tam robi. Jako kelnerka może być wspaniałym łącznikiem, informatorem czy kimkolwiek innym. Z łatwością może nawiązać kontakt z odpowiednimi ludźmi. Wychodzi na zakupy, zostawia mieszkanie otwarte, ale nawet i tego nie musi robić. Po prostu wychodzi. Odpowiedni ludzie wchodzą zabijają faceta. Sprawców nigdy nie znajdziemy, a ona jest czysta, jak łza, przecież nie było jej wtedy w domu, poza tym ma niewygodnego gacha z głowy, może jej się za bardzo narzucał, w końcu miał trójkę dzieci, może był już wyeksploatowany… Cholera ją wie. Szantażowała go? Chciała pieniędzy? Miejmy nadzieję, że będzie się to wszystko dało ustalić. - Czy mogłabym się chociaż dowiedzieć kogo rzekomo zamordowałam? - zapytała na wstępie z ironicznym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. Dlaczego takim ludziom pozwala się chodzić luzem po ulicach?

*

Szanowny pan Radosław aż się trząsł z nerwów rozmawiając ze mną. Zresztą i tak mu nic z tej rozmowy nie przyszło, ja natomiast zdobyłam personalia nieboszczyka. Jutro do dwunastej mam czas, więc pojadę do tej Rągiewki, może się czegoś dowiem, poza tym pasowałoby uruchomić jakieś kontakty wśród przedstawicieli rodzimego półświatka stołującego się w "Złotej Delii". Teoretycznie to nie wolno mi nosa nawet za drzwi mieszkania wystawić, ale ja się nie mam zamiaru przejmować głupimi zakazami, zwłaszcza jeżeli wydaje mi je pan Radosław.

Doprowadzenie tego gbura do nerwicy stanie się chyba celem mojego życia, zresztą dosyć przyjemnym. Że też taki człowiek musiał mi stanąć na drodze… Dlaczego takim, jak on pozwala się chodzić luzem po ulicach?

Może bym się tak wyspała wreszcie? Biorąc pod uwagę, ze musze jutro wcześnie wstać, przejechać dwieście kilometrów, potem iść do pracy, wrócić wieczorem, a pojutrze od rana do późnych godzin nocnych użerać się z jakąś biznesową imprezą, to byłoby to wysoce wskazane.

Jeszcze jeden mały szczegół, przecież, ja tam na piechotę nie pójdę. Mój samochód odbieram od mechanika dopiero w poniedziałek. Dlaczego ja o tym wcześniej nie pomyślałam? Przecież żadnym autobusem, ani pociągiem się tłukła nie będę, bo nie zdążę do pracy, a poza tym podróżowanie tego typu środkami transportu nie jest zbyt przyjemne. Musze zadzwonić do mojej matki, czy pożyczy mi swój samochód. Znając życie wyjeżdża ona właśnie gdzieś na jakąś podróż dookoła Europy. Mówi się trudno, jej wyjazd może jeden dzień jeszcze poczekać, mój natomiast jest sprawą życia i śmierci.

No tak kochana mamusia wybiera się nad morze, ale na szczęście dopiero w poniedziałek. Gdyby nie był mi potrzebny jej samochód, to pewnie bym się nawet o tym nie dowiedziała. Po powrocie zadzwoniłaby za to z pretensjami, ze jej kwiatków w mieszkaniu nie podlewałam. Co za kobieta! Ja mam być jasnowidzem, czy co!?

Żadnej kawy, żadnych kalorii, żadnych głupich filmów, idę spać i to już. Spełniłam swoje zamierzenia i dzięki temu udało mi się wstać o szóstej i pół godziny później być pod blokiem mojej matki, która z wielkim wyrzutem, że ją tak wcześnie obudziłam rzuciła mi kluczyki przez okno.

Niestety autostradą nie jechałam, a nawet wręcz przeciwnie jakąś poślednią drogą, która na pewno nie służyła samochodowi mojej matki. Protestował on przy każdej próbie przyspieszenia, a ja traciłam już nerwy. Nie mieszkam na jakiejś prowincji i łudziłam się przez całe życie, że moje miasto otaczają porządne drogi. Niestety okazało się, że były to po prostu złudzenia. Te ładnie wyglądające na mapie wstążki okazały się w najlepszym wypadku dziurawymi, wąskimi asfaltowymi drogami, a w najgorszym, jak na razie, jakimś polnymi, piaszczystymi traktami pełnymi kolein i dołów, które zmieściłyby słonia.

Na szczęście samochodzik wytrzymał i po dwóch godzinach męczarni dowiózł mnie na miejsce przeznaczenia, nie mogę przy tym pominąć faktu, że zdążyłam kilkanaście razy pomylić kierunek.

Zatrzymałam się przed jakimś kompleksem, ze to tak nazwę, starych budynków, spośród których rozróżniałam jedynie mały kościółek. Resztę zabudowań stanowiła chyba szkoła, coś na wzór internatu, a dalej klasztoru. W każdym razie było tego wszystkiego dużo.

Skierowałam się do budynku mieszczącego prawdopodobnie szkołę. Jak ja mam odróżnić jakąś siostrę przełożona, czyli jak dla mnie dyrektora tego całego przybytku od zwykłej zakonnicy?! Przecież one wszystkie są takie same!

Postanowiłam poprosić o pomoc pierwszą lepsza napotkana osobę i najwidoczniej dobrze zrobiłam, bo zostałam doprowadzona przed oblicze kogoś ważnego. To znaczy tak mi się wydawało. Zebrałam się w sobie i zaczęłam bardzo pewnie. - Ja w sprawie pana Mariana Złotego. - Pani z kuratorium? Wreszcie kogoś przysłali. Nie zamierzałam potwierdzać, ale też nie zaprzeczyłam. Zresztą wiekowa zakonnica nawet na to nie czekała. Podpierając się laską podeszła do biurka i usiadła.

- My staramy się, żeby do Izy nic nie dotarło, to jest wrażliwa dziewczyna, poza tym ma kochających rodziców, jednak nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Widom jakie są dzieci, jak już coś usłyszą, to koniec z tajemnicą. Te wszystkie ekscesy najlepiej byłoby uznać za głupi żart, jednak nie wiem, czy granie na uczuciach piętnastoletniej dziewczyny może komuś sprawić przyjemność. To nie jej wina, ze jej życie potoczyło się w taki, a nie inny sposób. To dobrze, że ktoś się wreszcie tym wszystkim zajął, tego typu wydarzenia nie mogą się więcej powtórzyć. Ze względy na Izę, ale także inne dzieci. One na dobra sprawę nie rozumieją, o co w tym chodzi, ale nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle, bo snują głupie domysły i czasami aż ciężko się człowiekowi robi na sercu, jak cos takiego słyszy. - mówiła to wszystko spokojnie i zdecydowanie, teraz jednak przerwała i zaczęła mi się badawczo przyglądać. - Pani nie jest z kuratorium. - stwierdziła w końcu z pewnością.

No cóż zostałam zdemaskowana, jednak to nie ja sama się wplątałam w tę rolę. Szczerze mówiąc to nie miałam żadnego pomysłu, jak rozegrać tę sytuacje, ona sama narzuciła mi moją rolę, co było dla mnie korzystne, bo nie musiałam się tłumaczyć. Teraz przyszedł chyba jednak czas na wyjaśnienia. Mając za słuchacza taka osoba, jak wiekowa zakonnica, prowadząca szkołę, a więc z ogromnym doświadczeniem wychowawczym, najlepiej jest powiedzieć cała prawdę.

Opowiedziałam o trupie, o podejrzeniach, o kartce z numerem telefonu, o identyfikacji nieboszczyka. Nie pochwalała ona chyba moich zamiarów, jednak w wyraźny sposób ich nie potępiła. Chyba wręcz doszła do wniosku, ze jestem osoba nieszkodliwą, ze kieruję się dobrymi intencjami i zapewne tez nie wierzyła w moc policji, więc biorąc to wszystko pod uwagę postanowiła mi pomóc. - To wszystko działo się ładnych kilkanaście lat temu, dokładnie piętnaście…

Kilka kilometrów od Rągiewki Małej leżał Botanów. Mieszkało tam bezdzietne małżeństwo, które od lat starało się o adopcję, jednak ze względu na złe warunki materialne nie mieli oni szansy na otrzymanie dziecka z domu dziecka, ot biurokracja. Pewnego dnia znaleźli na schodach swojego domu zawiniątko z niemowlakiem. Wyglądało to tak, jakby dobra wróżka przyniosła im upragnione dziecko. Policja oczywiście wszczęła dochodzenia, jednak niczego nie wykryli, nie było nawet kandydatki na potencjalną matkę. - Nie wiem, jakim cudem, ale udało im się ją adoptować. Teraz wszystko, co robią, robią dla niej. Kochają ją całym swoim sercem. Iza wie, że nie są to jej biologiczni rodzice, a ten człowiek przychodził tu kilka razy i żądał spotkania z nią mówiąc, ze jest jej ojcem.

Czyżby szanowny nieboszczyk posiadał nieślubne dziecko, albo nawet swoje własne, którego mieć nie chciał, a może to błąd młodości? Czy to w ogóle ma jakiś związek z całą to sprawą? Może to tylko jakieś nieporozumienie. Chociaż… Reakcja tej kobiety na jego nazwisko była jednoznaczna. Dwóch Marianów Złotych to raczej mało prawdopodobne.

Na jakieś dłuższe pogawędki nie miałam już czasu. Czegoś się dowiedziałam, ale za bardzo nie wiedziałam do czego tą wiedzę przyczepić. Rzekomo mój nieboszczyk robi awantury w klasztorze, że tak to nazwę, domagając się spotkania z rzekomo swoją córką? Czy to wszystko razem ma jakiś sens!? Trochę to wszystko jest zamotane w każdym razie i na chwilę obecną to nie mam czasu, żeby się tym zajmować.

A teraz to mam jeszcze szansę zginąć z rąk Grety. W tym całym klasztorze wyłączyłam komórkę, która na nieszczęście części moich znajomych ma aktywowaną pocztę głosową. Co ja poradzę, że czasami to ustrojstwo naprawdę się przydaje? Oczywiście Greta zostawiła kilka wymownych słów na temat moje lenistwa i ograniczenia, stwierdziła, że do mnie lepiej nie mówić, bo to gorzej niż grochem o ścianę i na koniec ładnie poprosiła, żebym zadzwoniła.

Greta to moja kuzynka ze strony ojca. Jesteśmy w podobnym wieku, więc jak dzieci dużo czasu spędzałyśmy ze sobą i tak nam już zostało to potem na stare lata. Pamiętam, że ona zawsze rozwiązywała mi zadania z matmy, ja nigdy nic nie robiłam, ledwo opanowałam tabliczkę mnożenia. Ciekawe co się stało, trzeba by zerknąć w kalendarz uroczystości rodzinnych, czyżbym znowu o czymś zapomniała?

Szybki prysznic, zmiana ubrania i musze pędzić do pracy. Oni mnie kiedyś wyleją za te wszystkie spóźnienia. Chyba powinnam się zacząć ubierać bardziej kobieco, figurę mam przeciętną, ale na pewno nie musze jej wiecznie ukrywać w długich spodniach. Pani Honorata, właścicielka "Złotej Delii" sama mi już kiedyś zwróciła na to uwagę. Stwierdzała, że owszem, ubieram się bardzo elegancko i tak ma być, ale mogłabym czasami założyć coś bardziej kobiecego, typowo damskie stroje to już jedyna rzecz, która nas odróżnia od mężczyzn, no może jeszcze poza rodzenia dzieci. W najbliższej przyszłości muszę się wybrać na zakupy i zafundować sobie jakąś kieckę.

Po całym tym dniu jeszcze jako tako żyję, więc może odwiedzę Gretę, będzie mnie od razu mogła uszkodzić za pocztę głosową. - Cześć. Co słychać? Poratujesz mnie czymś do picia?... Zasypałam ją gradem własnych słów, więc morderczy błysk w oku nie miał czasu przeobrazić się w morderczy czyn.

Greta była niewysoką dość zgrabną kobietą. Bardzie ciemne i niemożliwie grube włosy sięgały jej do podbródka lekko się na dole odwijając. Miała śliczne, ciepłe, brązowe oczy /no pomijając chwilę obecną/ i specyficzny sposób mówienia, ktoś mógłby nawet pomyśleć, że odrobinę sepleniła, a to wszystko przez lekko wysunięte przednie zęby. W przerwach między robieniem mi herbaty i rozmową ze mną, a odgrzewaniem jakiejś kolacji dla męża, usypiała dwójkę swoich dzieci. Ja to nigdy nie mogę wyjść z podziwy dla takich kobiet. Potrafią robić tyle rzeczy na raz i zazwyczaj na wszystko starcza im czasu. Biorąc pod uwagę predyspozycje Grety do niektórych czynności byłam naprawdę pod wrażeniem. Kiedy dzieci spały, a kolacja dla Daniela dochodziła do siebie na wolnym ogniu wreszcie mogłyśmy spokojnie usiąść.

- Jolka, ja wiem, że to trochę za wcześnie, bo to nie ślub, żeby zapraszać z wyprzedzeniem, ale potem zapomnę, przecież wiesz, jak jest. W każdym razie dziesiątego są imieniny Daniela, to wypada akurat w sobotę i pomyślałam, ze może byś przyszła. Będzie parę osób od Daniela z pracy i kilkoro znajomych. Co ty na to?

Pomyślałam od razu o trzech przyczynach tego zaproszenia, albo jest ono zupełnie bezinteresowne, co nie jest niemożliwe, albo będzie tam kilku kawalerów do wzięcia, jak wiadomo samotna kobieta w wieku produkcyjnym, atrakcyjna i niezależna, jest potencjalnym zagrożeniem dla dzieciatych i odrobinę już wyeksploatowanych żon swoich znudzonych mężów, albo co też jest prawdopodobne trzeba będzie dać tym gościom coś do jedzenia…

- Pomóc ci coś w przygotowaniach? - zapytałam świadoma w co się pakuję. - Będzie chyba tych wszystkich gości ponad dziesięć osób. - No, co ty mówisz, ależ oczywiście, ze sobie poradzę… - Greta - przerwałam jej ten budujący monolog. - Ty jesteś całkowitym beztalenciem kulinarnym i obie doskonale o tym wiemy. No chyba, że przeoczyłam moment, w którym mówiłaś, ze to wszystko ma być w jakimś barze, albo restauracji? - spojrzałam na nią pytająco. - Wcale już nie jestem takim beztalenciem, trochę się wyrobiłam, właśnie robię Danielowi makaron z sosem, chodź skosztujesz i ocenisz fachowym okiem. O Boże… - wyrwało się jej kiedy już doszłyśmy do kuchni.

Makaron który był zapewne w poprzednim życiu muszelkami częściowo wykipiał, a częściowi się rozgotowała, przy czym żadna z tych części nie nadawała się do spożycia. Sos natomiast przypalił się. Greta wpatrywała się w to wszystko z miną pokrzywdzonego dziecka, więc to ja musiałam coś z tym wszystkim zrobić. Do sosu dolałam wody łudząc się że to odratuje jego i patelnię, a makaronową melasę zastąpiłam świeżą wodą. Po jakimś kwadransie po tragedii nie było już śladu, natomiast kolacja jak najbardziej nadawała się do spożycia.

- Masz rację jestem beztalenciem… Dam gościom do jedzenia kanapki. - powiedziała zrezygnowana. - Przestań, jeżeli już tak bardzo chcesz mnie wyswatać to przynajmniej niech się przy okazji najem. - Greta spojrzała na mnie zdziwiona, a ja się tylko ironicznie uśmiechnęłam. - Upiekę jakieś ciasto i zrobię coś na ciepło. - No dobrze. Ja zrobię sałatkę i śledzie, przy tym nie da się podpalić, wysadzić w powietrze, ani zalać mieszkania.

Pomyślałam, że jeżeli się bardzo chce, to się da, ale wolałam już tego nie mówić. Mam nadzieję, że zanim Daniel wróci z tej swojej trzeciej zmiany, to Greta nie zdąży po raz kolejny unicestwić jego kolacji. Z tą cichą nadzieję oddaliłam się w kierunku własnego mieszkania. Godzina dziesiąta wieczorem, po skromnych dwóch nieprzespanych nocach i wszelkich z tym związanych atrakcjach, wydawała mi się być co najmniej trzecią nad ranem…

Perspektywa wstania rano i wyjścia do pracy, a tam ślęczenia do godziny entej w nocy obsługując wystawny bankiet na czterdzieści trzy osoby nie była zbyt pocieszająca. Marząc o wannie pełnej gorącej wody i czymkolwiek do jedzenia /nie miałam sumienia prosić Grety chociaż o kromkę chleba/ jak zwykle przewracałam wszystko w torebce w poszukiwaniu kluczy do mieszkania. W ramach pamięci o swojej córce tatuś zamontował mi w drzwiach kilka wymyślnych zamków, których otwieranie po ciężkim dniu stało się dla mnie prawdziwym utrapieniem, nie wspominając o ogromnym pęku kluczy, który musiał ze sobą nosić. Na szczęście drugi komplet spokojnie leżał sobie w Julity, więc jeżeli w geście rozpaczy wyrzuciłabym ten do rzeki, to nie musiałbym wdrapywać się na drugie piętro po balkonach.

- Otworzę ci, co ty na to? - o wilku mowa, Julita wychyliła głowę ze swojego mieszkania machając pękiem kluczy. Było coś podejrzanego w jej zachowaniu… - Ale dzisiaj się nie odwdzięczam i nie odpłacam chyba nawet herbatą. Padam z nóg. - To ja ci tą herbatę zrobię. Tragedia się wydarzyła, muszę ci wszystko opowiedzieć.

Wnioskując po jej figlarnie uśmiechniętej twarzyczce, to co się stało prawdziwa tragedią być nie mogło. Nie mgło też być faktem iż Karolka z czwartego piętra zdradza męża z listonosze, ponieważ Julita nie ma czasu na plotki, zresztą ona nienawidzi wprost tego całego plotkarstwa. - Błażej miał wypadek. - zakomunikowała włączając czajnik elektryczny.

Szczerze mówiąc nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy jej współczuć. Nie wiedziałam nawet czy on żyje, czy utopił się robiąc pranie. Uśmiechnięta mina Julity sugerowała iż nie było to nic poważnego. - Kawy. - powiedziałam cierpko, bo wiedziałam, że spać to ja już nie pójdę. - Odciął sobie interes tasakiem krojąc pietruszkę do rosołu? - Nie, aż tak źle nie było. Powiedziała roześmiana Julita. Wrócił wcześnie z pracy, a wiesz jak teraz się to wszystko kurzy, postanowił wyprać firanki. Kilka razy już o tym mówiłam, ale mi się nie chciała tego zrobić, no i on postanowił mnie wyręczyć. Chciał dobrze. - znowu się roześmiała na wspomnienie porządków domowych w wykonaniu Błażeja, a ja razem z nią. - No i spadł z taboretu. Złamał sobie lewą rękę. Dobrze, że nie odebrał małego, bo by byłą jeszcze jedna tragedia. - Ciesz się, że poleciał z tego taboretu w stronę domu, a nie przeciwną.

Wszelkie próby podejmowanie przez Błażeja, mające na celu ugotowanie lub posprzątanie czegoś zawsze kończyły się delikatnie mówić niewypałem, a my kwitowałyśmy je salwami śmiechy. Tym razem nawet jego ręka w gipsie nas od tego nie powstrzymała. - Ciesz się, ze to nie prawa, by byś z nim miała niezłe utrapienie. - zastanowiłam się chwilę i zbaraniałam. - Julita on jest leworęczny prawda…? - zapytałam niepewnie. - Niestety. - No to będziesz miała dwoje malutkich dzieci w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych