Lot
Aris obwinia Boga o chorobę brata. Jej gniew i żal rosną z każdym ponurym, jesiennym dniem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Lot
Czasami patrzyłam ukradkiem jak latasz. Jak wznosisz swój wzrok ku górze. Jak szybujesz oddechem w stronę słońca. I machasz powoli czarnymi rzęsami skrzydeł. Czasami bałam się, ze gdy spadniesz, nie będziesz miał siły znów otworzyć oczu. I wzbijając się w górę, nie uda ci się dotknąć obłoków. Przepraszam, że wątpiłam w twój lot. Ale w głębi serca czułam, że Bóg nie pozwoli swojemu aniołowi łatać tak daleko od siebie. Wiedziałam, że w końcu przyjdzie, aby boleśnie wyrwać ci skrzydła. * * * -Idź się pomodlić – usłyszałam za swoimi plecami. -Znów zaczynasz? – niemal warknęłam, ze złością uświadamiając sobie jak łatwo było odgadnąć moje uczucia. -Ksiądz nie gryzie – nalegała mama. – Poza tym nie idziesz tam dla niego. Prychnęłam. Gniew był wszystkim, co wtedy miałam. Ale nawet u jego boku czułam się bezradna. -Nie możesz tak żyć. Teraz nie chodzi o Edwarda, chodzi o ciebie. Widzę, że… -Wystarczy – przerwałam jej oschle. – Nie uznaję księży, wiesz przecież. A kościół? To tylko budynek. I zgraja ciekawskich spojrzeń, których nie cierpię. Tam nie ma dla mnie miejsca. Nie ma. -Czasem się ciebie boję – wyszeptała bezsilnie. Wiedziałam, że choroba brata wysysała z niej całą radość i chęć życia. Wiedziałam, że na darmo próbuję wywołać kłótnię. A jednak wciąż to robiłam. Chciałam ją sprowokować. Chciałam, żebym przeklęła i potrząsnęła mną. Żeby nazwała mnie głupią i ręką wskazała majaczącą w oddali, kościelną wieżę. Ale ona tylko stała, nie wiedząc co począć z własnymi dłońmi. Przerażona. I taka irytująca. -Bóg chce Edwarda – zbiegłam w dół drewnianych schodów. – Ale ja go nie oddam! * * * Oparłam dłonie na uchwytach wózka inwalidzkiego i pchnęłam go lekko w stronę szpitalnego parku. Wiatr uderzył w moją twarz pachnącym jesienią oddechem. -Nie zimno ci? – zapytałam Eda, pochylając się lekko nad jego głową. -Nie – odparł chłodno, a mnie jak zwykle przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Zawsze mnie odpychał. Miałam wrażenie, że gdybym się potknęła, z pewnością pozwoliłby mi upaść. -Jesień jest piękna, prawda? – uśmiechnęłam się mimowolnie, obserwując deszcz spadających z drzew kolorów. Nie odpowiedział. Cóż, przyzwyczaiłam się do prowadzenia nieustannych monologów. Zatrzymałam wózek pod wielkim, rozłożystym kasztanowcem i przykucnęłam przed Edwardem, poprawiając gruby koc, który okrywał jego słabe, nieruchome nogi. Z trudem powstrzymałam jęk, gdy zauważyłam nieobecne, czarne oczy utkwione w szarej przestrzeni nieba. Znów to robił. Kontynuował swój lot. Westchnęłam, nie zważając na to, że maska, którą zwykłam nakładać, zaczęła powoli zsuwać się z mojej twarzy. -To uczucie… - usłyszałam nagle i poczułam na sobie spojrzenie Edwarda. -Źle się czujesz? – zareagowałam natychmiast, widząc jego bladą twarz. – Zawiozę cię do pokoju, dobrze? -To tak, jakbym z każdym branym oddechem trochę umierał. Boże. Nie. -Wyleczą cię – powiedziałam, modląc się, by głos mnie nie zawiódł. – Mama rozmawiała z lekarzami. Powiedzieli, że jest szansa, słyszysz? Ed! Przepraszam, że daję ci nadzieję. Ale jeśli uwierzysz… Może się uda. -Chciałbym nie istnieć – zamknął oczy, nie zwracając uwagi na moje słowa. -Nie mów tak. Proszę… - wyszeptałam, czując w oczach znienawidzony ciężar łez. Wstałam gwałtownie i szybko otarłam zdradliwe strumienie. -Chciałbym nigdy się nie urodzić – spomiędzy jego suchych warg wypływały kolejne bolesne słowa. Nawet nie wiedział, jak bardzo mnie raniły. Milczałam. -Aris? – kiedy wypowiadał moje imię przepełniała mnie złudna nadzieja. – Czasem zasypiam z myślą, że byłoby cudownie, gdybym rano się nie obudził. Czy to źle, że właśnie tak myślę? Chciałam przytaknąć. Ale mogłam jedynie milcząco kręcić głową. To nie jest złe, Ed. Ale to bardzo bolesne. Dla ludzi, którzy wciąż wierzą, że będzie lepiej. Szkoda, że nie chcesz walczyć. Tak wielka szkoda… -Kiedy już mnie nie będzie, chciałbym, abyś zapomniała – powiedział, otwierając oczy i wyciągając w moją stronę dłoń. -Mh… - pochyliłam się nad nim, całując go w gorące czoło. – Przestań. Zawiozę cię do pokoju, masz wysoką temperaturę i… - urwałam, czując lekkie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kaguya
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…