Wróć do katalogu

Łyżwy - odcinek 4

"- Świetnie! – Magnus też bardzo się z tego faktu ucieszył – Pędzę po lekarzy a potem do bufetu po Pera i resztę. Bardzo się ucieszą! – zawołał na koniec, wybiegając. Po chwili pojawiło się dwóch lekarzy, którzy dokładnie zbada

roxetka, opublikowano , 1 godz. 6 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Świetnie! – Magnus też bardzo się z tego faktu ucieszył – Pędzę po lekarzy a potem do bufetu po Pera i resztę. Bardzo się ucieszą! – zawołał na koniec, wybiegając. Po chwili pojawiło się dwóch lekarzy, którzy dokładnie zbadali Marie. Orzekli po zakończeniu badania, że dziewczyna jest na dobrej drodze do powrotu do pełnej sprawności. Marie kiedy została sama – zaczęła płakać. Ale były to łzy szczęścia. Dziewczynę rozpierała radość kiedy myślała o tym, że jest duża szansa na to, że wszystko będzie tak jak przed wypadkiem. Nie miała zielonego pojęcia o tym, że niestety się myli… Wtedy jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Radość z tego co właśnie się stało rozpierała ją. Pozostałym członkom grupy – szczególnie Perowi – ciężko było uwierzyć, że wszystko będzie jak dawniej. Spędzili tak w szóstkę całą resztę dnia. Rozmowom, żartom i śmiechowi nie było końca. W pewnym momencie Marie poprosiła Pera: - Przytul mnie, proszę… - jej ton głosu i spojrzenie w normalnych warunkach sprawiłoby, że zrobiłby to bez wahania. Teraz jednak, słysząc jej słowa – wystraszył się. - Nie wiem czy… czy powinienem to… robić… - szepnął. Czuł, że rani Marie swoimi słowami ale nie chciał kłamać, udawać, że da sobie radę. - Cóż… Przeczuwałam, że się wystraszysz, że nic z tego nie wyjdzie… - odpowiedziała smutno. Próbowała jednak zamaskować chęć rozpłakania się co niestety jej nie wyszło. Kiedy Per zobaczył zaszklony wzrok dziewczyny – szepnął do Heleny: - Zamknij drzwi i trzymaj kciuki żeby udało mi się unieść Marie bez żadnych problemów. Jeśli zobaczy mnie choćby jeden lekarz – albo nie daj Bóg – jej lekarz prowadzący – będzie ostra draka. - Tak… - zgodziła się dziewczyna, spełniając prośbę Pera. Po zamknięciu drzwi wróciła na swoje miejsce, z którego w napięciu obserwowała co zrobią jej przyjaciele, czy ich plany wypalą. Wszystko udało się bez problemu. Marie co prawda poczuła lekki ból ale nawet nie skrzywiła ust. Per jednak rozpoznał, że coś jest nie w porządku po tym, że oczy dziewczyny znów zaszkliły się. - Jesteś bardzo dzielna – szepnął, całując ją w czoło. Jeszcze przez krótką chwilę trzymał ją tak w ramionach kołysząc ją bardzo delikatnie i powoli. W pewnym momencie dziewczyna szepnęła bardzo sennie: - Nie dam już rady dłużej… - i zamknęła oczy. Per zorientował się od razu, że musi znów ułożyć ją w łóżku. Zrobił to sprawnie ale delikatnie po czym szepnął do przyjaciół: - Wyjdźcie i zaczekajcie na mnie na korytarzu. Zostanę przy niej jeszcze moment aż skończy się jej kroplówka, wezwę pielęgniarkę i kiedy tylko kroplówka zostanie zmieniona – wyjdę do was – Helena, Clarence, Chris i Magnus spełnili prośbę Pera i bez słowa wyszli z sali. Dziewczyna patrząc przelotem w stronę śpiącej już przyjaciółki z zespołu, szepnęła tylko: - Kolorowych snów Marie, widzimy się jutro – i dołączyła do kolegów, którzy opuścili salę wcześniej. Po kilkunastu, maksymalnie może trzydziestu minutach – Per dołączył do czekających na niego przyjaciół. Odwiózł ich do domów a sam jeszcze na krótką chwilę spod domu Heleny, którą odwiózł jako ostatnią – zawrócił w stronę szpitala. Dziewczyna widziała wszystko z okna w salonie, domyśliła się po kierunku jazdy dokąd zmierza Per ale nie zatrzymywała go. Nie miała żadnego zamiaru ani interesu w tym żeby to robić. Myślała: „Jeśli spędzenie przy niej jeszcze choć chwili, nawet jeśli śpi – co po takich przeżyciach jest oczywiste – miałoby mu pomóc – niech do niej jedzie i po spędzonym tam czasie czuje się jak najlepiej”. Per natomiast – tak , czas odwiedzin skończył się, że może zostać wyrzucony z oddziału… Nic takiego jednak nie miało miejsca; Per miał podwójne szczęście. Po pierwsze zostało jeszcze jakieś piętnaście minut na odwiedziny a to w zupełności Perowi wystarczyło a po drugie – dyżur miała Sonia, więc Per mógł być tym bardziej spokojny o ten najbliższy kwadrans. Marie natomiast spała najzupełniej spokojnie. Najprawdopodobniej śniło jej się coś, bo przez sen uśmiechała się. „Wyglądasz tak pięknie” – pomyślał po czym zanucił cicho fragment piosenki „I was so lucky” mówiący: „Przesiedziałem całą noc tylko po to by patrzeć jak uśmiechasz się przez sen”, po czym otarł ukradkiem łzę, posłał Marie całusa i wyszedł. Tej nocy będąc w swoim pokoju hotelowym – Per długo nie mógł zasnąć. Na przeżycia całego dnia zareagował zupełnie inaczej niż Marie. Mimo, że adrenalina była duża – zmęczenie jednak wzięło nad dziewczyną górę. Oprócz tego pomogły jej zasnąć leki, które nadal podawano jej w formie kroplówek. Natomiast chłopak nie miał tyle szczęścia. Najpierw przez jakiś czas krążył bez celu po swoim pokoju. Żeby czymś się zająć – zaczął nawet pakować swoje rzeczy, których wiedział, że już nie będzie używał. Pakował się, bo zdawał sobie sprawę, że Marie zostanie wypisana więc trzeba będzie przygotować dom, szczególnie oczywiście jej pokój. Kiedy skończył pakowanie – wziął zeszyt, w którym zwykle zapisywał pomysły na teksty piosenek lub ich gotowe fragmenty, które potem wystarczyłoby tylko sprytnie i chwytliwie połączyć i zaczął zapisywać to co tylko wpadało mu do głowy. Pisał tak może do drugiej czy nawet trzeciej nad ranem. Był tak bardzo zmęczony, że nawet nie zorientował się kiedy zasnął. Planował zamknąć oczy tylko na krótki moment żeby dać im odpocząć. Zmęczony organizm chłopaka tak bardzo domagał się snu i odpoczynku, że wreszcie dopiął swego. Następnego dnia Marie – jeszcze przed przybyciem pozostałych przyjaciół – dowiedziała się, że za tydzień zostanie wypisana. Bardzo się ucieszyła i tak jak wtedy kiedy odzyskała czucie – zaczęła płakać. Per wszedł do sali Marie jako pierwszy, zaraz za nim weszli Helena i Clarence (pozostali nie mogli przyjechać) a widząc co dzieje się z Marie – wystraszyli się. - Co się dzieje? – pytał przerażony chłopak, niemal jednym susem przybliżając się do Marie – Czemu płaczesz, czy ktoś zrobił ci krzywdę, powiedział coś raniącego? A może… zadanie drugiej części ostatniego pytania było dla Pera szczególnie trudne – A może… twój stan zdrowia pogorszył się…? – dokończył pytanie Per. Helena tymczasem usiadła po drugiej stronie łóżka Marie. Była tak przerażona tym co się dzieje, że bez słowa rzucała pełne przerażenia spojrzenia naprzemiennie na dwójkę przyjaciół. Clarence też bał się tego co usłyszy ale on objawiał to inaczej – patrzeniem w jeden punkt i nerwowym szarpaniem zamka kurtki (tą ostatnią rzecz robił zupełnie bezwiednie). - Nic z tych rzeczy – powiedziała Marie, biorąc Helenę i Pera za ręce i uśmiechając się (wyglądała naprawdę uroczo z lekko zaszklonymi oczami, kilkoma łzami, które zatrzymały się na policzkach i uśmiechem. Szczerym, jasnym uśmiechem, takim jaki towarzyszył jej zawsze kiedy bardzo się z czegoś cieszyła, gdy wiedziała, że – jak w tym przypadku – spełni się jej marzenie). - Więc? – spytali jednocześnie Helena i Per. - Co takiego się stało, czego dowiedziałaś się od tych łapiduchów? – odezwał się milczący dotąd Clarence, u którego ciekawość i zniecierpliwienie powoli pokonywały wcześniejszy strach. - Clarence! – skarcili go jednocześnie dziewczyny i Per, po czym Marie zawołała triumfalnie: - Wypisują mnie! Wychodzę stąd za tydzień! – radość rozpierała dziewczynę. - Świetnie! Cieszę się, nawet nie wiesz jak bardzo. I jeszcze coś – dodał już ciszej trzymając Marie w ramionach – Nie strasz nas już tak, proszę. Naprawdę się przeraziliśmy kiedy… - Wiem, przepraszam… - szepnęła ze wstydem Marie – To było silniejsze ode mnie i… Helena i Clarence też chcieli przytulić do siebie Marie ale wiedzieli, że nie mają na to szans. Zdawali sobie sprawę, że jedyną osobą, która to potrafi jest Per. Widząc natomiast, że Marie dość dużo czasu spędziła na jego rękach – nie chcieli jej forsować. Helena, podchodząc do przyjaciółki, szepnęła: - Już nie mogę doczekać się powrotu zespołu na salę prób, scenę… - głos jej lekko drżał, kiedy wypowiadała te słowa. - W pełni cię rozumiem ale musisz uzbroić się w cierpliwość. To, że odzyskałam czucie to dopiero początek drogi. Muszę stanąć na nogi. Albo przynajmniej z poziomu wózka inwalidzkiego jako tako radzić sobie z życiem. Wtedy będziemy mogły mówić o moim powrocie do Roxette. Helena chciała odpowiedzieć Marie ale Per, do którego prawie w pełni dotarła rozmowa dziewczyn a szczególnie jej dwa ostatnie zdania, ubiegł ją i niemal krzyknął: - Co za bzdury! Nie wolno ci tak ani mówić ani nawet myśleć, Marie! Zdaję sobie sprawę, że nie będzie ci łatwo ale rób wszystko żeby myśleć pozytywnie. Pozytywnie, pamiętaj. - Po takiej reprymendzie na pewno spróbuję – zaśmiała się. Po chwili, Clarence, siadając obok Marie, na wcześniejszym miejscu Pera (chłopak zszedł do bufetu po kawę i coś do zjedzenia), wziął koleżankę za rękę i szepnął ze skruchą: - Przepraszam za tych łapiduchów, naprawdę nie wiem co mi wtedy odbiło… - Nic, po prostu zdenerwowanie i zniecierpliwienie doszły w tobie do głosu – skwitowała najzupełniej spokojnie Marie. - Zazdroszczę wam… - szepnął smutno Clarence. - Czego? – zdziwienie Marie było duże. - Umiejętności podniesienia innych na duchu mimo, że sami jesteście w dołku. Na te słowa Clarence’a Marie niestety nie odpowiedziała, bo została zabrana na badania. Gdyby została w pokoju – też nie wiedziałaby co odpowiedzieć. Ostatni tydzień pobytu w szpitalu mijał Marie bardzo szybko, mimo, że dni wyglądały niemal tak samo. Wszyscy z niecierpliwością odliczali dni do tego tak bardzo przez wszystkich oczekiwanego. Aż wreszcie – przyszedł dzień wyjścia Marie ze szpitala. „To dziś, wreszcie” – pomyślała dziewczyna gdy tylko otworzyła oczy. Jakąś godzinę, może dwie później pojawili się – tak jak tydzień wcześniej – Helena, Per i Clarence. - Jak dobrze widzieć cię uśmiechniętą – powiedział Per po przywitaniu się z przyjaciółką. Nie miał niestety pojęcia, że to ostatnie chwile takiego szczęścia Marie. Nikt – nawet ona sama – nie zdawał sobie z tego sprawy. Przez jakieś kilkanaście minut rozmawiali, żartowali, po czym Per zwrócił się do przyjaciół: - Zacznijcie pakować rzeczy Marie a ja idę po jej wypis i inne papiery i - zmywamy się stąd. Po słowach „zmywamy się stąd” – uśmiechnął się do przyjaciółki. Ona odwzajemniła uśmiech. Był bardzo wyjątkowy, bo oprócz twarzy dziewczyny śmiały się jej oczy a nawet serce. Oczy Marie lśniły tak, że gdyby tylko mogła – podzieliłaby się tym blaskiem z innymi. Rozdałaby go lwiej części ludzi nie ważne czy byliby wiernymi fanami Roxette czy wręcz przeciwnie – zaciekłymi wrogami grupy, których przyjaciele mieli równie wielu jak fanów. Pera nie było jakieś dziesięć, może dwadzieścia minut. W tym czasie Helena i Clarence spakowali rzeczy Marie. Było ich tak niewiele, że zmieściły się w jedną małą torbę podróżną. Per wrócił do czekających na niego przyjaciół z pielęgniarzem, który pomógł mu przenieść Marie z łóżka na wózek. Zgodził się choć dobrze wiedział, że sam też dałby sobie radę. Natomiast już przy przenoszeniu Marie z wózka do samochodu – zrobił to sam z niewielką tylko pomocą Clarence’a. Ogólnie, ustalili przed wyruszeniem w drogę, że dziewczyny zajmą tylną kanapę a oni przód. Po stronie kierowcy usiadł Per i ruszyli. Na początku nie odzywali się, wsłuchując się w pomrukujący cicho silnik. Każde z nich chciało jakoś przełamać tą ciszę, ale nikt nie miał najmniejszego pojęcia co powiedzieć. W pewnym momencie, Marie śpiąc już prawie na kolanach Heleny, szepnęła: - Włączcie coś… Coś delikatnego… Na słowa przyjaciółki Clarence pogrzebał w jednym ze schowków i wyciągnął z niego płytę z największymi balladowymi hitami Roxette. „Mam nadzieję, że dobrze trafiłem…” – myślał, wciskając przycisk „Play” i ustawiając odpowiednią głośność. Helenie i Marie nie potrzeba było wiele czasu żeby zacząć zasypiać. Jedyne co różniło dziewczyny to to, że Marie zasnęła spokojnie już na początku drugiej piosenki, natomiast Helena walczyła zaciekle ze snem, który chciał nią zawładnąć. Dziewczyna chciała czuwać przy przyjaciółce przez całą daleką drogę jaką jeszcze mieli przed sobą. - Śpij spokojnie jeśli chcesz, jeśli tego potrzebujesz a widzę, że tak i to bardzo – powiedział Per do koleżanki z zespołu. Użył takiego samego spokojnego ale stanowczego tonu głosu, jak zawsze kiedy chce cokolwiek wyegzekwować coś od któregokolwiek z członków. - Ale… - chciała zaprotestować. - Zasypiaj spokojnie - odpowiadając, Per użył takiego tonu jak wcześniej. - No dobrze… - skapitulowała i przymknęła oczy – Z tobą nigdy nie można wygrać – dodała bardzo sennie i chwilę później zasnęła, zmęczona. - W końcu jestem liderem grupy – zaśmiał się pod nosem Per, patrząc przez lusterko wsteczne na śpiące dziewczyny. Po około godzinie jazdy stało się coś czego nikt się nie spodziewał. Cała sprawa zaczęła się niewinnie, bo Marie zachowywała się tak jakby coś jej się śniło. Potem jednak ruchy jej ciała stały się szybsze i bardziej niebezpieczne, co obudziło Helenę. - Co się… dzieje…? – szepnęła do siebie zaspana dziewczyna po czym zobaczyła jak Marie szybko otwiera oczy. Ten widok przeraził ją. - Tak bardzo boli… - wyszeptała z olbrzymim trudem Marie, napinając wszystkie mięśnie niemal do granic możliwości. - Co ja mam robić?! – niemal krzyknęła Helena. Mimo, że krzyknęła – jej głos drżał, łamał się. Była bliższa płaczu niż rozzłoszczenia się. - Staraj się ją uspokajać, masować… Oby to pomogło… - mruknął Clarence, zerkając do tyłu na dziewczyny. Był przerażony. Per natomiast rzucił na całą sytuację okiem przez lusterko wsteczne i kiedy dojeżdżali do jakiejś zatoczki dla taksówek – Per powiedział: - Trzymajcie się, zawracam – a ciszej dodał: - Wytrzymaj Marie, proszę… - dopiero przy słowach, które wypowiadał szeptem – głos lekko załamał mu się. - Dasz radę poprowadzić? – spytał z troską i strachem Clarence. - Muszę, nie ma już czasu żebyśmy się zamieniali. Teraz każda minuta i sekunda jest ważna. - Masz rację… - szepnął Clarence. Tymczasem Marie strasznie się męczyła. Ból promieniował od środka kręgosłupa na całe ciało dziewczyny. Helena próbowała pomóc jej dotykiem, masażem co – jak liczyła – ulży jej przyjaciółce w cierpieniu. Niestety wysiłki dziewczyny spełzały na niczym. To co robiła nie przynosiło Marie ulgi. - Jak daleko… jeszcze…? – wyszeptała Marie tak cicho, że Helena ledwie mogła ją dosłyszeć. - Nie wiem niestety… - odpowiedziała jej ze smutkiem dziewczyna, najpierw rozglądając się przerażonym wzrokiem wokół siebie a potem wreszcie pytając Pera: - Jak dużo mamy jeszcze do przejechania? – dziewczyna płakała, pytając. - Jakieś sześć, może siedem kilometrów… - szepnął chłopak, patrząc na tablice drogowe, pojawiające się coraz częściej. - Och nie… Spróbuj jechać szybciej, proszę… Marie jest już na granicy wytrzymałości, bardzo się boję, że… - dziewczyna płakała. Tego nie udało jej się powstrzymać. Mówiąc chciała poskarżyć się kolegom z zespołu na swoją niewygodę i ból ale powstrzymała się od tego: „Co ja robię? Przecież to ona męczy się bardziej. Ja nie mam prawa mówić co czuję. Marie jest teraz ważniejsza od nas trojga razem wziętych” – skarciła się w myślach Helena. W pewnym momencie, gdy przyjaciół od szpitala dzieliły jakieś dwa kilometry – Marie nagle jednocześnie bardzo mocno wbiła paznokcie w dłoń Heleny i wygięła ciało w łuk, obracając głowę w stronę siedzeń kierowcy i pasażera. - Boże… - szepnęła przerażona Helena, krzywiąc się przez ból wywołany wbitymi w dłoń paznokciami przyjaciółki. - Co się…? – chciał spytać Clarence. Urwał jednak kiedy zerknął szybko w tył i zobaczył jak męczyły się dziewczyny. - Radziłbym nie patrzeć… - zareagował Clarence gdy zauważył, że wzrok Pera kieruje się w stronę lusterka wstecznego. Na słowa kolegi Per tylko uderzył go wzrokiem i zerknął szybko w lusterko. - Wytrzymajcie, jesteśmy już bardzo blisko – powiedział. Jego słowa były tym bardziej prawdziwe, że budynek szpitala zaczynał wyłaniać się zza wzniesienia, na które wjeżdżali. - Jesteście bardzo dzielne – szepnął. Kiedy dojechali na miejsce, Per zwrócił się do Clarence’a: - Idź po lekarzy, tylko szybko! Chłopak, słysząc prośbę kumpla wyskoczył z samochodu, rzucił krótkie „Zaraz będę” i puścił się pędem w stronę budynku. Tymczasem ból Marie zaczął stopniowo mijać. Mijało też napięcie mięśni dziewczyny, a jej paznokcie zaczęły wysuwać się z ran jakie pozostawiły. - Przepraszam… - szepnęła słabo Marie chcąc zamknąć oczy; była wykończona, chciała zasnąć. - To nic, przecież nie kontrolowałaś tego co działo się z tobą w trakcie największej fali bólu, byłaś bliska utraty przytomności – wyjaśniła Helena, zwracając się po chwili do Pera: - Co z Clarence’em? – dziewczyna denerwowała się – Nie zasypiaj, nie możesz usnąć – zwróciła się do Marie leciutko potrząsając jej ciałem. - Nie mam już sił… chcę zasnąć… - Wiem ale nie możesz tego zrobić, myszko – powiedział Per, odwracając się do Marie i biorąc ją za rękę. Dziewczyna czując, że jej drobna dłoń została bezpiecznie zamknięta w dłoni przyjaciela – poczuła wielką ulgę. Po jakimś czasie jednak – Per rozzłościł się naprawdę mocno, zwłaszcza, że zauważył kolejną – sporo lżejszą falę bólu Marie. - Zaraz będę, tak?! – zawołał zły – Jasna cholera, sam załatwiłbym to szybciej! Po tych słowach wyskoczył z samochodu. - Co chcesz zrobić…? – spytała przerażona Helena – Nie chcę… - „zostać sama”, chciała dodać ale nie zrobiła tego widząc jak Per zabiera ich przyjaciółkę z jej rąk. - Nie bój się, któryś z nas zaraz wróci do ciebie. Zablokuj drzwi od środka żeby czuć się zupełnie bezpiecznie – po tych słowach Per popatrzył na Helenę ze wsparciem. Widział po twarzy dziewczyny, że boi się, potrzebuje przytulenia, wsparcia. - Idź już – szepnęła drżącym głosem. Po wyszeptaniu tych słów dziewczyna zamknęła tylne drzwi, zablokowała zamki i patrzyła przez tylne okno na Pera niosącego na rękach wycieńczoną Marie. Dziewczyna wyglądała okropnie – była blada, sprawiała wrażenie jakby przelewała się chłopakowi przez ręce. Patrzyła tak do momentu aż przyjaciele zniknęli za wzniesieniem. Przez całą drogę Per powtarzał Marie, że nie może zasnąć, że musi być silna. Mimo tego, że szedł szybkim krokiem, musiał bardzo uważać na przyjaciółkę. W końcu wszedł na izbę przyjęć i zaczął rozpychać się wśród ludzi z Marie na rękach. Niestety to co robił – oburzało innych, szczególnie starszych. - Trochę kultury chłopcze – usłyszał od pewnego starszego mężczyzny. - Moja przyjaciółka umiera a pan prosi mnie o kulturę – rzucił z sarkazmem Per, idąc dalej. - Co ty tu robisz? – zapytał wystraszony Clarence, widząc Pera z Marie na rękach. - To o co prosiłem cię już dość dawno temu. Coraz częściej nawalasz – mówiąc, Per stawał się coraz bardziej wściekły - Nie widzisz co tu się dzieje? – bronił się wystraszony Clarence. - Nic mnie to nie obchodzi! – wołał wściekły Per – Jeśli chciałeś odejścia Marie – wystarczyło nie ruszać się z samochodu, zostać z Heleną. A teraz idź do niej, uspokój, zaopiekuj się, odwieź do domu. Kluczyki są w kieszeni mojej kurtki. Po tym jak Clarence wziął kluczyki – rozstali się bez słowa. Idąc do samochodu, Clarence rozmyślał nad słowami Pera: „Ma rację, nawalam… - myślał ze smutkiem – Ale nie chcę żeby Marie odeszła, tu przesadził i to ostro” – przy formułowaniu ostatnich myśli chłopak zdenerwował się. Ale z drugiej strony – pomyślał po chwili – Nie dziwię się jego słowom, temu jaką burę od niego dostałem…”. W międzyczasie doszedł już do samochodu, zastukał do okna tylnych drzwi. Słysząc ten odgłos, Helena w pierwszej chwili wystraszyła się. Strach ustąpił miejsca uldze, radości, że wreszcie dziewczyna widzi kogoś znajomego, bliskiego wręcz. Kiedy zobaczyła Clarence’a, odblokowała drzwi, wyskoczyła z samochodu i rzuciła się chłopakowi na szyję. Przytuliła się do niego tak mocno, że nawet nie zwróciła uwagi na ból zranionej dłoni. Najważniejsze było dla niej, że wreszcie nie jest sama. - Co z Marie…? – spytała nieśmiało, podnosząc powoli głowę z ramienia Clarence’a. - Niestety nie wiem. Teraz jest przy niej Per. Pewnie kiedy dowie się czegoś – da nam znać. Raczej tobie niż mnie… - zakończył ze smutkiem Clarence. - Czemu niby, co takiego się stało? – spytała zaskoczona Helena. - Ostro się posprzeczaliśmy… - O co? - Per dał mi ostrą burę za to, że nie wracałem kiedy czekaliście… - Clarence był strasznie zawstydzony. - I bardzo dobrze zrobił. Nawet nie wyobrażasz sobie jak się denerwowaliśmy! Tym bardziej, że Marie miała dwie fale tego dziwacznego bólu… - A co z twoją ręką? – spytał Clarence ujmując delikatnie zranioną dłoń koleżanki. - To ślady po paznokciach Marie – odpowiedziała. Po tej krótkiej rozmowie – wsiedli do samochodu i ruszyli w stronę domu Heleny. Dziewczyna zasnęła niemal od razu. Spała nawet w momencie gdy Clarence zanosił ją do domu. Przebudziła się dopiero kiedy była układana na łóżku i okrywana kocem. - Zostań tu, proszę… - wyszeptała ze łzami w oczach – Przytul mnie, proszę… - szepnęła. Wcześniejsze zdenerwowanie wywołane zachowaniem Clarence’a – odeszło. - Daj mi znać jak tylko odezwie się Per… - szepnęła zasypiając ponownie. - Dobrze – odpowiedział. Po jakichś trzydziestu minutach od tego jak Helena zasnęła – odezwała się komórka dziewczyny a dokładnie sygnał SMSa. Clarence słysząc go chciał przeczytać treść wiadomości ale powstrzymał się. „Co ja robię, przecież to nie mój telefon” – myślał zerkając na ekran żeby sprawdzić od kogo pochodzi SMS. - Nareszcie – szepnął do siebie widząc, że autorem SMSa jest Per. Trzymając komórkę w ręku, Clarence podszedł do łóżka i obudził koleżankę najdelikatniej jak tylko potrafił. - Co się… dzieje…? – spytała zaspana, przecierając oczy zupełnie jak małe dziecko. - Odezwał się Per a prosiłaś żebym dał ci znać więc… - Co pisze? - Nie wiem. Napisał na twój telefon. W ogóle mu się nie dziwię. Kiedy ostro się z kimś zetnie – długo to w sobie trzyma… - Dokładnie tak… - zgodziła się Helena biorąc telefon i wybierając opcję podglądu wiadomości - Rano musisz mnie do nich zawieźć – powiedziała wyjątkowo stanowczo jak na fakt, że była jeszcze dość mocno zaspana. - Dobrze ale dlaczego? – spytał wystraszony Clarence. Był niemal tak samo wystraszony jak wtedy gdy Per krzyczał na niego za to, że ten spóźnia się, nawala. - Posłuchaj co pisze Per a wtedy na pewno domyślisz się – powiedziała Helena, po chwili zaczynając czytać: „Marie jest badana. Wszystko potrwa całą noc. Wrócę do hoteliku, potrzebuję jakichś rzeczy. Przywieźcie te, które miałem tam ostatnio. Nie zdążyłem ich rozpakować”. Wiadomość została zakończona przez Pera uśmieszkiem ale Helena wyczuła – nie myląc się zresztą – że ten symbol był wymuszony, że Per nie czuł się dobrze wpisując go i chciał nim oszukać przyjaciół. Mimo tego, że Helena wyczuła „zamiary” Pera – w pierwszej chwili zrobiło jej się trochę przykro ale potem smutek zastąpiło zrozumienie. „Nic dziwnego, że nawet w takich wiadomościach próbuje żartować. Zawsze, odkąd jestem w zespole – pamiętam, że robił wszystko żeby ukryć swoje problemy przed nami. Ale Marie i tak w końcu wszystko z niego wyciągała hihi” – myślała dziewczyna, znów zasypiając. Tym razem już do rana nie obudziła się. Następnego dnia Helena spełniła prośbę zawartą w SMSie od Pera. Kiedy podjechali z jego rzeczami pod szpital – Clarence bez słowa podał Helenie kluczyki i bez słowa zaczął iść w stronę postoju taksówek. - Co ty robisz? Gdzie idziesz? – dopytywała zaskoczona dziewczyna. - Idę na postój taksówek i jadę do domu. Per nie będzie chciał mnie widzieć – odpowiedział Clarence, nawet na nią nie patrząc; mówił ze smutkiem. - Przestań, nie mów tak. To, że czasem jest porywczy, że długo trzyma w sobie urazę – nie znaczy, że nie przeprasza – przekonywała Helena. Głos jej się załamywał a kiedy mówiła – mocno trzymała Clarence’a za rękę. To go jednak nie przekonało. Szarpnął mocno dłonią i odszedł szybkim krokiem w stronę ostatniej wolnej taksówki na postoju. Dziewczyna przez chwilę patrzyła na oddalającą się sylwetkę kolegi. Potem rozpłakała się na dobre i pobiegła do szpitala. Wbiegła na ten sam oddział, na który wcześniej trafiła Marie ale nie znalazła dziewczyny w sali, w której ostatnio leżała. Na szczęście Per stał na korytarzu, bo złożyło się tak, że akurat nie mógł przebywać w sali Marie. - Helena, tutaj! – zawołał, unosząc rękę w górę kiedy zobaczył dziewczynę a raczej burzę jej rudych loków. Słysząc wołanie Pera – Helena zaczęła biec w jego stronę. Dobiegając do niego bez słowa rzuciła mu się w ramiona, nadal przy tym płacząc. Zrobiła to tak mocno, że Per o mały włos nie stracił równowagi. - Co się stało…? – spytał Per, prowadząc Helenę w kierunku krzeseł i siadając obok niej. - Uspokój się i powiedz mi co się stało, czemu płaczesz – poprosił jeszcze raz Per, tak samo delikatnym tonem jakim wcześniej zadał pytanie. - Próbowałam przekonać Clarence’a żeby przyszedł tutaj ze mną ale on tego nie zrobił. Powiedział, że nie będziesz chciał go widzieć, oddał mi kluczyki twojego samochodu i odszedł na postój taksówek. - Jestem na niego zły to prawda ale nie aż tak. Co najwyżej nie odzywałbym się do niego. To tyle. Przez jakiś czas rozmawiali jeszcze na korytarzu po czym weszli do sali Marie. - Co się stało, czemu płakałaś? – spytała Marie od razu kiedy tylko zauważyła mocno zapuchnięte oczy Heleny. W odpowiedzi na jej pytanie – dziewczyna opowiedziała krótko całą sytuację z Clarence’em. - Co za… - Marie chciała rzucić jakąś inwektywą w stronę Clarence’a ale powstrzymała się i powiedziała tylko: - Jest naprawdę okropny. Dostanie też burę ode mnie, nie martw się – wypowiadając te słowa, wzięła Helenę za rękę i ścisnęła ją lekko. Resztę dnia spędzili na pogaduchach i innych żartach i żarcikach. Wieczorem Per i Helena pożegnali się z Marie. Oni obiecali jej, że będą u nie jutro natomiast ona obiecała Helenie jeszcze raz, że Clarence za swoje zachowanie dostanie tęgą burę. Per odwiózł Helenę do domu po czym sam wrócił do hoteliku, który Sonia poleciła mu kiedy Marie trafiła do szpitala pierwszy raz. Można było nawet powiedzieć, że Per miał podwójne szczęście. To dlatego, że ostatnim wolnym pokojem był ten, który chłopak zajmował ostatnio. Kiedy wszedł do pokoju – tylko obrzucił go spojrzeniem; miał mieszane uczucia – z jednej strony cieszył się że to ten sam pokój – wystarczy rozstawić te same zdjęcia w tych samych miejscach – i od razu poczuje się tak jakby Marie była z nim. Z drugiej jednak – bał się, że może wpędzić się w zbyt częste wspominanie lub po prostu myślenie o niej, co nie byłoby dla niego dobre. Per był tak bardzo zmęczony tym co stało się przez cały dzisiejszy dzień, że tylko wsunął się pod koc przykrywający łóżko – i niemal natychmiast usnął. Następnego dnia rano pojechał do Marie. - Czy lekarze mówili ci coś…? – spytał nieśmiało i ze wstydem Per. Bardzo bał się reakcji dziewczyny. Nadmierne wycofanie lub pobudzenie – tego u Marie Per bał się najbardziej. Dziewczyna przez chwilę sprawiała wrażenie lekko wycofanej, wystraszonej ale na szczęście to była tylko krótka chwila; obawy Pera były niepotrzebne. Chłopak odetchnął z ulgą gdy poczuł uścisk dłoni Marie na swojej i usłyszał słowa: - Badania nic nie wykazały. Teraz przez tydzień będę leczona tak jak ostatnio. Jeśli wszystko będzie dobrze – wypuszczą mnie po tych siedmiu dniach, zwłaszcza że święta tuż, tuż. Jeśli jednak nie – zostanę tu na święta i nadal będę badana… Ta niepewność i widmo pozostania tutaj na święta – przerażają mnie… - tu Marie nie wytrzymała, rozpłakała się. Per nie mógł znieść płaczu przyjaciółki. Kilka razy mrugnął szybko powiekami, chcąc zatrzymać napływające łzy po czym uniósł delikatnie górną część ciała Marie, jednocześnie kołysząc się z nią w ramionach na boki i szepcząc: - Nie martw się kotku; wszystko będzie dobrze, wyjdziesz z tego. Wtedy byłaś już bardzo blisko ale teraz uda ci się na pewno – po tych słowach delikatnie ułożył ją w łóżku i pocałował w policzek. - Jesteś kochany, dziękuję – szepnęła Marie. - Za co mi dziękujesz? – Per był mocno zdziwiony słowami przyjaciółki. - Za to, że jesteś, pomagasz mi, ogólnie nam. Równie dobrze mógłbyś teraz kręcić się gdzieś z chłopakami albo flirtować z jakąś dziewczyną. Ale wolisz być tu ze mną za co, za co jeszcze raz bardzo ci dziękuję – głos Marie bardzo drżał kiedy wypowiadała te słowa. „O co może chodzić? Czyżby coś przeczuwała? A może wie o wszystkim tyle, że nie chce mi nic powiedzieć?” – zastanawiał się Per. - Uspokój się i spróbuj zasnąć. A ja po prostu nie miałbym sumienia szlajać się gdzieś z Clarence’em i resztą wiedząc, że ty tutaj walczysz o życie. - Piękne słowa. Spełnię twoją prośbę ale za moment. Poproś tu Clarence’a, muszę z nim pogadać – powiedziała Marie. Słowo „pogadać” wymówiła specyficznie a że Per był świadkiem tego jak Marie składa obietnicę Helenie – wstał z łóżka bez słowa i wychodząc z sali, rzucił do kolegi tylko jedno zdanie: - Marie chce z tobą rozmawiać – i udał się do bufetu na coś konkretniejszego na śniadanie. Clarence, wchodząc nie spodziewał się bury, jaką dostał niemal od progu od Marie. Dziewczyna ostro na niego naskoczyła. Clarence próbował się bronić ale nic dobrego mu z tego nie przychodziło. - Czy wy się zmówiliście? – spytał zaskoczony i zły Clarence - Nie wygaduj takich bzdur i lepiej zejdź mi z oczu! – zawołała Marie, zaciskając dłonie na brzegu kołdry. Po chwili jednak zaczęła się uspokajać, zasypiać. Per po powrocie z bufetu ucieszył się, widząc śpiącą spokojnie przyjaciółkę. „Kolorowych snów” – pomyślał, wchodząc cicho do sali i delikatnie całując dziewczynę w czoło. Po wyjściu z sali chłopak usiadł tuż przed szybą tak żeby widzieć gdyby działo się coś złego lub gdyby dziewczyna po prostu budziła się. Siedząc tak przed salą Marie, Per wpadł w różne rozmyślania, czasem nawet wspomnienia. Wyrwała go z nich Sonia, przychodząc w odwiedziny. - Cześć – zagadała wesoło. - Cześć – odpowiedział jej Per, lekko podskakując w górę – Wystraszyłaś mnie… - mruknął – Masz dziś dyżur? - Nie, mam dzień wolny a w sumie raczej dwa po dyżurze nocnym. A jak tylko dowiedziałam się, że Marie znów trafiła tutaj – pomyślałam, że muszę cię zobaczyć, wesprzeć. A jak to się w ogóle stało? – spytała Sonia, dodając po chwili: - Jeśli nie chcesz – nie odpowiadaj, zrozumiem – tymi słowami chciała dać Perowi coś w stylu możliwości odwrotu, wycofania się. Ale chłopak z tego nie skorzystał. - Dziękuję, że o tym pomyślałaś ale opowiem ci o wszystkim. Może poczuję się po tym lepiej, bo nikomu jeszcze nie mówiłem jak to wyglądało, co czułem kiedy praktycznie bezradnie musiałem patrzeć na to co działo się z tyłu… To było okropne… - Czemu mówisz, że musiałeś patrzeć bezradnie? - Bo prowadziłem a na tylnej kanapie przy Marie siedziała Helena. Obie strasznie się męczyły… - po tych słowach Per opowiedział Sonii całą historię. Mówiąc, ciągle patrzył na śpiącą Marie. Sonia w ogóle nie miała mu tego za złe. Kiedy skończył opowiadać – ukrył twarz w dłoniach. - Będzie dobrze, musisz wierzyć. Marie na pewno jest pełna wiary i chciałaby żeby jej przyjaciele też ją mieli w sobie – powiedziała Sonia, obejmując Pera. Chłopak poddał się temu bez słowa, bo bardzo tego potrzebował ale bał się do tego przyznać, bał się, że zostanie wyśmiany. Po chwili, czując wyczekiwany tak długo spokój – szepnął: - Dziękuję za ten gest i za to, że mnie wysłuchałaś. Potrzebowałem tego. Normalnie powiedziałbym o tym Marie albo komuś z zespołu ale ona zaczęłaby się obwiniać a nie wiem też jak zareagowaliby pozostali… - To nic takiego – uśmiechnęła się lekko zawstydzona Sonia. - Może dla ciebie ale dla mnie – wiele – nadal bronił swoich racji Per. Robił to oczywiście stanowczo ale i delikatnie. Podnoszenie głosu, krzyk na Sonię w ogóle nie wchodziły w rachubę. Rozmawiali tak jeszcze jakąś godzinę lub dwie. Sonia po upływie tego czasu miała zbierać się już do domu gdy nagle Per, widząc nietypowe zachowanie Marie – niemal takie samo jak dzień wcześniej w samochodzie – szepnął wystraszony do Sonii: - To znów ten ból. I znów zaczyna się we śnie… Co robić? Boję się o nią… - Idź do Marie, obudź ją i próbuj jakoś ulżyć w bólu do momentu przyjścia lekarzy lub pielęgniarek – odpowiedziała dziewczyna po czym rzuciła się pędem, kilka razy tracąc równowagę przez obcasy w stronę dyżurki pielęgniarek. - Sonia? Co ty tu… - chciała zapytać jedna z koleżanek dziewczyny, zaskoczona jej widokiem w pracy. - To nie ważne, musicie mi pomóc. Jest problem z pacjentką z dwójki. - Tą Fredriksson, która została wypisana i po jakimś czasie wróciła do nas? Nie wierzę w te jej problemy, zgrywa się – powiedziała oschle Ida, najstarsza z pracujących tam pielęgniarek. - Ida, jak możesz! – zawołały jednocześnie Sonia i jej zmienniczka, Astrid, dziewczyna osiem lat młodsza od Marie. Ida nie zareagowała natomiast Sonia i Astrid zabrały się do przygotowywania odpowiedniej kroplówki. - Pomóż mi przy podaniu tej kroplówki, dobrze…? Trochę się boję… Nie wiem co tam zastanę a z drugiej strony – pomoc idolce… - szepnęła niepewnie Astrid. - Dobrze ale ordynatorowi ani słowa OK.? - Masz to jak w banku – odpowiedziała dziewczyna kiedy wyszły w stronę sali Marie z dwiema tak przygotowanymi dla niej kroplówkami. Per natomiast przez cały ten czas próbował na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych