Macondo wróć
opowiadanie odwołujące się do wyobraźni czytelnika
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Sto lat samotności (1967), powieść Gabriela Garcíi Márqueza, kronika wyimaginowanej osady Macondo (PWN)”
(Może lepszy byłby tytuł tego tu „1000 lat samotności”?)
W lecie miał zimne nogi. Ciepłe pantofle ukradł chociaż mógł kupić. Marzł dalej. Kradzione nie grzeje? „Kradzione nie tuczy”! Nie ogrzewa też? Kupił grube skarpety– pomogły – rozgrzewały przyjemnie: latem, w jesienne słoty, w zimie, wiosną. Na wszelki wypadek wszystko teraz kupował. Płacił dziwkom za nocne ogrzewanie chociaż rano niechętnie na nie patrzył. Kurwy rano odchodziły nie napracowawszy się. By osiągnąć zadowolenie wyjeżdżał za granice stron rodzinnych: do stolicy, nad morze, do górskich kurortów. Skrzętnie skrywał tajemnicę, o której wszyscy wiedzieli – nie mógł w Macondo. U siebie, w domu nie mógł! Kupując „miłość na wynos”, wspomagał burdele skupione w miasteczku w uliczkach wokół rynku. Ich pensjonariuszki były jego partnerkami nocnej gry w karty, lub Szeherezadami – opowiadały baśnie na dobranoc. Zaspokojenia szukał oddalając się od miejsca urodzenia – podobno stara kobieta pomagająca w jego przyjściu na świat rzuciła klątwę, bo nie otrzymała na czas umówionej zapłaty. Zapłata jest najważniejsza. Judasz nie pracował za darmo, za darmo powiesił się.
W świecie czuł się dobrze ale wracał. Ogniste zwieńczenia gór, niepokój ziemi, wrogie spojrzenia, nie odwodziły go od powrotów w rodzinne pielesze. Strach zawsze słabł w obliczu tęsknoty. Natura ćmy? Wyjeżdżał po to, by wracać. Wiedział, że kiedyś rodzinne strony zabiją go, że powinien trzymać się od nich z dala... i wracał. Ćma!
Konie oraz powóz czekały – zaprzęgną, on wsiądzie. Pojedzie: przez złe spojrzenia, przez łańcuch ognia, przez pierścień pustynnych piachów, przez zielone krainy. W strony gdzie zbliży się do płatnych kobiet, w zamian za ułudę dając okrągłe brzęczące przedmioty. Pobędzie trochę w wygodnym, przyjemnym świecie aż pewnego dnia... Pożegna się z płatną miłością, ureguluje należności, każe zaprząc do powozu. Przebędzie: pola pełne zieleni, żółte piachy, plujące ogniem góry. Wróci do niechętnych spojrzeń, do zamku-domu. To jest jego miejsce. Niegdyś potrzebne w takim kształcie bo, broniło mieszkańców: wieżyczki sterczące z nieforemnej bryły; czerwone mury wokół. Teraz był jedynym, prócz służby, lokatorem anachronicznej budowli – rozsypie się w proch – nie służąc nikomu gdy umrze. Nie miał potomków, nie w Macondo; w świecie? - nie wiedział. Konie radośnie przyśpieszały, czując bliskie stajnie – były jedynymi stworzeniami cieszącymi się z powrotu. Konie... Napawały się wracaniem do stajen. Jutro każe osiodłać któregoś, pojedzie obejrzeć swoje pola, swoje łąki, swoje lasy, swoją kopalnię. Otaczać go będą nieprzyjazne spojrzenia mężczyzn i kobiet, starych i młodych. Zasłużył?
Mężczyźni obwiniali go o wykorzystywanie kobiet. Kobiety obwiniały, że nie były używane.
Dopiero w murach czuł się bezpieczny – był u siebie. Wysiadał z powozu, witany przez obowiązkowych służących. Wchodził w wielką sień z potężnymi schodami prowadzącymi do ogromnej sali balowej – kaprysu niewiast niegdyś rządzących zamkiem. Skręcał w lewo – na jego polecenie z dużej recepcji zrobiono cztery pomieszczenia, które zajmował: sypialnię, salon, gabinet, hol. Sień oddzielała mieszkanie od kuchni letniej, kuchni zimowej, potężnej łazienki, przejścia do stajen. Korzystał z tego ostatniego – chodził do swych zwierząt ,bo oczy koni były zawsze przyjazne. Kuchnie służyły kucharzom, łazienka... zbyt nieogarniona jak na jego potrzeby, ale gotowa.
Koń przyczynił się do jego wcześniejszego przyjścia na świat, gdy matka niepomna na ostrzeżenia lekarzy cwałowała po polach, po drogach. Któregoś dnia spadła. On się urodził – ona umarła. Zabiła ją ziemia.
Ojciec przyjechał na pogrzeb. Natychmiast po odczytaniu testamentu wyjechał do stolicy, by: grać w karty, zwodzić dziewczęta, uwodzić kobiety. Swym urokiem pustoszył nieprzygotowane serca. Z Macondo nie mógł nic zabrać – intercyza oraz testament wyraźnie wskazywały jedynego potomka jako właściciela włości oraz beneficjenta dochodów. Zadowolić musiał się niewielką rentą otrzymywaną co pół roku.
Zarządca, ustanowiony ostatnią wolą, miał pilnować majątku dziecka aby po dwudziestu jeden latach od narodzin przekazać swoje prerogatywy. Matka była mądrą kobietą odcinając ojcu możliwość dowolnego czerpania środków z posiadłości. Pełnomocnik – człowiek uczciwy, zaradny, wykształcony – pomnożył mu majątek. Uczynił w wieku dwudziestu jeden lat człowiekiem zamożnym. Na jego prośbę Gabriel (tak pełnomocnik miał na imię) zgodził się dlań działać aż ukończy studia, wróci do zamku-domu na stałe.
Dzień po powrocie, przyjął odwiedziny dwu geologów, którzy prosili o możność przeprowadzenia badań na terenach posiadłości – tworzyli mapę zasobów kraju, na polecenie rządu. Pozwolił by działali, znaleźli bogate złoża kimberlitu, znaleźli to co z nimi związane – radzili, by wybudował kopalnię. Zamiast pożyczać w bankach, zamiast szukać inwestorów, wyłożył własne pieniądze, jedynym udziałowcem uczynił brata Octavii. Powstała kopalnia, przynosząca bardzo duże dochody. Z tuzinkowego bogacza stał się bardzo bogaty – stać go było na wszystko. Tylko... Miał szesnaście lat, gdy w miejscowym burdelu mimo wysiłków najlepszej kurwy dowiedział się, że coś z nim nie tak. Nie podejmował dalszych prób. Dopiero po wyjeździe do stolicy na studia – miał dwadzieścia jeden lat i pierwszy raz opuścił Macondo – przekonał się, że jego niemoc związana jest z miejscem urodzenia. Przekonywał się odwiedzając eleganckie ośrodki rozkoszy w kraju oraz za bliską granicą. Mając z nich dane odwiedził lekarskie znakomitości licząc na pomoc. Daremnie. Jedyną radą jaką otrzymał było krótkie: „nie wracać”. Nie mógł. Musiał wrócić. Ćma!
Pieniądze nie przeszkadzały mu w studiach, wyróżniał się zdolnościami. Dyplom oraz pochwała dla najlepszego stały się powodem do dumy, do satysfakcji. Wracał z tarczą
Witali go uprzejmi służący o ponurych minach. Dla nich kończył się okres względnej swobody więc byli naburmuszeni. Jedynie Gabriel wyglądał na zadowolonego, chociaż nie wiedział jak będzie potraktowany – postanowił dać zarządcy jedną piątą dochodów z ostatnich pięciu lat. To była ładna sumka. Wśród służby stała Octavia, siostra pełnomocnika, więcej niż czterdziestoletnia kobieta wyglądająca na piętnaście lat mniej, nie spuściła wzroku jak pozostali. Nie czuł w niej wrogości oraz zakłopotania. Przyglądała mu się: i ciekawie, i ze smutkiem – wie? Ważna kobieta w jego życiu – pamiętał imię, pamiętał ją. Była zawsze przy nim gdy był dzieckiem. Jakby matka.
Pierwszą domową kolację postanowił zjeść w kobiecym towarzystwie. Przyszła bez oporów co upewniło go w przekonaniu, że wie. Usiedli do posiłku – przyglądali się sobie. -Brat ci nie powiedział jak się masz zachować? – spytał. -Powiedział. -Więc... -Więc jedzmy. Dużo dobrego jedzenia zmarnuje się jak będziemy gadać i gadać, patrzyć i patrzyć. Pamiętał z dzieciństwa jej piękno. Dzisiaj, po latach jego wzrostu oraz studenckich wędrówek, nadal była piękna chociaż czas-fryzjer przetkał jej prawie czarne włosy delikatnymi pasmami siwizny. Jedli w milczeniu wiedząc, że rozmowa nadejdzie. Musi. Przyglądał się jej bez zahamowań, była szczupła, czystocera, białozęba. Po kolacji – skończyli jeść równocześnie – przeszli do sypialni. Tam, bez nalegań, bez jego pomocy, zrzuciła odzienie; zobaczył, że była przygotowana – strojna suknia była jedynym elementem osłaniającym przed nim. Architektura jej ciała, widział wiele nagich kobiet, była znajoma. -Rozbierz się! – powiedziała. Posłuchał. Czuł, że musi być posłuszny. Podeszli do siebie, razem do łóżka i... Nic! -Nie wyglądasz na zaskoczoną -Nie jestem. Wiem... -Możemy wyjechać. -Nie możemy. Wiesz, że nie. Patrzysz na moje piersi, jakbyś je znał. -Znam je. Tuliłem się do nich, trzymałem je w rękach. Jadłem... Tym razem była zaskoczona. -Nie możesz pamiętać. Piersi miała... To nie były piersi czterdziestolatki. To były duże piersi szczupłej nastolatki. Usiadła wygodnie na łóżku nie broniąc mu widoku siebie. -Zabawne - powiedziała. -Co?. Że pamiętam? -Nie wyszłam za mąż, nigdy nie byłam z mężczyzną. Nie chciałam, nie mogłam. Teraz, kiedy mogę i chcę – on nie może! -Wyjedźmy – ponowił propozycję. -Nie. Tak jest lepiej. Czujesz? Usiądź wygodnie. Opowiem ci coś – opowieść będzie długa. Usiadł obok. Najpierw sięgnął do jej piersi – jego dłonie je znały. Potem skłonił ku nim usta – nie był mu obcy ich smak! Wreszcie zbłądził ręką między uda – mówiła prawdę.
Opowieść Octavii
-Miałam siedemnaście lat - rozpoczęła. -Skończyłam szkołę w naszym mieście, mogłam wiele. Mogłam wyjechać, mogłam z moją urodą zostać luksusową dziwką. Zamiast tego odpowiedziałam na wezwanie szefowej służby wielkiej posiadłości; zaczęłam starać się o posadę „damy do towarzystwa” przy twojej matce. Była wtedy w szóstym miesiącu, wyglądała jak piec, cierpiała samotnie, bo jedyny obowiązek do jakiego się poczuwał twój ojciec po jej zapłodnieniu, to pobieranie stałej pensji, przepuszczanie jej na kurwy albo w kasynie oraz trzymanie się z dala od Macondo. Ku mojemu zaskoczeniu otrzymałam tę posadę. Myślę, że oprócz wykształcenia, oczytania, urody, wpływ na to miało również moje posłuszeństwo. Zgłosiło się wiele kandydatek, kuszonych znakomitymi warunkami – najpierw przesłuchała nas szefowa służby na okoliczność wykształcenia, aparycji, oczytania, takich tam... Wybrała pięć, które dostąpiły zaszczytu stawienia się przed twoją matką. Byłam czwarta. Każdej z nas kobieta, którą znałyśmy tylko ze słyszenia, poświęcała około trzech kwadransów. Weszłam po długim oczekiwaniu – podczas gdy pozostałe kandydatki robiły się nerwowe – ja po pięciu minutach byłam zupełnie spokojna. Przyjęcia odbywały się w wielkim salonie. Czekałyśmy obok, w sali balowej – myślę – by nas onieśmielić przepychem. W moim przypadku zamiar spalił na panewce, nie przyglądałam się przedmiotom... -Zaraz – wtrącił. Między salonem, a salą balową jest lustro weneckie. Byłyście obserwowane. Z salonu wychodziłyście drzwiami dla służby? – zapytał. -Ja nie. Wpuszczono mnie i już zostałam. -Jak to? -Nie przyglądałam się przedmiotom. Przyglądałam się ludziom. Twoja matka siedziała przy uchylonym lekko oknie. Pierwsze co przykuło moją uwagę – jej oczy, smutne, bezradne, cierpiące. Wpatrywałam się w nią z jakimś głodem. Musiała to odczuć. Wskazała krzesło obok, zaczęła przygotowany wcześniej wywiad. Pytała o wykształcenie, lektury, upodobania. Miała kartkę, żeby niczego nie zapomnieć. Odpowiadałam mechanicznie, przewidując chyba co mnie jeszcze czeka. Odłożyła spis. -Miałaś kochanka? - zapytała. -Nie. -Masz kochanka? -Nie! -Kochasz tego, który jest we mnie? -Kocham. -Rozbierz się! -Teraz ona intensywnie wpatrywała się w moje oczy, we mnie. Ja z radością, ochoczo wykonałam jej polecenie. Cieszyłam się z odczuwanego przez drugiego człowieka podziwu dla mnie, dla mojego ciała,. Zaskoczyły mnie moje uczucia. – byłam bardzo wstydliwa. Rzuciła mi jakieś prześcieradło gestem nakazując bym się okryła oraz sprzątnęła odzienie, którego tak chętnie pozbyłam się. Posłusznie zrobiłam porządek ignorując białą płachtę. Z jej oczu znikło cierpienie. Ponownie podała mi prześcieradło mówiąc: -okryj się. Chcesz być przy moim umieraniu, czy wcześniej paść z zimna? -Muszę być. Nie, nie chcę. -Nieuchronność. Masz jakieś pytania? – skinęła głową. -Tak. Co czułaś widząc mnie nagą? Zaczęłam mówić do niej: – ty. Tak czułam. -Podziw. Jesteś piękna. I zaskoczenie – jesteś wstydliwa. -Też byłam zaskoczona sobą, moimi reakcjami. Faktycznie jestem wstydliwa. Skąd wiesz, że to chłopak? – wskazałam na jej brzuch. -Wiem. Wiem, że gdy on się narodzi ja umrę. Wiem, że zabije mnie ziemia, po której chodzę. Wiem, że będziesz dla niego matką. -Niemożliwe! -Możliwe – machnęła ręką. -Zobaczysz – powiedziała.
Piąta czekała niecierpliwie, by ją poproszono. Zaprosiła ją osobiście jakby chcąc osłodzić przyszłość. Zadała pytania z kartki i nic więcej. Zakończyła gładkim „skontaktujemy się z panią”. Piąta, widząc mnie w kącie pod prześcieradłem powiedziała: -zawracanie głowy. Pani już zdecydowała się na to czupiradło. Czupiradło, mimo ledwie okrytej nagości chciało rzucić się na nią; twoja matka powstrzymała mnie mówiąc: -szkoda paznokci. Bardzo mądra była z niej kobieta. -Zgadzam się. Ciebie zatrudniła. Octavia poprawiła się na łóżku. Była piękna, urokiem dziewczyny oraz czarem dojrzałej kobiety. Brak skrępowania, prawie wyuzdanie kontrastowały z wyczuwalną skromnością. -Nie zatrudniła mnie. Zaskoczony? Przyszłam następnego dnia, nie do pracy. Przyszłam, bo chciałam z nią być. Ciągnęło mnie do niej. Kochałam ją. Powiedziałam to wszystko. Uśmiechnęła się, popatrzyła w oczy. Widziałam smutek oraz bezradność. Wybrała dla mnie piękne suknie z bucikami. Ruszyła do przeznaczonego mi pokoju. -Dostaję więcej niż chciałam – powiedziała pomagając mi mimo stanu układać buty, wieszać sukienki w szafie. -Jesteś. Ważne, że jesteś. Proszę cię – bądź – ciągnęła. Nie zniosłabym teraz kogoś obcego, brzydkiego. Sama jestem brzydka. Byłam innego zdania. -Tak sądzisz? – zapytałam. Przyglądałam się jej z zachwytem. -Ty sądzisz, że nie? – odparła pytaniem. -Nie. -Uprzejmość – powiedziała. -Nie! -Nie? - Powątpiewała w moją odpowiedź, a bardzo chciała, żeby była prawdą.
Podeszła do łóżka, wyjęła z kieszeni słoik z jakąś szarą zawartością. Odczytałam wahanie w jej zachowaniu. Gest pod szyją spowodował wędrowanie sukni na podłogę. Położyła się, wyciągając rękę ze naczyniem w moją stronę. -Jak mi przyjrzysz się, nabierzesz wstrętu do mężczyzn, do macierzyństwa. Wzięłam słoik, otworzyłam, skrzywiłam się. -Jestem odrażająca? – zapytała. -To śmierdzi – odrzekłam wskazując maść. -Trudno. Zapobiega zwiększaniu opuchlizny. Nabierz na rękę, masuj. Wstałam, uchyliłam okna. Podeszłam do niej – była piękna z tą opuchlizną, z napiętą skórą wydająca się w ręce, niedoświadczonej dziewczyny. Obie byłyśmy bardzo młode. Usiadłam obok – nabrałam maści tak jak chciała, moje dłonie rozpoczęły taniec po jej brzuchu. Delikatnie, zarazem mocno wcierałam nieprzyjemny zapach w naciągniętą skórę. Poczułam twoje ruchy, ostrożne z początku, potem mocniejsze, mocniejsze... Były jak odpowiedź, jak zapowiedź. Czego? Sądzę, że tego co później nastąpiło, co następuje teraz. -Znam twoje dłonie, są takie... bliskie – powiedział. Ułożył wygodnie głowę grzejąc jej uda, za sklepienie miał płaski brzuch oraz piersi Octavii, piersi jakby niosące zapowiedź powrotu do początku. -Nabrałam znowu maści – zapach nie był już tak przykry – ujęła moje ręce, położyła na piersiach. Czułam nabrzmiewanie sutek, wcierałam delikatnie tłustą szarość patrząc jej cały czas w oczy. Ręce i piersi były już suche. Teraz kazała mi zająć się nogami. Żeby sobie ułatwić zadanie wstałam, zrzuciłam wszystko, co miałam na sobie, usiadłam w nogach łóżka, zabrałam się do pracy. Nabierając na dłoń trzeci raz maści stwierdziłam, że prawie pachnie. Musiało to dziwnie wyglądać – dwie nagie kobiety na łóżku, leżąca opierała nogę na ramieniu siedzącej. Masowałam nogę lewą, potem prawą... przy prawej nodze ze ze słoika dobywał się zapach. Skończyłam. Wstała, okryła się leżącą obok łóżka suknią. Popatrzyła na mnie, potem gestem wskazała ubranie, skinęła głową, wyszła. Byłam posłuszna. Poszłam za nią, do jej pokoju. Siedziała w głębokim fotelu, czytając książkę. Dużo czytała. Uśmiechnęła się, odłożyła książkę. Poszłyśmy do wewnętrznego ogrodu. Jej umiłowania – kwiaty oraz posągi walczyły o uwagę widza. Drgnęłam; w kącie stała rzeźba nagiej dziewczynki – wiedziałam, że to ona pozowała. Zrozumiałam jej pragnienie, by być znowu dzieckiem. Ręka twojej matki na moim ramieniu była jak wezwanie. Posłusznie odwróciłam; spoglądałam na nią. -Dziwna jestem? – spytała. Pytanie wprawiło mnie w konfuzję – potwierdzenie nie byłoby prawdą, zaprzeczenie też nie. -Jesteś oryginalna, niepowtarzalna, mało przewidywalna... Jesteś intensywna. -Innymi słowy – nie będziesz moją służącą? -Nie. Zrozumiałam... -Co? -Dlaczego kazałaś mi się rozebrać. -Przeprowadzisz się do pokoju, obok mojego? Chcę, żebyś była blisko, żebyś była moją siostrą. -Zgoda. Nie byłam służącą choć otrzymywałam jakąś pensję; nie pieniądze stanowiły treść naszego związku. Kochałam moją siostrę. Od niej też płynęły podobne emocje.
Codzienny masaż zbliżał nas, podobnie przejażdżki konne – szkło w oku doktora. Twierdził, że sama jazda jest nieszkodliwa – upadek z konia – tak. Była szczęśliwa w czasie przejażdżek. Czy szczęście nie jest ważniejsze od obaw o nasze ciała?
Tego dnia po obiedzie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sosna_adam
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…