Wróć do katalogu

Magister w UK, kolejne fragmenty

Kolejne fragmenty moich przygód na saksach w UK. Zapraszam do zapoznania się z poprzednią częścią.

Zet1, opublikowano , 13 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

***

Każdy kto był na saksach w Wielkiej Brytanii, wie jak wygląda pierwszy tydzień po przyjeździe, jeśli nie masz wcześniej nagranej roboty jest to niekończąca się wędrówka po agencjach pracy, od jednej, do drugiej, im większe miasto, tym więcej agencji do zaliczenia. W Stoke tych agencji było co najmniej kilkanaście, do tego poprzez spłaszczony układ miasta, obejście ich wszystkich zajęło naprawdę sporo czasu. W każdej to samo – wypełnianie dokumentów, czy byłem karany etc.

Potrzebowałem również zaświadczenia od landlorda, czyli właściciela mieszkania, że przebywam tam na stałe i płacę rachunki. Jako, że nie wiedzieliśmy, jak się nasz właściciel nazywał, w zasadzie chyba nikt go nie widział od wielu już lat, po prostu kolejni Polacy przekazywali sobie odpowiednie dokumenty i numery kont, postanowiliśmy być kreatywni i dokument takowy wykonać samodzielnie.

Ponieważ nie byliśmy zbyt mocni w poczcie imion hinduskich, oto jak wyglądało owo zaświadczenie, nabazgrane kurzym pismem Konrada:

02.20.2008 „ I would like to confirm, that Piotr Zegar has lived in 12 Maddock Street, Burslem, Stoke On Trent, ST6 3EW since 02.18.2008” Ashish Hashish

*

A propos agencji… Przypomniała mi się pewna historia, która z saksami jest związana, a raczej z ich próbą, jeszcze we Francji. Moja ówczesna kobieta spędzała tam dłuższy okres czasu – Erasmus, wakacje, drugi semestr Erasmusa. Ja, oczywiście odwiedziłem ją tam, a na wakacje chciałem zostać w Rouen, niestety fundusze były ograniczone, postanowiliśmy więc, że poszukamy dla mnie pracy. Sporym utrudnieniem było to, że nie znam ani troszkę języka francuskiego, a jak wiadomo nad Sekwaną żaden inny język przydatny nie jest. Tak więc byłem prowadzony przez Ewę niczym cielę na powrozie, od zakładu do zakładu, od sklepu do sklepu, od firmy do firmy, od knajpy do knajpy, gdzie Ewcia dopytywała, czy nie potrzebują „chłopca do pracy”, do sprzątania, na zmywak, na kelnera cokolwiek. Przeszliśmy tak dziesiątki różnorakich miejsc pracy, w każdym, zgodnie z przewidywaniami okazywało się, że bez języka francuskiego nie ma najmniejszych szans na zatrudnienie. Po kilku godzinach bezowocnego łażenia, mieliśmy serdecznie dość wszystkiego, duszno, parno, no i w końcu zaczęło lać.

Schowaliśmy się więc w jakiejś bramie. Traf chciał, że nie była to zwykła brama. Szyld z nazwą lokalu, świecący neon browaru, o proszę, knajpa, niech to będzie nasza ostatnia szansa! Może szukają barmana, albo przynajmniej kelnera! Fakt, że nieco zdziwił mnie wygląd drzwi tegoż lokalu, takie jakby nieco pancerne, nieco więzienne, z domofonem i w ogóle… Zadzwoniliśmy domofonem raz, drugi, w końcu za trzecim razem usłyszeliśmy szczęk przesuwającego się żelastwa, jak się okazało, drzwi wyposażone zostały w odsuwany judasz. A w judaszu pojawiło się dwoje kobiecych, steranych życiem oczu.

- Czego? - Dzień dobry Pani. Nazywam się Ewa M… - Czego??? Nie mam całego dnia! - Mhm, oczywiście, przepraszam najmocniej. Dzień dobry. Czy nie potrzebują Państwo może przypadkiem chłopca do pracy? - Chłopca? - Tak chłopca. Jest bardzo pracowity, ma bardzo sprawne ręce, w godzinę zrobi na pewno to, co większość we dwie, albo trzy godziny! - Że co na przykład? - No obsłuży więcej klientów niż inni i lepiej! Może robić nawet kilka rzeczy na raz, to czego inni nie będą chcieli zrobić on zrobi! Zawsze słucha poleceń szefów! – Ewunia już zaczęła się chwytać wszelakich sposobów, żeby tylko zainteresować mną potencjalnych pracodawców. - Hmm… Zrobi wszystko mówisz? - Tak! I za mniejsze pieniądze! – desperacja mojej dziewczyny sięgała już zenitu. Rozległ się szczęk otwieranych zamków, przesuwanych zasuw, otwieranych kłódek. W drzwiach ukazała się kobieta gabarytów solidnego hipopotama, ubrana w skąpą, różową halkę (od tamtej pory, choćby nie wiem jak piękna dziewczyna nie była, widok halki, a szczególnie różowej wywołuje u mnie odruch kapitulacji i dezercji z placu boju), z makijażem przywodzącym na myśl te takie ruskie matrioszki, czyli najkrócej mówiąc – dużo, przesadnie, jaskrawo. - Zrobi wszystko i za mniejsze pieniądz? - T… tak… - pewność z głosu Ewy zaczęła powoli wyparowywać - Pokaż no się chłopcze – rzekła do mnie hipciomatrioszka i chwyciła mnie oburącz za policzki ( w stylu tych ciotek, które to robią atiti, atiti, czy one sobie naprawdę nie zdają sprawy, że za to są przez maluchy znienawidzone?). - Bon żur! – powiedziałem, tak jak mnie uczono, grzecznie i miło, uśmiechając się od ucha do ucha, jak głupi do sera. - Bródkę trzeba zgolić. Brwi poddepilować. Długo w branży? Ja cały czas suszyłem zęby, nic nie rozumiejąc, to pierwsza potencjalna pracodawczyni, która zadawała aż tyle pytań o mnie i poświęciła mi tyle czasu. - W branży? – Ewcia dość wolno, ale w końcu zaczęła kojarzyć fakty.

W tym momencie z klubu wyszedł mój przyszły (i niedoszły jak się okazało) kolega z pracy. Wysoki, szczupły murzyn, w króciutkich dżinsowych spodenkach, z wydepilowanymi nogami i w butach na obcasie. Rzęsy miał dłuższe niż Sophia Loren, a w pępku kolczunio. Przechodząc obok mnie puścił mi oko i dał buziaka w policzek z szarmanckim uśmiechem. Popatrzyłem na Ewę, ona popatrzyła na mnie, chwyciliśmy się za ręce i zaczęliśmy biec, biec, biec… Nie zatrzymaliśmy się przez jakieś piętnaście minut. To była jedna z najbardziej przerażających chwil w moim życiu, mało brakowało, a zostałbym sprzedany przez moją dziewczynę do męskiego burdelu!

***

No i wylądowałem w Anglii. Po raz kolejny. Tym razem w Liverpoolu, a droga minęła szybko i bez przygód, choć owacji dla pilota zabraknąć nie mogło. Podróż minęła więc spokojnie, jedyne co mnie zdziwiło, to gdy szukając w plecaku drobnych na jakieś żarcie, znalazłem swój dość spory scyzoryko-nożo-korkociąg, z którym jak się okazało dwa razy byłem na pokładzie samolotu, zarówno wsiadając w UK, jak i w Polsce, a było to nie tak długo po zamachach w Londynie… Pamiętam, że zabrano mi dezodorant, jakiś breloczek, a ze scyzorykiem pomykałem aż miło. Mniejsza. Od czasu do czasu przewijało się tylko mgliste wspomnienie Polski, przyjaciół, pięknych kobiet, taniego piwa no i Osoby i jej piersi oczu...

Z Liverpoolu autokarem do Peterborough, gdzie przez Internet znalazłem sobie pokoik, a moje rzeczy miały dotrzeć na następny dzień, wysłane przez…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych