Wróć do katalogu

Marsz na Zachód, część I z IV

Końska czaszka nabita na pal przywitała wędrowca, gdy Łowca Czaszek zbliżył się do bramy pustej osady. Obdarta ze skóry i mięsa, matowa kość szczerzyła zęby w obleśnym uśmiechu, budząc dreszcz każdego na tyle pechowego, by przejść pod jej ślepym spoj

Helionis, opublikowano , 25 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Końska czaszka nabita na pal przywitała wędrowca, gdy Łowca Czaszek zbliżył się do bramy pustej osady. Obdarta ze skóry i mięsa, matowa kość szczerzyła zęby w obleśnym uśmiechu, budząc dreszcz każdego na tyle pechowego, by przejść pod jej ślepym spojrzeniem. Było to proste, czytelne ostrzeżenie, znamionujące tragedię, która miała miejsce za ostrokołem. Wędrowiec widział już wiele tego typu znaków; czasami było to wysuszone ciało, wiszące na stryku nad bramą, czasami była to tablica z pojedynczą czerwoną runą „KONIEC”. Raz była to nawet płachta rozwieszona na bramie z napisem „ODEJDŹ”, która po bliższym badaniu okazała się ludzką skórą. Wędrowiec, opatulony w brązową pelerynę przeszedł przez otwartą bramę. Dookoła piersi owinięte miał worki z czystą wodą, która stanowiła prawdziwy luksus na Martwych Ziemiach. Gdy tylko było to możliwe, podczas podróży zaglądał do studni, badał strumienie i sprawdzał działające pompy, ale nigdy nie był zaskoczony, gdy woda okazała się skażona. Z szyi zwisała mu na łańcuszku szczurza czaszka, odbijająca się ciągle od czarnej skóry jego kaftana. Gdy peleryna wzdymała się na zimnym wietrze, błyskały srebrne ćwieki, również te wyszczerbione na kostkach rękawic. Pas z wężowej skóry był ciężki od woreczków o różnych kształtach. W dłoniach ściskał zmodyfikowaną kuszę własnego projektu, przez plecy przewieszony był łuk i wór podróżny. Przywitał go jedynie wiatr świszczący między deskami budynków. Nie znał nazwy wioski, a jej ulice były puste. Powolnym krokiem zaczął zmierzać w dół piaszczystej ulicy, spoglądając na rzędy opuszczonych domostw. Wiele okien było zabitych deskami. Palec wędrowca przebiegł po spuście kuszy, kiedyujrzał iż wiele z drzwi zostało wyłamanych. Gdy doszedł do skrzyżowania, zauważył zgliszcza kilku budynków na końcu ulicy. Otwarte stragany otaczające skrzyżowanie były puste, nie słyszał odgłosów ani nie widział śladów ludzi czy zwierząt. Przed większością domów znajdował się ganek, który niegdyś oświetlały oliwne lampy wiszące na hakach; wędrowiec zajrzał do paru z nich, zbiorniczki były na ogół puste. Sprawdził również dwie stajnie i sporą zagrodę dla bydła, jednak nie znalazł tam nawet trucheł zwierząt, tak jak się tego spodziewał. Najpewniej część mieszkańców zabrała konie, gdy nadeszła wieść iż ich kraj wkrótce zostanie włączony w poczet Martwych Ziem. Wędrując ulicą zauważył jeszcze zakład krawiecki, kowala oraz szyld trumniarza. Od czasu do czasu natrafiał na ślady bytności byłych mieszkańców, tych których nie rozwiał wiatr albo nie rozkradły sępy. Na schodku prowadzącym na ganek leżał przewrócony drewniany konik na kółkach. Dookoła wysuszonej studni rozrzuconych było parę potłuczonych butelek, a na krawędzi samej studni - but. Znalazł nawet garść starych monet, leżących na straganie należącym kiedyś do piekarza. Wędrowiec westchnął lekko i poprawił chwyt worka, który dźwigał. Na końcu głównej drogi stał największy budynek, który mógł być albo świątynią, albo ratuszem. Skierował się w jego stronę. Jego wzrok napotkał nagle skrzypiący na wietrze szyld, przedstawiający stojącego na zadnich łapach niedźwiedzia. Runa pod nim świadczyła, iż budynek, do którego się zbliżał był salonem. Skierował się w tamtą stronę, omijając wywrócony do góry nogami dwukołowy wózek z pękniętą osią. Knajpy rzadko kiedy pozostawały nietknięte, jednak istniała realna szansa iż w piwnicy znajdowała się działająca pompa. Wdrapał się po trzech schodkach prowadzących do wejścia i wciągnął powietrze przez nos; nie poczuł nic, co mogłoby go zaniepokoić, więc wszedł do środka. Podłogę pokrywały trociny, a pomieszczenie rozświetlała pojedyncza lampka wisząca nad barem. Na ścianie za ladą znajdowało się spore lustro, pokryte pajęczynami pęknięć. Obok wejścia leżała przewrócona spluwaczka. W głębi salonu stały schody prowadzące na piętro. Fortepian tarasował drugie wejście, które wychodziło na alejkę między budynkami. W całej knajpie stały tylko dwa stoły, a za jednym z nich siedział pierwszy żywy człowiek, jakiego widział od ponad miesiąca. Był w mniej więcej jego wieku – za stary, by go nazwać młodzieńcem, a jednak za młody, by włosy przyprószyła mu siwizna. Miał na sobie wysłużony uniform Strażnika Miejskiego. Na stole przed nim stała butelka z grubego szkła, dwa kieliszki, oraz obnażona szabla. W dłoni trzymał pistolet wycelowany prosto w twarz nowoprzybyłego. Wędrowiec nie obniżył kuszy, której bełt skierował w stronę tubylca. - Światło na twe drogi, podróżniku – przywitał się miejscowy. Miał niski głos, z akcentem który zniekształcał samogłoski, typowa sprawa dla osadników. - Szczęścia w twym obejściu, gospodarzu – odpowiedział wędrowiec. - Wiem, co musisz sobie myśleć. Tak, jest prawdziwy. Umiem z niego korzystać, może wystrzelić trzy razy pod rząd, a co najlepsze – jest piekielnie celny. Proszę cię więc, byś opuścił swoją kuszę. Usiądź ze mną. Porozmawiamy, wymienimy się paroma opowieściami i rozejdziemy w pokoju. Jak porządni goście. Co ty na to, przybyszu? - Macie wodę? Strażnik kiwnął głową. - Poczęstujcie. Nie przyszedłem sprawiać kłopotów. Wolę o sobie myśleć jako o tym, kto je rozwiązuje. Macie też jakieś jedzenie? - Sałatę. Fasolę. Nawet trochę mięsa - Chleb? - Nie ma. Rano był, ale już nie ma. - Jakie mięso? Strażnik zachichotał. - Koźlina, a co myślałeś? Cudzoziemiec podszedł do stolika, przy którym siedział jego rozmówca i usiadł naprzeciwko. Strażnik był blady, z boku głowy, tuż nad uchem widać było łysy placek i spory guz. Żuł wykałaczkę, a całą twarz porastała zaniedbana broda. Nie wyglądał na chorego – gdyby tak było, wędrowiec gwizdałby na jego groźby i zabił go jak wściekłego psa. Jego wygląd nie różnił się wiele od innych, przeżyć w zabójczych warunkach Martwych Ziem. Powolne tygodnie wypełnione zmaganiami wypisały swe piętno na ciele tego człowieka. Szukanie jedzenia, ucieczka, koszmary, szepty w mroku, przyjaciele i rodzina przepadając jak kamień w wodę jeden po drugim. Parszywy los, który na ogół kończył się totalnym załamaniem nerwowym, szaleństwem i pętlą zawiązaną na krokwi. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, aż w końcu wędrowiec wyciągnął rękę do strażnika. - Harker. Bram Harker. - Strażnik Jack Brown. Witamy w Salen – odrzekł. Uścisnął rękę swego gościa. Harker uśmiechnął się. - Rozumiem powściągliwość w powitaniu, panie Brown. Ale chyba oboje wiemy, że taka ostrożność w stosunku do mojej osoby to, mówiąc delikatnie, gówniana strata czasu. Jestem człowiekiem zmęczonym, a jednocześnie potwornie zapracowanym. Zatrzymałem się tu jedynie na spoczynek i zamierzam odejść nim ponownie wzejdzie słońce. Brown przelał zawartość butelki do kieliszka i zmoczył usta. - Wiem. Wiem, że nie przyszliście tu, by zepsuć mi dzień. Chciałbyś wiedzieć, jak doszedłem do tego wniosku? – zapytał Strażnik. Bram przeniósł spojrzenie na trzy lufy pistoletu, które ziały swymi czarnymi pyskami jak otwarty grób o północy. -Umieram z ciekawości. - Bo to są teraz Martwe Ziemię, cudzoziemcze! Słyszałeś kiedyś o grabieżach w tej przeklętej krainie? Rabunkach? Rozbojach? Na Wieczną Koronę, przestępczość w naszej osadzie nigdy nie była niższa – zachichotał. - Ludzie uciekli albo pomarli. Nic tutaj nie ma, co by można nam zabrać. Garść srebra? Wodę? Pierwsze straciło tutaj wartość, tym drugim chętnie się podzielimy. Żywi błąkają się tutaj tylko wariaci i… - I? - Tacy jak ty. Harker odchylił się na krześle. - Skąd wiecie, że i mnie diabeł pod czaszką nie tańcuje? - Znam się na ludziach. Inaczej nie mógłbym wypełniać swojej roboty. Nie gadasz jak obłąkany, a rynsztunek masz taki jakbyś chciał każdego martwiaka w okolicy sam wykończyć. Nie, nie, jesteś normalny, wystarczająco normalny w każdym razie. Jesteś Łowcą Czaszek, prawda? Mężczyzna z szczurzą czaszką na szyi kiwnął głową. Strażnik uśmiechnął się szerzej i uniósł kieliszek w cichym toaście, po czym ponownie się napił. - Wiedziałem. Przybywasz z zachodu? Harker pokiwał głową: - Nie. Ale wracam w tamtym kierunku. - Możemy iść z tobą? Proszę. Obcy głos doszedł ze schodów, prowadzących na drugie piętro, gdzie zapewne znajdowały się pokoje gościnne. Chłopak odziany w czerwoną, brudną od kurzu i ziemi kamizelkę i lniane spodnie wpatrywał się w Harkera. Trząsł się lekko, jakby nie wiedział co ma zrobić; wrócić na górę, czy oczekiwać na odpowiedź. - Ray, zgłupiałeś? Wracaj na górę… - drugi głos, należał bez wątpienia do dziewczyny. Harkerowi ten głos wydawał się zadziwiająco przyjemny do usłyszenia, zwłaszcza po długich tygodniach spędzonych samotnie w dziczy. Para dłoni chwyciła chłopaka na schodach za ramię, jednak ten szybko się wyślizgnął z jej uchwytu. - Musisz nas zabrać na zachód. Proszę. Inaczej umrzemy, a potem wrócimy, jak cała reszta. Proszę, nie chcę skończyć tak jak Eddy, jak mama, jak pan Roberts. Catie nie może tak skończyć. - Ray, przestań… - ponownie dziewczęcy głos. Brown poderwał się nagle od stołu, krzesło zaszurgotało na podłodze. - Słuchaj siostry. Tak jak się umawialiśmy, zajmę się tym. Idź! Dzieciak wyglądał jakby miał się jeszcze kłócić, jednak ton starszego mężczyzny zgasił w nim jakiekolwiek protesty. Z ociąganiem się postawił nogę na wyższym stopniu. - No już, wracamy! Twarz dziewczyny mignęła zza węgła. Siostra. Bez wątpienia siostra, starsza o dobre parę lat. Podobny kształt twarzy, identyczne oczy. Taki sam grymas, zdradzający strach zmieszany z zadziwiająco chłodną determinacją i oczekiwaniem. Strażnik opadł z powrotem na krzesło. Między dwojgiem mężczyzn zapadło dziwne milczenie, gdy oboje zdali sobie sprawę, że zaraz jeden z nich będzie zmuszony poprosić o niesamowitą przysługę zupełnie obcego człowieka. Brown patrzył się na Harkera z nadzieją i niechęcią zarazem. Łowca Czaszek. To była jego cholerna kawaleria, która przybyła na ratunek. Chromolony w zad Łowca Czaszek. - Zjesz z nami? Jesteś pierwszym człowiekiem, którego tu gościmy od trzech miesięcy. Catie przygotuje nam coś zjadliwego. - Z przyjemnością. Umieram z głodu. Brown zachichotał. Dźwięk ten brzmiał bardzo nie na miejscu i był bardziej upiorny niż płachta ludzkiej skóry z napisem „ODEJDŹ”.

*** Kolację zjedli na drugim piętrze, w pokoju dla gości. Obecnie, służył on ocalałym jako sypialnia, kuchnia i jadalnia w jednym. Trzy łóżka otaczały okrągły stolik, przy którym zasiedli Bram, Jack i Catie. Ray siedział pod kołdrą, trzymając talerz na kolanach. Wszyscy troje byli wychudzeni i brudni, jednak żadne nie zdradzało przejawów żadnej choroby; brak gorączki, wysypki, żadnych drgawek, nic. Niesamowite... Pożywiali się siekaną kapustą z resztką chleba, którą podzielił się z nimi Harker. Catie nalała wszystkim wody – czystej – za co Łowca podziękował. Dziewczyna wzruszyła jedynie ramionami. - Mnóstwo ludzi zaczęło się wyprowadzać jeszcze zanim plaga nadeszła nad te ziemię. Uciekali na północ i zachód, szukali schronienia w większych miastach, albo nawet za Rejanem. Byli przekonani, że to… - Brown machnął łyżką w bliżej nieokreślonym kierunku -… to wszystko zatrzyma się właśnie na rzece. - Mieli rację – odparł Harker. Strażnik zmarszczył brwi, zastanawiając się czy Łowca sobie z niego kpi. Bram jednak milczał. - Katastrofa. Tragedia. Inaczej tego się nie da ująć. W mieście zostało jeszcze ponad setka ludzi, gdy martwiaki uderzyły na nas po raz pierwszy – na twarzy strażnika wykwitł gorzki uśmiech. –Na tydzień przed atakiem wciąż debatowaliśmy, czy na pewno wieści ze wschodu o pladze nie były przesadzone. To było pięć miesięcy temu. Nasz burmistrz zwoływał naradę za naradą, kompletnie nie wiedział jak sobie z tym wszystkim poradzić. Wielu mieszkańców gadało, że posłańcy milczeli od tygodni, nikt nie przybywał, słońce wstawało rano, a zachodziło wieczorem, słowem: spokój, a wcześniejsze wieści były tylko przesadzonymi plotkami. - A prawda była taka, że wieści żadnych nikt nie przysyłał, bo już nie było komu. Trupy pisać nie potrafią – powiedziała Katie, grzebiąc drewnianą w swojej misce. Brown wzruszył ramionami. - Racja, choć tego o pisaniu to nie wiem. Gdy my debatowaliśmy, czy uciekać, to już nas pewno wpisano na Martwe Ziemie.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych