Wróć do katalogu

Memuar z Chile (2024)

Pamiętnikowe zapiski z miesięcznego wypadu do Chile i na Wyspę Wielkanocną

Artur Dubisopublikowano 1 lipca 20254 godz. 30 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ładna wersja PDF z obrazkami tutaj:

https://drive.google.com/file/d/10ccfRXkPOHy5sxXONR_uySaty6TCEXHR/view?usp=sharing

Memuar z Chile by Artur Dubis 2024

Rezerwacje do Chile poczyniłem około 4 miesięcy przed wylotem (7 marca), a wcale nie wyszło to jakoś taniej niż przyszło mi zapłacić za rezerwację poczynioną w zeszłym roku, kiedy to samolot do Argentyny bookowałem trzy tygodnie przed odlotem. Zamówiłem sobie też książkowy przewodnik i to z niego właściwie dowiedziałem się, że do Chile należy… Wyspa Wielkanocna, o której chyba każdy kiedyś w życiu słyszał (acz nie każdy zastanawiał się, czy to jakieś osobne państwo czy też terytorium zarządzane jest przez jakiś inny kraj z odległego lądu)! Odkrywszy ten fakt niemal natychmiast zaświeciła się ta mityczna lampka w mojej owłosionej głowie i pojawił się niby mój, ale jednak jakby nie mój, głos w jej (pustych) czeluściach – ‘skoro Wyspa Wielkanocna należy do Chile, to coś z Chile musi tam przecież latać!’ 3500 tysiąca kilometrów na zachód, w kierunku Australii, środek oceanu. Poszperałem po necie… Bingo! Coś tam lata! Ze stolicy, z Santiago! Nawet nie tak drogo, 200 dolarów w jedną stronę. Tak więc dokładnie trzy tygodnie później, dnia 28 marca, stałem się szczęśliwym posiadaczem rezerwacji lotu na Wyspę Wielkanocną! I tak oto, bez jakiegoś większego planu, czekałem lipca i kolejnej przygody!

Nim przejdę do zapisków z pamiętnika czynionych na bieżąco, wspomnę, że jeżeli chodzi o dostanie się na Wyspę Wielkanocną, to sporo komplikacji zajęła tak zwana papierologia. Mianowicie:

1) Wypełnienie formularzu wjazdu na wyspę – niby nic, ale można to było zrobić dopiero najwcześniej 21 dni przed przylotem, bałem się więc, czy aby ktoś mnie nie ubiegnie, czy nie ma jakiegoś limitu turystów. Na szczęście się udało. Potrzebny do tego był jednak… 2) numer zaproszenia.

Z tego, co wyczytałem, rezerwując jeden z zatwierdzonych przez ministerstwo hoteli na wyspie, taki numer dostawało się niejako z automatu przy zarezerwowaniu noclegu. Ja jednak nie jestem fanem bezdusznych, ciasnych miejsc noclegowych - znalazłem dość tanią miejscówkę na appce Airbnb – ładny domek (!) w cenie niższej niż kawalerki w Krakowie! Nie spodziewałem się, że nocleg na Wyspie Wielkanocnej będzie tak cenowo przystępny! Problemem jednak był fakt, że był to domek należący do osoby prywatnej, a ta musiała do lokalnych władz wyspy zanieść papiery stwierdzające, że jestem przez nią zapraszany, następnie władze musiały to zaaprobować, wydać zezwolenie i specjalny numer (czyli ten numer zaproszenia). To też trwało, bo – jak się okazało - można to zrobić też jakieś 3 tygodnie wcześniej przez przylotem. Bez numeru zaproszenia nie można było więc wypełnić formularza wstępu na wyspę i nie można było zakupić, tu punkt 3, biletu wstępu do Parku Narodowego Rapa Nui, czyli do miejsc porozrzucanych po wyspie, które koniecznie trzeba zobaczyć.

Tak więc bez zaakceptowania zaproszenia mnie przez właścicielkę domku i nadania mi numeru zaproszenia (patrz nr 2), nie mogłem wykupić biletu wstępu na wyspę (nr 1) i biletu wstępu do atrakcji na wyspie (nr 3).

Właściwie wszystko udało się załatwić dopiero 11 dni przed wylotem do Chile, a 15 dni przed wylotem na Wyspę Wielkanocną. Nie obyło się bez nerwów, bo właścicielka domku obiecywała, że do władz uda się miesiąc przed moim przybyciem, potem pisała, że władze kazały jej przyjść 3 tygodnie przed, potem się nie odzywała, i dopiero jak pogroziłem zerwaniem (na szczęście bezpłatnym) rezerwacji i znalezieniem jakiegoś hotelu, załatwiła mi ten nieszczęsny numer zaproszenia. Na szczęście nie trafiłem na jakiś limit, jeśli chodzi o punkt 1 i 3. Miałem też zapewnione atrakcje, gdyż w cenie 150 dolarów właścicielka obiecała zorganizować mi 3 dni zwiedzania wyspy z przewodnikiem!

Pobyt na Wyspie łącznie z biletami, samolotem, przewodnikiem trochę mnie wykosztował, ale stwierdziłem, że będzie to pewnie jedyna okazja w życiu by się tam tak tanio dostać (bo niejako przy okazji pobytu w Chile), toteż postanowiłem nie płakać nad każdym wydanym później dolarem. Pracę się ma, coś się po powrocie przyoszczędzi (błyskawiczne zupki chińskie, zwłaszcza te czerwone, też są przecież pyszne! – poza tym w supermarketach co chwila są jakieś promocje :P ), człowiek się odkuje, a przynajmniej zobaczy miejsce, o którym naprawdę sporo ludzi marzy i właściwie w 99% przypadków na marzeniach się to pewnie skończy. Życie trzeba jednak brać za rogi, zwłaszcza jeśli życie te rogi niejako samo nadstawia. I nie ma się co zastanawiać, szczególnie jeśli człowiek jest jeszcze relatywnie młody, jeszcze zdrowy i jeszcze ma jakieś oszczędności. Po tym przydługawym wstępie, oddaję głos zapiskom!

01 lipca, Polska Dograłem nr zaproszenia od lokalnego mieszkańca. Wypełniłem formularz wjazdu, gdzie ten nr był wymagany. Zakupiłem bilety do Parku Narodowego Rapa Nui. Bilet na samolot już mam – w obie strony. Wszystko więc jest dograne, można spać spokojnie!

11 lipca, Polska

Może warto podzielić się zabawną, z perspektywy mojej i wypadu do Chile, historyjką. 7 lipca tego był drugim koncertem Metallici w Warszawie (pierwszy był dwa dni wcześniej), na Stadionie Narodowym. W czasie pierwszego koncertu siedziałem sobie na trybunach, ale wspomnianego 7-go lipca udało mi się być w Snake Pit, czyli w samym centrum okrągłej sceny. James i Kirk popisywali się solówkami może metr ode mnie, Robert był niemal na wyciągnięcie ręki, udało się przybić piątkę Larsem – coś niesamowitego! Kiedy jest się tak blisko swoich idoli (zwłaszcza z czasów dorastania), człowiek czuje niemal jakby to sami bogowie w ludzkich postaciach zeszli ze szczytów Olimpu i zaszczycili świat swoją boską obecnością, ale… ja nie o tym, tzn. nie będę tu recenzował wspaniałego koncertu legendarnych bogów metalu. Otóż obok mnie (dosłownie obok mnie!) stało czworo ludzi w czerwoniutkich koszulkach reprezentacji… Chile! Oczekując Metallici oczywiście zagadałem i tak, jak podejrzewałem, byli oni z tegoż właśnie kraju. Jakież było ich zaskoczenie, gdy po hiszpańsku powiedziałem im, że za 4 dni lecę do Chile! Bardzo się ucieszyli! Oni w Polsce byli już od tygodnia, jeżdżą za Metallicą, przy okazji zwiedzają sobie kraje, w których ona gra. Pogadaliśmy sobie troszkę, bardzo mili ludzie – miałem nadzieję, że w Chile również spotkam tak miłe osoby!

PS: Jedna kobieta, będąca częścią ich grupy, złapała pałkę Larsa! Szczęściara!

12 lipca, w samolocie

O samolotach może króciutko – w przeszłości często, chyba zbytecznie, rozpisywałem się o samych lotach, co może niepotrzebnie tylko wydłużało relację. Tym razem więc najkrócej jak się da!

Podróż udało się zacząć z pobliskiego Krakowa, w dodatku o normalnej, dziennej godzinie (17:40). Lot do Paryża, tam krótki odpoczynek (2-3 godziny) i niemal od razu wejście na inny, większy samolot, po czym trzeba było przeżyć… 14-godzinny lot do Santiago.

Na pokładzie wyjąłem sobie książkę Rapa Nui (to inna nazwa Wyspy Wielkanocnej) Małgorzaty Terlickiej i kątem oka zauważyłem, jak nieco natrętnie przygląda się mi, a właściwie to czytanej przeze mnie książce, jakiś mężczyzna siedzący po drugiej stronie przejścia, tak na oko może jakiś metr ode mnie. Lat około 50, duży, jak z nowozelandzkiej drużyny rugby, z bliżej niezidentyfikowanymi tatuażami na ramionach. Wyglądał trochę jak Polinezyjczyk, trochę jak Maorys, oczyma wyobraźni widziałem, jak wściekle tańczy Hakę, słynny taniec wojenny wykonywany przed meczami w rugby Nowej Zelandii. Mężczyzna miał długie, kręcone włosy opięte bandaną, z tyłu głowy zaś miał kucyka. - Ja jestem z Rapa Nui! – wykrzyknął w końcu, uśmiechając się do mnie od ucha do ucha. I tak się zgadaliśmy. Okazało się, że pracuje we Francji, stamtąd ma żonę, z którą leci, i małą córeczkę, która również jest na pokładzie. Pokazałem mu moją rezerwację na Wyspie Wielkanocnej, zdjęcie i imię gospodyni – kojarzy ją! No, wielu ludzi na wyspie nie mieszka, ma ona jedynie około 7,700 mieszkańców, toteż wszyscy się mniej lub bardziej znają. Mówił głównie hiszpańskim, choć nie zdając sobie chyba z tego sprawy wplatał francuskie i angielskie słówka. Niemniej jednak go rozumiałem. Po jakimś czasie swoją uwagę skupił na jakiejś kobiecie pochodzącej z Santiago, która siedziała za mną. Z początku jeszcze rozmawiali i prowadzili jako-taki dialog, ale po chwili pan prowadził już monolog. Mówił, że życie jest krótkie, że trzeba się nim cieszyć. Że ludzie są różni, ale zawsze równi. Że rodzina jest bardzo ważna. Ot, mówił takie dziwnie proste i oczywiste w XXI wieku rzeczy. Potem udał się w rejon ubikacji i tam prowadził rozmowę z jakimś mężczyzną. Hmm, sympatyczny, otwarty człowiek, ale na dłuższą metę dosyć tymi swoimi oczywistościami męczący. Ja w międzyczasie znalazłem album ‘Senjutsu’ Ironów na ekranie w zagłówku przede mną i się wyłączyłem. Zasnąłem i muszę powiedzieć, że spałem długo i nawet wygodnie, jak chyba nigdy wcześniej w żadnym samolocie! 8-9 godzin!

Teraz, gdy piszę tę notatkę, jest 8:29 czasu Chile, lecimy już 13-tą godzinę, jest okay. Na ogonie zamontowana jest kamera, na tablecie mam podgląd na to, co widzi. Widać z niej całe cielsko samolotu (Airbus A350-900 mający 350 miejsc) i piękne góry poniżej. Przypomina mi się serial ‘Manifest’ (pol. ‘Turbulencje’), gdzie samolot zniknął z radarów i powrócił 5 lat potem. Pasażerowie niczego nie zauważyli, ale świat poszedł do przodu. Czy my też wylądujemy 5 lat potem? Ale by było! Ciekawe, co by nas ominęło? Jakie wojny, wynalazki, czyja śmierć? Ciekawe, co przyniesie przyszłość… Ciekawe co przyniesie ten mój następny miesiąc w Chile?

Cieszę się małą, plastikową buteleczką Chardonnaya przyniesioną mi przez obsługę, niedługo będzie lądowanie. Trzeba będzie uważać na telefon, bo gospodarz mieszkania, jakie wynająłem sobie na dwie pierwsze noce w Santiago, ostrzegał, by nie wyciągać go na ulicy. Pisał również, bym ze względów bezpieczeństwa nosił plecak z przodu, na klatce piersiowej. Te same rady, co wszędzie w Ameryce Łacińskiej. Będę uważał, no ale bez przesady.

Dodam, że w samolocie lecącym tak wysoko i tak długo, jest – jak zawsze – zimno. Jest kocyk, ale jakiś przykrótkawy i grzeje raczej słabo. Ale bez niego byłoby jednak ciężko!

12 lipca, Santiago, Chile

Jeszcze w Paryżu, w kolejce do samolotu, zgadałem się z taką młodziutką, blondwłosą dziewczyną. Miała 24 lata, była z Górnej Austrii (Oberösterreich). Po przylocie do Chile ponownie spotkaliśmy się przy taśmie, na której płynęły sobie bagaże. Do Chile przyleciała by powspinać się po górach, których tutaj nie brakuje (Andy, Kordyliery), jest studentką ekologii i oczywiście nigdy nie była w Polsce (choć to tylko kilka godzin drogi autem/autobusem) – to nie pierwszy raz, gdy spotykam Austriaków za oceanem i okazuje się, że ci nigdy nie byli w naszej Rzeczpospolitej. Oczywiście zareklamowałem Kraków! Bagaż Sary pojawił się na taśmie, widać, że miała trudności ze zdjęciem go. Widząc to, spróbowałem go podnieść i potrzymać! Fuck! Jaki ciężki! 18 kilo! A miała jeszcze drugi, lżejszy, podręczny. „Sprzęt do wspinaczki trochę waży” – powiedziała, śmiejąc się. Postanowiliśmy razem poszukać jakiegoś autobusu, może zrzucić się razem na taxi, ale… taśma już jakiś czas sunęła pusta, a mojego bagażu nie było! Staliśmy tak jeszcze tylko we dwoje ponad 5 minut gapiąc się z nadzieją w oczach na pustą już taśmę, która ostatecznie, po pewnym czasie smutno się zatrzymała. No cóż, byłem bez bagażu. Nie łamałem się tym jednakże, jako że kiedyś Avianca zgubiła mi bagaż gdy byłem w Salwadorze – mając już więc pewne doświadczenie w podobnych nieszczęściach losu, wiedziałem, że szybko na mieście ogarnę sobie takie rzeczy jak pasta do zębów, bielizna, czy coś (PS: w Salwadorze po kilku dniach przesłali mi bagaż taksówką na miejsce mojego kwaterunku). Miałem też dobre ubezpieczenie, więc jeszcze bym na tym zarobił niezłą sumkę (Air France, którym leciałem z Krakowa i Paryża też by coś dorzucił). Szkoda tylko było rozstania z Sarą – nie tylko dlatego, że łatwiej byłoby nam ogarnąć transport do centrum Santiago, ale też była fajną osobą i od razu się polubiliśmy. Może i kopsnęlibyśmy się gdzieś razem, kto wie? Nie ma co gdybać!

Pożegnałem się z Sarą, która i tak na mnie długo czekała, po czym poszedłem do stanowiska, gdzie zgłaszało się zagubiony bagaż. Tam zajęto się mną bardzo profesjonalnie. Zapewniono wi-fi, zacząłem z takim panem wypełniać formularz online, i akurat, gdy już mieliśmy zatwierdzać zgłoszenie, podszedł do mnie inny pracownik lotniska, który niósł mój plecak! Ucieszyłem się na jego widok, bo to zawsze mnie komplikacji! Okazało się, że utknął gdzieś na taśmie w części niedostępnej dla pasażerów – na szczęście nie doznał żadnych uszkodzeń. Panowie ucieszyli się wraz ze mną, doradzili zmianę ubrania – byłem w krótkich spodenkach i podkoszulku, a na zewnątrz było 6 stopni Celsjusza! W Chile, kraju kojarzonym raczej z upałami! Będzie tak, jak z Argentyną – w środku kraju będzie letnio w ciągu dnia, a im bardziej na południe, tym zimniej. Natomiast im bardziej na północ, tym cieplej. Może nawet i gorąco. Pamiętać trzeba, że tutaj w lipcu i sierpniu jest sezon zimowy! A samo, wąskie i długie jak papryczka chili, Chile, ciągnie się przez 4300 kilometrów (czyli jak z najbardziej na północy położonego punktu Szwecji aż do samego Egiptu, z zachodu Portugalii po sam koniec wschodniej Ukrainy, a jeśli komuś mało porównań, dodać mogę, że Chile niemal idealnie mieści się na długości CAŁYCH Stanów Zjednoczonych). W jednym z kiosków na terenie lotniska zakupiłem kartę telefoniczną (5 dolarów za miesiąc), której sprzedająca kobieta nie chciała mi pomóc wsadzić do telefonu (potrzeba takiej szpileczki). Jak stwierdziła dosyć obcesowo: My sprzedajemy, nie instalujemy.

W ubikacji przebrałem spodnie, wyjąłem starą wiatrówkę i narzuciłem na siebie. Po wyjściu wiatrówkę jednak musiałem zdjąć, bo było mi w niej za ciepło. Chilijczycy w grubych kurtkach. Różnica w przyzwyczajeniach – dość zabawna w zasadzie. Przed lotniskiem w niewielkiej budce zakupiłem bilet na autobus, który podwozi pod stację metra. 2 dolary. Pojazd szybko zapełnił się innymi ludźmi. Jadąc w stronę stolicy, Santiago, widziałem ośnieżone góry, którymi to miasto jest otoczone. Przeciekawy, i przepiękny przy okazji, widok!

Wysiadłem pod stacją metro zwącą się Pajaritos (pol. Ptaszki). Znajduje się tam też dworzec autobusowy, jest mnóstwo osób z ochrony pilnujących porządku i bezpieczeństwa, jest sporo kas, gdzie można sobie naładować kartę – można to też zrobić w specjalnych automatach. Napomknąć jeszcze warto, że metro w Santiago ma 7 linii! W porównaniu z nim, to jedyne w naszym kraju, metro warszawskie, to jakiś mała popierdółka jest! Niestety, okazało się, że kartę do metra mogę kupić jedynie za gotówkę, a przy sobie nie miałem ani jednego chilijskiego peso. Postanowiłem więc iść w stronę centrum tak długo, jak się da, aż natknę się na jakiś kantor albo bank. Istotnie, po 15 minutach znalazłem kantor w banku. Miałem już więc przy sobie pierwsze pesos (wymieniłem 200 dolarów). Po drodze poprosiłem jakąś panią - sprzedającą m.in. karty do telefonu na stoisku ulicznym - o pomoc we włożeniu karty do telefonu (potrzebna była igła) i pomoc w rejestracji karty. Zgodziła się bez problemu! Więc są w Chile jacyś pomocni sprzedawcy! :) Nie ma się co zrażać po napotkaniu z początku jakichś niepomocnych lokalsów – później na jakichś na pewno się trafi, a z doświadczenia wiem, że ludzie wszędzie częściej pomagają, niż nie.

Na stacji metra Ecuador też było dużo ludzi w żółtych kamizelkach, ale oprócz zapewniania bezpieczeństwa, pomagali też podróżnym przy automatach biletowych (np. mnie!). Obstawiali też każdą bramkę (tak, bramkę!) metra. Uniemożliwiali nielegalne przejście na perony. Zastanawiam się, ile musi kosztować utrzymanie takiej armii ochrony metra!

Najpierw zakupiłem, potem doładowałem kartę i fruuu, od razu pomknąłem metrem na stację Las Leones, w pobliżu której znajduje się Hard Rock Cafe (zbieram ich koszulki z kawiarni rozsianych po całym świecie – dziwactwo takie, wiem…). Po zakupie koszulki nadszedł czas na piwko w barze restauracyjnym. Zgadałem się z sympatycznym barmanem po 40-tce. Mówił, że próbował ściągnąć Żubrówkę do lokalu, ale mu się nie udało! Poopowiadał trochę o czasach, gdy pracował w Hiszpanii, Norwegii i Anglii, doradził, jakich stref w Santiago unikać, mówił, by nie chodzić po mieście po zmroku, doradził odwiedzenie platformy widokowej (‘a pod nią masz dużo tanich barów!’). Doradził zakup narodowego napoju Chilijczyków, czyli Pisco. Taki mocny alkohol, coś jak brandy, od 35 do 60% alkoholu. Czas miło zleciał, troszkę odpocząłem po długiej i męczącej podróży.

Metrem udałem się do mieszkania, na dole klikudziesięciopiętrowego bloku portierzy poprosili mnie o paszport, spisali dane, po czym dali mi kluczyki i życzyli miłego pobytu. Wjechałem windą na… 31 piętro! Męczyłem się trochę z elektroniczną klamką, która prosiła o kod, ale na szczęście po kilku próbach udało się wejść do środka. Super mieszkanko! Taka kawalerka z sypialnią za ścianą. Część główna, czyli salon, mieściła kanapę na 3 osoby – siedzi się właściwie na podłodze, bo to bardziej taka bean bag (poducha) do siedzenia jest, niż kanapa. Przed sobą ma się gigantyczny telewizor. Na nim aplikacja z filmami, podpięty Xbox do grania, jest i YouTube. Mały aneks kuchenny z czajnikiem, piekarnikiem, kuchenką mikrofalową. Za oknem fantastyczny widok na miasto z góry! Naprawdę wspaniała miejscówka!

Zrzuciłem bagaże i poszedłem na zakupy, a przy okazji troszkę poznać okoliczny teren. Ceny w okolicach to prawdziwy szok (są tak wysokie)! Chleb – 3-4 dolary, 10 plasterków najtańszego sera, też 3-4 dolary, z szynką podobnie. Oj, może być ciężko. Może znajdę jutro w okolicy jakiś porządny supermarket z normalnymi cenami! Kupiłem też polecane przez barmana z Hard Rocka Pisco – 0,75l za 6 dolarów, w tym cola gratis. Wreszcie jakaś normalna cena! Póki co, średnio smakuje, wypiłem dwa (czyste) łyczki i dziwnie jakoś tak na podniebieniu.

Wrażenie z Santiago po pierwszym, niepełnym dniu? Na pewno dziwnie wyglądają wysokie wieżowce, zza których wyłaniają się ogromne, białe góry. Mam wrażenie, że jestem w jakichś Alpach! Metro jest mocno przepełnione, korków na ulicach raczej nie ma, jest dosyć czysto. Ale drogo! Nie tylko we wspomnianych małych sklepach, ale również w restauracjach – ceny za obiad jak w Danii! Za 5-8 dolarów w Santiago raczej nie da się zjeść. Jedynie hot-dogi za jakieś 3-4 dolary mogą być substytutem obiad dla takiego biednego travellera, jak ja. Peru i Argentyna, czyli miejsca, gdzie byłem odpowiednio dwa lata i rok temu, były duuuużo tańsze. Chile jest drogie! (tutaj autor wpisu szlocha!)

13 lipca, Santiago

Zmęczenie, a może jet lag, dało znać o sobie. Wczoraj na tej kanapo-poduszce zasnąłem już o… 21.00! Włączyłem jakiś film i nie minęło 10 minut jak odleciałem. Wstałem o 4.00, i choć byłem trochę przymęczony, nie mogłem z powrotem zasnąć. Słońce tu wstaje o 7.30, nie miałem więc za bardzo co ze sobą zrobić.

Gdy się rozwidniło postanowiłem ruszyć na podbój miasta. Tym razem na recepcji była pani. Mimo, że siedziała w środku budynku, siedziała w kurtce i czapce! Rozbawił mnie ten widok, nie powiem. Na zewnątrz był 1 stopień Celsjusza, co bardzo mnie zdziwiło! W nocy musiało być jeszcze mniej! No nieźle, prawdziwa zima, niemal taka, jak Polska! Po ulicach snuła się lekka mgiełka, z ust leciała para. Do metra nie udało mi się wsiąść od razu – już szedłem do drzwi wagonika, ale odbiłem się od ludzi, którzy odbili się od innych ludzi, którzy odbili się od ludzi w środku. No po prostu się nie zmieściliśmy! Metro ewidentnie potrzebuje większej ilości kursów albo dłuższych składów! Za drugim razem się udało, ale w środku człowiek człowiekowi wyciskarką (tj. gnietliśmy się niesamowicie!). Pilnowałem kieszeni z telefonem i kartą płatniczą, plecak miałem na klatce piersiowej, by ktoś mi go czasem nie pociął (w nim nic właściwie, oprócz ładowarki, książkowego przewodnika i paszportu nie miałem). Zmierzałem w okolice góry San Cristobal, na której miał znajdować się piękny punkt widokowy. Po drodze minąłem wysoki budynek, na którym rozwieszono ogromny plakat reklamujący dwa koncerty Iron Maiden w Santiago, w dniach 27 i 28 listopada. Pamięcią wróciłem do zeszłego roku, 13 czerwca 2023, kiedy mogłem podziwiać tę legendę w Krakowie (promowali album Senjutsu, który swoją monumentalnością bardzo mi się spodobał!). Było cudownie! Ale wracając do Chile… Na ulicach Santiago ludzie rozkładają uliczne stragany dopiero o 10.00. Widać tu różnicę między Polską, gdzie handel kwitnie od rana. Przypomniały mi się też sceny z Kiszynowa, Mołdawii, gdzie rozkładających swoje uliczne biznesy widziałem po… 4 nad ranem! Europa Wschodnia ma jakiś kult, może i niezupełnie zdrowej, pracy (choć młodzi nazywają to podobno kultem zapierdolu i niezupełnie już chcą harować w ten sposób, co ma oczywiście swoje plusy, ale ma również – co oczywista - i minusy…).

Do szynowego wagonika wwożącego na punkt widokowy Cerro San Cristobal czekało się długo. Czekanie umilała muzyka puszczana w sposób nienatrętny z głośników. Słowo ‘umilała’ ma tutaj bardzo dosłowne znaczenie. Otóż gdy puszczano jakiś znany kawałek, ludzie stojący w kolejce zaczynali kołysać się do jego rytmu! Nie ma tej polskiej spiny i nerwów – czekanie, jak się okazuje, może być przyjemną czynnością, w czasie której można sobie odpoczywać i dobrze się bawić!

Widok z góry jest piękny! Miasto wydaje się ciągnąć w nieskończoność – jest ogromne! Położone w oddali góry nikną i ciemnieją w gęstniejącej wraz z odległością chmurze przypominającą smog. Takie wydaje się Santiago z pierwszego punktu widokowego, na który trafia się zaraz po wjechaniu wagonikiem na górę. Z innego jej miejsca inna część miasta wydaje się mniejsza, bardziej zwarta, zamknięta po drugiej stronie przepięknie ośnieżonymi Andami. Powietrze tu w lipcu jest świeże i rześkie, choć niewątpliwie też nieco chłodne.

Kolejka nie wwozi ludzi na sam szczyt Cerro San Cristobal, ale można jeszcze podejść wyżej i minąć niewielki ‘amfiteatr’, służący do organizacji wydarzeń religijnych (msze święte), a także niewielką kapliczkę z szarego kamienia, przy której ludzie zostawiają różańce z podziękowaniami i prośbami, paląc też świece w różnych intencjach. Nieopodal znajduje się też miejsce, gdzie kupczy się dewocjonaliami – chyba zawsze pełne ludzi, którzy chcą zakupić wisiorki, krzyżyki, i tym podobne amulety. Nad wszystkim, na samym szczycie, góruje biały pomnik Matki Boskiej, wysoki – wliczając w to piedestał – na 22 metry. Właściwie nic specjalnego, Maryja stoi i rozpostarte ramiona kieruje w stronę miasta. Choć jedna rzecz może czyni go nieco niezwyczajnym – miasta Ameryki Łacińskiej zazwyczaj na pobliskich szczytach preferują Chrystusów. W przypadku Santiago wybrano Maryję. Wewnątrz piedestału znajduje się małe (zamknięte) pomieszczenie, w którym swego czasu, w 1987 roku, modlił się pochodzący z Polski papież, Jan Paweł II. Chcąc nie chcąc więc znowu podążyłem jego śladem (myślę, że podróżujący człowiek wpada na miejsca odwiedzane przez papieża Polaka dosyć często, choć rzadko zdaje sobie z tego sprawę).

Z góry można zjechać sobie kolejką linową, ale z tej racji, że nigdzie nie było mi spieszno, postanowiłem sobie z niej zejść. Szło się asfaltową drogą, wzdłuż harmonijki ośnieżonych gór i miasta otulonego w mlecznej mgle. Dużo biegaczy wbiegało na szczyt, wjeżdżało na niego również wielu rowerzystów! Na pewno wymaga to nie lada kondycji i wysiłku – szacun!

U podnóża góry zlokalizowany jest Ogród Japoński. Bardzo przyjemne miejsce, po którym można sobie spokojnie pospacerować. Przez jego teren płynie wąski strumyczek, nad którym przerzucone są niewielkie, drewniane mostki (zakochane pary robiły sobie na nich zdjęcia), na równo przyciętej, zadbanej trawie rosną przystrzyżone z gracją gęste krzaczki, jest młyńskie koło wodne, w niewielkich oczkach wodnych pływają kolorowe rybki. A wszystko to z widokiem położone troszkę niżej miasto, w tle którego pięknie piętrzą się góry. Bardzo przyjemne miejsce!

Idąc dalej w dół mija się park linowy, aż dociera się do poziomu miasta. Stamtąd już niedaleko było do prawdziwego cudeńka architektury i miejsca wyróżniającego się na panoramie miasta, mianowicie do wieżowca Sky Costanera. Kilka faktów z planszy informacyjnej znajdującej się wewnątrz budynku: zakup ziemi pod budynek dokonany został w 1986 roku, ale wykop pod fundamenty rozpoczęto dopiero w 2005 roku (19 lat potem!). Budowa trwała 10 lat, wieżowiec otwarto w 2015 roku. Do jego budowy użyto 105 tysięcy ton stali i 350 tysięcy metrów sześciennych betonu. Pracowało przy nim 6 tysięcy pracowników. Sky Costanera wysoka jest na 300 metrów! (warszawski pałac kultury ma 237 metrów, Sky Tower we Wrocławiu 220 metrów) Inwestycja nie byle jaka! W chwili obecnej jest to najwyższy budynek w Ameryce Południowej. Bilet wstępu kosztował około 20 USD, więc niemało. Ale być w Santiago i nie zaliczyć najwyższego budynku na kontynencie… Na pewno po powrocie plułbym sobie w brodę! Windą bardzo szybko wjeżdża się na 61 piętro, a tam, jak i na 62 piętrze, rozciąga się fenomenalny, panoramiczny widok na całe miasto pięknie otoczone śnieżnymi górami. Zupełnie jakby znajdowało się w ich czułych objęciach! Mgła około godziny 14-ej już opadła, powietrze zdawało się wyostrzać widok, w dole można było rozróżnić tak wiele detali! Na przykład jakiś niebieski domek ukryty w cieniu apartamentowców, mały kościółek wciśnięty między dumne wielopiętrowe gmachy, brązowe drzewa wzdłuż głównych arterii miasta, rzeka Mapocho, płynąca wyregulowanym kanałem, którego boczne ściany były wysprejowane przez grafficiarzy. I oświetlające całe miasto słońce! Gdy wychodziłem z mieszkania na zewnątrz był 1 stopień Celsjusza, po godzinie 14.00 było już 17 stopni. Aż 16 stopni różnicy! Odczuwalna temperatura jednak wydawała się znacznie wyższa – dla mnie było już gorąco!

Szczyt Sky Costanera jednak był klimatyzowany. Zasiadłem przy stoliku obok panoramicznej szyby i zamówiłem kawę. Gdy już troszkę odżyłem (od tego wędrowania byłem już trochę zmęczony), zamówiłem niedrogie Pisco Sour, czyli drink z Pisco, będący narodowym drinkiem Chile. Głównym składnikiem jest oczywiście Pisco (wspominany przeze mnie rodzaj brandy), do tego sok limonkowy/cytrynowy, białka jaj kurzych (dzięki którym powierzchnia napoju przypomina lekką piankę) i mocny likier angostura. W smaku Pisco Sour, jak nazwa wskazuje, jest kwaskowaty, ale przyjemnie odświeżający i dający po głowie. Na szczycie Sky Costanery wypiłem dwa takie i głowa dosyć mocno zaczęła mi się kiwać. Trzecia szklaneczka już by mnie upiła! Dlatego też nacieszywszy się wspaniałym widokiem, siedząc godzinę przy dwóch narodowych chilijskich napitkach, postanowiłem wracać.

Na niewielkim straganie kupiłem tanie chipsy i ciastka, po 16.00 byłem na mieszkaniu. Jeszcze miałem trochę czasu, owszem, mogłem jeszcze pospiesznie przemierzać miasto, szukać ciekawych rzeczy do zobaczenia, ale… Będzie okazja, spokojnie, to przecież urlop i nie ma sensu tak gonić!

Teraz jest wieczór, włączyłem sobie gry na Xboxa. Senua II, grana w ciemności – hiperrealistyczny, mroczny nordycki świat rodem z czasów ‘Eddy Poetyckiej’ przeplatany ze schizofrenicznymi wizjami i myślami głównej bohaterki! Gdy wrócę do Polski, zakupię tę grę z całą pewnością! Potem mordobicie w postaci UFC 4 – no cóż, kiepsko raczej, po dwóch, trzech przegranych z kretesem walkach wyłączyłem. Teraz jestem w połowie oglądania polskiego ‘Wodzireja’ na Youtubie, z naprawdę dobrą rolą zmarłego kilka dni temu wielkiego Jerzego Stuhra. Ciekawie tak widzieć siermiężne PRLowskie realia, mogąc zerkać za położone na 31 piętrze okno i widzieć wspaniale rozświetlone Santiago gdzieś na drugim końcu świata.

14 lipca, Santiago

Dzisiaj, ledwo wyszedłem na miasto, trafiłem na długą, bo trzydziestominutową, zmianę warty pod słynnym pałacem zwanym Moneda. Była konnica, była orkiestra wojskowa, była również piechota. I tłum ludzi stojący za barierkami. Ot, nieplanowany przypadek, po prostu przechodziłem – i dobrze, bo zawsze fajnie popatrzeć na tego typu widowisko. Choreografia była dosyć skomplikowana – marsze w prawo, lewo, wchodzenie między siebie; uśmiechnąłem się pod wąsem, bo przypominało mi to trochę opartego na kontredansie kadryla. Po zakończeniu publiczność długo biła brawo, policjanci pousuwali barierki, po czym ci stróże prawa, którzy mieli ze sobą psy pozowali do zdjęć, zwłaszcza z dziećmi, które ochoczo głaskały zwierzaki. Ja też nie mogłem się oprzeć, haha.

Sam pałac Moneda jest wart małej wzmianki. Jest to siedziba prezydenta Chile, ukończona w 1805 roku. Newralgiczną datą jest jednak rok 1973. Chilijczycy, podobnie jak Amerykanie, też mają swój 11 września. Właśnie tego dnia, 51 lat temu, pałac zbombardowano. Wspierany przez CIA i Stany Zjednoczone generał Augusto Pinochet zorganizował pucz wojskowy w celu usunięcia legalnie wybranego na prezydenta członka partii socjalistycznej, Salvadora Allende. Prezydent schronił się w Pałacu i odmawiał poddania się. Jedne źródła mówią, że zginął pod bombami, inne, że słysząc nadciągających żołnierzy Pinocheta, którzy zdobyli w końcu pałac, popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Był to początek krwawych rządów Pinocheta, który – podobnie jak wielu rządzących w sposób autorytarny w Ameryce Południowej dyktatorów – nie przebierał w środkach by pozbywać się przeciwników. Warto wspomnieć o stosunku Kościoła katolickiego, tak (jeszcze) ważnego i wszechobecnego w Polsce, do nowych, przejętych przez Pinocheta siłą rządów. Przytoczę tu cytaty z książki Mateusza Mazziniego „Koniec tęczy – Chile po Pinochecie”, przeczytanej przeze mnie przed wylotem.

„Zgodnie z linią geopolityczną Kościoła, (nuncjusz apostolski, Angelo Sodano - przyp. Artur) zbliża się do dyktatury. Najpierw - bo dostaje taki rozkaz, potem zaczyna sam popierać reżim Pinocheta. Generał jest już wtedy dla Watykanu ważnym sojusznikiem. Zdławił u siebie rewolucję komunistyczną, wspiera walkę z nią w innych krajach regionu za pomocą operacji Kondor. "

Mazzini pisze o domniemaniach o wsparciu finansowym od Pinocheta dla Kościoła rządzonego przez Jana Pawła II. I dalej:

"Mijają kolejne lata, Związek Radziecki chyli się ku upadkowi, a zimna wojna zbliża do końca. Sodano tymczasem skleja się z dyktaturą coraz bardziej. W Santiago można spotkać to częściej w towarzystwie rządowych oficjeli niż kościelnych purpuratów, niespecjalnie angażuje się też w sprawy miejscowej wiary. Przez całą dekadę lat osiemdziesiątych Sodano to w Chile nie duchowny, ale polityk. Aktywnie uczestniczy w pracach nad reformami politycznymi, regularnie widuje się z Pinochetem - choć nadal robi tylko to, czego wymaga od niego Watykan. Chociażby z tego względu pytanie, czy popiera generała, jest w gruncie rzeczy bez znaczenia, nawet jeśli watykaniści i dziennikarze zajmujący się kościelną elitą piszą, że wtedy ze strony Sodano pod adresem dyktatury płynęła już wyłącznie aprobata.”

W 1987 papież Jan Paweł II przyjeżdża do Chile. Mazzini pisze: "Tamta pielgrzymka przeszła do historii jako jedna z najbardziej kontrowersyjnych w całym pontyfikacie Jana Pawła II. Do dzisiaj wywołuje skrajne emocje zarówno u tych, którzy pamiętają ją osobiście, jak i wśród kolejnych pokoleń. W dodatku linia sporu w dyskusji dzieli zaangażowanych nawet nie na dwa, ale trzy zwaśnione plemiona… Z grubsza – lewica wrzuca Pinocheta i papieża do jednego worka, a samego papieża dodatkowo oskarżają o tolerowanie skandali seksualnych z udziałem kleru, w imię walki z komunizmem u boku Pinocheta. Druga grupa uważa, że biedny papież został zmanipulowany wizerunkowo przez ludzi dyktatora, którego chciał nawracać i nakierowywać ku dobru. Trzecia grupa wierzy to opowieść o papieżu, który niesie do Chile światło demokracji i ostatecznie zmienia Pinocheta. Prawda jest taka, że – jak przyznaje Mazzini – propagandowo zyskali obaj. Sodano przesyła dyktatorowi życzenia świąteczne do samej jego śmierci. Kiedy Pinochet zamykany jest w areszcie domowym w Wielkiej Brytanii, Watykan protestuje i broni dyktatora. To już bez wątpienia wizerunkowe samobójstwo, niejako potwierdzające przyjazny stosunek Kościoła Jana Pawła II w stosunku do dyktatora. „

Można mitologizować Wojtyłę, ale faktem jest, że w początku lat 70-tych XX wieku z Kościołem identyfikowało się 73% Chilijczyków, a w 2019 roku, już tylko ponad 50%. Odejście 1/3 wyznawców o czymś świadczy – choć niewątpliwie przyczynia się do tego również ekspansja pentakostalizmu, czyli protestanckiego nurtu wszelakiej maści – od oficjalnie uznawanych na Zachodzie kościołów, po mniejsze lub większe zgromadzenia mające charakter ewidentnie sekciarski.

Sam Allende nie wydaje się demonicznym komunistą pokroju zakładającego Czekę (późniejsze KGB) Lenina czy idącego w dyktaturę Stalina (tudzież Mao). Już sam fakt, że Allende nie przejął władzy ani podstępem, ani siłą, a został uczciwie wybrany przez lud, może o czymś świadczyć. Już w pierwszym roku jego rządów Chile odnotowało wzrost gospodarczy, ograniczono inflację i bezrobocie, wprowadzono ogrom pomocy socjalnej. Najmniejszych przedsiębiorstw nie nacjonalizowano, ba!, zwalniano je z podatków umożliwiając dynamiczny rozwój. Znacjonalizowano kluczowe dla gospodarki kraju obszary, jak wydobycie miedzi. Nacjonalizowano zagraniczne i oligarchiczne przedsiębiorstwa, kluczowe dla gospodarki i ekonomii kraju. Działo się dużo, i to dużo dobrego. Inwestowano w szkolnictwo, walkę z analfabetyzmem, głodem, wykluczeniem społecznym, które dotykało inwalidów. Ziemię przekazywano drobnym rolnikom. Czy nie skończyłoby się to bankructwem, dyktaturą totalną, nie wiadomo. Kierunek reform nie podobał się jednak obrzydliwie bogatym i wpływowym właścicielom ziemskim, oraz oczywiście Stanom Zjednoczonym. W pamiętnikach wiele razy już pisałem, że Kościół, zwłaszcza pod rządami Wojtyły, nie rozumiał socjalizmu południowoamerykańskiego (oraz teologii wyzwolenia lokalnych księży, którzy kierowali się jeszcze jakimiś ideałami). Wojtyła był uczulony na słowo ‘socjalizm’, nie lepiej było w przypadku słowa ‘komunizm’. Kojarzył je jedynie ze Związkiem Radzieckim, walczącym z religią, nie dopuszczając myśli, że socjalizm może mieć wiele odmian, lub że wiele jego elementów niekiedy można, a z racji konieczności czasem wręcz trzeba, wplatać w tryby działania – zwłaszcza ubogich i zacofanych – państw. To kapitalizmowi, a zwłaszcza jego beneficjentom, na rękę jest, by biedni pozostali biedni, a ciemni nie zaznali intelektualnego oświecenia. Zresztą, jakby to dla niektórych kontrowersyjnie nie brzmiało, Kościół katolicki istniał i istnieje głównie dzięki biedocie i ludziom głównie niewykształconym, którzy stanowią jego fundament i źródło majątku, więc jak najbardziej na rękę mu kohabitacja z nieliczną kastą bogaczy (dawniej, na ziemiach polskich żył w przyjemnej symbiozie z polską szlachtą i razem z nią spijał frukta z niewolniczej pracy chłopstwa, któremu, niczym hitlerowcy z napisami ‘Arbeit macht frei’ nad obozami koncentracyjnymi, cynicznie radził ‘teraz ora et labora, a po śmierci z pewnością traficie do raju’ – mówiąc o hitlerowcach, można też wspomnieć, że bezsprzecznym jest fakt, że Kościół Katolicki nim spostrzegł, gdzie zmierza niemiecki narodowy socjalizm, popierał go i Hitlera ponieważ wierzył, że tylko on może obronić Niemcy, i niemiecki kościół, przed radzieckim komunizmem; jak widać, w przypadku Ameryki Łacińskiej lata później, historia niestety się powtórzyła: z obawy przed komunizmem Kościół szedł na współpracę z dyktaturami). Zachód, i demokratyczna Polska również, dojrzała na szczęście do implementacji elementów postulowanych przez lewicę w działania socjalne, jak np. zasiłki czy dodatki dla potrzebujących (aczkolwiek uważać trzeba, by nie nauczyć ludzi tylko brać, jak niestety zaczęło dziać się w co bogatszych państwach tzw. starej Unii Europejskiej). Osobiście wydaje mi się, że alergia Wojtyły na wszystko, co tylko mogło mieć jakikolwiek związek z komunizmem wynikała również z faktu, że znał on z autopsji komunizm radziecki, który – jak napomknąłem – walczył z kościołami i wszelką formą religii, skutecznie zastępując ją własną mitologią i rytuałami. Wojtyła wolał by kraje były raczej rządzone przez krwawych prawicowych dyktatorów, z którymi jednak jakoś Kościół mógł się dogadać (jak to wcześnie bywało ze średniowiecznymi władcami, którym właściwie pomagał współrządzić i trzymać pozbawiony wszelkich praw głodujący plebs w ryzach), niż przez nie tak drapieżnych komunistów, którzy nie zawsze z zasady mieli w planach anihilację tej instytucji i którzy wobec Kościoła zachowywali się raczej sceptycznie (co nie oznacza, że wrogo). Według Wojtyły jednak, komuniści, jacy by nie byli, prędzej czy później na pewno zabraliby się za Kościół (i jego majątek – jako, że komuniści mieli tendencję do nacjonalizacji majątków bogaczy i pazernych instytucji zagranicznych, a taką Kościół niewątpliwie był i jest), stawiał on więc na dobro Kościoła stricte jako instytucji i jego majątku, świadomie nie dbając o to, co stanie się z ludźmi, opozycją, państwami, a nawet księżmi próbującymi iść drogą lewicującej teologii wyzwolenia.

Nie sądziłem, że wzmianka o moim pobycie pod Pałacem wyzwoli u mnie taki natłok myśli i pewnych refleksji (które u twardogłowych zapewne mogą wyzwolić atak pieniactwa – żeby nie było, nie jestem egalitarystycznym komunistą, ale nie jestem też zwolennikiem obecnej formy kapitalizmu doprowadzającego do gigantycznych dysproporcji zarobków i majątku).

Po widowiskowej zmianie warty wstąpiłem do miejsca, do którego zmierzałem od samego wyjścia z mieszkania – do Chilijskiego Muzeum Sztuki Prekolubijskiej (Museo Chileno de Arte Precolombino). W spokojnej atmosferze półmroku można tam obejrzeć bardzo stare wyroby z ceramiki oraz podziwiać kunszt złotników, którzy z tego kruszcu – jak i ze srebra - wyrabiali prawdziwe cudeńka. W muzeum znaleźć można także drewniane posągi pogrzebowe umieszczane na grobach. Ciekawymi eksponatami są zmumifikowane w bardzo nietypowy sposób ciała. Otóż z ciała usuwano wszystkie miękkie części i zastępowano je gałęziami, roślinami i błotem. Tak spreparowane zwłoki nosiły ślady napraw, co sugeruje, że poddawano je okresowym ekshumacjom. Same eksponaty wyglądały dość makabrycznie – jak lalki z trzciny ubrane w stare łachmany, z płachtą ciemnej skóry naciągniętej na twarz, która już dawno utraciła swoje kształty. W miejscu dłoni i stóp widziało się ostro zakończone wiązki brązowych gałęzi. Creepy! Taki styl zachowywania ciał zmarłych należał do kultury Chinchorro i był o kilka tysięcy lat starszy niż mumifikacyjne procedury Egipcjan. W muzeum podziwiać jeszcze można ogromne kipu, czyli coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak wełniane lub bawełniane sznurki naplecione wzdłuż jednego, głównego sznurka. Przyglądając się im jednak dokładniej, można na nich dojrzeć dziesiątki, setki węzełków (supełków), które działały na zasadzie paciorków na liczydle. Naukowcy zgadzają się, że kipu służyły do zapisu liczb (ówczesna forma księgowania), ale podejrzewa się, że z supełków można było odczytywać również dane nienumeryczne, np. nazwy geograficzne lub nazwy produktów, których liczbę zapisywano. W jaki sposób? Może za pomocą kolorów? – sznureczki wszak miały różne kolory. Mało tego – niektórzy podejrzewają, że kipu mogło być po prostu pismem, za pomocą którego można było zapisywać dowolne rzeczy. Prawdziwe cudeńka!

Z Muzeum Sztuki Prekolubijskiej niedaleko już do zdobionego dużymi palmami placu głównego, Plaza de Armas (Placu Broni). Na nim znajduje się Katedra Metropolitalna uwieńczona dwoma, raczej średniej wielkości, wieżami wznoszącymi się nad trojgiem drzwi wejściowych. Duże wnętrze jest ładnie zdobione, ale bez przesady – zbyt wielu ozdobników czy kapiącego złota człowiek w niej nie znajdzie. W czasie mojej wizyty przed ołtarzem pan, na zmianę z jakąś panią, odmawiali różaniec dla kilkunastu modlących się z nimi ludzi. Przez kilka minut można się było wyciszyć, po czym znowu trzeba iść było na tłoczny, pełen sprzedawców dewocjonaliów, zabawek, napojów, Plaza de Armas.

Dużo ciekawsze jednak wydają się ulice odchodzące od niego we wszystkich kierunkach – są wąskie, pełne restauracji i różnych sklepów. Na co główniejszych, wyłączonych z ruchu samochodowego, można natknąć się na sprzedawców wszystkiego, np. napojów zwanych jugo de huesillos, czyli soków z suszonej śliwki, gotowanych w wodzie z cukrem i cynamonem, a potem – po ostygnięciu – wymieszane z gotowaną łuskaną pszenicą. Napój ma złocisty kolor, pływa w nim miękka śliwka, na dole są ziarenka pszenicy – więc nie tylko można nim ugasić pragnienie (zwłaszcza, jeśli jest zimny!), ale i na chwilę zapchać pusty żołądek. Wydaje się bardzo dobry na kaca! Wózeczki z tymi ciekawymi napojami stoją co kilkadziesiąt metrów – za naprawdę małe pieniądze warto zapoznać się z tym narodowym, chilijskim napitkiem. Poza tym uliczni sprzedawcy oferują koszulki, parasolki, skarpetki, a także takie dziwactwa, jak maść ze ślimaka (rzekomo na opryszczkę) czy bliżej mi nie znane rośliny, które rzekomo mają koić nerwy czy zapobiegać prostacie. Od jednego z takich sprzedawców, mającego z 80 lat sympatycznego staruszka, kupiłem sobie… liście koki! (uwielbiam! - na wyższe wysokości na pewno się przydadzą) oraz wodę zapachową Agua de Florida, którą w Ameryce Południowej można napotkać dosyć często. Ja lubię rozsmarowywać ją sobie na dłoniach – wydziela ładny, słodkawy zapach, który kojarzy mi się z tymi szerokościami geograficznymi. W Polsce jakoś zupełnie mi on nie pasuje…

Tak sobie chodząc, dotarłem do Central Mercado, czyli na funkcjonujący od 1872 roku Targ Centralny. Jest to zadaszona hala z wieloma restauracyjkami serwującymi owoce morza, znaleźć tu można też niezliczoną ilość niewielkich straganów oferujących naprawdę egzotyczne produkty, takie jak ośmiornice z rozpostartymi, ogromnymi mackami, kalmary hipnotycznie lśniące swoimi okrągłymi wypustkami, gigantyczne kraby z masywnymi szczypcami, czy groźnie szczerzące swoje duże, ostre zęby ryby gatunków wszelakich (z pewnością nie wyglądających na mile i przyjazne). Można było poczuć się niemal jak w powieściach H.P. Lovecrafta, jak w jakimś leżącym na dnie oceanu mieście cyklopów - brakowało tylko przedwiecznego Cthulu! Wokół rozchodził się ostry zapach ryb – z początku odurzał (i odrzucał!), ale po pewnym czasie nozdrza przywykały i ten wszechobecny, przenikający wszystko ichtiologiczny zapach tracił swoją ostrość i stawał się nawet całkiem przyjemny. Po czym dalej już jak u Pawłowa – bodziec warunkowy w postaci rybnej woni wywoływał warunkową reakcję; może i się nie śliniłem (chyba!), ale na pewno niektóre kiszki nieśmiało rozpoczynały preludium do swojego bebeszego marsza. Si! Tak jest! – zgłodniałem!

Wstąpiłem do jednej z niewielkich, ciasnych restauracyjek, jakie – upchane ciasno jedna przy drugiej – ciągnęły się wąskimi przejściami w tej dużej hali Centralnego Targu. La Caleta el Delfin – Zatoka Delfina, ładna nazwa! Ceny z menu były dosyć wysokie (ogólnie Chile ma dość wysokie ceny w porównaniu do sąsiadów!), toteż zamówiłem sobie najtańszą zupę. W cenie 6 dolarów dostałem rosół rybny na przystawkę, dwie bułeczki, jakiś dziwny napój, aż w końcu podano zupę. Ta zupa… coś niesamowitego! Dwie małże, jedna o sporych rozmiarach – po odcięciu jej od muszli ciągnął się za nią jakiś dłuuugi ogon! W środku różne ryby i warzywa. I omułki! Coś niesamowitego! Nie tylko ingrediencje imponowały – smak tego wszystkiego również był wyborny. I przyjemnie zapychało żołądek! Poczułem się przyjemnie ciężko, rozleniwiony, po posiłku zamówiłem więc chilijskie piwo Cristal (nie mylić z kubańskim). Analizując skład na puszce zaskoczyło mnie, że w procesie fermentacji wykorzystuje się ryż! Zwykłe piwo, jak to zwykłe piwo – nie odrzucało, a zmrożone nawet wydawało się przyjemne. W międzyczasie podszedł do mnie ktoś z obsługi i zagadał – skąd jestem i takie tam. Gdy dowiedział się, że przyjechałem z Polski, zapytał… o monety! Poczułem się jak w jakiejś powieści Murakamiego, gdzie bohaterami często kieruje jakieś oniryczne, niezrozumiałe dla nich przeznaczenie. Otóż miałem przy sobie polskie monety, nawet w tym małym plecaczku przy sobie! Dałem mu kilka – bardzo się ucieszył! Skąd wiedział, że mogę jakieś mieć? Czemu akurat miałem? Dałem mu 1 złotówkę, 20 groszy i 1 grosz w bilonie. Takich jeszcze nie miał w swojej kolekcji!

Po odpoczynku udałem się w sam środek tego targu, gdzie postawiono piękną rzeźbę kobiety niosącej wodę. Stanąwszy przed nią akurat natrafiłem na moment gdy słońce ustawiło się tuż za jej plecami i wpadając przez szyby w zadaszeniu hali światło rozszczepiało się magicznie na kilka różnych kierunków. Cieszyłem się, że mogłem uwiecznić ten moment. Chwilę potem podszedł do mnie jeden ze sprzedawców i doradził bym plecaka nie nosił na plecach, ale z przodu, na klatce piersiowej. Posłuchałem jego rady, choć targ wydawał się bezpieczny.

Sprawdziłem potem opinie na stronie popularnej wśród turystów, Tripadvisor, i natrafiłem na opisy kilku kradzieży na tym targu i w okolicy – wyrywane telefony z rąk (złodzieje zawsze zbiegli), zrywane naszyjniki z szyi (podobnie jak w przypadku telefonów, złodziei nigdy nie złapano), i kilka innych opisów tego typu rabunków. Widocznie znowu miałem szczęście, że nie padłem ofiarą jakichś złodziei – choć zawsze staram się uważać! Plecak, oprócz przewodnika książkowego, mam pusty (no, chyba, że zrobię zakupy), gotówki nie mam zbyt dużo, kartę mam w ciasnej kieszeni, a robiąc zdjęcie rozglądam się czy w pobliżu ktoś czasem się nie czai… Kobiety ze swoimi torebkami i złotymi wisiorkami mają gorzej… Czasem mimo środków ostrożności jednak można, tak czy siak, zostać obrabowanym – bo albo człowieka pobiją, albo zastraszą, albo wykorzystają moment nieuwagi, bo nie da się nigdy być uważnym 24 godziny na dobę. Przytoczę zapisek z Limy, z Peru, sprzed – ależ zbieg okoliczności! – DOKŁADNIE dwóch lat, z dnia 14 lipca 2022 roku: „Idąc sobie powoli z włączonym telefonem i OD CZASU DO CZASU zerkając sobie w jego ekran, na którym Google Maps podawało mi drogę do mojej kwatery, wszedłem sobie legalnie, na zielonym, na przejście dla pieszych. Gdy wchodziłem na przejście, nic w jego okolicach nie stało, nie jechało, ale gdy już się na nim znalazłem, zza rogu wjechał szybko motor i nic sobie ze mnie i zielonego dla mnie światła nie robiąc, ewidentnie jechał w miejsce, w którym zaraz miałem się znaleźć. Przystanąłem więc szybko celem uniknięcia potrącenia, a motocyklista przejeżdżając przede mną wyciągnął rękę w moją stronę i…. delikatnie PUKNĄŁ nim w mój wyciągnięty telefon. PUKNĄŁ! Pacnął lekko opuszkiem lewego, wskazującego palca. Celowo, ostrożnie, tak by nie wytracić mi mojego Samsunga z ręki – niesamowite wyczucie! Centymetr, dwa i telefon leżałby popękany, może i rozbity na asfalcie! Mimo, że nie patrzyłem w ekran, gość zrobił to tak szybko, że nie zdążyłem odsunąć telefonu! Stanąłem jak wryty i tak stałem jeszcze na pustym przejściu, na pustym skrzyżowaniu ze 2-3 sekundy ogłupiały. Zrozumiałem lekcję! Zrozumiałem, że to dobry człowiek jakiś był i tym gestem pokazał mi, jak łatwo tu stracić telefon i jak nierozważny jestem. Przecież gdyby to była jakaś nikczemna persona, to mój telefon zostałby mi po prostu szybko wyrwany i mógłbym mu tylko pomachać w geście smutnego pożegnania na wieki wieków (ament!).”

Tak więc mam świadomość, że kiedyś pewnie spotka mnie przykra przygoda, ale bynajmniej nie zniechęci mnie to do poznawania nowych miejsc. Tak jak ryzyko śmierci żadnego wspinacza nie odciągnie od powrotu w góry… Odwiedzający Targ Centralny – na Tripadvisor - narzekali też na nachalnych pracowników restauracji (kelnerów) zachęcających do skorzystania z ich oferty. Osobiście mnie nikt specjalnie nie nagabywał, nikt za mną nie chodził, nikt do mnie nie krzyczał i nie próbował mnie – werbalnie i niewerbalnie – wciągać do swojego przybytku. Choć może już przywykłem do takich rzeczy i jakoś już ich nie zauważam? Jest to urok Ameryki Łacińskiej, że sprzedawcy potrafią być głośni i zapraszać ludzi do knajpek/sklepów, ale wystarczy mówić ‘no, no’ (nie, nie) i jakoś specjalnie się tym nie irytować.

Przed targiem stała kobieta z mikrofonem i głośnikiem – krzyczała o Bogu, Jezusie, grzechu i takich tam jeszcze jakichś eschatologicznych rzeczach. Pisząc, że krzyczała, nie przesadzam. Jej krzyki na te tematy były histeryczne, jakby jakaś część jej świadomości przeniosła się do piekieł i stamtąd krzyczała o ogniu piekielnym i wieczystych cierpieniach. „Nawracajcie się! Słyszycie?! Nawracajcie się!”. Robiąc z siebie nawiedzoną wariatkę i krzycząc jak na koncercie Gorgorotha raczej nikogo o zdrowych zmysłach nie przekona o wsłuchaniu się w jej słowa, nie mówiąc już o możliwości nawrócenia kogokolwiek. Sama raczej bardziej przypominała mocno opętaną (i udręczoną) duszę, niż osobę uduchowioną ogromem boskiej miłości. No cóż, biedna wariatka…

Poszwendałem się trochę po okolicach centrum, stopniowo się jednak od niego oddalając. Pozostając jednak na jego obrzeżach znalazłem pierwszą lepszą knajpkę, gdzie można było obejrzeć finałowy mecz Mistrzostw Europy 2024, Anglia – Hiszpania. Miałem przykrość oglądać pierwsze dwa mecze Polaków na tym turnieju będąc jeszcze w Polsce. Jak zawsze żenada, ale Polacy i tak zadowoleni, że z Holandią mało brakło do remisu (choć słabi Holendrzy zdominowali nas jak amatorów), do tego przeboleli blamaż z Austrią (1:3), po którym wszyscy w nadwiślańskim kraju byli szczęśliwi, że grająca już o pietruszkę i mocno oszczędzająca się Francja (bo i tak miała awans) zremisowała z nami 1:1. Dwie porażki, jeden remis, brak wyjścia dalej, a wszyscy w Polsce wniebowzięci! Osobiście żenuje mnie takie podejście, bo jest nas prawie 40 milionów, mamy tak samo dwie nogi i ręce jak inni, mamy tak samo jeden mózg, ale nie potrafimy powalczyć o coś więcej niż punkt na Euro. W ekstatyczną euforię naród wpada, jak jakimś cudem reprezentacji uda się wyjść z grupy. Jest to przyjmowane niemal jak mistrzostwo świata w Brazylii! Przypomina mi to uczniaków cieszących się z cudem zdobytej dopuszczającej. Nie zapomnę słów bramkarza Wojtka Szczęsnego, który po przegranym meczu ze spacerującą po boisku Argentyną na poprzednich Mistrzostwach Świata dał do zrozumienia, że i tak spodziewali się porażki, bo ‘Argentyna to zespół kilka półek wyżej’. Żesz kurna! To po co w ogóle wychodzili na boisko?! Taka Arabia Saudyjska potrafiła wyjść na murawę mężnie, jak wojownicy, i wygrać z nimi pierwszy mecz, a Polska już przed meczem wiedziała, że nie dadzą rady… Na litość boską! Od tamtej wypowiedzi zarzuciłem oglądanie naszej bezambitnej repry, choć coś niestety mnie podkusiło by to zrobić dwukrotnie w czasie tego Euro… Ale już nunca mas! Nigdy więcej tych tortur! Na światowej klasy i ambitnych sportowców można czasem zerknąć, zwłaszcza jeśli to finał Euro (tu podoba mi się mądrość kobiet – jak już mają obejrzeć mecz, to przeważnie są to finały, oczywiście są wyjątki, które oglądają coś więcej, ewentualnie są też wyjątki, które nie oglądają nawet finałów). Zwłaszcza ciekawie jest obejrzeć taki mecz – myślałem – na innym kontynencie, i popatrzeć, jak na to zapatrują się ludzie, którzy teoretycznie nie powinni być w ten turniej jakoś emocjonalnie zaangażowani. Czasem okazuje się, że jest odwrotnie. Przypomnę wspomnienie z Kuby, z 2016 roku: „Naturalnie, jako samiec alfa, archetyp berserka i milionprocentowy macho, pilnowałem sobie czasu by obejrzeć ćwierćfinał Niemcy-Włochy gdzieś na mieście i oczywiście na żywo. Po przejściu pięciu minut natknąłem się na otwartą garkuchnię. To był lokal bez okien czy ścian, po prostu długa lada, pod daszkiem, wychodząca na ulicę, za którą tłuczono mięso, krojono kapustę itd. Na jej końcu, na prawym rogu, stał stary telewizor Sanyo, którego ekran troszkę siał, ale dało się oglądać. Za 2 euro zamówiłem niesamowicie syty obiad (ryż, kurczak, sałatka i chyba gotowany ananas, który miał konsystencję i smak… ziemniaka - rewelacja!). A potem oczywiście troszkę piwka. Myślałem, że nikogo tu Euro 2016 obchodzić nie będzie, ale myliłem się, i to bardzo! Co chwila ktoś z ulicy podchodził i pytał o rezultat, budowlańcy remontujący sąsiadujący lokal co kilka minut wpadali pytając o wynik i o to, który zawodnik strzelił bramkę. Pracownicy tej jadłodajni cały czas rzucali pracę i patrzyli w ekran, głośno (bardzo głośno!) reagując na sytuacje podbramkowe. Każdy pytał mnie za kim jestem. Najpierw informowałem, że jestem z Polski. “Leandowski!”, pierwszy, jakiś naturalny okrzyk (jak zawsze w Ameryce Łacińskiej, bez 'w’ w nazwisku). Jeden z klientów zaczął cmokać i mówić, że to geniusz! Bogowie, znowu urosłem w piórka i niemal przebiłem daszek swym dumnym czerepem! Po czym mówiłem im prostym językiem, że w tym meczu akurat wolę Niemców (nie potrafiłem już ładnie powiedzieć, że nie lubię włoskich piłkarzy za te ich symulacje, antymęski płacz podczas niekorzystnych decyzji sędziów, robienie teatru z twardej gry…). Gdy doszło do karnych cały interes stanął i wszyscy, łącznie z kobietami, młodymi, starymi, przypadkowymi przechodniami, zaczęli emocjonować się jedenastkami. Krzyków, gestykulacji, było co nie miara! Mam to nagrane, haha! Ale co najfajniejsze - po zwycięstwie Niemiec, każdy mi gratulował poprzez podanie mi ręki (co było dziwne, bo ja zawsze mówiłem, że jestem z Polski, ale w tym meczu wolę Niemców…)!”

Knajpa, do której wdepnąłem tutaj, w Santiago, była podrzędnym, trochę jakby podłym barem serwującym chińskie potrawy. Czerwone, byle jak starte stoliki, skrzynki piwa pod ścianą, stary telewizor z pionowym paskiem po lewej stronie przez całą długość ekranu. Lokal wyglądał jakby żywcem wyjęty z czasów PRLu. W środku było z 10 facetów, wszyscy – oprócz jednego pijącego wino – raczyli się piwem. Wyjąłem liście koki by sobie je przegryzać, zamówiłem duże, litrowe piwo (wychodziło taniej niż dwa małe – 5 dolarów) – był problem z płatnością, jako że barmanka chciała tylko gotówkę, której… nie miałem przy sobie. Ale pobiegła po terminal do sklepu obok i na nim zapłaciłem (pewnie gotówkę dostała od właściciela pożyczonego terminala). Mogłem zacząć w spokoju oglądać. Kibicowałem Anglikom (za dzieciaka kibicowałem Manchesterowi United, mam przyjaciół Anglików, dobrze znam angielski i historię Anglii, przypomniał się Londyn, a także jego przedmieścia – powody można mnożyć), choć w meczu byli wyraźnie słabsi. Hiszpania wygrała 2:1, ale mecz oglądałem, jak się to mawia, jednym okiem. Powodem takie stanu rzeczy był fakt, że zagadał do mnie jakiś starszy pan siedzący za mną. Rozmowa dotyczyła piłki nożnej – dowiedziałem się, między innymi, że nie lubi Argentyny, bo to straszne beksy są (iiorónes). Naszą rozmowę posłyszał sympatyczny 20-kilko latek z kucykiem, siedzący przy kontuarze. Miał na imię Hugo, okazał się być studentem filozofii. Rozmowa z nim była całkiem sympatyczna – z początku mówił tylko po hiszpańsku, ale powoli zaczął odświeżać sobie swój angielski. Więc po kilkudziesięciu minutach on mówił do mnie angielsku, ja do niego (łamanym) hiszpańskim. Tematów trochę było, ale z natury tych mądrych – coś o Nietzschem (od czegoś trzeba było zacząć, skoro rozmawia się z młodym filozofem, heh) i jego roli w pryncypiach ideologii nazistowskiej, o wojnie Rosji z Ukrainą, o czytanych przeze mnie Caparrosie i Galeanosie (piękne studia współczesnych dziejów Ameryki Łacińskiej), o naturalnie wynikającej z tej dyskusji idei jednego (niemal utopijnego) państwa powstałego z wielu państw regionu. No, oglądając piłkę nie trzeba rozmawiać tylko o – nomen omen – piłce, tudzież autach czy kobietach, jak to pewnie wiele przedstawicielek płci pięknej sobie wyobraża! W pewnym punkcie dyskusji powiedział, że jego ojciec jest malarzem i sprzedaje obrazy nieopodal katedry. Dodał, że ojciec jest fanem polskiego malarza, Beksińskiego, którego kopie obrazów czasem maluje! Opadła mi szczęka! Więc znają go tutaj! I lubią! Nie tylko malarze, ale i studenci filozofii (co prawda przez ojców malarzy, no ale jednak!). Szybko na Facebooku wyszukałem mu zdjęcia z mojej wizyty w Nowohuckim Centrum Kultury w Krakowie sprzed kilku lat (dokładnie z 2019 roku), gdzie znajduje się stała ekspozycja z około 250 pracami Artysty. Opowiedziałem, jak wówczas poszedłem tam z piękną Lidią o mrocznym sercu, z którą wówczas się spotykałem. Jak w ciemnych, wąskich korytarzach, przez które sączyły się niepokojące, ambientalne dźwięki z głośników, szliśmy tylko my, patrząc na delikatnie podświetlone mroczne, oniryczne dzieła Mistrza. Jak mimo faktu, że jego obrazy oglądaliśmy tylko my, czyniliśmy to w nabożnej, pełnej szacunku i podziwu ciszy. Zaiste, piękne to były czasy! Rozmowa była bardzo miła, ale nie czekając na koniec meczu musiał uciekać do pracy – w dzień studiował, a w nocy pracował jako stróż w pobliskim centrum handlowym. „To bardzo fajna robota. Widzisz, pracuję przy monitoringu, więc w nocy i tak przez większość czasu śpię”, rzekł śmiejąc się. Praca w sam raz dla studenta! Hiszpania – Anglia 2:1. Aż dziw bierze, że oddająca dwa razy mniej strzałów i posiadająca dwukrotnie rzadziej piłkę Anglia zdołała strzelić chociaż jedną bramkę. Hugo był za Hiszpanią. „Język, kultura, historia”, tak to uzasadniał. Ale widać było, że mecz raczej mało go interesował. Pozostali klienci tego podrzędnego lokalu oglądali mecz raczej spokojnie, nie emocjonowali się nim tak, jak niegdyś wspomniani wcześniej Kubańczycy.

Wróciłem idąc przez manifestację skierowaną przeciw bombardowaniu Palestyny, dokonywanemu już od miesięcy przez Izrael. Mijałem młodych ludzi, nastolatków i studentów, rozdających ulotki, sprzedających naklejki i wlepki, okrytych flagami Palestyny, biorących udział w niewielkim koncercie odbywającym się na małej scenie. Fajnie, że młodzież widzi skurwysyństwo na świecie (bo zrzucanie bomb na budynki mieszkalne i zmuszanie tysięcy, tysięcy ludzi do życia na gruzowisku bez jedzenia i wody, to jednak pachnie – pardon – skurwysyńskim ludobójstwem), ale szkoda, że jutro po scenie i tych protestujących młodych ludziach nie zostanie żaden ślad. W nocy rozpłyną się w oparach snu i nad ranem pamięć o nich zaginie… Fajnie, że młodzież protestuje, bo to świadczy o tym, że w ludziach jeszcze jest jakieś człowieczeństwo i wrażliwość, ale szkoda, że liderzy leżącego ponad 13 tysięcy kilometrów od Chile Izraela mają to głęboko w poważaniu (ba, nawet o tym niewielkim proteście mającym tu miejsce nie usłyszą). Cóż, smutne, ale prawdziwe…

Tu znowu, jak często mi się zdarza, zamyślam się nad jakąś immanentną kondycją człowieka, którego chyba immanentną cechą jest niemożność życia bez konfliktu. Bez wojny. Bez zabijania, mordowania, zdobywania. Dorośli ludzie, często wykształceni, jakimi są politycy, nie potrafią się dogadać i po tych tysiącach lat wojen, jakie toczyły nasz glob, nie potrafią w końcu uznać istniejących już granic i dać sobie spokój z tym obsikiwaniem terenu, które kosztuje życie tysięcy bogom ducha winnych ludzi. Całe tabuny tych politycznych watażków, dyktatorków, prężących muskuły prezydentów i premierów, nie potrafią przeciąć przetaczającej się przez ich kraje nienawiści. Chęci zemsty. Żądzy krwi. Co z nich więc za liderzy? Jakie mają kompetencje do rządzenia? Powinni widzieć więcej niż ludzie, którym przewodzą. Z drugiej strony łatwiej się rządzi, gdy ma się wroga. To konsoliduje plebs, jednoczy społeczeństwo wokół przywódców, którzy w takiej sytuacji nie mogą być słabeuszami ciamkającymi coś o pokoju. Chęć władzy jest silniejsza niż chęć pokoju. Ale że ludzie tego nie widzą tylko dają się ciągnąć na rzeź jak zwykłe bydło? Błędne koło. „Imagine all the people livin' life in peace” – Lennon potrafił sobie to wyobrazić, ja też potrafię, czemu większość tego nie potrafi? Bo nie chce? Trudno się dziwić, skoro są matki, które są dumne z syna, gdy ten w autobusie wysadzi się w powietrze. A razem ze sobą ze dwudziestu niewinnych ludzi, w tym jakieś dzieci. Wtedy taki gieroj jest wielkim szahidem, męczennikiem, z tym tylko, że każdy taki atak prędzej czy później przyniesie działania odwetowe. Nieważne, nic takim pisaniem nie zmienię, podobnie jak ci młodzi protestujący tu, w Santiago…

Już wieczór, słucham jednej z solowych płyt Bruce’a Dickinsona, zaraz wyjmuję pizzę z piekarnika (o połowę droższa niż w Polsce!). Powoli kończę ten dzień. Jeszcze za 2 godziny jest do obejrzenia finał Copa America. Argentyna zagra z Kolumbią. W barach powinny być większe emocje, ale nie mam już chyba sił nigdzie iść… Na etykietce zakupionego Pisco napis: "Volar alto cambia tu perspectiva. Alto del Carmen, volemos alto." Czyli "Wysokie loty zmieniają perspektywę. Alto del Carmen, latajmy wysoko." Hmm, nie wiem czy dam radę jakoś wysoko dzisiaj…

15 lipca, Santiago

Schodziłem polecane mi wczoraj przez Hugo (ten filozof) okolice Vega, gdzie znaleźć można tysiące różnych straganików. Skąd pojawił się w ogóle temat tej okolicy? Otóż właścicielka domku na Wyspie Wielkanocnej napisała, bym kupił jakiś płaszcz przeciwdeszczowy, una chaqueta impermeable, bo u nich podobno ciągle siąpi, więc zapytałem o to mojego rozmówcę, a ten doradził właśnie tę okolicę. Zaczyna się od nieformalnych bieda-stanowisk rozłożonych na ulicach daleko przed halami targowymi. Wygląda to w ten sposób, że na chodnikach osoby biedne, ewidentnie zaniedbane, starcy, osoby niepełnosprawne, rozkładają koce lub foliową płachtę, a na nich znaleźć można niezliczoną ilość drobnych, właściwie w większości niepotrzebnych rzeczy – wychodzone dziecięce buciki, stare lalki, wypłowiałe figurki dinozaurów, zapalniczki, chusteczki higieniczne, stare ubrania, a nawet puste butelki po Jacku Danielsie czy innych droższych alkoholach. Każda spinka, każdy guzik, każdy przedmiot się przyda, dosłownie każdą rzecz można wystawić na sprzedaż! Wszystkie wolne miejsca wzdłuż chodnika są zapełnione, wszędzie tłoczy się mnóstwo ludzi, wśród nich sporo podejrzanych typów i bezdomnych. Jest głośno, brudno, gdzie tylko spojrzeć walają się śmieci. Przerzuciłem plecak na klatkę piersiową, uważałem na telefon. Po dłuższym spacerze wśród tych przygnębiających stanowisk będących ekspozycją nie produktów, ale tak naprawdę społecznego ubóstwa, dochodzi się do hal targowych. W nich ruch też przeogromny, jeszcze większy ścisk niż na zewnątrz. I ogrom towarów, głównie spożywczych – mięsa, sery, owoce, przyprawy. Dzielnica ewidentnie nieturystyczna, bo po co turyście kilo mięsa czy kostka sera (która można kupić w supermarkecie)? Nie wiem, dlaczego Hugo polecił mi tę niezbyt bezpieczną okolicę. Przecież niezłośliwie chyba… Peleryny przeciwdeszczowej nigdzie nie znalazłem…

Wracając trafiłem na normalny supermarket – tzn. z w miarę normalnymi cenami! Kupiłem 1,5 kg taniego chleba, salami na przecenie, jakiś ser i tanie ciastka. Na Wyspie Wielkanocnej, dokąd jutro lecę, wszystko jest podobno potwornie drogie. Ciekawe czy takie produkty pozwolą mi wwieźć – podobno kontrola tego, co się wwozi, jest dość restrykcyjna z obawy przed zaburzeniem lokalnego, unikalnego ekosystemu. No, zobaczy się.

Po drodze trafiłem na mały kioseczek z tytoniami – mieli cygara! 10 zł sztuka, w porównaniu z Polską, nie tak źle! (ok. 4 razy taniej) Od pani sprzedającej z około 15-letnią córką kupiłem 10 cygar, a 11-te dały mi w prezencie. Właśnie jedno, kolumbijskie, teraz sobie palę – taki z wyglądu odstręczający skręt, ale bardzo delikatny w smaku. Jedno z lepszych, jakie w życiu paliłem! Siedzę w ogródku jakiejś knajpki, sam, mimo że trzech, elegancko ubranych członków obsługi nagania wszystkich przechodniów. Robią to bardzo szarmancko, szerokim ruchem ręki zachęcając ich do wejścia. Widzę Pałac Moneda, piję piwo, podjadam liście koki, jest słonecznie, pogoda przypomina wczesne polskie lato. Dla mnie jest przyjemnie, ale ludzie chodzą w kurtkach. Relaksuję się. Jest przed 14.00.

Później

Po skończeniu piwa obsługa nie chciała mi podać drugiego. Tłumaczenie: „musi pan zamówić coś do jedzenia, to restauracja, w której się je.” Okazało się, że w kilku knajpkach, do których poszedłem potem, odmówiono mi sprzedaży samego tylko piwa. Tłumaczenie wszędzie to samo – alkohol podaje się tylko do posiłku. Nie byłem głodny, więc opuszczałem takie przybytki. Dziwna sprawa, nigdzie na świecie dotychczas nie spotkałem się z tego typu polityką (dodam, że nie były to jakieś ekskluzywne restauracje dla ludzi w szytych na miarę garniturach czy sukniach od Marchesy czy Prady). Na szczęście znalazłem jakąś knajpkę z promocją na pisco sour – dwa w cenie jednego. Posiedziałem przy stoliku na chodniku, z godzinkę patrząc na przełażących leniwie ludzi i pewnie posiedziałbym jeszcze dłużej, ale zaczęło się robić trochę chłodno, a i dwa pisco sour przyjemnie zaczęło uderzać mi do głowy. W smaku bardzo zacne, ale w działaniu mocne cholerstwo! Nie było sensu się upijać – jutro rano mam przecież wylot! PS: Niedaleko miejsca mojego kwaterunku znalazłem pelerynę przeciwdeszczową! Miała ją pani w małym kioseczku. Nie trzeba było chodzić po podejrzanych okolicach i ryzykować utraty telefonu czy karty. Na szczęście nic się nie stało!

Wieczorem

Wnętrze mieszkania cicho wypełnia rock w wykonaniu Guns n’Roses, w ręku trzymam telefon, piszę tę notkę przyklejając się nagi do dużej, zajmującej całą ścianę, ciepłej szyby nagrzanej przyjemnie przez zachodzące po lewej stronie słońce. Bez obaw, nikt mnie nie zobaczy – to ciepłe okno znajduje się na 31-szym piętrze. Po lewej stronie widzę zmierzającą na drugą półkulę jeszcze jasną, acz coraz bardziej słabnącą żarzącą się niebiańską żarówkę, po prawej stronie moim oczom przedstawiają się mistycznie ciemniejące Andy, a przede mną ciągną się niezliczone małe bloki i cienkie jak makaron ulice poniżej, z poruszającymi się po nich malutkimi samochodzikami (przypominają nostalgicznie autka Matchboxa). Odłożę telefon, przykleję się do tej szyby całkowicie. Z ustami włącznie. Jak glonojad będę ssał i ssał to cieplutkie jeszcze całym dniem szkło…

16 lipca, samolot Santiago – Isla de Pascua

Nagle wlecieliśmy w noc! W jednej sekundzie za oknem zrobiło się ciemno! No tak, z rana lecimy na zachód, wróciliśmy w noc. Ale zaskoczyła mnie szybkość tej zmiany!

Na lotnisku, jak zawsze, byłem dużo wcześniej. Niepotrzebnie, bo jak się okazało, z Santiago na Wyspę Wielkanocną (Isla de Pascua), to lot krajowy, więc nie ma tyle ceregieli, co przy locie międzynarodowym. Okazało się nawet, że nie muszę oddawać dużego plecaka – był na tyle wymiarowy, że wszystko wskazywało na to, że mogę go też wziąć do kabiny. Wszystko więc właściwie niczym nie różniło się od wsiadania do jakiegoś autobusu… Na lotnisku przysiadł się do mnie jakiś mocno pijany gość i ciągle do mnie mówił i mówił, nawet widząc, że raczej słabo go rozumiem. Pytałem go, czy aby na pewno z dwoma plecakami, w tym jednym większym, będę mógł wejść na pokład, ale powiedział mi, abym udawał, że nie znam hiszpańskiego, to mnie wpuszczą. W zasadzie to, rozmawiając z nim, nie musiałem udawać, bo nie wiem czy to jego akcent, czy dialekt, czy alkohol, ale któraś z tych rzeczy, a może wszystkie, powodowały, że rozumiałem go piąte przez dziesiąte. Był nawet sympatyczny, ale wielką ulgę odczułem, gdy sobie poszedł i przestał mnie to przyjacielsko klepać po ramieniu, to tłumacząc pukać palcem w klatkę piersiową, a nawet obejmować przy jakichś niewątpliwie poważnych sprawach, o których bardzo chciał mi powiedzieć. Przed lotem zdążyłem jeszcze znaleźć stanowisko informacji linii lotniczej LATAM (ale ładna nazwa! – można reklamować po polsku ‘Latam z LATAM!”), a tam jakaś miła pani, której hiszpański już rozumiałem (dziwne…) poinformowała mnie, że jak najbardziej mogę do kabiny wziąć dwa plecaki. Na szybkiego jeszcze zakupiłem trochę whisky i jakieś ciastka, tak więc do dwóch plecaków doszła jeszcze siatka z tymi właśnie produktami. Brakowało na niej tylko napisu Biedronka i tego bym miał na nogach klapki. Ot, taki był ze mnie dziad, ale lepiej być dziadem przez chwilę, niż potem długo żałować.

16 lipca, Isla de Pascua, czyli Wyspa Wielkanocna (tudzież Rapa Nui, czyli Pępek Świata)

Pięknie tak pośrodku niczego, po prawie sześciu godzinach lotu, zobaczyć tę wyspę, jak powoli wyłania się za oknem samolotu niczym jakieś mistyczne widmo. Samolot leciał chwilę wzdłuż niej, po czym mocno przechylił się na bok i skierował gwałtownie w jej stronę. Leciał niżej, coraz niżej, między zielonymi polami, aż w końcu dostojnie dotknął pasa startowego. Ludzie zaczęli bić brawo. W Polsce przy lądowaniu już dawno przestali, bo to podobno obciachowe, ale osobiście uważam, że to bardzo miłe. Owszem, można robić ochy i achy i tonem światowca mówić, że podróż samolotem to taki kurs taksówką albo coś jak podróż autobusem, ale w przypadku nawet niewielkiej awarii nad Pacyfikiem, samolot nie zjedzie na pobocze by wezwać pomoc – runie w nieskończone wody oceanu całą swoją masą dwustu ton, grzebiąc na dnie ciała ponad dwustu ludzi. My na szczęście dotarliśmy do celu!

Schodziło się bezpośrednio na płytę miniaturowego lotniska, a stamtąd, może z 50 metrów dalej, do drewnianego korytarza w kształcie odwróconej górą do dołu łodzi. Terminal był maleńki, supermarkety w Polsce są sporo większe. Urocze lotnisko! Nie musiałem czekać na bagaż, wyszedłem więc pierwszy. Przed wejściem czekało kilkadziesiąt osób z tabliczkami, na których widniały nazwiska przylatujących pasażerów. Na mnie też już czekał ktoś od wynajętej przeze mnie chatki. Trzydziestokilkuletni ciemnoskóry facet. Przywitał mnie z serdecznym uśmiechem i założył mi na szyję girlandę świeżych, fioletowych kwiatów przyplątanych z soczyście zielonymi liśćmi. Miłe powitanie!

Kilka kroków i oto siedzieliśmy w starym, rdzewiejącym tu i tam czerwonym pickupie Nissana. Bagaże, za radą witającego mnie mężczyzny, wrzuciłem na pakę, po czym zająłem miejsce z przodu. Z tyłu siedziała już uśmiechająca się szeroko partnerka mojego gospodarza i jego kilkuletnia córeczka (cztero-, może pięcioletnia). Obwieźli mnie po Hanga Roa, jedynym miasteczku na wyspie, pokazywali mi niewielkie sklepy, restauracje, odbyliśmy krótką jazdę wzdłuż wybrzeża – rybacy uwijali się przy swoich łodziach. „Czasem dojrzysz tu żółwie, są pod ochroną”. Potem jazda na obrzeża miasteczka pod mój domek. Tam się rozstaliśmy. Bardzo miła rodzina!

Domek położony jest na niewielkiej łączce przypominającej pastwisko. Nieopodal jest drugi, podobny, ale pusty. Troszkę dalej większy dom mieszkalny. Okolica jest raczej odludna i pusta. Mój domek ma niewielką werandę ze stolikiem i krzesełkami. Zaraz za drzwiami wejściowymi znajduje się kuchnia z częścią jadalną, po przejściu której wchodzi się do sypialni, z którą połączona jest łazienka. Mam do dyspozycji czajnik elektryczny, lodówkę, ciepłą wodę pod prysznicem. Mam tu wszystko! Cenowo nie wyszło drogo. Za 5 nocy zapłaciłem 200 dolarów! To dużo taniej niż za wynajęcie kawalerki w Krakowie, Poznaniu, czy Wrocławiu, gdzie ostatnimi czasy zdarzało mi się bywać! Domek, owszem, jest bardzo skromny, ale ma to swój urok! Z werandy rozciąga się widok na zielone, wulkaniczne wzgórza. Jest cisza, spokój, i cztery przyjacielskie psy, które leżą sobie przy werandzie. Wypas!

Po rozpakowaniu się od razu poszedłem w stronę miasteczka Hanga Roa. Nie uszedłem kilku minut, jak już się pogubiłem. Skręciłem nie tam, gdzie trzeba, i zacząłem iść w kierunku czyjejś działki. Akurat wyjeżdżał z niej właściciel w białym pickupie. Zatrzymał się obok mnie i zdziwiony zapytał, dokąd idę (bo szedłem w kierunku jego domu, a przecież nie byłem tam oczekiwany). Okazało się, że bardzo dobrze zna angielski – wyjaśniłem co i jak, że chyba w tym poplątaniu dróżek po prostu się zgubiłem. Nie jechał do centrum miasta, ale zgodził się mnie podwieźć. Miał około 30 lat, a urody mógłby mu pozazdrościć niejeden aktor. Pogadaliśmy troszkę o spokoju życia na takiej wyspie – ot, mijając radiowóz zastanawialiśmy się, czy dla policjantów praca tutaj to wieczne wakacje czy też może to dla nich jakaś kara; to trochę jakby malarzowi dać pędzel, ale nie dać płótna – wiadomo, gliniarze chyba lubią trochę adrenaliny i akcji, a tutaj, na Wyspie Wielkanocnej, nie mają nic do roboty. Jak powiedział mi mój chwilowy kierowca, są oni przysyłani z kontynentu, nie są tutejsi, a on nie zna klucza, wedle jakiego wybierają policjantów na to ‘zesłanie’. Porozmawialiśmy też o kościele na wyspie – czytałem, że msze są bardzo efektowne, ksiądz odprawia je z jakimś pióropuszem na głowie. ‘Tak było – potwierdził mój interlokutor – Ale ksiądz nam się tu zmienił z miesiąc temu, a nie chodzę do kościoła, to nawet nie wiem, czy nowy też odprawia msze z piórami na głowie. Podwiozę cię pod ten kościółek, ok? Jest otwarty, popatrzysz sobie. To jeden z najstarszych budynków na wyspie’. Bardzo miły gość!

Kościółek, pod który zostałem podwieziony, był skromny, ale miał ciekawe, drewniane rzeźby w środku. Tchnęły lokalnym pogaństwem, ale synkretycznie wpleciono je w motywy chrześcijańskie, zadowalając zarówno tych bardziej, jak i mniej wierzących. Choć o ile rzeźbę patrzącego przerażającym wzrokiem człowieka można kojarzyć z jakimś misjonarzem, a nawet Jezusem, o tyle rzeźbę ptaka z wystającymi z niego kolcami i udekorowanego naszyjnikami z muszelek trudno z czymś chrześcijańskim kojarzyć – nie przypomina on łagodnej gołębicy, jaka zazwyczaj reprezentuje Ducha Świętego! Świeca stojąca na jakimś drewnianym totemie o trzech, ułożonych jedna nad drugą dziwnych twarzach? Że niby Trójca Święta? Kto wie, może ta dziwna dla nas, Wschodnio-Europejczyków, sztuka (sakralna?), nie reprezentuje tego samego, co dla ludzi tutaj? Ale de facto odnosi się do tych samych, biblijnych postaci? Nie miałem okazji nikogo zapytać, bo w kościółku byłem sam. Chodziłem sobie od rzeźby do rzeźby i zdziwiony sobie patrzyłem. Ciekawe były tacki z wodą święconą przy wejściu – były to po prostu piękne, napełnione wodą, muszle. Podoba mi się ta dbałość o tradycje i kulturę wyspy.

Widać to nie tylko w kościele – po drodze z kościoła do centrum miasteczka, mijałem sporo drewnianych rzeźb, niektóre z nich były ogromne, do tego czasem przerażające, jak rzeźby zwane kavakava, przedstawiające straszną postać z wystającymi żebrami. Wygląda jak ofiara głodu, ale podobno reprezentuje śmierć. Te, jak i inne rzeźby, napotyka się w ogródkach, między domami, można sobie takie kupić od lokalnych artystów.

Poszedłem w stronę wybrzeża. Mijałem puste restauracyjki i puste sklepy. Ulicami czasem przeszedł ktoś miejscowy. Zaskoczyło mnie to nieco, jako iż spodziewałem się wielu turystów. A tu nikogo! Cisza, spokój. Super! Za miasteczkiem Hanga Roa, od strony wybrzeża rozciągają się zieloniutkie, pagórkowate łąki. Będąc jeszcze na terenie miasteczka można wpaść na mniejsze posągi, tak zwane ‘moa’, z których wyspa słynie. Idąc w kierunku wschodnim można natknąć się na większe, ładnie zachowane cztery (i część piątej) figury, stojące odwrócone tyłem do morza. Nieopodal samotnie, oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów, stoją jeszcze dwa kamienne posągi – jeden z charakterystycznym kapeluszem na głowie, zwanym ‘pukao’. Patrząc na te figury, ułożone wzdłuż wybrzeża, milcząco patrzące w kierunku miasta, miało się wrażenie, jakby wyspa należała do nich i jakby w milczeniu strzegły tego miejsca. Zdawałem sobie sprawę, że figury stojące w pobliżu Hanga Roa nie są najbardziej spektakularnymi figurami, jakie znajdują się na wyspie, niemniej jednak robiły wielkie wrażenie i cieszyłem się, mogąc je widzieć. Tym bardziej, że dzień był przepiękny – ciepły i słoneczny. Okolica też była bardzo urokliwa – zielone pola wznosiły się nad poziom soczyście niebieskiego morza niknącego za łagodnie błękitnym horyzontem. I ta cisza głaskana przyjemnie przez delikatny szum fal.

Nieopodal znajduje się ładny, lokalny cmentarzyk. Nagrobki są zaprawdę ciekawe! Są oczywiście krzyże, ale również płyty z lokalnymi zdobieniami. Niektóre przypominają deski surfingowe, niektóre mają wyrzeźbione ryby lub ośmiornice symbolizujące bliskość i związek mieszkańców z oceanem.

Na tej bliskomiasteczkowej zielonej powierzchni znajdują się ławeczki, jest też mnóstwo fajnych miejsc przy skałach, gdzie można sobie usiąść i leniwie patrzeć na fale rozbijające się o przybrzeżne skały. Wszystko wokół emanuje, jak te posągi, moai, przenikającym wnętrze pozytywnym spokojem!

Droga powrotna zajęła mi jakieś 25 minut pieszo. Od razu zostałem zauważony i rozpoznany przez cztery pieski, które serdecznie mnie powitały. Nie jest szczególnie późno, ale zaraz pójdę spać. Jestem jakiś mocno wymęczony. Lotem, pieszymi wycieczkami, wrażeniami…

17 lipca, Wyspa Wielkanocna

Dzień zaczął się nietypowo, bo w żadnym z dwóch telefonów nie przestawił mi się telefon (a powinny się przestawić o dwie godziny do tyłu), tak więc nastawiając alarm na 7.00 rano, wstałem o… 5.00! Dzięki temu, że poszedłem wcześnie spać, wstałem wyspany, więc nic nie wydało mi się podejrzane. Dopiero później, czekając na umówionego z gospodynią przewodnika, dopytując się jej przez aplikację czy tour jest nadal aktualny, okazało się, że owszem, ale później, niż mi się wydawało! :) Dziwna sprawa, pierwszy raz przy zmianie strefy czasowej telefony nie przestawiły godziny! Odpaliłem cygaro, zrobiłem sobie najpierw trochę kawy, potem nalałem do niej trochę whisky, i tak gadając do piesków czekałem na przewodnika. Przyjechał, 19-letni Marcos. Uśmiechnięty, w czapce z daszkiem, po angielsku nic a nic. Ale to dobrze! Pierwszy dzień objazdówek czas zacząć!

Najpierw udaliśmy się nad Ranu Kap, czyli nad bardzo duży krater położony na południowym skraju wyspy. To bardzo ciekawe miejsce, bo można zobaczyć tu trzy atrakcje – ogromny krater, w środku którego znajduje się coś na kształt moczarów, z podobno pitną wodą, z której wyrastają różne rośliny. Druga ciekawa rzecz, to znajdująca się na skraju krateru wioska Orongo, czyli dawne budynki mieszkalne – ich ściany zbudowane były z kamienia, na dach natomiast nałożona była porośnięta trawą warstwa ziemi. Kolejna rzecz, to widoczna ze zbocza krateru wysepka Motu Nui. To bardzo ważna wysepka. To tam ścigano się, biegnąc najpierw po zboczu wulkanu, skacząc ze skał wprost w ocean, płynąc na Motu Nui by tam znaleźć pierwsze jajo rybitwy. Wielu śmiałków ginęło w tej rywalizacji, czasami dopadały ich rekiny, ale gra warta była świeczki! Jajo wsadzano do skórzanego woreczka wiązanego na czole. Wskakiwano z powrotem w ocean, płynięto na Wyspę Wielkanocną, i biegnięto z powrotem na szczyt wulkanu. Kto pierwszy, w całości dostarczył skradzione ptakom jajko, nie tylko cieszył się szacunkiem całej wyspy, ale również otrzymywał w nagrodę kobietę. Dramatyzm tego wyścigu świetnie pokazano w zapomnianym już trochę pięknym filmie ‘Rapa Nui’. Marcus pokazał mi krater z dwóch stron – od strony oceanu i od strony lądu. Robi piękne wrażenie! (PS: Od strony oceanu strasznie wiało!)

W czasie jazdy do kolejnej ciekawej rzeczy podjadałem sobie liście koki. Nie wiem tak do końca, jaki status mają te liście, tj. czy są do końca legalne czy nie, ale skoro sprzedają je na straganach w Santiago, to chyba nie ma z nimi w Chile problemu. Niemniej jednak istnieje ryzyko, że coś jest jakby nie do końca legalne, ale przymyka się na to oko (jak to z marihuaną w krajach latynoamerykańskich bywa). Postanowiłem jednak zabrać ze sobą paczuszkę na Wyspę Wielkanocną, bo lubię sobie przeżuwać te liście. Jadłem je sobie w czasie naszej jazdy z Marcosem. Zainteresował się nimi – okazało się, że nigdy ich nie jadł. Powiedział, uśmiechając się szelmowsko, że kojarzy tylko tę białą kokę. Que?! Nie wnikałem, heh. „Jedz ze mną, jak chcesz”, powiedziałem, kładąc woreczek z listkami obok skrzyni biegów. I tak jechaliśmy sobie czasem mocno polnymi drogami, mijając stada leniwie przeżuwających trawę krów, i podjadaliśmy co jakiś czas po kilka listków koki.

Dotarliśmy do Vinapu. Obecnie to tylko ledwo widoczna z przodu platforma kamienna, z której postrącano posągi. Ich resztki na pierwszy rzut oka przypominają ogromne głazy, ale po podejściu można rozróżnić coraz bardziej zacierane przez pogodę kształty. O wiele lepiej platforma prezentuje się z drugiej, widocznej od oceanu, strony. Tu widać technikę, jaką platforma została zrobiona. Przypomina inkaskie mury, gdzie arcydokładnie wyciosane kamienie stawia się jeden na drugim (np. peruwiańskie Chinchero lub Ollantaytambo). Tu również kamienie były tak do siebie dopasowane, że człowiek między nie wsunąłby ani świstka papieru. Motyw zburzonych posągów jest na wyspie bardzo częsty – podczas wojny między klanami działo się to bardzo często. Posągi prezentowały potęgę klanu – im były większe, tym większa była reputacja, potęga i możliwości klanu. Ot, taka rywalizacja na zasadzie ‘kto ma większego’, albo raczej, kto ma większe. Posągi, oczywiście! Miejsce było bardzo spokojne, przypominało ogromne pastwisko, jedną wielką zieloną łąkę zakończoną urwiskiem, u stóp którego szumiał niebieski, bezkresny ocean. Pojechaliśmy dalej.

Vaihu – południe wyspy. Jest tu niewielki punkt, gdzie odrestaurowano/zrekonstruowano niewielkie gospodarstwo. Kilka niskich domów z trawy wplecionej w szkieletową konstrukcję z drewnianych patyków. Kształtem przypominały wejście do terminala lotniskowego, czyli odwróconą do góry nogami łódź. Wyglądało to tak, jakby dawni mieszkańcy zamieszkujący to miejsce mieszkali w łodzi! Jakby się pod nią kryli! Tu i tam rozrzucone były kamienne kręgi. W niższych, odkrytych, hodowano rośliny – kamienny mur miał chronić je przed wiatrem. W wyższych, całkowicie zakrytych trzymano kury. Ot, takie kamienne kurniki. Niby nic wielkiego, ale można sobie tu zobaczyć, jak niegdyś żyli niektórzy mieszkańcy wyspy.

Na koniec udaliśmy się do położego nieopodal Ahu Akahanga. To malowniczo położona na wybrzeżu platforma ze zwalonymi, leżącymi żałośnie na ziemi posągami. Wyglądało to bardzo smutno – pokazuje zarówno ogromne możliwości człowieka, jak i jego pęd do wojny, destrukcji i całkowitej zagłady. Przechodząc tuż obok leżących, czerwonych kamiennych kapelutków (wspomnianych wczoraj ‘pukao’) dotarliśmy do niewielkiej jamy, która dawniej służyła ludziom za schronienie. Aczkolwiek była naprawdę mała i raczej mało atrakcyjna.

Z Marcosem spędziłem miło czas, wracaliśmy wzdłuż wybrzeża. Wygląda fenomenalnie! Pomyślałem sobie, że może niekoniecznie jestem w Pępku Swiata (bo to oznacza Rapa Nui), ale na pewno w cholerę daleko od swojego codziennego habitatu. 15 tysięcy kilometrów od Polski! Prawie połowa długości równika! Ten niemożliwie niebieski kolor oceanu, który pienił się przy brzegach, ta piękna pogoda. Ta pustka dookoła. Cisza. Spokój. Przez chwilę wydawało mi się, że zaraz się zbudzę w swojej ciasnej dziurze gdzieś w prowincjonalnej Polsce. Ale nie, śniłem nadal!

Marcus wysadził mnie w centrum miasta. Było dosyć wcześnie, bo po 13.00. Stwierdziłem, że na odpoczynek przyjdzie jeszcze czas, tym bardziej, że podróżując samochodem nie miałem czym tak naprawdę się zmęczyć. Na mapce wyhaczyłem jakiś punkt widokowy, zwany Ana Kai Tanata. 25 minut piechotą pustą ulicą i dociera się do pięknego miejsca. Ana Kai Tanata to zatoczka otoczona stromymi skałami, gdzie woda wpływa w ogromny otwór przypominający jaskinię. Sam otwór, choć będący dziełem natury, z racji swojego kształtu i rozmiaru przypomina otwór wydrążony przez człowieka. Nie było wietrznie więc znalazłem sobie dogodne miejsce na stromym (i de facto dość niebezpiecznym) skalnym zboczu, usiadłem, pokontemplowałem w samotności i w ciszy, przerywanej szumem fal, ten cud natury.

Powyższa notatka napisana została przeze mnie po powrocie do wynajętego domku. Nie mam tu internetu – ale mam książkę i ściągnąłem na Netflixa na komórce jakieś filmy z knajpki, z której wrzucam poniższą notkę:

17 lipca, godz. 15:40 Siedze w knajpce przy piwku (o dziwo, nie jest jakieś drogie!). Na balkoniku. Poniżej mnie jest malutka plaża, a tam przebywa małżeństwo 60-cio latków. Z promenady krzycy na nich właśnie dwóch miejscowych. O co chodzi? Tu są żółwie, widzę ich skorupki, czasem wynurzają swoje małe główki jak peryskopy, a ten mężczyzna jednego dotykał. 'Co robisz? Nie dotykaj! Nie dotykaj żółwi! Więcej szacunku!". Bardzo podoba mi się taka spontaniczna reakcja miejscowych i troska o te ciekawe stworzenia.

18 lipca, Wyspa Wielkanocna, rano

Marcuos, jak się okazuje, dzisiaj po mnie nie przyjedzie. Za godzinę ma podjechać jakiś inny przewodnik. Tymczasem obserwuję sobie pieski leżące na werandzie przed domkiem. Jeden śpi, reszta czuwa. Potem nastąpi zmiana – ten śpiący się zbudzi, a drzemkę utnie sobie inny. Gdy trójka psów biegnie gdzieś na obrzeża działki (coś sprawdzić albo kogoś obszczekać), przy mnie zawsze jeden zostaje. Pilnuje mnie. Słodziuchy!

18 lipca, potem

Podjechał Jimmy, 39-latek. Ciemna karnacja, brak zęba na przedzie (wypadek, na motorze, jak mnie poinformował), mówi, że wraca… prosto z wesela. Marcos też tam był, ale bardzo dużo wypił i dzisiaj nie da rady jeździć. Stąd ta zamiana. Jak się okazało, Jimmy nie był lepszy – opowiedział mi, jak mieszał alkohole i po prostu odleciał. Z mojej kwatery pojechaliśmy prosto do sklepu; Jimmy kupił wodę, piwo i napój energetyczny. Upewniłem się, że mam zapięte pasy. Tu nikt nie zapina, ale strzeżonego Odyn strzeże!

Dzisiejsze zwiedzanie zaczęliśmy od Ana te Pahu, długiej jaskini ukrytej pod ziemią płaskiego terenu, niezbyt żyznego, porośniętego poskręcanymi od wiatru skarłowaciałymi winoroślami. Jaskinia była długa i ciemna – dobrze, że miałem ze sobą lampkę na głowę, którą często na wszelki wypadek trzymam w plecaku. Jaskinia ma podobno 7 kilometrów, ale aż tyle nie chodziliśmy. Było ciemno i dość strasznie, ale dotarliśmy w końcu do jakiejś dziury w ziemi, przez którą wpadało – ku mojej wielkiej radości – jasne światło dnia. Jego widok naprawdę mnie ucieszył! Czułem się nieco zmęczony, toteż gdy wyszliśmy na powierzchnię, zaproponowałem Jimmiemu małą przerwę. Nieopodal samochodu znajdowało się sporych rozmiarów drzewo, pod którym usiedliśmy. Wyjąłem po cygarze (zakupione jeszcze w Santiago), zaproponowałem jedno mojemu przewodnikowi. Niestety, było dość wietrznie, nie mogliśmy ich odpalić. „Odpoczniemy u mnie”, zaproponował Jimmy. „Potem będziemy kontynuować”.

Dojechaliśmy do małego osiedla położonego wśród palm, bananowców i drzew liściastych. Między nimi stał skromny dom Jimmiego. „Żona będzie trochę zła, bo po weselu nie wróciłem dzisiaj do domu, ale nie przejmuj się nią”. Weszliśmy na werandę, usiadłem na bujanym plecionym krześle. Po chwili wyszła do nas około 30-letnia kobieta z niemowlakiem na rękach. Trochę się zdziwiła, że jej mąż przyjechał ze mną, wzięła go do środka i słyszałem, jak go ruga. Ciekawe czy za mnie, czy za to, że po weselu nie wrócił do domu, czy za to i za to? Ale po chwili oboje wyszli do mnie uśmiechnięci. Okazało się, że ona jest z Kolumbii. Porozmawialiśmy trochę o stereotypach dotyczących jej kraju (Escobar, kokaina), było sympatycznie. Po chwili zniknęła w środku domu i przyniosła nam coś, co wprawiło mnie i Jimmiego w dobry, błogi nastrój. Nie, nie była to kokaina, heh, ale trochę nas to odurzyło. No pięknie – pomyślałem sobie – jak ja teraz będę z nim jeździł? Jimmy zaczął drzemać na krześle obok mnie, jego żona zajęła się pracami domowymi, a ja patrzyłem na szumiące drzewa. Były tak zielone i tak pięknie szumiały – jakby szeptały, jakby chciały mi coś przekazać! Wyjąłem cygaro, odpaliłem, z chęcią wypiłem trochę piwa, które dał mi Jimmy. Chciałem jeszcze posiedzieć, ale trochę nam zeszło na tej werandzie. Jakieś 1,5 godziny! No nic, trzeba jechać dalej! Pożegnałem się z jego żoną i ruszyliśmy. Jimmy jechał jakby nadal spał, wpatrzony trochę tępym wzrokiem w jeden punkt. Dobrze, że drogi na wyspie są właściwie puste, nieco mnie to uspokajało! Wszędobylskie, na wpół dzikie krowy też nie utrudniały Jimiemu jazdy – pasły się leniwie na poboczach, nie wchodząc nam przed samochód. W pewnym momencie Jimmy zatrzymał auto i ruszyliśmy pieszo. Szliśmy przez krajobrazy jak z innej planety – zielone pola, w oddali kratery wulkaniczne, a wszędzie wokół walały się czarno-brązowe kamury i wrośnięte w ziemię wulkaniczne skały. Szliśmy długo, czas jakby stanął w miejscu, spacerując po tym dziwnym krajobrazie czułem się jak w jakiejś grze komputerowej typu Mass Effect Andromeda czy No Man’s Sky, gdzie eksploruje się nowopoznane planety. I ta cisza, przerywana przez ryk popychanego przez porywisty wiatr oceanu, który szalał w dole urwisk, po skraju których – niczym jacyś nieustraszeni astronauci - szliśmy z Jimmiem. ‘Jimmy, nie wiem czy to dobry pomysł tak tu chodzić. Wiatr jest silny, jest niebezpiecznie’. Od samego patrzenia na położony już daleko niżej ocean kręciło się w głowie. ‘Chodź, chodź’, odpowiadał mi naprawdę szybko maszerujący Jimmy. Cholera, niech raz dmuchnie trochę bardziej i polecimy w dół, na skały, jak biedny Ikar – przewalało mi się przez głowę i zacząłem tracić tę nieustraszoność. Niezbyt czułem nogi, które zaczynały pulsować drętwym bólem. Ciężko łapało mi się równowagę. Czasem pochylałem się ku samej ziemi wspierając się rękoma. Trwałem tak na czworakach łapiąc oddech i równowagę. Ale jakoś, powoli parliśmy przed siebie. W końcu dotarliśmy do Ana Kakenga.

Ana Kakenga to jaskinia. Schodziło się nią dość stromo i nieprzyjemnie w dół (moja głowa!), do tego trzeba się było przeczołgiwać po wąskich, niemal szczurzych korytarzach. Bogowie! Najpierw pozaziemskie krajobrazy, niebezpieczne wspinaczki po stromych urwiskach, a teraz takie survivale! Ale warto było! Dotarliśmy do rozwidlenia skalnego korytarza, a na końcu każdej z dwóch dróg znajdowało się okno na zatokę! Tzn. drogi kończyły się, a człowiek kończył na krawędzi ziejącej na końcu dziury z widokiem na rozbijający się poniżej ocean! Żadnych zabezpieczeń, nic! A Jimmy wziął ode mnie telefon i śmiejąc się zachęcał bym pozował na samej krawędzi. „Jeszcze, jeszcze, dalej troszkę”. No to ja jeszcze, jeszcze, dalej troszkę, aż siedziałem niemal z połową tyłka nad przepaścią. Jak teraz o tym pomyślę… dostaję ciarek! Przyznać jednak trzeba, że widok zapierał dech w piersiach!

Droga powrotna, pokonana szybciej, bo szło się w dół. I kolejny punkt naszych wojaży – Ahu Akivi. W miejscu tym stoi 7 świetnie zachowanych posągów Moai, nietypowo zwróconych w stronę oceanu (cała reszta posągów na wyspie zwrócona jest do jej środka). Jimmy mówił, że uważano je za inkarnację ważnych dla klanu osobistości. Tych siedem, niespecjalnie dużych, ale świetnie zachowanych posągów równego wzrostu przedstawiało się naprawdę zacnie!

Kilka minut później byliśmy w miejscu zwanym Puna Pau. Jest to niewielka górka wulkaniczna, gdzie z czerwonej skały wyrabiano kapelusze (pukao) dla posągów. Jimmy wspominał, że te czerwone kapelusze koloru menstruacyjnego stanowiły pierwiastek żeński dopełniający pierwiastek męski mających przecież falliczny kształt posągów. Ktoś wymyślił, by na czubku posągów postawić coś na kształt waginy i tym samym nadać takiemu tworowi bliżej dzisiaj nieokreślonej symboliki. Bo każda teoria zakładana dzisiaj przez badaczy raczej pozostanie tylko teorią. W Pina Pau walały się te, pozostawione na pastwę czasu i pogody czerwonawe kapelusze. Około 16.00 Jimmy odwiózł mnie do mojego domku. Umówiliśmy się na jutro rano (ciekawe, czy przyjedzie?). Padłem na łóżko zmęczony i na kilka godzin zasnąłem od razu.

No nic, kończę tę notkę i do spania. Jutro rano pobudka.

19 lipca, Wyspa Wielkanocna

Chyba za wcześnie z Jimmym uzgodniliśmy swój wyjazd, bo spod mojej chatki wyjechaliśmy o… 6 nad ranem! Planowaliśmy udać się na południowy wschód wyspy, do Ahu Tongariki, czyli do najsłynniejszej bodajże platformy z posągami moai. Na miejsce jechaliśmy przez smolistą czerń – księżyc był skryty za chmurami, a na szutrowych drogach poza Hanga Roa nie ma żadnych latarni! Dotarliśmy już po 30 minutach. Jimmy zaparkował na niewielkim placyku obok drogi. Zgasił silnik. Nieprzenikniona czerń. I absolutna cisza. - Cholera, jesteśmy za wcześnie – powiedziałem. - Tak – odparł Jimmy. - O której coś będzie widać? – zapytałem go. - Za jakąś godzinę – odpowiedział. - Co robimy? – zadałem głupie pytanie. - Nie wiem – odrzekł. - Może się prześpimy? – zaproponowałem. - Okay. To idę do tyłu – powiedział, po czym opuścił miejsce kierowcy i położył się z tyłu, na miejscach dla pasażera. Próbowałem zasnąć, ale średnio mi to wychodziło. Dwie kawy wypite, jak zawsze, przed wyjściem, stanowiły skuteczną barierę dla snu. Ze stanu pół-, a właściwie ćwierćsnu, wyrywały mnie okazyjnie przyjeżdżające pojazdy, które zatrzymywały się obok nas. Przybywali inni ludzie, którzy też chcieli zobaczyć posągi na tle wschodzącego słońca. Gasili silniki, gasili światła, i w mroku nie chcącej odejść nocy czekali – jak ja z Jimmym - w swoich autach. O 7.30 z wolna zaczęło świtać, wygramoliliśmy się więc z małego samochodziku. Podobnie zaczęli czynić ludzie z kilku innych aut. Niektórzy wzięli ze sobą rozkładane krzesełka, ktoś już siedział przed platformą z posągami na kocyku i grał cicho na gitarze. O ile gdy zbliżaliśmy się ku posągom, mrok, a raczej już półmrok, skutecznie rozmywał ich kształty, to po kilku, kilkunastu minutach, można było ujrzeć ich cały majestat. Były ogromne! Tak dużych jeszcze w ciągu poprzednich dwóch dni na wyspie nie widziałem! 15 moai, stojących dumnie jeden przy drugim, patrzyło ponad nami gdzieś w dal, w kierunku środka wyspy. Najwyższy z nich miał 9 metrów i ważył prawie 90 ton! Cała platforma liczyła około 220 metrów długości! Słońca nie było, były za to gęste chmury i słaby blask przebijający między nimi. Nie był to bynajmniej jakiś piękny, złocisty blask, ale brudny, mrocznoniebieski, momentami mocno fioletowy pobrzask. Nie byłem ani trochę zawiedziony, bo 15 kolosów stojących plecami do oceanu, zwróconych do mnie, malutkiego, twarzami, wyglądało w tych przyrodniczo-pogodowych okolicznościach bardzo mistycznie, potężnie i groźnie. Jak pradawne duchy zapomnianych epok, które przetrwały i ludzi, i wiatry, i deszcze, i które trwać tak będą jeszcze całe wieki po mojej, maluczkiego i marnego Artura, śmierci. Przeminę już dawno, a one będą tak stać, niewzruszone, z tymi swoimi poważnymi twarzami, patrząc na sobie tylko wiadome rzeczy. Grająca jeszcze frywolnie gitara zamilkła w obliczu ich potęgi rysującej się trochę złowieszczo, trochę apokaliptycznie, na tle mrocznego nieba. Stałem w milczeniu i patrzyłem jak urzeczony przez wiele minut. Ahu Tongariki o poranku jest zaiście magiczne!

Stamtąd udaliśmy się Rano Raraku. To niesamowite miejsce – otóż to właśnie tam wykuwano posągi. Szliśmy z Jimmiem pieszo po zielonym zboczu wulkanu (krater niestety był zamknięty dla zwiedzających), przed nami w dole rysowały się zielone pola bez jakichkolwiek oznak życia. W oddali, przy oceanie, można było dostrzec 15 posągów z Ahu Tongariki, opisywanych przeze mnie kilka linijek wcześniej. Widoki opustoszałej okolicy były bardzo urokliwe! Ale najważniejsze w Rano Raraku były oczywiście posągi moai. Z ziemi wystawały ich głowy. Można było stanąć z nimi, oko w oko, niemal metr, może góra dwa, od nich. Porzucone, niedostarczone na miejsce. Co ciekawe, nie wykuwano ich z odrąbanego wcześniej kawałka skały, ale kuto je i nadawano im kształty, gdy były jeszcze częścią góry! Skąd to wiadomo? Ano można było zobaczyć pozostawionego tak w skale jednego, nie oddzielonego jeszcze od niej, moai. Leżał na plecach poziomo, z wykutą pustą przestrzenią na głową i torsem. Kształtem z grubsza przypominał posągi na grobach wawelskich, albo śpiącego rycerza, ale rozmiarem ten niedokończony posąg zdawał się być olbrzymem, który zaraz sam zerwie się na nogi i pomaszeruje w stronę oceanu, odwróci się na brzegu w stronę wyspy i zastygnie tak na wieki. Ciekawostką jest, że połowa posągów na wyspie nigdy nie dotarła na miejsce swojego przeznaczenia. Albo została w tym kamieniołomie, albo została uszkodzona i porzucona w czasie transportu. Co do transportu, najpopularniejszą teorią jest ta mówiąca, że transport posągów odbywał się poziomo, na rolka z bel drewna (i rzekomo wyrąb drewna w tym celu przyczynił się do zaburzenia systemu wegetacyjnego wyspy), ale robiono już eksperymenty, w czasie których udowodniono, że posągi można transportować pionowo, odpowiednio bujając je przy pomocy lin to w prawo, to w lewo. Pokrywa się to z tym, co mówili dawni mieszkańcy wyspy, mianowicie, że posągi po prostu same schodziły z gór. Kamieniołom Rano Raraku to bardzo ciekawe miejsce. Porzuconym posągom można spojrzeć w twarz z bardzo bliska, głów wystających z ziemi jest całkiem sporo, to często ich zdjęcia można znaleźć w prospektach reklamowych biur podróży lub w filmach dokumentalnych, w których choćby tylko wspomina się o wyspie. Mimo tego, że miejsce jest – jak wspomniałem – ciekawe, napełnia jakimś smutkiem. Może dlatego, że ilustruje pewien koniec epoki tej wyspy i koniec pewnej cywilizacji w skali mikro.

Kolejny punkt to miejsce zwane Papa Vaka. Na pierwszy rzut oka są to tylko kobaltowe kamienie na środku, otoczonej płotkiem łąki, ale podchodząc do tych płaskich kamieni można ujrzeć wyryte na nich petroglify. Są łodzie, haki na ryby, ośmiornice, kraby. Kilkusetletnie ryty, które pozostawione tak same sobie, bez żadnej osłony, żadnego daszku, narażone na deszcze i wiatr, coraz bardziej zanikają.

Dzień – jeśli chodzi o zwiedzanie – był dosyć aktywny, bo to jeszcze nie był koniec. Te Pito Kura, czyli małą plażyczka – jak to określono w przewodniku Lonely Planet – znaczka pocztowego. By się tam dostać, trzeba przebrnąć przez potężne głazy i skały. Jeśli ma się wynajęte auto, można się tam wybrać z kocykiem i kremem do opalania. W pobliżu znajduje się idealnie kulisty, (podobno) naturalny głaz (raczej z tych niewielkich), wokół którego rozstawiono cztery mniejsze kamienie (już nie tak ładnie, idealnie kuliste) mające podobno symbolizować cztery strony świata. Sam głaz rzekomo został przywieziony na wyspę przez pierwszego króla – wierzy się, że koncentruje on energię zwaną mana.

Nieopodal znajduje się większa plaża, na którą dostać się jest już prosto (wystarczy podjechać), nazywa się Anakena i oprócz tej zalety, że jest ona naprawdę piękną, białopiaszczystą plażą, strzeżona jest przez platformę Ahu Nau Nau z pięcioma dobrze zachowanymi moai (i dwoma ich pozostałościami). Te posągi mają około 900 lat! Nieopodal stoi samotny moai, zwany Ahu Ature Huke. Jimmy został w aucie, mówił, że się zdrzemnie. ‘Artur, połaź sobie z pół godziny, godzinę, jak wrócisz to mnie obudź’. No to łaziłem tak sobie po okolicy tej zatoki, spacerowałem sam po niewielkiej plaży. Cieszyłem się byciem samym w tym pięknym zakątku wyspy. Dziwiłem się też, że nie ma tu nikogo oprócz mnie! Naprawdę, myślałem, zwłaszcza patrząc na ceny przystępne dla nie najlepiej zarabiającego Polaka, że Wyspa Wielkanocna będzie pełna turystów, niczym jakaś Barcelona czy Wenecja, a tu nic. Drogi całkiem puste, paru ludzi podziwiających wschód słońca przy posągach w Ahu Tongariki, jedna grupka kilku zwiedzających w kamieniołomie Rano Raraku, pusta plaża… Może to nie sezon na wycieczki? Ale z drugiej strony o ile ludzie z Ameryki Południowej mogą czekać na grudzień czy styczeń, to gdzie są ludzie z całej reszty świata? Z USA, z Europy, Azji? Nie było ich, a ich brak wcale mi nie doskwierał! Mogłem cieszyć się dziewiczą naturalnością tej plaży, niezatłoczonej przez przybyszów z innych regionów kuli ziemskiej. Miałem ją tylko dla siebie!

Jimmy odwiózł mnie do centrum Hanga Roa, pod niewielki targ z wyrobami sztuki lokalnej, Mercado Artesanal. Kupiłem kilka pamiątek dla rodziny i przyjaciół (wybór był dosyć spory! – warto wejść do tego miejsca), potem poszedłem na piwko, gdzie napisałem kilka pocztówek. Wysłałem je z malutkiej poczty po śmiesznej cenie – zaskoczyła mnie niewielka cena znaczków pocztowych; co jeszcze zapamiętam z wizyty w tej mini-placówce pocztowej? – śpiącego w niej psa i niesamowicie pogodną, ładną panią za okienkiem pocztowym. Udałem się pieszo do mojej chatki – byłem śpiący i zmęczony (pobudka była stanowczo za wcześnie!). Wracając widziałem Jimmiego kierującego ciężarówką pełną drewna! Pomachał do mnie, zapytał, czy wszystko ok. Pracowity facet!

20 lipca, Wyspa Wielkanocna

Dzień na nic-nie-robienie. Troszkę poplątałem się po Hanga Roa. Restauracje świecą pustkami, część miejsc noclegowych jest zamknięta. Ewidentnie nie jest to sezon turystyczny. Pogoda jest piękna – świeci słońce i jest ciepło. To mój czwarty dzień na wyspie, nie padało ani razu, nie siąpiło ani przez chwilę. Okazuje się, że niepotrzebnie kupiłem płaszcz przeciwdeszczowy. Na szczęście nie zajmuje on dużo miejsca w plecaku. Jeśli chodzi o ceny – w restauracjach jedzenie jest nieco drogawe, ale gdybym się uparł, pewnie coś bym kupił i nie zbiedniał. Mam jednak sporo chleba, do którego dokupuję tu pomidora czy ogórka. I tu sytuacja nie jest taka jasna – w jednym z większych supermarketów (chyba jedyny na wyspie) nie ma pod towarami podanych cen; odpuściłem więc. Pani sprzedająca warzywa z samochodu na ulicy za pomidora i ogórka policzyła mi ponad 4 dolary! (ewidentnie chciała naciągnąć przyjezdnego) Ale znalazłem mały sklep, gdzie warzywa kupiłem za grosze. Trzeba po prostu dobrze poszukać. Zaskakująco dobre są za to ceny piwa – nie kosztuje ono drożej niż w Polsce, a można, co teraz czynię, pić je sobie patrząc w srebrzący się słońcem ocean. Siedzę w tym samym miejscu co przedwczoraj. Zatoczka pełna żółwi służy jako punkt startowy dla młodzieży wypływającej w ocean na deskach surfingowych. Są dzieciaki w różnym wieku – niektóre mają może po 14 lat, są chłopaki i dziewczyny. Surfującej młodzieży jest całkiem sporo. Nieopodal jest jeszcze boisko do gry w piłkę nożną – tu dzieciaków jest już cała masa. Trenują grupkami, chłopcy z dziewczętami. A ja taki asportowy – piwo i cygara. I szum fal. I krzyki dzieciaków. I milczenie żółwi. I srebrne słońce. Jest mi dobrze.

20 lipca, później

Ciekawa sytuacja w restauracji, gdzie spędzałem dzień. Pierwsza płatność kartą została odrzucona, drugą terminal zaakceptował. Ale okazało się, że pieniądze ściągnięte zostały z konta dwukrotnie. Zorientowałem się niedługo po wyjściu, wróciłem więc, pokazałem te dwie transakcje w aplikacji (Revolut) – bez problemu zwrócono mi pieniądze w gotówce. Nikt nie robił problemu, nie krzyczał, pełna kultura + uśmiech kelnerki i kierownika. Niemniej jednak warto mieć apkę, lokalną (tj. chilijską) kartę SIM i co jakiś czas sprawdzać, czy wszystko jest ok.

21 lipca, Wyspa Wielkanocna

Wczoraj nocą właścicielka podesłała jakiegoś chłopaczka po pieniądze za zwiedzanie. 3 dni, 160 dolarów. Myślę, że cena – jak za takie miejsce - świetna!

Poranny spacer do centrum zaowocował trafieniem na mszę świętą. No tak, dzisiaj niedziela. Jak się okazało, ksiądz nie był przystrojony w pióra (więc z przewodników jedna z atrakcji turystycznych powinna w przyszłych edycjach wypaść), ale za to w pierwszym rzędzie siedziało kilku bardzo tradycyjnie ubranych mieszkańców wyspy. Czasem grali 30 sekundowe przerywniki – instrumentem przewodzącym był bęben, który wybijał bardzo mocny i głęboki rytm. Kościół był pełen ludzi. Nie spędziłem tam dużo czasu. Po 10 rano WSZYSTKO w Hanga Roa było zamknięte. Wróciłem więc do swojego, należącego do mnie już tylko przez niecałą godzinę, wynajętego domku.

O 11:30 przyjechał po mnie Christian, chłopak mojej gospodyni, której jeszcze na oczy nie widziałem (i pewnie nie zobaczę). Wręczył mi niewielkiego, kamiennego moai i odwiózł na lotnisko, choć wcale nie musiał – nie mieliśmy tego w umowie, a pieszo miałem tam może ze 20 minut. Miłe gesty, o których się będzie pamiętało i dobrze wspominało.

Lotnisko jest bardzo malutkie. Część pasażerów, włącznie ze mną, siedziała na dworze pod drewnianym daszkiem. Zakupiłem jeszcze kilka pamiątek, o które w ostatniej chwili niektórzy ze znajomych poprosili. Wyszły tanio, jak na lotnisko w tak odległym od wszystkiego miejscu na świecie.

W samolocie przydzielono mi miejsce przy drzwiach ewakuacyjnych, miałem więc ogrom miejsca na moje długie kulasy. Przez szybkę widziałem uciekającą za nas wyspę. Stawała się coraz dalsza i mniejsza. To był wspaniały czas! Cieszyłem się, że mogłem poznać niektóre z jej tajemnic i ukryte przed światem, zakamarki, jak podziemne jaskinie czy niewielkie, dzikie zatoczki. Yorana!

21 lipca, później, Santiago

Lot, eghem, zleciał. Gorzej z dostaniem się na kwaterę w Santiago. Otóż czekanie na mój bagaż zajęło chyba ze 40 minut, potem trzeba było poszukać autobusu, któremu z odjazdem się nie spieszyło – wyruszył spod lotniska punktualnie o 22:30. Na przystanku Parajacitos, skąd metrem chciałem udać się dalej, był dokładnie o… 22:58! Z autobusu wysiadłem ja i dwójka mężczyzn. Wszyscy chcemy wejść do stacji metra. Jedne drzwi zamknięte! Drugie – też ani drgną! No bez jaj! Pytam więc tych mężczyzn, do której działa metro. Do 23.00 – odpowiadają. W mordę! Podsłuchał nas ktoś ze służb pracujących na tej stacji. Odzywa się do nas i wskazując gdzieś ręką mówi nam, że parę metrów dalej są jeszcze jedne, ostatnie drzwi, które są jeszcze otwarte. Gracias! – i w bieg! W prawdziwy sprint! Są! Są drzwi! Otwarte! Teraz bramki. Dobrze, że miałem przygotowaną kartę, doładowaną w sam raz na jeden przejazd! Bramka się otwarła! Lecimy jak głupki, ja z dwoma plecakami na plerach. Trochę mi odbiegli, ale na szczęście na tyle, że widziałem ich plecy i wiedziałem, którędy mam lecieć na perony. Skręcają w lewo, ja za nimi. Ale zaraz! Ja chyba muszę w odwrotnym kierunku! Oni, jak się okazuje, też – bo zatrzymują się wariacko, zawracają, zmieniają kierunek. Ja znowu za nimi! Schodami w dół. Szybko, szybko, byle by się nie wywalić. Stoi, już stoi pociąg! Wagony otwarte! Szybko, szybko, już blisko! Patrzyłem na wyłaniające się ich wnętrza i błagałem w myślach drzwi, by te się nie zamykały! „Jeszcze chwilka! Nie zamknijcie się! Por favor, kur*a!” – krzyczałem w myślach. Wpadliśmy do środka niemal odbijając się od wewnętrznej strony ściany wagonu! Zsapani jak konie przy kręceniu westernów, z palpitacją serca, które chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Jak tylko wskoczyłem do środka, drzwi się zamknęły. Ostatni pasażer tego dnia! Udało się! Padliśmy wyczerpani na foteliki. Metro szarpnęło i ruszyło w ciemność wąskich tuneli. Miałem na tyle sił, że towarzyszom podróży pokazałem kciuka w górę i wysapałem jeszcze ‘Gracias’. Uśmiechnęli się do mnie, łapiąc ciężko powietrze.

Odtworzyłem sobie w głowie ten dziki gon za metrem. Ktoś z obsługi – jakiś kolejny anioł stróż spotkany w czasie podróży! Akurat znalazł się we właściwym dla mnie czasie, we właściwym miejscu! Bramki? Je akurat dałoby się przeskoczyć i pewnie bym tak zrobił gdyby coś z kartą było nie tak, choć może z bagażami byłoby ciężko. Pomyślałem o systemie metra w Londynie, gdzie na wejściu przy bramce przykłada się (touch in) telefon albo kartę debetową, przy wyjściu również (touch out) i tyle. System automatycznie odlicza kwotę z konta bankowego. A tu karta, doładowanie, pilnowanie stanu konta, szukanie jej, przykładanie… No nieważne…

Moi jedyni towarzysze podróży w pewnym momencie zbierali się do wyjścia. Zapytali, dokąd jadę. Santa Lucia – odrzekłem. Powiedzieli, że jadę w dobrym kierunku, że to niedaleko. Wiedziałem o tym (telefon), ale miło, że się chcieli jeszcze upewnić, że u mnie wszystko ok. Pomachali na pożegnanie i wysiedli. Teraz sobie myślę, że może nie powinienem być z nimi taki szczery, bo mogli komuś dać znać, że na St. Lucii będzie wysiadał samotny obcokrajowiec. Łatwy cel, no nie? Było już dobrze po 23:00! Ale nic się nie stało, to byli po prostu zwyczajni, życzliwi ludzie, jakich na świecie – uważam – jest na szczęście większość.

Wysiadłem na stacji St. Lucia. Byłem na niej jedynym pasażerem. Pociąg wypluł mnie i ruszył dalej, jak kret, w głąb swoich korytarzy wydrążonych w ziemi. „Wyjdę jakoś?” – zastanawiałem się, biorąc pod uwagę, że stację metra mogli już zamknąć na cztery spusty. Po chwili usłyszałem szumiące głosy z krótkofalówki gdzieś na górze, ktoś więc oprócz mnie jeszcze tutaj był. Hop, hop po schodkach, jest i osoba z obsługi wskazująca mi wyjście.

Dzielnica nocą okazała się być niezbyt ciekawa – ulicami nie przejechał ani jeden samochód, było na nich za to sporo bezdomnych i samotnych, szwędających się podejrzanie mężczyzn. Czytałem gdzieś, że Santiago jest wśród 50 najniebezpieczniejszych miast świata. Ale nie wyczuwałem zagrożenia, okolica mimo wszystko tchnęła jakimś spokojem. Zachowywałem jednak ostrożność – widząc kogoś przede mną, zawczasu przechodziłem na drugą stronę ulicy. Choćby po to, by nie narazić się na zaczepkę albo jakiegoś wariata szukającego pretekstu do ataku. Lepiej zachować tak niewielkie środki bezpieczeństwa, które nic przecież nie kosztują, niż potem mocno żałować. Jakoś dotarłem. Duży wieżowiec, przy wejściu recepcja i konieczna rejestracja u ochroniarza. Pokazanie paszportu, zdziwienie, że z Polski, wskazanie drogi do windy. Sporo bloków ma na parterze ochronę, monitoring na korytarzach. To dobrze! Mieszkanie jest okay, jednak jest w nim zimno. Jest w nim jakiś piecyk elektryczny, ale boję się go włączać na noc. Smażył się będę po śmierci, za życia nie spieszno mi do takich doznań. W mieszkaniu nie ma ani czujnika dymu, ani gaśnicy.

No nic, po 1:00, czas chyba spać.

22 lipca, Santiago

Siedzę w jakiejś knajpce w dzielnicy Recoleta, czekam na hot-doga italiano i kawę. Byłem dzisiaj na Cementario General, czyli Cmentarzu Generalnym. Lubię przespacerować się po naprawdę starych cmentarzach, ale ten chciałem odwiedzić jeszcze ze względu na dwie, ważne dla Chile, pochowane tu osoby – Victora Jarę i prezydenta Allende (oprócz niego na cmentarzu leży jeszcze kilku innych prezydentów Chile).

Cementario General nie dość, że jest stary (otwarty ponad 200 lat temu, w 1821 roku), to do tego jest jeszcze ogromny (85 hektarów, czyli, o ile się nie pomyliłem, to jakieś 120 boisk piłkarskich)! Szacuje się, że jest na nim około 2 milionów grobów! Wydaje mi się jednak, że liczba ta jest nieco niedoszacowana… W przypadku tak starego i olbrzymiego cmentarza rzeczą oczywistą jest, że znaleźć na nim można zróżnicowane kwatery. Są na nim obszary z wielkimi grobowcami, są i małe grobowce w stylu budek przypominających nasze kioski ruchu. Jedna część cmentarza pełna jest czegoś, co z daleka przypominałoby dwu- lub trzypiętrowe bloki mieszkalne. Ale to nie bloki, to ciągnące się setkami metrów betonowe konstrukcje, do których wsuwa się trumny. Te niekończące się, niemożliwie ciągnące się prostokąty mają często miejsca na wsuwanych prostopadle sześć trumien w pionie, ale są i wyższe, do których dobudowano schody i balkony. Między nimi, jak na jakichś osiedlach mieszkaniowych, wiją się asfaltowe drogi, wzdłuż których są fragmenty ładnie utrzymanych trawniczków. Są i konstrukcje przypominające… centra handlowe! Niezadaszone dziedzińce otoczone są kilkoma piętrami balkonowych korytarzy. Od dziedzińca, czasem w formie kwadratu, czasem długiego prostokąta, czasem położonego wręcz na poziomie -1, korytarze oddziela pordzewiała barierka. Można spacerować sobie po tych piętrach, jak po alejkach centrów hałdowych. Ma się wrażenie, że w ścianach nie znajdują się zmarli, ale sklepy, do których można sobie wejść i zakupić na przykład jakieś ciuchy czy artykuły kosmetyczne. Inna część cmentarza wygląda jak wesoły ogródek z poletkami warzyw na działkach poza miastem. Niektóre nagrobki są chronione przez kolorowe parasolki, na grobach dzieci kręcą się jakieś wiatraczki, jest pełno kwiatów, na wielu grobach rosnąc sobie kępki traw. Można sobie pomyśleć, że niektóre groby to grządki z ogórkami lub marchewką. Jest też część w stylu amerykańskim – starannie przystrzyżony trawniczek z niewielkimi, ledwie widocznymi tabliczkami z nazwiskami leżącymi płasko na ziemi. Po cmentarzu naprawdę można się nachodzić – jest na co patrzeć.

Grób prezydenta Allende znajduje się niemal w samym centrum tej nekropolii. Najpierw spacerującym objawiają się jakby dwa skrzydła, pod nimi zaś znajduje się piwniczka z grobem prezydenta. Niestety, grób jest wysprejowany napisami ‘Cobarde’ (tchórz – zapewne od przypuszczań, że w czasie ataku sił wojskowych popełnił samobójstwo) czy ‘Viva Pinochet’ (Niech żyje Pinochet – czyli de facto osoba, która doprowadziła do jego śmierci). Pisałem o przewrocie prowadzonym przez Pinocheta i Amerykanów troszkę ponad tydzień temu, 14 lipca. Abstrahując od tego, że dewastacja grobu Allende uświadamia, iż w Chile nadal istnieją zwolennicy dyktatorskiej władzy Pinocheta (zapewne ci, którym władza ta przynosiła jakieś frukta – jak ktoś z sił zbrojnych czy porządkowych), ewentualnie też, że zwolennicy (nawet ekstremalnej, dyktatorskiej) prawicy – podobnie jak w Polsce, gotowi są dewastować groby (w Polsce też od czasu do czasu takie rzeczy się zdarzają - 8 lat temu, w 2016, na grobie Bieruta wysprejowano słowa ‘Kat’ i ‘Morderca’, 2022 zaś napis ‘Zabić Putina’, który świadczył chyba o pewnych zaburzeniach piszącego) oraz abstrahując od faktu, że pisanie czegokolwiek, zwłaszcza obraźliwego po grobach zmarłych jest niemoralne i bezsprzecznie naganne, to nazwanie człowieka, który mógł uciec, ale w imię pewnych zasad trwał na urzędzie i w oblężonym pałacu do samego końca, tchórzem, jest mocno krzywdzące i raczej nijak przystające do rzeczywistości. Ale może o to chodziło, o upokorzenie człowieka, lub raczej o próbę upokorzenia go (gdyż zarówno napis, jak i fakt naniesienia go, upokarza tak naprawdę piszącego) tym wątpliwym określeniem, bo nic innego zarzucić mu nie można było. Grób Allende to niestety, nie jedyny popisany grób. Co jakiś czas mijałem na przykład naprawdę stare grobu generałów z widniejącym na nich napisem ‘Asesino’ (Zabójca). Na grobowcu prezydenta Montta wypisano sprejem, że był on faszystą. Cóż…

Drugi grób to grób wielkiego Victora Jary (czyt. ‘hary’). Jara był rewolucyjnym bardem śpiewającym o wolności, równości, miłości. Momentami, jeśli chodzi o ideologię (a raczej idealizm) przypomina(ł) Lennona, acz Jara otwarcie wspierał lewicującego prezydenta Allende. Lubię go czasem posłuchać, śpiewa bardzo specyficznie, teksty wydają się proste, ale jednocześnie ocierają się o poezję. Victor Jara zginął bardzo tragiczną śmiercią – w roku 1973, momencie wojskowego przewrotu generała Pinocheta zabrano go, jak innych zwolenników Allende, na stadion piłkarski. Tam upokarzano go, zmiażdżono kolbą karabinu nadgarstki. ‘By już nie wygrywał tych swoich komunistycznych bzdur’. Choć raczej była to zemsta, a może podłe działanie czysto symboliczne, bo oprawcy przecież wiedzieli, że i tak już nigdy nie zaśpiewa. Po torturach nie zastrzelono go jednym strzałem, ale oddano do niego wiele, bo ponad 40!, strzałów. Tak jakby raz, wymierzony w potylicę, nie wystarczył. Nienawidzili go. Komuś (do dzisiaj nie ustalono dokładnie komu) mordowanie Jary sprawiało chorą satysfakcję lub może było okrutnym sposobem na wyrzucenie z siebie potężnej nienawiści wobec muzyka. A może było manifestacją zła, jakie niosła ze sobą nadchodząca dyktatura? A może było to ostrzeżenie – to z wami zrobimy, z wami, którzy myślicie inaczej od nas?

W chwili gdy to piszę, na Nextflixe dostępny jest na ten temat całkiem dobry film dokumentalny „Masacre en el estadio” (Masakra na stadionie), opowiadający właśnie o tej dramatycznej śmierci Victora Jary. Warto też napomknąć, że jego grób również zdewastowano, i to dewastowano go wielokrotnie – np. w 2020 na płycie nagrobnej wypisano „No hay manos” (Rąk nie ma), okrutnie nawiązując do aktu zmiażdżenia przez wojskowych nadgarstków pieśniarza. W mediach społecznościowych później prawicowa grupa ‘Patria y Libetad’ (Ojczyzna i Wolność) zamieściła zdjęcia tego ‘dzieła’ z szyderczym komentarzem: „Małe rączki, małe rączki. Gdzie są one? Tam ich nie ma!”. Jak widać, prawicowa nienawiść w Chile trzyma się mocno!

Grób Victora Jary znajduje się na krańcach cmentarza, w bardzo spokojnej i cichej części. Jest bardzo kolorowy, bo przystrojony bransoletkami, pierścionkami, breloczkami, flagami, różnymi drobnymi rzeczami, które zostawili odwiedzający grób. Posiedziałem w słońcu, ciszy i spokoju jakieś 10 minut. Wstałem, gdy zobaczyłem grupkę kilku uśmiechniętych nastolatków zmierzających w kierunku grobu. Dla wielu Chilijczyków Victor Jara jest nadal wielką postacią, która oddała życie za swoje ideały.

To była bardzo miła wyprawa. Dała też do myślenia, o ludziach, tutejszym społeczeństwie. Przypomniała, że śmierć spotka każdego. Ta niezliczona rzesza pochowanych na tym cmentarzu stworzyło Santiago takim, jakie jest dzisiaj. Ludzie ci wraz z miastem przeżywali różne turbulencje czasu, zawieruchy polityczne, przewroty moralne i obyczajowe. To uświadamia, że wszyscy, choć jesteśmy jednostkami, stanowimy część zbiorowości tworzącą pewną kulturę. Kulturę mikro, jak miasta, kulturę makro, jak państwa. Rozwijamy je, i wszystko dookoła. Każdy przykłada jakąś cegiełkę do tego marszu naprzód – każdy polityk, wynalazca, nauczyciel, przedszkolanka, sprzedawcy pączków i sprzątacze ulic. Niektórzy pełną funkcje kierownicze, dowodzące, inni pomocnicze. Ale wszyscy stanowią całość i jeden organizm. Gdyby zbudzić ludzi pochowanych 100 lat temu na Cementario General, zdziwiliby się do czego, jako ludzkość, żeśmy doszli. Jak większość świata jednak dąży do pokoju, rozwoju, szacunku dla innych, dla przyrody. Kto do tego doprowadził? Do pewnych rzeczy owszem, jednostki, ale to większość, aby coś zmienić, musi za tymi jednostkami podążyć. I oczywiście, nasz świat nie jest doskonały. Ale ja, jak Victor Jara wierzę, że kiedyś uda się stworzyć świat prawie idealny. Gdzie nie będzie głodu. Biedy. Chorób.

No nic, idę dalej, powrócić do mieszkanka. Jutro rano lecę dalej…

23 lipca – Calama / San Pedro de Atacama

10:15 Lecimy nad Andami. Mam piękny widok – siedzę przy oknie i widzę dwa cuda; cud natury (brązowawe góry) i cud myśli ludzkiej (silnik). Góry ciągną się w nieskończoność, są dosłownie wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, i nie widać ich końca. Teraz widzę srebrne koło między kilkoma szczytami – jezioro w środku zupełnego, górskiego pustkowia! Widoki są bajeczne! Lecę do Calamy. To na północy (2,5 godziny lotu z Santiago), bilet (w jedną stronę) zakupiłem jeszcze w Polsce (tylko około 50 dolarów!). Z Calamy spróbuję jakoś dostać się do San Pedro de Atacama, 100 km dalej. Czekając na lot, jeszcze w Santiago, znalazłem fajny hostel (Hostal Millantu) – właścicielka odpisała od razu i wyjaśniła, jak do nich się dostać, aby nie dać się naciągnąć. Jak już dotrę, to poszukam jakichś atrakcji w okolicy. Może uda się wykupić jakąś wycieczkę z przewodnikiem?

11:10 Nie minęła godzina i już inne miejsce i już inne okoliczności. Na malutkim lotnisku, za 20 dolarów, zakupiłem miejsce w busiku transportowym i właśnie w tym momencie jadę do San Pedro de Atacama. W Calamie, gdzie wylądowałem, najpierw minęliśmy jednopiętrowe domki po lewej stronie, potem po prawej, wszystkie niemal identyczne, jakby architekt projektował na zasadzie kopiuj-wklej. Teraz jedziemy asfaltówką rzuconą, niczym rozwinięty czarny kłębek wełny, między pustynnymi piaskami. Piasek wydaje się biały, wzgórza w oddali lekko brunatne. Niebo zdaje się być pomalowane idealnie czystym błękitem – przypomina to trochę peruwiańską Nazcę. O! Są wiatraki! Około dwudziestu! Ale łopaty poruszają się tylko w przypadku dwóch.

11:15 Tysiące paneli słonecznych! W busie jest nas sześcioro – rodziną z dwójką dzieci, dziewczyna o filipińskiej urodzie i ja. I siódma osoba – kierowca. W głośnikach Michael Jackson. Jedziemy szybko, droga jest idealnie prościutka. Ograniczenie prędkości 100 km/h.

11:40 Tak gwoli ścisłości, ta pustynia to nie jest to, o co od razu człowiekowi przychodzi do głowy gdy słyszy słowo „pustynia”, czyli piasek. Atacama, przynajmniej ta jej część tutaj, między Calamą, a San Pedro, to wysuszona na wiór ziemia z niezliczoną ilością kamyczków. Teraz, między kamykami, pojawiają się kępki suchej trawy, która z bliska ma kolor bardzo bladej zieleni, ale im dalej sięga się wzrokiem, tym zieleńsza się ona wydaje. Nie jest to jednak soczysta zieleń – pustynia w oddali wydaje się być dziełem kogoś, kto lekko przejechał po niej pędzlem lekko potartym o zieloną akwarelę, po czym nim przyłożył go do płótna, mocno go jeszcze zanurzył w wodzie. Wyłania się specyficzny, stożkowy kształt. To wulkan! I właśnie straciłem internet i włączył się… roaming? Drugi wulkan, tym razem z ośnieżonym szczytem! I połacie białych dolin w dole! To nie śnieg, to raczej wygląda na… sól!

23 lipca, San Pedro de Atacama, później

Samochód dowiózł mnie pod sam hostel (24 dolary/doba). Znajdował się na samym skraju miasteczka, zupełnie jakby wyznaczał granicę między nim, a ciągnącą się po górskie horyzonty szarą pustynią. Hostel znajdował się za równie szarym murem z grubych pustaków. Nie dało się jednak wejść do niego ot tak. Pani, z którą kontaktowałem się przez Airbnb pracowała gdzieś w Santiago, na miejscu był jej mąż, ale on w czasie dnia pracuje w okolicznej branży turystycznej jeżdżąc minibusem wożącym turystów. Musiałem chwilkę poczekać, aż urwie się z pracy i podjedzie mnie wpuścić. Nie czekałem długo, może z 15 minut. Pogoda była świetna, bo ani za zimno, ani za ciepło, mogłem sobie spokojnie czekać przed masywnymi, żeliwnymi drzwiami w podkoszulku. Wokół nic a nic się nie działo, no, może poza małą, około dwu i półmetrową trąbą wiatrową, która powstała na moich oczach, pokręciła się chaotycznie po piaszczystej okolicy i po 30 sekundach rozpłynęła się, jak jakiś dżin, w powietrzu. Mąż właścicielki, a może i współwłaściciel, szybko podjechał minibusem, wyskoczył z niego i serdecznie mnie przywitał. Weszliśmy na teren hostelu – był to budynek z kilkoma pokojami, a właściwie mieszkankami, na wyłączność (z prywatnymi łazienkami!), wspólną częścią kuchenną i tarasem, którego atrakcją był kolorowy hamak przewieszony między słupami podtrzymującymi daszek chroniący przed słońcem. W kuchni była mała lodówka do dyspozycji, dziwna, rosyjska maszyna grzejąca wodę (pokazano mi, jak ją włączać, poinstruowano, by po zalaniu kawy od razu wyłączać), nielimitowana kawa i herbata. Dostałem klucze do ręki, od pokoju i od bramy głównej, po czym na terenie hostelu zostałem sam jak palec. Nikogo oprócz mnie nie było! Nie chciałem tracić czasu, udałem się więc od razu w stronę centrum miasteczka. Po niecałych 5 minutach kilometrowego spaceru byłem na miejscu. San Pedro de Atacama nie jest duże – ma kilka wąskich uliczek, w tym jedną długą, rzec można, że reprezentatywną, długą ulicę zwaną Caracoles, gdzie znaleźć można sporo knajpek i biur oferujących usługi turystyczne. Najpierw swoje kroki skierowałem do ‘We Love Chile’, agencji turystycznej z dosyć ładnie wyglądającym biurem. Popytałem o wycieczki, mieli ich całkiem sporo. Dostałem prospekt z cenami, ale pochodziłem sobie jeszcze po innych biurach, chcąc ceny porównać – różnice były raczej niewielkie. Swoje ‘usługi’ turystyczne oferowali też dość brudno wyglądający sprzedawcy uliczni – owszem, oni ceny mieli niższe, ale raczej nie wzbudzali we mnie zaufania. Wróciłem więc do ‘We Love Chile’. „Macie coś na dzisiaj?” – zapytałem. Mieli! Valle de la Luna, Dolina Księżycowa. Nie wiem co to, ale brzmi fajnie. W peso to jakeś 35-40 dolarów amerykańskich. Biorę! Za godzinę? Tutaj? Okay!

Zrobiłem szybkie zakupy w supermarkecie naprzeciwko, zaniosłem do hostelu, wróciłem pod ‘We Love Chile’. Czasowo wszystko ładnie się spięło.

Podjechał van, przewodnicy przywitali się ze mną. Nicole i Jonathan. Jej zadaniem było tłumaczenie mi wszystkiego na angielski, ale raczej słabo z tym radziła, więc w czasie całej wycieczki Jonathan mówił po portugalsku (bo byłem ‘doklejony’ do grupy Brazylijczyków), a potem do mnie po angielsku. Mówił całkiem przyzwoicie! W czasie wycieczki byłem jedyną osobą, która dopytywała, zadawała pytania – Brazylijczykom wystarczyło to, co mówił im Jonathan (i co chwila rozłazili i się rozciągali grupę, ale do porządku przywoływała ich Nicole, zgarniając ich, jak jakieś zagubione owce, do kupy). W ten sposób pół wycieczki przechodziłem z Jonathanem u boku, rozmawiając o okolicy, którą przyszło nam zwiedzać (i nie tylko, ale o tym może potem). A okolica…

Valle de la Luna, przepiękna! Szliśmy grzbietem góry, poniżej rozciągały się wąwozy, za nimi poszarpane wzgórza, gdzieniegdzie w kolorze białym (sól – dawniej tu było morze!), a w oddali łańcuchy górskie (Kordyliera Nadbrzeżna, Andy, Góry Domeyki – te ostatnie nazwę zawdzięczają Polakowi, który badał geografię Chile i wniósł bardzo dużo w rozwój szkolnictwa wyższego w tym kraju). Niebo było przepięknie błękitne, ale wiał wiatr i raz nawet zdmuchnął mi czapkę (musiałem ją gonić, ale udało się złapać). Ze względu na wiatr właśnie podjeżdżając pod Dolinę nie wiedzieliśmy, czy zostaniemy na nią wpuszczeni – obsługa tego miejsca ostatecznie wydała zgodę. Wiało bardzo mocno, czasem rzeczywiście robiło się niebezpiecznie nad jakimiś krawędziami czy na węższych odcinkach ścieżki. Wiatr jednak był ciepły i nawet przyjemny. Nazwa Doliny, związana z Księżycem, nie jest pozbawiona sensu – istotnie, w tym skalnym krajobrazie można się było poczuć, jak na innym ciele niebieskim. Trochę jak w Gwiezdnych Wojnach, albo w Diunie! Podobno naukowcy w tym miejscu uwielbiają testować swoje kosmiczne łaziki! Skały, góry, marsjańskie wąwozy – jakże to inne od polskich krajobrazów! W pewnym momencie naszym oczom ukazała się ogromna wydma piaskowa! Nieopodal płaskie, wyglądające jak obsypane lekkim śniegiem pola. Ale to była sól! Doprawdy, miejsce pełne niesamowitych widoków!

Potem nasz busik udał się w płaskie, otoczone (księżycowymi) wzgórzami miejsce. Zatrzymaliśmy się tam, a dwoje przewodników i nasz wesoło usposobiony kierowca w ciągu dosłownie dwóch minut rozłożyli stolik, a na nim położyli kilka butelek pędzonego lokalnie wina i regionalne przysmaki. Spędziliśmy na piciu, przekąszaniu i rozmawianiu 30 minut. Brazylijczycy rozmawiali sobie między sobą, ja się zagadałem z przewodnikiem. Rozmawialiśmy o Victorze Jarze („Znasz Jarę? Serio?! Uwielbiam go grać. Po pracy tutaj jestem muzykiem!” – entuzjazmował się Jonathan), również o protestach, jakie przetoczyły się w Chile w końcówce 2019 i na początku 2020 roku. - Chodzi o protesty z powodu cen biletów metra? – zapytałem, zaskakując sam siebie. Otóż w ciągu ułamka sekundy przypomniał mi się artykuł z jakiejś codziennej gazety na ten temat. Człowiek pamięta takie rzeczy po tylu latach! - Tak, ale to ludzie z mojego miasteczka, leżącego tu w okolicy, spalili pierwszy radiowóz w kraju! – zaczął śmiać się Jonathan – Mimo, że nie mamy tu metra! W Chile jest tylko jedno metro, w Santiago. Wyjaśnił, że protesty wybuchły w całym Chile, zaczęło się owszem, od nieznacznej podwyżki cen biletów metra, ale ten ruch był kroplą, która przelała czarę goryczy. Większości zwykłych ludzi w Chile żyje się ciężko, ceny są tu raczej wysokie, w końcu ludzie nie wytrzymali i wyszli na ulice. W samym Santiago w protestach brało udział ponad milion ludzi. Porozmawialiśmy też o Mapuczach (to rdzenna grupa etniczna Indian Ameryki Południowej), o których czytałem tu i tam. Recytowałem Jonathanowi z pamięci to, co pamiętałem. Że są waleczni, walczą o swoją ziemię (a dosłowne tłumaczenie słowa Mapucze to „Ludzie Ziemi”), że Hiszpanie nigdy ich nie ujarzmili, a rządy chilijskie długo nie mogły ich podbić. Do dzisiaj stanowią odrębną grupę kulturową. Twarz Jonathana coraz bardziej się rozjaśniała i emanowała dumą. - No, no, jestem pod wrażeniem. Dużo wiesz o Chile – pochwalił mnie, po czym dodał – Wiesz, ja mam w sobie krew Mapuczców. - Ale jak to? Oni żyją daleko na południu – zapytałem. - Bo ja tak naprawdę jestem z południa. Przeprowadziłem się tutaj by tu pracować. Bardzo podoba mi się ten region – wyjaśnił – Ludzie są tu też trochę jak Mapucze. Wspomniałem o radiowozie? Śmiał się. Myślę, że mu zaimponowałem. Człowiek z Europy, odległej Polski, co zna trochę faktów o Chile. Brazylijczycy wydawali się bardzo pasywni – popatrzyli leniwie na widoczki, pojedli, popili, o nic nie dopytywali, nie szukali interakcji, byli bardzo cisi. Ale nie abym tutaj próbował robić z siebie nie wiadomo kogo – czytałem kiedyś kilka wywiadów z przewodnikami pracującymi z turystami i często podkreślają, że Polacy tacy właśnie są, tj. dociekliwi, zainteresowani, ciekawi faktów – jak już coś zwiedzają, to chcą z tego wyciągnąć jak najwięcej. Nie jestem więc chyba wyjątkiem wśród krajanów. Skąd takie coś u nas? Hmm, może dlatego, bo jednak dla większości z nas jakiś wyjazd to ciężka, całoroczna praca i oszczędzanie. Jak już się sporo – jak na nasze warunki – płaci, to warto z tego wycisnąć, ile się da, prawda? :) Ot, to już tylko taka moja żartobliwa ‘teoria chciwej dociekliwości’. Choć może i coś w tym jest, hmm?

Nie był to koniec naszej wycieczki. Weszliśmy do busika, a nasz trochę ponad pięćdziesięcioletni kierowca, ku naszemu zaskoczeniu, założył na głowę… czarny kask motocyklowy! Troszkę się z niego pośmialiśmy, podobnie jak uśmiechali się mijający nas kierowcy, ale jak się okazało, nie zrobił tego tylko dla żartu – otóż jechaliśmy przez tak kamieniste i dziurawe drogi, że nami wszystkimi rzucało to w lewo, to w prawo, to w dół i w górę, jakbyśmy byli na jakiejś małej, starej łajbie podczas potężnego sztormu. Na szczęście moja głowa ocalała, choć nie miałem na niej – w przeciwieństwie do naszego kierowcy - żadnego motocyklowego kasku.

Dotarliśmy do punktu widokowego, będącego półką skalną z widokiem na górzystą dolinę poniżej i pnące się w niebo wysokie góry na horyzoncie. Było już na nim kilkudziesięciu rozporoszonych ludzi. Najpierw pustynne wzgórza w dolinie zaczęły mienić się złotem, po czym pokrywał je róż, a następnie powoli niknęły w mroku. Podobnie ze wzgórzami i wulkanami w oddali. Niesamowita gra świateł natury!

Wróciliśmy zadowoleni. Serdecznie pożegnałem się z przewodnikami, po czym poszedłem do biura ‘We Love Chile’ by zakupić sobie jakiś wyjazd na jutro. Nie wiem czemu, chyba po tym winie wypitym na pustyni, zdecydowałem się na zakup wyjazdu na… termy! Zastanawiam się, czy to dobry pomysł i nie strata pieniędzy – ale może będzie okay? Chyba potrzebuję trochę relaksu – w końcu mam urlop, prawda? W sklepie kupiłem najtańsze wino Gata, które przy koszcie 2,5 dolara jest chyba najlepszym winem świata. Zimne, bo w pokoju wieczór jest zimno (tak, na pustyni w nocy jest zimno!), smakuje wybornie. I orzeźwia! Pewnie napisałbym coś jeszcze, ale po wielu godzinach na nogach (wstałem o 4.00), po locie, jazdą do San Pedro, włóczeniem się po pustyni (busem, pieszo w słońcu), nie dam już chyba rady… I to wyborne, tanie wino, wprowadza w tak błogi, oniryczny stan…

Dobrej nocy!

PS: Termy?! Serio?!

24 lipca, Termas de Puritama

Rano w kuchni, gdzie jest termos i nielimitowana kawa i herbata, oraz gdzie gospodarz, Freddie, zostawił śniadanie w postaci kanapki z masłem i szynką oraz jogurt i ciastko, spotkałem dwoje Francuzów. On i ona, spod Paryża, około 25 lat, inżynierowie ochrony środowiska. Zrobili sobie rok przerwy i jeżdżą po Ameryce Łacińskiej. Do mojego hostelu dotarli w nocy, gdy już spałem. Gospodarza już nie było, wcześnie rano wyjechał widocznie do pracy, pokazałem więc Francuzom, jak działa termos, gdzie co jest i pogadaliśmy sobie trochę przy śniadaniu (w miarę znali angielski).

Poszedłem na miasteczko, ze świeżą głową i wypoczętym umysłem znowu wszedłem do agencji ‘We Love Chile’ i ze zniżką wykupiłem kilka atrakcji na kilka następnych dni. Chłopak z agencji pozwolił mi też skorzystać ze swojego komputera i pomógł mi zakupić bilet z przesiadką na 26 lipca (oraz przy okazji transport na lotnisko w Calamie) daleko na południe, do Punta Arenas. Czemu tam? Jeszcze nie wiem, poczytam coś może o tym regionie w wolnym czasie. Wiem tyle, że tam będzie zimno, bo to Patagonia, więc po pustyni będzie to jakaś ciekawa odmiana. Koszt – około 120 dolarów w jedną za 3400 kilometrów, więc nie majątek! A autobusem niemożliwością jest się tam dostać! Jutro wyjazd na gejzery – chłopak z biura powiedział, że tam będzie zimno. Biorąc pod uwagę, że w Patagonii też będę potrzebował czegoś ciepłego, zdecydowałem się, mając trochę czasu, poszukać czegoś niedrogiego. Polecono mi jakiś stragan z używanymi rzeczami nieopodal dworca autobusowego. Owe rzeczy nie były jakieś tanie, w dodatku raczej lekkie i naprawdę marnej jakości. Nic nie zakupiłem, poszukam jeszcze czegoś wieczór w centrum San Pedro. Zapłacę pewnie więcej, ale przyda się w czasie zim w Polsce, więc nie będzie to tylko jakaś jednorazowa, niepotrzebna inwestycja na już i teraz.

Wróciłem do hostelu, po mocnej zniżce (bo już negocjując poza Airbnb – bezpośrednio z Freddiem) przedłużyłem pobyt o dwa dni, do 26-go. Spotkałem Francuzów, którzy też byli w miasteczku i już z niego wrócili. Ona leżała sobie w hamaku, on siedział przy stoliku na tarasie. Zaproponowałem wino – Jonathan (tak, miał na imię jak mój przewodnik z wczoraj) wypił ze mną całą butelkę, ona nie chciała. Leżała w hamaku, czasem coś wtrąciła do męskiej rozmowy o geopolityce. 1,5 godziny konwersacji, butelka się skończyła, akurat dostałem wiadomość bym czekał na zewnątrz, bo za 2 minuty wyjazd. Okazało się, że 2 minut zrobiło się… 20, no ale mnie to nie zdziwiło. Nadjechał busik, zapakowałem się, pojechaliśmy zebrać innych. Pod jednym z hoteli do pojazdu wsiadło 10-ciu, oczywiście, Brazylijczyków. Kierowca nie mówił ani po angielsku, ani po portugalsku, mówił więc do nas powoli po hiszpańsku. Brazylijczycy sporo rozumieją, ja także dałem radę. Kierowca prosił by dać mu znać jak będziemy czuli bóle głowy i chcieli wymiotować, bo wjedziemy na ponad 3 tysiące metrów nad poziomem morza i czasem u niektórych występuje choroba wysokościowa.

Dotarliśmy na miejsce, czyli do Termas de Puritama. Przebraliśmy się w niewielkim budynku, w bardzo prowizorycznych szatniach (brak zamków w półeczkach, brak jakichś kabin na przebranie się – bieliznę zmieniało się de facto w ubikacjach). Całość tego niewielkiego, ale uroczego kompleksu, znajdowała się w pięknym kanionie, między ciągnącymi się wzdłuż jasnymi skałami. Na terenie term szło się drewnianą kładeczką, lekko w dół, czasem odbijała ona w bok, w szuwary, gdzie znajdowały się już naturalne baseniki, do których można było wchodzić jak do jacuzzi. Baseniki osłonięte były wysokimi trzcinami zakończonymi czymś na kształt ptasich piór - otaczając baseniki nadawały im czegoś w rodzaju intymności. Znad trzcin można było zobaczyć strome skały kanionu pnące się ku błękitnemu niebu. Przed wejściem do pierwszego baseniku zawahałem się. Mnie te malutkie wodospady wpadające do baseników jednoznacznie kojarzyły się z okrutnie zimnymi, górskimi potokami, ale wystarczyło sprawdzić ciepło wody stopą, aby natychmiast chcieć jak najszybciej wejść

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych