MICHAŁ
Opowiadanie prosto z serca, oparte na faktach, przywołujące bolące wspomnienia. Razem źle, osobno jeszcze gorzej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Jeszcze jedno imię, przez krótką chwilę. Teraz jesteś tutaj, jutro cię nie będzie. To wszystko się kończy, jak zbyt krótki sen. Jeszcze jedno imię. Jeszcze jeden dzień. Teraz czekam na kogoś nowego Teraz czekam na ciebie, ciekawe, kim jesteś ?” [Partia]
Rzecz jasna - Michałowi.
1.
Śmiałam się tak, jak zwykle, gdy się z nim widzę. Biła od niego taka niezidentyfikowana radość życia, której mu zawsze zazdrościłam i którą w nim uwielbiałam. Wiedziałam, że idąc do niego po radę wyjdę z uśmiechem na twarzy i lekkością w sercu. Denerwowało mnie tylko to, że zachowywał się tak samo wobec wszystkich ludzi, którym był życzliwy. Nie czułam się wyjątkowa. Miał to, czego ja nigdy nie będę mieć. Poprawiał humor i wyciągał z depresji samym faktem, że jest. I za to właśnie byłam mu szalenie wdzięczna. Po prostu za to, że był obok mnie. Znałam go już jedenaście lat... przeszliśmy ze sobą bardzo dużo. Nie wiem czy można nasz związek nazwać przyjaźnią, lecz bliskim koleżeństwem z pewnością. Przez ten czas było między nami wiele historii, niekoniecznie przyjemnych. Otarliśmy się już o zakochanie, pogodzenie, kłótnie. Tak jak w starym, dobrym małżeństwie. Nie zmienia to faktu, że uwielbiałam spędzać z nim czas. Rzecz jasna tylko na stopie przyjacielskiej. - Ryśku... - zaczęłam mieszając małą łyżeczką w filiżance wypełnionej gorącą czekoladą. Miała bajeczną konsystencję. Tylko w tej kawiarni podawali najprawdziwszą i najlepszą czekoladę w Krakowie. Była gęsta, ciepła, smaczna i miała kolor, który przywoływał na myśl brąz świeżo parzonej kawy, tylko w powietrzu unosił się delikatny, charakterystyczny, kakaowy aromat. - wiesz, że tę kawiarnię pokazał mi Michał? - wspomniałam mimochodem. Chciałam jakoś delikatnie zejść na jego temat. Mój przyjaciel dopiero teraz rozpoczął uważne oglądanie tego miejsca, z pewnością, żeby wynaleźć w nim jak najwięcej mankamentów. Widziałam wyraźnie jak zaczął z dezaprobatą patrzeć na pożółknięte firanki i staromodne obrazy zdobiące ściany. W tym momencie był zdolny stwierdzić, że wszystkie atuty tego miejsca są wstrętnymi wadami. Wystrój jest staromodny, obsługa nazbyt wścibska, a napoje zbyt drogie. Nie miałam pojęcia, czy Rysiek darzył Michała sympatią. Nigdy nie dał po sobie poznać żadnych uczuć, które do niego żywił, bo po prostu go nie znał. Grali wspólnie kilka razy na jakichś akademiach szkolnych, czy koncertach organizowanych przez ich liceum, ale to tyle. Nigdy nie rozmawiali o niczym innym, niż o muzyce, więc nie mógł oceniać jakim człowiekiem jest Michał. Nawet nie mówili sobie głupiego „cześć” na korytarzu szkolnym. - Lubisz o nim wspominać, zauważyłem - powiedział spinając wargi. - Wspomniałam o tym przy okazji... - uśmiechnęłam się pewnie. - Jeśli ci to tak bardzo przeszkadza mogę nie mówić na jego temat ani słowa, ale wtedy będę też mogła stwierdzić, że bezpodstawnie oceniasz ludzi, nie znając ich. A to nie jest zbyt pochlebne. Milczał. Tajemniczy, nie okazujący uczuć, mający swój własny świat, ale za to wiecznie w dziwny sposób roześmiany i rozgadany. Potrafił rozmawiać o wszystkim, tylko nie o sobie. Umiał sypać śmiesznymi opowieściami jak z rękawa, natomiast bardzo rzadko się zwierzał, czy narzekał. Odgarnął swoje brązowe włosy do tyłu i pomachał ręką rozganiając dym, który ulatniał się z papierosa jakiegoś pana siedzącego obok nas. Jakoś dziwnie zmienił się jego wyraz twarzy. - Powiedz mi...? Jesteś w nim zakochana? - spytał prosto z mostu i uśmiechnął się półgębkiem. W jego głosie zanotowałam nutkę pobłażania. Nienawidziłam tych jego kpiących półuśmieszków, których on najwyraźniej nie kontrolował. - Chyba żartujesz! - sarknęłam. - Nie jestem idiotką! - powiedziałam odruchowo w ogóle nie myśląc nad odpowiedzią. To właśnie chciał usłyszeć, oczekiwał ode mnie gorliwego zaprzeczenia. Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nigdy nie roztrząsałam kwestii Michała, bo była dla mnie oczywista. Rysiek wzruszył ramionami. - Fajna piosenka - powiedział wczuwając się w melodię. Miles Davis czarował po mistrzowsku na trąbce, a sprzed moich oczu nie mogła zniknąć twarz Michała. Po cholerę zadawał te pytanie, po co w ogóle go wspominałam... Zawsze odsuwałam od siebie problemy sercowe, bo dla mnie były zwyczajnie głupie. Mogłam mówić zranionym osobom, że będzie lepiej, mogłam je pocieszać, chętnie proponowałam gdzie znajomi mogą iść się spotkać, co mogą kupić na prezent... ale ja byłam zbyt zdystansowana na takie głupie uczucie. Nie mogłam sobie uzmysłowić jak można przepaść tak naprawdę. Nie wiedziałam jak to jest się zakochać i zapomnieć o bożym świecie. - Pasujecie do siebie, mówię ci. Nie słyszałem o nim zbyt pochlebnych rzeczy, sama wiesz, że nie ma zbyt dobrej opinii... ale od razu widać jak oczy mu się świecą jak cię widzi. Jesteś ślepa, jeśli tego nie widzisz. - To czy widzę jak on się zachowuje i to czy mam zamiar cokolwiek z tym zrobić, to są dwie różne rzeczy. Zresztą daj spokój... - machnęłam ręką. Nie chciałam o tym mówić, rozmawiać, czy nawet wspominać. I dzięki temu nasza konwersacja mogła bezpiecznie zejść na sprawę, o której przedyskutowanie z Ryśkiem prosił mnie Michał. - wiesz, że on i te jego całe BDB szukają gitarzysty? - w tym momencie Ryś jakby się ożywił. Od dawna nie był związany z żadnym zespołem, więc byłam świadoma tego, że brakuje mu prób i koncertów, zwłaszcza, że muzyka była jego największą pasją. Marzył o tym, żeby kiedyś zrobić karierę solową, ale najpierw musiał zacząć od garażowych kapeli. Michał marzył o tym samym. Dużo mi o tym opowiadał. A tymczasem Rysiek był wyposzczony i żądny nowych możliwości, a ja cieszyłam się, że mogę mu w tym pomóc. - BDB? - spytał zdziwiony i uniósł brwi. - Bardzo Dobry Blues - odparłam. - Chcą wystąpić na Party Rura, ale mają niepełny skład. Żałują, bo mają dość dobry materiał, a nagrodą jest całkiem spora kasa i występ u boku gwiazdy w wakacje na Placu Wolnica - zachęcałam. Wiedziałam, że spodobał mu się pomysł. Błyszczące, rozbiegane oczy mówiły same za siebie. Nigdy nie umiał usiedzieć na miejscu, ale jestem pewna, że gdyby tylko mógł, to już by leciał do Michała z pytaniem kiedy może się wkręcić do kapeli. - Powtórzę ci to, co mówił mi wczoraj. Szukają kogoś podobnego do nich... - tutaj uderzyłam w patetyczny ton - mają dość ludzi, którzy nie czują muzyki. Bo wiesz... trzeba umieć dać się ponieść muzyce, być jej częścią i grać dla niej tak, żeby była szczęśliwa - zakończyłam tryumfalnie, bo udało mi się powtórzyć słowo w słowo, co opowiadał Michał. Niestety nie dodałam do tego tak żywej gestykulacji, jak on wczoraj, ale myślę, że osiągnęłam zamierzony efekt. - Wiesz ilu już wywalili...? - Wkurza mnie to, że on ciągle tak ładnie do ciebie mówi i zgrywa jakiegoś pieprzonego upadłego poetę. Drugi cierpiący Werter! Dziewczyny na to lecą? - Jesteś zazdrosny? - spojrzałam na niego z wyrzutem. - O niego!? Chyba kpisz - oburzył się. - Wierz mi, nie masz o co. Po prostu, jak mi wczoraj to mówił, to od razu pomyślałam o tobie. Dlatego dziękuję ci bardzo, że kiedy składam propozycję gry w BDB, to ty masz od razu pretensje o to w jaki sposób Michał się do mnie zwraca! Co cię to w ogóle interesuje!? Nie powinno cię w ogóle obchodzić, czy bluzga mi co drugie słowo, czy odpowiada trzynastozgłoskowcem! - chyba za bardzo się uniosłam. Chwilę potem sama się z tego śmiałam. - Bo ja chyba powinnam ci meldować, za każdym razem to, że mówimy do siebie kotku, czy misiu, tak? Albo, że w ogóle się ze sobą spotykamy. Albo najlepiej ciągnąć cię na każde spotkanie... - Aśka! - westchnął z pobłażaniem. - Przedwczesną menopauzę masz? Nie denerwuj się tak. Pociągnęłam łyk czekolady, bo nie miałam ochoty odpowiadać. - Co mam mu powiedzieć? - spytałam po chwili milczenia. - Wchodzę w to. - No to jutro o szesnastej na ulicy Pięknej. Jeszcze się dogadamy, to pójdziemy razem. Będzie ci raźniej - zapewniłam. - Zadzwoń do niego i powiedz, że przyjdziesz. Numer znasz.
2.
Było już dosyć późno, więc nastawiłam bardzo cicho muzykę i ubrałam pidżamę. Znów zostałam sama w domu, bo rodzice pojechali na jakąś imprezę do znajomych. Wielki dom straszył ciszą i pustką. Akurat w radiu leciała nocna audycja o muzyce Janis Joplin. Wyszłam na chwilę na balkon i kilka minut patrzyłam w rozgwieżdżone niebo. Lubiłam sobie czasami zapalić, gdy nikogo nie było w domu. Ogólnie nie znosiłam papierosów, ale takie samotne chwile miały coś w sobie. Mogłam spokojnie pomyśleć, w skupieniu pociągnąć dymek, a potem bez obawy, że ktoś mnie nakryje zgasić papierosa i wrócić do pokoju. Przyniosłam więc z kuchni paczkę papierosów taty i zapaliłam. Niebo było dziś wyjątkowo jasne, a każdą gwiazdę widać było jak na dłoni. Bardzo chciałabym znać nazwę każdej z nich. Zazdrościłam astronomom, że wiele z nich potrafią nazwać. Dla mnie pojedyncze punkciki były anonimową, gwiezdną masą, bo jak wiadomo - żeby coś poznać, trzeba wiedzieć jak się nazywa. Mimo że w ogóle się na tym nie znałam, to często chodziłam pooglądać niebo przez lunetę u mojej przyjaciółki, Marty. Podziwiałam ją, że miała taką pasję, bo ja żadnych takich zainteresowań nie miałam. Wiatr wiał dość mocno jak na letnie wieczory, ale mimo to nie czułam chłodu. Pozwoliłam się otulić spokojowi nocy. Niemal we wszystkich domach światła były już pogaszone, a ja? Ja stałam jak głupia na balkonie i dokarmiałam raczka. Odruchowo zaczęłam szukać Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy. Noc była niewątpliwie magiczna, niebo miało odcień ciemnego granatu, a w powietrzu unosił się ostry, mdlący zapach maciejki, która bujnie rosła nam w ogródku. Położyłam dłonie na zimnej balustradzie i nie myśląc o niczym patrzyłam się w światła ulicy na widnokręgu. W pewnym momencie poczułam ciarki na plecach - nie wiem czy spowodował to głośno nastawiony śpiew Janis, czy zimne, wieczorne powietrze, ale postanowiłam wrócić do pokoju. Zamknęłam okno balkonowe i usiadłam na łóżku. Miałam chwilę poczytać książkę, ale zauważyłam, że mój telefon dzwoni. Zawsze miałam ustawiony alarm wibracyjny, więc mały aparat teraz śmiesznie podskakiwał na stole. „Michał” - informował napis na wyświetlaczu. Bez namysłu wcisnęłam zieloną słuchawkę. Trzask. Jak zwykle cisza. - Take me to the extasy without taking extasy... - usłyszałam niski męski głos, dziwnie zniekształcony przez telefon. Zaśmiałam się szczerze. Gdybym zadzwoniła na sex telefon, to głos pana, który by ze mną rozmawiał z pewnością byłby niemal identyczny. Cały on! Bardzo często dzwonił do mnie w nocy i opowiadał tego typu głupoty. Muszę przyznać, że trochę przyzwyczaiłam się do tych rozmówek, choć często opierały się one na moim bluzganiu i jego monologach. Bardziej ceniłam te telefony podczas których faktycznie miał mi coś do powiedzenia. - Bracie, dlaczego o tak później porze nie śpisz? Dobranocka już dawno się skończyła... - Aśka... powiedz coś perwersyjnego bo spać mi się już chce - nakazał. - Pierdol się. - Czyli słodka siostra spać już nie idzie? - spytał delikatnie. Wzniosłam oczy ku niebu i westchnęłam. Znów dzwonił nie wiadomo po co, byle tylko zadzwonić. Kolejna bezcelowa konwersacja. Zaczęło mnie to powoli denerwować, bo podczas tych wieczornych rozmów wygadywał takie brednie, że od samego słuchania aż mi się słabo robiło. Oczyma wyobraźni widziałam jak siedzi na łóżku z jakąś książką w dłoni, czy tam słuchając muzyki i przerywa na chwilę, żeby do mnie zatelefonować. Ot tak. - Idzie, tylko jacyś ludzie zawieszeni w czasoprzestrzeni jej w tym przeszkadzają. - Takie słodkie dziewczynki powinny już spać, to może zaszkodzić twojej urodzie... chociaż jej już chyba nic nie zaszkodzi... - tym razem uderzył w wyważony, melodyjny ton. Nie mogłam nacisnąć czerwonego przycisku. Po prostu nie mogłam. Każda kobieta jest próżna i chyba każda lubi słuchać takich rzeczy, nawet jak jest świadoma, że ktoś je mówi tylko po to, żeby się przypodobać. - Idź się lepiej powieś na pobliskim drzewie, pobujam cię. Obiecuję. - Skąd tyle sceptycyzmu w twoich ponętnych ustach? Twoje spojrzenie powoduje, że moje serce przestaje bić, bo jest onieśmielone twym pięknem - każde słowo tak dobitnie akcentował, że nie zupełnie nie wiedziałam czy się z niego śmiać, czy brać to wszystko na poważnie. Tyle było tych głupich telefonów, tyle miłych słów przy niemal codziennych spotkaniach, że już porządnie mnie to niepokoiło. - Szkoda, że nie mogę zasmakować takiej słodyczy... słodkich snów moja kochana - w tym momencie usłyszałam uderzenie w struny idealnie nastrojonej gitary, a następnie rozmowa została zakończona. Lekko skołowana rzuciłam komórkę na stół, a potem wsunęłam się szybko pod kołdrę i przytuliłam do poduszki. Mieszał mi w głowie, oj mieszał. Znowu biłam się z myślami. Nie... on był dla mnie zdecydowanie za trudny. Nie chciałam nazywać rzeczy po imieniu, byłam świadoma tego, że się oszukuję. Znów dźwięk podskakującego telefonu. Jedno sięgnięcie ręką, żeby znów zobaczyć jego imię. - Oszalałeś? - spytałam znudzona. - Czuję jak opuszczają mnie soki życia. Piasek w klepsydrze mego istnienia osuwa się i zamiera w sercu bicia, czuję jak dotyka mnie syk nieistnienia... - Pojebało - stwierdziłam. - Gimme gimme, gimme sweet virginity... - zanucił. - Pobaw się małym, jak ci się już tak strasznie nudzi. - Nie. Nawiasem mówiąc o tak późnej porze stajesz się wulgarna. Nie będę opuszczał mojej sleeping beauty dopóki nie jest asleep - w tym momencie nie wytrzymałam ze śmiechu. Czułam się dziwnie. Obelgi nie przynosiły skutku, a ja rozmawiając z nim nie umiałam nie używać przekleństw. Chyba to był ten właśnie wewnętrzny hamulec, który pomagał mi w tym, żebym się nie rozpłynęła. Wulgarne słowa niszczyły romantyczną atmosferę, były niczym uderzenia obuchem w głowę. Przecież nie mogłam sobie na to pozwolić, żebyśmy byli razem, bo jestem pewna, że bawiłby się mną. Znałam wiele dziewczyn, które najpierw czarował wyszukanymi komplementami, a potem okłamywał, oszukiwał i wykorzystywał. A ja bym zawsze wracała i pozwalała mu na to. Jak zwykle. Ile razy już tak było... i nie tylko ja dawałam się nabrać na takie gierki. On po prostu sobie tak pogrywał. Czarował, kręcił i mamił. - Michał, gdybym cię nie znała i gdyby to się nie powtarzało co kilka dni, to pomyślałabym, że jesteś pijany - stwierdziłam. - Porządni ludzie o tej porze śpią. - Albo robią ciekawsze rzeczy... - Rozmowa przez telefon się nie mieści w tych ciekawszych rzeczach, bracie. Proszę cię, daj mi spokój i po prostu idź spać. Błagam, nie dzwoń. Przecież jutro i tak się zobaczymy. Wtedy mi to wszystko powtórzysz. - Umarłem w skowycie mych pragnień w bólu którego perfekcja przypomina zapętlające się węże w znak nieskończoności, które zwie się kołem życia i śmierci... no widzisz kochana to jest właśnie to... teraz musimy się położyć to może się spotkamy we śnie. A przynajmniej ja się spróbuję wbić do twojego - zakończył. Skąd on brał ten pseudo poetycki bełkot? Zalatywało mi Morrisonem, ale nie byłam pewna. - Kiedyś już był taki pomysł i jak doskonale pamiętasz nic z tego nie wyszło... - wspomniał niedawne czasy, kiedy byliśmy dosyć blisko. Po co chciał do tego wszystkiego wracać? Ja nie chciałam tych kilku tygodni nawet pamiętać, bo dla mnie były nic nie znaczącą porażką. - Ponieważ to było tak przyjemne, że nic z tego nie zapamiętałaś! Dobrze. A teraz opuszczam cię bo i tak nie nawiążesz ze mną konwersacji na wyższym poziomie z powodu braku bezpiecznego połączenia. - To znaczy? - Wyższym poziomie emocjonalno psychicznym kotku - zdążyłam tylko pogardliwie prychnąć, a potem zdobyłam się na ten ciężki ruch rozłączenia rozmowy. Następnym krokiem, który uczyniłam, to było wyłączenie telefonu. I obiecanie sobie samej, że już nigdy go wieczorem nie zostawię włączonego.
3.
O umówionej wcześniej porze poszłam z Ryśkiem na ulicę Piękną. Gospodarze otworzyli nam drzwi i kazali się udać do salki, która znajdowała się za ich domem. Nie przepadałam za tym miejscem, bo było dość drogie i niezbyt przepadałam za ludźmi nam je wynajmującymi. Miejsce prób było w małej przybudówce za domem. Nie dochodziły z niego żadne odgłosy grania, ale wiedziałam, że już ćwiczą na całego. Michał zawsze był nadgorliwy. Zapukaliśmy lekko w szybę, za którą męczył się zespół, więc na chwilę zrobili sobie przerwę. Rysiek zdjął z pleców gitarę w czarnym futerale i zaczął się przestrajać. Przedstawił się wszystkim, zdjął buty i wszedł do salki. Od razu było widać, że czuje się jak ryba w wodzie - do szczęścia była mu potrzebna tylko muzyka. Wierzyłam, że w przyszłości coś osiągnie, będzie członkiem jakiegoś bardzo szanowanego zespołu. Obiecał mi już teraz, że będę miała wstęp na każdy występ za scenę i że pozna mnie z każdym muzykiem, z jakim tylko będę chciała. Michał natomiast wyszedł, żeby się osobiście ze mną przywitać. - Dzięki, że go tu przywlekłaś. - Nie dziękuj teraz - wzruszyłam ramionami. Jego spojrzenie było dziwnie kłujące. Zawsze siłując się z kimś spojrzeniami, nie pozwalałam sobie przegrać. Zawsze trzymałam wzrok do końca. Spuszczenie go było równoważne z moralną przegraną. - Mam nadzieję, że będzie się wam dobrze grało. Uważaj na niego, bo zbyt często unosi się honorem - dodałam ciszej. - Z poprzedniej kapeli odszedł, bo nie chciał grać metalu, tylko blues. - To chyba trafił do odpowiednich ludzi. Słyszałem go przecież w akcji, wiem, że jest dobry. - Kiepskich ludzi bym ci nie polecała - uśmiechnęłam się kwaśno i odwróciłam na pięcie. Dwoma ruchami zdjęłam buty i weszłam do salki witając się z chłopakami, jakby byli moimi dobrymi znajomymi, a tak naprawdę w ogóle ich nie znałam. Lubiłam chodzić na te próby, bo zawsze poznawało się jakichś ciekawych ludzi. A jeśli nie, to przynajmniej było na kogo popatrzeć. Usiadłam w kącie przed perkusją, a obok schodków. Chłopcy stroili się, a Michał jako frontman tłumaczył Ryśkowi co ma grać. Nie słyszałam dokładnie co mówią, bo perkusista opowiadał mi jak ćwiczył w swojej czynszowej kamienicy wtykając sobie stopery do uszu. Udawałam, że słucham, a tak naprawdę bardziej skupiałam się na tym co mówią Michał i mój protegowany, niż miły pałkarz. - Słuchaj... - usłyszałam Ryśka, gdy łysy facet z niepokojącą kozią bródką skończył swój monolog. - Musisz mnie o wszystkim uprzedzić - powiedział do Michała. - bo ja nie wiem jaki jesteś hmm... we współżyciu - zaczął się śmiać. Muszę przyznać, że śmieszyły mnie bardzo takie gry słów. Bardzo poirytował mnie sposób w jaki spojrzał na mnie Michał w tej chwili. Ten jego obowiązkowy, cyniczny uśmieszek... Już myślałam, że wskaże na mnie palcem i powie: „Jej lepiej spytaj!”. Jak Boga kocham, dostałby za to po twarzy. - Obiecujący, młody talent - odparł spokojnie i odszedł na swoje stanowisko. Rysiek spojrzał na mnie, z pewnością szukając jakiegoś pokrzepienia. Uśmiechnęłam się słonecznie, tylko tak mogłam mu pomóc, bo gdy zaczęli grać, bez sensu było krzyczeć. Na początek zagrali Deep Purple, potem kilka kawałków Floydów. Słuchałam urzeczona walcząc o spojrzenia Ryśka i Michała. Ostatecznie wpatrywałam się w fioletową podłogę, żeby ich nie rozpraszać, bo za bardzo chcieli się przede mną popisać. Najgorzej miał Ryś, bo nie dość, że materiał ledwo co znał, to jeszcze musiał się pilnować, żeby nie pomylić melodii. Michał natomiast również był w swoim żywiole, ten to w ogóle nie spuszczał ze mnie wzroku i traktował mnie jako głównego odbiorcę wszystkich tekstów piosenek. - A teraz coś SBB! - zawyrokował puszczając mi oko. Prychnęłam i zaczęłam się zastanawiać co tym razem wymyślą. Chłopcy zaczęli grać, a Rysiek splótł ręce na piersiach robiąc chmurną minę. - To, że znam kilka kawałków Deep Purple, czy Pink Floyd, to nie znaczy, że będę znał cały wasz repertuar! - jęknął mój przyjaciel. - Dajcie mi jakieś chwyty czy coś, albo w ogóle to nie ma sensu, bo ja żadnego SBB nie znam! - wzruszył ramionami. - Jak mi dacie jakąś płytę, to pomyślimy, a nie tak z biegu! Jestem człowiekiem, a nie chodzącym zbiorem tabulatur! Michał spojrzał na niego, jak na kogoś niezrównoważonego psychicznie. - Nie znasz SBB? - Ten zespół kojarzy mi się ze Skrzekiem? Dobrze? - spytałam, bo też nie kojarzyłam żadnej piosenki tego zespołu. Michał najwyraźniej poczuł dumę uderzającą do głowy, bo uśmiechnął się pewnie i wydął usta w geście profesorskim. Cholernie wywyższał się w stosunku do Ryśka, to było widać. Traktował go jak niepoważnego ucznia, który umie o wiele mniej niż on, a on - Michał, jest wszechmocny i może zrobić z nim wszystko, włącznie z oblaniem go na egzaminie. - Silesian Blues Band, albo Szukaj, Burz i Buduj... połowa utworów jest po angielsku, bo więcej wydali w Ameryce, niż w Polsce. Nie nagrywali od jakichś 15 lat, bo grali solowo. W tym roku wydali płytę i jak zawsze jest świetna - wydawało się, że na ten temat może mówić godzinami, ale jestem pewna, że była to tylko przykrywka. Gdybym kazała wymienić skład, pewnie ledwo co wymieniłby wokalistę i gitarzystów. - Faceci są tak jakby profesorami, bo ich całe życie to muzyka, a mają już ponad pięćdziesiątkę. Taki polski jazz-rockowo-genialny zespół. Amen. Rysiek prychnął. - Wszyscy znają SBB. To jest ikona. Trzeba być kretynem, żeby tego nie słyszeć. - O Boże... jestem u progu depresji! - jęknął Rysiek. - Wielki zacny frontman mnie obraził! Chyba się zamknę w sobie, zacznę kręcić się w kółko, gryźć włosy i wołać: „Mama!” - powiedział znużonym głosem. Ja słyszałam w nim również pogardę. - I pamiętajcie, to ja wam robię łaskę, że chcę z wami grać, a nie wy mi, że przyjmiecie mnie do kapeli... - oświadczył z dumą. Już byłam pewna, że za chwilę każą mu spieprzać w podskokach. Michał spojrzał na niego podejrzliwie. Czekałam z niecierpliwością na ripostę, którą z pewnością właśnie obmyślał. Już miał otworzyć usta, ale perkusista z bródką głośno uderzył w talerze. - Chłopaki! Czas to pieniądz! Kalifornijka, raz! - i nagle zaczęły płynąć pierwsze dźwięki jednej z piosenek Red Hot Chilli Peppers. - Wszystkie piosenki, które mają w tekście słowo „Kalifornia” są genialne - rzucił w moją stronę Rysiek, a potem dołączył do nich gitarą. Tysiąc razy słyszałam jak grał to z poprzednim bandem. Oparłam głowę o dłonie i zasłuchałam się w głębokim głosie Michała, który w ryzach trzymała gitara prowadząca Ryśka. Perkusista z całą swoją ekspresją poruszał głową, jakby potrząsał włosami, a w przerwach, lub spokojniejszych fragmentach gry - puszczał do mnie oko. Każda dziewczyna, która przychodziła na próby była skazana na bezpośrednie uwagi i zainteresowanie muzyków. Po godzinie gry moje uszy już więdły, więc stwierdziłam, że nadszedł czas, żeby wrócić do domu. Nikomu nic nie mówiąc wstałam i wyszłam. Będąc w przedsiosnku pomachałam im przez szybę. Momentalnie przestali grać, a z salki wybiegł Michał i chwycił mnie za przegub. Nie mam pojęcia dlaczego tak mu zależało na tym, żebym została. - Aśka, nigdzie nie idziesz. Jeszcze tylko kilka piosenek i nas wywalą. Wytrzymasz. - Nie ma mowy, idę. Nie mam co tutaj siedzieć - wzruszyłam ramionami. - Twojego pięknego głosu też nie mam ochoty podziwiać, tak samo jak grania chłopaków, choć muszę przyznać, że dziś wychodzi wam znacznie lepiej, niż z poprzednimi gitarzystami. Rysiek posłał mi całusa przez szybkę, bo wszystko doskonale słyszał. - A może pójdziemy gdzieś po próbie? W La Habanie dawno nas nie było... Prychnęłam. - Chyba śnisz... Ty masz darmowe piwo za każdym razem, kiedy przychodzisz tam z inną laską, pamiętaj. Mnie już tam nigdy nie zaciągniesz, tym razem to ja zmieniłam lokal i facetów, których tam za sobą ciągam - powiedziałam zdecydowanie i pomachałam chłopakom. Michał puścił moją rękę i bez słowa odwrócił się na pięcie. Ledwo co wszedł do salki, perkusista coś krzyknął. - Ostra jest, co nie Michał? Kręci mnie... jak myślicie, mam szanse? - Zapomnij, kretynie - Michał zmierzył go morderczym wzrokiem. - jest moja. - dodał ozięble i wziął w dłonie mikrofon. Kilka razy okręcił kabel o nadgarstki i kazał chłopakom grać. Jeszcze raz rzucił okiem na drzwi wyjściowe i napotkał mój wzrok. Zdążyłam tylko unieść wyprostowane wszystkie palce dłoni w jego stronę. - Czytaj między wierszami... - odpowiedziałam przytaczając kwestię z filmu, który kiedyś razem oglądaliśmy. Chwilę potem perkusista uderzył pięć razy pałeczkami i zaczęła się kolejna piosenka. Wyszłam nie patrząc już w szklane okno.
4.
Pierwsza w nocy, znów telefon. - Myśli krążące po znaku nieskończoności dotykają się - nie jednolite krawędzie. Naprężone mięśnie wołają: o litości! Tylko drgające szmery i ciepła mgła wszędzie. Wieczne gorzki smak po pigułkach przeciw gniciu, szorstkie pustynne podniebienie do zwilżenia, wyuczony oddech utrzymujący przy życiu, oba używane nie wymagają leczenia - zakończył i przez chwilę nic nie mówił. Ja też nie. Zastanawiałam się skąd on wytrzasnął ten tekst. - Rozumiesz coś z tego? Cisza. - Nie odzywasz się? Ja i tak powiem ci to, co mam do powiedzenia. Przyjdź w poniedziałek na planty koło dziewiątej wieczór, ok.? Ja i tak tam będę. Po prostu przyjdź. Nie lubię monologów, a ty, niecna, milczysz złośliwie - znów zwiesił głos. - ale i tak cię kocham. Dobrej nocy Sleeping Beauty.
5.
Kraków nocą był niebywale magiczny. Niby wciąż byłam w szponach szarej rzeczywistości, ale widząc te wszystkie światła i czując ten dziwny klimat wszystko było inne. Wieczorami było kolorowo, muzycznie, inaczej niż zwykle. Uśmiechałam się do nieznajomych, a w słuchawkach grał wybitnie stary zespół z ery hippisów - Ten Years After. Czułam się lekko i dziwnie, sama nie wiem czemu. Nogi same mnie niosły do miejsca, gdzie zawsze przesiadywaliśmy. Ta ławeczka na Plantach była nasza. Już z odległości kilkuset metrów słyszałam Michała zawodzącego wśród dwóch gitar. Gdy podeszłam bliżej zobaczyłam również Jonatana - wysokiego człowieka o sylwetce anorektyka ubranego na czarno, mimo słonecznej pogody. Jonatan potrafił na trzydziestostopniowy upał ubrać glany. Poznałam go kiedyś na koncercie Kultu, a potem oczywiście okazało się, że zna Michała. Kraków, a zwłaszcza społeczności koncertowe były bardzo małe i niemal wszyscy się tam znali. A na zlotach, czy koncertach widywało się ciągle te same twarze. - Szczęść Boże o każdej porze! - przywitali się ze mną. Było kilkanaście minut po dziewiątej. Nigdy nie umiałam się zjawiać na czas. Każdy w moim otoczeniu to wiedział, dlatego na nikim to nie robiło wrażenia. Na spotkanie z Michałem kiedyś spóźniłam się ponad godzinę, a on stał cierpliwie pod Bagatelą i marznął na dwustopniowym mrozie. - Aśka! Słuchaj! Patrz, co wymyśliliśmy! - nakazał. Michał uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo, a potem zaczęli grać jakąś dziwną wersję „What a wonderful world”. Usiadłam na asfalcie, podkładając sobie sweter. Wieczór był bardzo ciepły. Słuchałam w skupieniu, faktycznie wymyślili ciekawą aranżację, która chwilami w ogóle nie przypominała oryginału. Niepotrzebnie tylko Jonatan się wygłupiał, ale po puszkach po piwie ukrytych za futerałem na instrument stwierdziłam, że to chyba nie jego wina. Chłopcy chcąc zrobić wyjątkowe zakończenie dorzucili kilka magicznych szarpańców w czasie których Michałowi pękła struna E. Zaklął cicho pod nosem i warknął, że to już drugi raz w tym miesiącu. A ja po prostu śmiałam się w najlepsze. Jonatan zresztą też, ale on rechotał cały czas, niezależnie czy działo się coś śmiesznego, czy nie. - Mój kumpel, który pracuje w muzycznym „Yamaha” na pewno jeszcze jest w sklepie. Inteligentnie tam robi próby po znajomości. Na pewno będą mieć - powiedział i wstał. Spytał jaki komplet ma kupić i zaoferował, że od razu założy. Chwycił za gryf michałową gitarę i chwycił mnie pod ramię. - Zaszczycisz mnie swym towarzystwem? Daleka droga przed nami, a jego towarzystwo już mi się znudziło! On potrafi gadać tylko o jednym! - Spojrzałam na Michała. Wzruszył ramionami i mruknął: „A idźcie w cholerę!”, a więc poszłam. Jonatan opowiadał mi niesamowite historie ze swojego koncertowego życia. Szczególnie zapamiętałam jedną. Na koncercie jakiegoś punkowego zespołu latając na rękach tłumu przywalił jakiemuś facetowi glanem w twarz i prawie mu złamał nos. W koncertowej ekstazie nie zauważył tego, ale bardzo się zdziwił, że po koncercie idzie za nim człowiek z zakrwawioną twarzą i z jakimiś kolegami za jego plecami. Za punkt honoru objęli sobie zemścić się na nim. A skończyło się jak? Na piciu w jakiejś krakowskiej knajpie. Dotarliśmy w końcu do „Yamaha” i o dziwo ktoś tam był mimo tak późnej pory. Założyli komplet strun w gitarze Michała, chwilę pogadaliśmy, a potem mogliśmy wracać. W połowie drogi Jonatan spotkał jakiegoś swojego znajomego i za moją zgodą odbili gdzieś zostawiając mnie samą. Dzierżąc dzielnie w rękach gitarę szłam do naszej ławki. Michał nadal grał, ale na gitarze Jonatana. - Boże moja kochana! Idzie dziewczyna mojego życia! - krzyknął i położył akustyka na alejce. Z rozłożonymi rękami uczynił kilka kroków w moją stronę. - Boże jak ja tęskniłem! Po jeszcze kilku tego typu zdaniach zreflektowałam się, że wcale nie chodzi o mnie, ale o poczciwe wiosło. Nie zdziwiłam się zatem, gdy cmoknął jeden z kluczyków. Uśmiechnęłam się. Cudowne było to jak każdy muzyk czcił swój instrument. - Michał... a teraz rób to, co robisz najlepiej! - wręczyłam mu gitarę trzymając ją mocno za gryf. Nie wybaczyłby mi tego, gdyby mi upadła. Chłopak natomiast odebrał ją ode mnie z namaszczeniem i odłożył ją w teatralnym geście na trawę. Następnie spojrzał na mnie bardzo dziwnie i uniósł jedną brew. Dobrze, że nie widziałam jego oczu, bo miały okropny, błękitny kolor. Nienawidziłam błękitu. Nie cierpiałam jego oczu. - Jesteś tego pewna? - spytał i uśmiechnął się szelmowsko. Zanim zdążyłam zareagować poczułam jego rękę na plecach i to, że przyciąga mnie do siebie zdecydowanym gestem. Czegóż innego się mogłam spodziewać! Nawet nie zauważyłam kiedy jego twarz była w odległości mniej niż pięciu centymetrów od mojej. Odruchowo przechyliłam lekko głowę, czując jego miętowy oddech na swoich wargach. Zupełnie wtedy nie myślałam. W głowie kołatała mi się tylko piosenka Doorsów, którą usłyszałam w „Yamaha”, ponieważ grał ją tam ten zespół Jonatana. - No chyba sobie żartujecie! - usłyszeliśmy charakterystyczny rechot, a ja momentalnie odskoczyłam od niego. Potem zaczęłam się śmiać jak opętana, bo wydawało mi się, że takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach. Michał miał taką minę jakby za chwilę miał uderzyć Jonatana. Wyraźnie widziałam jego ostro zarysowaną szczękę, więc musiał mocno zaciskać zęby ze złości. - Młody... - zaczął Michał. - jesteś jak choroba. Pojawiasz się zawsze w najmniej odpowiednim momencie. - Ja uważam, że jednak był on bardzo odpowiedni - powiedziałam z przekonaniem i poklepałam Jonatana po ramieniu. - Wpadaj częściej, bo ja boję się z nim być sam na sam po zmroku. Mam dziwne przeczucia, że najpierw mnie zgwałci, zabije, a potem wywiezie do Albanii - przesunęłam się asekuracyjnie za nowoprzybyłego chłopaka. Wolałam nie skupiać teraz na sobie szydzącego spojrzenia Michała. - Pozwól, że sam sobie wybiorę kolejność... - westchnął i podniósł gitarę Jonatana z alejki. - A teraz zabieraj się sprintem. Pograne. - Nie było „Domu wschodzącego słońca”! - zaprotestował. - Wypad.
***
- Idioto, ja się boję być z tobą sam na sam. Na dodatek po ciemku! Mam nadzieję, że gdzieś tutaj przechadza się straż miejska - westchnęłam. Nie bałam się go, nic z tych rzeczy. Po prostu czułam się przy nim bardzo dziwnie, nie umiałam się zachować. Sama jego obecność mnie paraliżowała. Nienawidziłam tracić kontroli nad czymkolwiek, dlatego dystans był obowiązkowy. - Ja wiem, że jesteś hedonistą, ale przy mnie naprawdę nie musisz uskuteczniać swoich filozofii życiowych... - Usiądź sobie - klapnął na ławce, podniósł gitarę z trawy i poklepał puste miejsce obok siebie. Ta odległość była zdecydowanie za bliska, ale co tam. Usiadłam i założyłam nogę na nogę. Michał spojrzał na mnie w ten dziwny sposób i uniósł brew. - Zagrać ci coś ładnego? Specjalnie dla ciebie! - zaznaczył patetycznie. Wzruszyłam ramionami, ale tak naprawdę chciałam usłyszeć to coś. Bez względu na to co by to miało być. Czy „Wlazł kotek na płotek”, czy „Stairway to heaven” - nieważne. Wzrok utkwiłam w czubku gryfu gitary. Od momenty, kiedy Michał zaczął grać pierwsze, delikatne jak mgła dźwięki jakiejś nieznanej mi piosenki, świat przestał istnieć. „Come down, slowly - I’m waiting by your side. Come down, carefully I’m waiting by your side...”. Wyraźne skupienie, klasyczna zmarszczka na czole. „How I wish that I could break into your dreams. Do I have the force I need to break into your dreams?”. Dopiero w tym momencie podniósł głowę i spojrzał na mnie. Widziałam to kącikiem oka, bo nadal zaczarowana patrzyłam na błądzące po gryfie jego palce. „I hold you in my arms dimmed by scarlet morning red. I whisper in your ear do you dream of me ?”. Ostatnie słowa oczywiście wykonał szeptem. Chwila ciszy. - I jak? - spytał swoim niskim głosem niszcząc całą magię piosenki. - Mam być szczera, czy miła? - Mów co ci szczerość mile mówi... - odgarnął włosy do tyłu i odłożył gitarę opierając ją o ławkę. Powoli zaczynało się robić zimno. - Szczerość mówi, że mnie zaczarowałeś, ale rozsądek krzyczy abym ci tego nie mówiła, żebyś nie czuł się zbyt pewny siebie, bo jednak dalej masz chore gardło i zbyt czysto nie śpiewasz - ostudziłam go kubłem zimnej wody. Prawda jest taka, że faktycznie był lekko przeziębiony i faszerował się środkami łagodzącymi zapalenie gardła. Dla mnie liczył się sam fakt, dla niego efekt, dlatego powinien to wiedzieć. - A więc może powinnaś je trochę podleczyć? Zaśmiałam się szyderczo i uniosłam brwi w zdziwieniu. Inny już dostałby w twarz. - Ciebie nie mam zamiaru z niczego leczyć. Chyba, że ze zbyt wysokiego poczucia własnej wartości. Mówię ci, czasem się nie przydaje - odparłam sucho. - A jak tam operacje na krwawiącym sercu? Masz już w nich praktykę? Bo w ranieniu wiem z własnego doświadczenia, że tak - uderzył w płaczliwy ton. Wiedziałam, że udaje. Takie coś nie było w jego zwyczaju. Jego się nie dało zranić. - W co ty grasz... kim ty do cholery jesteś... - zaczęłam się głośno zastanawiać. Odległość wciąż…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hermenegilda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…