Między nami
Nadzieja budzi się szybko, lecz umiera jeszcze szybciej...życie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
MIĘDZY NAMI
Sala tonęła w ciepłym blasku płonących świec. Przydymione szepty wznosiły się swobodnie ponad krawędziami kryształowych kieliszków, by za chwilę rozpłynąć się w ciszy wieczoru. Wszystko wydawało się być dokładnie takie, jak być powinno; czyjś wędzony łosoś kusił zapachem naiwne zmysły; czyjeś marzenia zdawały się być tuż tuż od progu spełnienia. Skąd zatem to paraliżujące uczucie niepewności? (zlęknione zwierzę szukające bezpiecznej kryjówki pod stertą suchych parkowych liści?)
Przebiegła wzrokiem drogę po śnieżnej bieli obrusu. Z całych sił starał się zakryć chłodnym płótnem nagość drewna stolika, jednak w swojej słabości falował i drżał przy lada podmuchu jesiennego wiatru przedzierającym się zza uchylonego okna. Dotknęła opuszkami palców sztywnego kantu – jest tu przy nim. Tak samo blada, podobnie roztrzęsiona, nieporównywalnie bardziej rozdarta.
Jego promienny uśmiech odbijał się od srebrnych sztućców, by rozprysnąć na wszelkie możliwe kierunki wiązką jasnego światła. Pragnęła ogrzać się przy tym blasku, prężyć się w jego cieple niczym kotka przechwytująca pierwsze oznaki wiosny na wczesnopołudniowym dachu. Mimo tego czuła wyraźnie, że coś nieproszonego rzuca na ten nasłoneczniony krajobraz swój długi cień. Ciemna chmura o bliżej niezidentyfikowanych kształtach, być może niosąca za sobą wielodniowy deszcz słonych łez.
Siedzieli w półmroku, w kącie najdalej wysuniętej części przestronnej sali, zatopieni w cichym zachodzie zawieszonych spojrzeń, przyspieszonych oddechów i niedokończonych słów. Miejsce to wybrał z nieukrywaną premedytacją: schronieni przed spojrzeniami ciekawskich oczu pozostałych gości, z dala od restauracyjnego mętliku, dawali ponieść się wrażeniu, że są tu sami. Tylko oni – wyłącznie Ona i On. I może jeszcze tęczowy pstrąg spoczywający przed nimi leniwie na miękkim posłaniu pomidorów i kruchej sałaty. Nawet kelnerzy zapuszczali się w ten rejon wyjątkowo sporadycznie i jeśli już, to jakby przypadkowo – za każdym razem bowiem, gdy któregoś z nich przywiewał tu nieprzewidywalny wiatr, na jego twarzy odmalowywał się znak szczerego zdziwienia, iż miejsce to w ogóle istnieje na planie restauracji.
Tak- zdecydowanie wybrał najlepsze miejsce z możliwych. Uśmiechnął się do tej myśli i siebie samego napełniając Jej kieliszek niespokojnymi cząstkami wytrawnego wina. Z dziecinną ciekawością i skupieniem naukowca obserwowała tor ruchu jego ręki –zgięcie palców, kształt nadgarstka, analizowała odcień żyły przebijającej się poprzez cienkie płótno skóry dłoni. Był tak blisko lecz wciąż tak daleko. I mimo, iż pragnęła tego jak nigdy jeszcze niczego, nie potrafiła podjąć decyzji, czy pozwolić mu się do siebie zbliżyć. Dopuścić Go do siebie bliżej, pozwolić mu stać się częścią jej życia, swoistym fundamentem konstrukcji, którą z taką precyzją stawiała chwiejną ręką każdego dnia. A jednak przeszywał ją lęk. Bała się, że jeśli oprze na tej płycie ciężar zabudowy, a ona nieoczekiwanie się wysunie, promienie słońca nie przedrą się już nigdy poprzez tuman łzawiącego dymu i duszącego piachu. Z drugiej strony ( wszystko musi mieć swoją drugą stronę, aby życie nie wydawało nam się czasem za proste) jakiś wewnętrzny głos powtarzał jej w głębi jak w litanii, jak w mantrze : „spróbuj, przekonaj się, podejmij ryzyko, nie pozwól szansie przepłynąć przez rozchylone palce…” Głos mądrości? Głos ułudy? Banalny frazes scenarzysty podrzędnej telenoweli?
Tymczasem obserwowała każdy jego ruch, każde pojedyncze drgnięcie ciemnej brwi; w oblężeniu chrzęstu sztućców, pomiędzy nutami dobiegających gdzieś z wnętrza sali skrzypiec, wychwytywała ciszę Jego oddechu.
- Więc…wiesz już, co dalej chciałabyś z tym zrobić? – (przekręciła się nerwowo na krześle słysząc to pytanie. Wiedziała, że nastąpi. Nie spodziewała się jedynie, że tak szybko) – to znaczy, z nami…?
Cisza.
- Michał…
Naprawdę chciała znaleźć zadowalającą odpowiedź lecz pomimo najszczerszych chęci nie była w stanie dobrać odpowiednich słów. Te bowiem, które przychodziły jej na myśl, nie były na tyle silne, aby przebrnąć przez wąskie światło ściśniętej krtani.
W rozpaczy krępującej ciszy pochwyciła kieliszek, w którym przy ogniu bladych świec migotała czerwień wina. Opróżniła go kilkoma łapczywymi łykami w nadziei, iż burgundowy płyn przyniesie jej gotowe rozwiązanie dylematu, w obliczu którego stała. A jeżeli nie będzie miał na tyle mocy, to przynajmniej doda jej odwagi, której równie dobrze potrzebowała. Jeszcze łyk, jeszcze sekunda. Prześlizgnęła spojrzeniem po jego jasnej koszuli, przesunęła się po linii ramion, zabłądziła na ułamek sekundy w cieniu jego kasztanowych włosów (złocista jesień, spacer w parku, wiązanka suszonych liści w wazonie), by ostatecznie zatrzymać czas w zachodzie jego zielonych oczu.
- Najpierw musisz mi powiedzieć, co tak naprawdę Ty czujesz.
Odłożył na bok widelec z potrójnymi ząbkami, ofiarowując tym samym pstrągowi chwilę wytchnienia, i nachylił się nad stołem, przechylając twarz w Jej stronę. Spostrzegła, że odbijający się w jego źrenicach płomień świeczki sprawia wrażenie, jakby zatopione było w nich całe ciepło tego świata. Wszystkie gwiazdy na czarnym płótnie nocnego nieba razem wzięte.
- A co konkretnie chciałabyś usłyszeć? – spytał wciąż przyciszonym głosem
- Prawdę – odparła
Prawda z Jej strony wyglądała tak, że oto stała na krawędzi – trzymała się jeszcze śliskiej poręczy lecz wiatr wyraźnie ciągnął ją już w przepaść. Szarpał za rozpuszczone włosy i rozwiewał falbankę zwiewnej sukienki. Patrzyła tak na Niego i czuła całą sobą, że mogłaby z tym człowiekiem spleść swoje palce i swoje życie. Jeden krok, nieznaczny ruch stopą, grudka ziemi osunięta w dół, jedno Jego słowo – i przepadłaby na zawsze i wieki wieków. Amen. I jedyne, co nakazywało jej jeszcze zaciskać zmęczone palce wokół barierki bezpieczeństwa, to paniczny lęk. Lecz nie był to lęk przed skokiem jako takim – nie jego samego się obawiała. Paraliżował ją strach, iż w momencie, gdy będzie już spadać, ktoś nagle oznajmi, że ziemi już nie ma. Albo, że tak naprawdę nigdy jej nie było, a łagodne pagórki i błękitne niebo było zaledwie przejściowym kaprysem; rozrywką zmanierowanego poety.
Patrzyła w tej sekundzie na Michała i wiedziała dobrze, że mogłaby całkowicie się nim zachwycić, jednak nauczona bolesnymi doświadczeniami musiała zachowywać się tak ostrożnie, jak to tylko możliwe. Zupełnie tak, jakby stąpała boso po podłodze, na której przed chwilą szklany wazon rozprysł się na miliony przezroczystych szkiełek. Pragnęła być dla Niego jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną, specjalną. Szukała prawdy. Nie potrafiłaby pogodzić się z faktem bycia tylko marionetką na lichych sznurkach - kolejną lalką do kolekcji, którą chowa się do zakurzonej szafy po krótkim okresie niezobowiązującej zabawy. Musiała dowiedzieć się, co do niej czuje, aby przyznać się sobie samej, co Ona czuje wobec Niego.
- Powiedz mi prawdę – powtórzyła echem, tym razem trochę głośniej i dobitniej.
Kelner przyniósł kolejną butelkę wina.
Wykonał w powietrzu ruch ręką, jakby próbował złapać unoszące się gdzieś w swobodnym locie słowa. Następnie zmarszczył brwi, przygryzając dolną wargę i opuścił wzrok, wbijając go gdzieś w sztywny kant czarnych spodni.
- Prawda jest taka- zaczął niepewnie, z dużą ostrożnością – tak, jak błądzi się po omacku przy zgaszonym świetle dnia - że gdy spostrzegłem Cię po raz pierwszy, poczułem zapach wiosny. Tak, tak nazwałbym to uczucie. Przynosisz wiosnę, wiesz? Coś jakby zapach kwiatów i rozgrzanej słońcem ziemi…
Przymknął oczy i zaczerpnął głębokiego oddechu. Przypatrywała mu się uważnie i czuła, jak na rozgrzanych policzkach dojrzewają wstydliwe rumieńce. Nie była przyzwyczajona do tego, by ktoś mówił do niej takie słowa. Nie zwykła być dla nikogo wiosną.
- Nie chciałbym zabrzmieć banalnie, bo pewnie słyszałaś to już nieskończoną ilość razy, ale jesteś niezwykła: ( Nie, nie słyszała. Może kiedyś, raz – ale tak dawno temu, że zdążyła już zapomnieć). Twoje włosy, Twoje oczy, kształt Twoich warg, kiedy uśmiechasz się…o, tak właśnie, jak teraz..
Rozchyliła wargi w lekkim uśmiechu. Z każdym jego słowem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Andie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…